

Niegdyś pito dlatego, aby pić... pijactwo było sztuką, którą z zamiłowaniem uprawiano, a w niektórych okolicach lub rodach doprowadzono do możliwej doskonałości - dziś my, karły, pijemy dla konkokcji [1], dla zaostrzenia apetytu lub ułatwienia trawienia.
Ongi, gdy pan chorąży, przytknąwszy do ust garncowy puchar,
wychylił go duszkiem, to pan skarbnik, idąc z nim o lepszą, położył się
pod beczką, odkręcił kurek i lał w gębę jak w wiadro tak długo, aż go
zluzował pan miecznik albo podstoli.

A dziś, miły Boże! gdzie się podziała tradycja? Gdzie nauka, zawarta w przysłowiach? pomiatamy nią. "Ze szkłem nie godzi się bawić, bo to kruche i tłucze się" - mawiano; dlatego też kto dostał w rękę kielich, wypróżniał go co prędzej bez wzdragania się i oddawał drugiemu.
"Po rosole wypić kieliszek wina, to to samo, co doktorowi wyjąć dukata z kieszeni" - więc pito po rosole.
Post pisces vinum misces [2], więc pito po rybach.
Pito nawet po bigosie, choć to podobno niezdrowo - bo, jak mówiono, pije się nie po kapuście, tylko po języku.
Co do wody, tę lano tylko jak mówiłem, na łby kurzące się - do żołądka jej nie dopuszczano, bo od tego "trzcina wyrasta".
A dziś! olbrzymie kielichy po przodkach oglądają się po skarbcach jak dziwowiska - a trzeba cicerona [3] żeby objaśnił, że ten bez podstawki, to kulawka, którą trzeba było wychylić do dna, bo w kolejce odbierano tylko próżne, a wylać wino było zbrodnią, na która nikt by się nie odważył; ten drugi znów był tak urządzony, że gdyś przestał łykać, by spocząć, krztusiłeś się, plułeś w wino i robiło się fiasco. Więc trzeba było wypić.
Wszystko to już dziś należy do historii.
Ale nie potrzebujemy sięgać dawniejszych czasów - jeszcze dwadzieścia lat w tył było inaczej niż dziś. - Mój Boże! - mówił do mnie niedawno, podając buteleczkę wody sodowej oberżysta w powiatowym mieście, pamiętający tę epokę - gdzie to się owe święte czasy podziały! to byli ludzie, panie, dziś tylko egoizm, sobkostwo.
I miał słuszność.
Dawniej u niego, gdy zjechało się przypadkiem kilku sąsiadów i zasiedli do jedzenia, który bądź (a była pod tym względem emulacja [4]) odzywał się niebawem: "Co się napijemy?" i kazał podać jedną i drugą butelkę obranego wina. Drugi współbiesiadnik nie zostawał w tyle i nim wino pierwszego zostało wysączone, już jego butelki stały na stole. Chwalebny przykład naśladował trzeci i czwarty, bo jak tu pokazać się "ba i bardzo" [5] - i pijatyki bez żadnej racji improwizowały się niemal co dzień.
Dziś przy podobnych spotkaniach każdy z osobna woła do kelnera:
- Daj mi piwa drozdowskiego!
- Jedno? - pyta kelner.
- A naturalnie - odpowiada konsument bez zarumienienia.
Drugi znów, żąda połówkę St. Julien, albo Chateau Lafitte i pije solo, nie troszcząc się o resztę towarzystwa.
Nie mniejsza zmiana zaszła i w zebraniach prywatnych. Na imieninach i innych uroczystościach podają kieliszki wprawdzie bardzo zgrabne, jedne do węgrzyna, drugie do reńskiego, inne do win deserowych, ale wszystko małe - a lokaj albo sam gospodarz domu dolewa tylko w miarę jak kto wypił, bez prynuki [6].
Inaczej było jeszcze dwadzieścia lat temu.
Po wychyleniu kilku mniejszych kieliszków gospodarz, albo jeżeli sam był solenizantem, to ktoś z zaproszonych matadorów [7] wstawał uroczyście z wielkim kielichem wina w jednej ręce, drugą przytrzymując serwetę pod brodą, i wnosił zdrowie w ręce szanownego sąsiada. Wychyliwszy duszkiem, wysączył resztę na paznokieć, wytarł krawędzie kielicha serwetą i oddawał drugiemu. Po przejściu kolei solenizant dziękował, po czym wnoszono tym samym kielichem albo niewiele mniejszym zdrowie wszystkich znakomitszych biesiadników, porządkiem starszeństwa wieku lub godności, zdrowie dam, wszystkich z osobna stanów reprezentowanych przez obecnych, młodzieży, wreszcie "kochajmy się!"
Dziś, jeżeli to wszystko robią, to małymi kieliszkami, aż wstyd.
Prawda, że za to młodzież może bezpiecznie tańczyć i bawić się z płcią piękną aż do białego dnia i kobiety nie są zmuszone uciekać od stołu przed skończeniem obiadu - ale co to ma do tego!
Tradycja zgubiona!
Dawniej ojcowie pilnowali synów. "Kostek, pokaż się!" mawiał do osiemnastoletniego synalka, wzdrygają cego się przed olbrzymim kielichem, stary pijus łęczycki - "Wszakżeś ty mój syn! nie rób mi wstydu!"
Albo ta znana odpowiedź pana radcy, który dostawał już nudności i byłby chętnie skwitował z podanego mu kielicha, a gdy żona będąca przy nim radziła, aby wylał resztę wina w doniczkę z kwiatami, bo nikt właśnie nie patrzył, rzekł: "P a n B ó g p a t r z y!" - i wychylił resztę pomimo czkawki.
- Wolę dukata zgubić, niż kroplę wina - mawiał pan prezes.
Mogę także przytoczyć pana Kalasantego, który najpierwszy
zwykle zrzynał się, chociaż miał niezawodny środek na wytrzeźwienie po
spiciu się węgrzynem, spory kieliszek sprytu. Ale cóż, kiedy wychyliwszy go,
nie był w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą; padał więc na kanapę i spał
kilka, a czasem kilkanaście godzin. Budził się przy końcu pijatyki, gdy już
goście się rozjeżdżali. Przecierał oczy, ziewał, wyciągał członki,
potem stawał na środku pokoju i rzucając triumfujące spojrzenie na bladych
niedobitków, nosowym głosem intonował bezczelnie na nutę wiwatowego oberka:
"Miałem się dziś chętkę upić, lecz wina nie stanie,Na taki publiczny afront gospodarz, który wzdychał już do spoczynku, zamykał drzwi na klucz, wydawał polecenie zdejmowania kół ze stojących przed dworem bryczek i kazał przynieść wina, aby przekonać gości, że go nie braknie.
Zatem, gospodarzu, przyjmij pożegnanie!"
Weźmy wreszcie pana sędziego. Co to u niego bywały za
pijatyki! jak animował [8], jak prosił i molestował, całując każdego coraz
niżej, tak że zaczynał od policzków i ramion, a kończył na brzuchu. I jak
tu było nie pić!

I myślicie, że pan sędzia miał z tego powodu wyrzuty sumienia? gdzie tam! Jedyną oznaką skruchy były słowa: "Diabliż wiedzieli, że mu zaszkodzi!"
Raz na podobną pijatykę trafili do sędziego pan Ignacy z panem Mateuszem. Pierwszy, mieszkający o milę drogi, przyjechał był za jakimś interesem do drugiego, którego wioska leżała bliżej, ale z przeciwnej strony majątku sędziego. Zgadało się o tym ostatnim, a że obaj okazali chętkę nawiedzenia go, więc pan Ignacy zabrał na swoją bryczkę pana Mateusza.
Gdy w nocy przyszło rozjeżdżać się w stanie prawie bezprzytomnym, koni pana Mateusza nie było, bo zapomniał kazać przyjechać po siebie, więc bardzo naturalnie pan Ignacy oświadczył, że go odwiezie tak samo, jak go przywiózł.
Na bryce, już za bramą, przypomniało się panu Mateuzowi, że to nie będzie po drodze dla pana Ignacego, więc gwałtem zsiadł z bryki, oświadczając, że aby nie robić sąsiadowi ambarasu, pójdzie pieszo do domu.
Na te słowa pan Ignacy zeskoczył za panem Mateuszem i zaklął się, że jeżeli nie wsiądzie na powrót, to on także pójdzie z nim razem - pijanego nie przeprze, więc szli tak z wiorstę drogi, ściskając się, śliniąc i oświadczając z przyjaźnią - wreszcie, utknąwszy gdzieś w rowie, zasnęli w wzajemnych objęciach, jak przystało na dobrych towarzyszów - i co powiecie? obudzili się nad ranem zdrowi i z jak najlepszym apetytem.
Czyby to zrobił kto w dzisiejszych czasach egoizmu
zniewieściałości? Tak to się dawniej bawiono i kochano! Święte, błogie
czasy gdzieżeście się podziały? Jakież wyobrażenie o nas, charłakach,
będą mieli synowie i wnuki?
Z tomu: Józef Bliziński, Dziwolągi i humoreski.
Wybór:
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1962.
|
Józef Bliziński
(1827-1893), komediopisarz i autor opowiadań. Najbardziej znane są jego
komedie obyczajowe z życia dziewiętnastowiecznej wiejskiej szlachty, np. Pan
Damazy (1877), Rozbitkowie,
Marcowy kawaler, Szach i mat, Chwast - dotąd niekiedy wznawiane na polskich
scenach. Trzy tomy Dziwolągów (1876) i Humoresek (1885, 1890),
zawierają humorystyczne i karykaturalne opowiadania o ludzkich dziwadłach z
kręgu życia wiejskiego, o dziwadłach-poczciwcach i dziwadłach-łotrach.
Niektóre z nich do dzisiaj zachowały świeżość.
Ilustracje zostały wykonane przez Franciszka Kostrzewskiego do pierwszego wydania Dziwologów (Józef Unger, Warszawa 1876). |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||