CADYK   SADECKI





WALDEMAR KONTEWICZ





Prawdopodobny widok nieistniejacej juz synagogi w Nowym Saczu.



                                                                                                     Ty nie rozdajesz pieniedzy setkom biedakow w obawie,
                                                                                                      ze moglby pomiedzy nimi znalezc sie chocby jeden,
                                                                                                      ktory nie bylby tego wart.

                                                                                                      Ja rozdaje jalmuzne dla setek z nadzieja,
                                                                                                      ze pomiedzy nimi jest chocby jeden tego wart.

Rabin Chaim Halberstam z Nowego Sacza.




Nowy Sacz. Moje miasto z lat 1960. i 1970. nigdy nie zdradzilo mi, ze przede mna zyli w nim ludzie zwani Chasydami. Nie bylo zadnej wzmianki o sadeckich Zydach w czytanych przeze mnie sylwanach, ani w cyrkulowych kurendach, ktorych czesc strawil pozar c.k. Ratusza Miejskiego w roku 1894. Zadna z trzech szkol, do ktorych uczeszczalem, nawet nie zajaknela sie jednym slowem o chasydzkiej czterechsetletniej przeszlosci, czy chocby o legendzie pierwszego osadnika – Abrahama okulisty, ktory juz w roku 1503 leczyl krolewskich poddanych, jak donosi ksiega miejska.

Bedac w Polsce w sierpniu 2001 roku, wybralem sie na ulice Rybacka, zaraz za mostem na rzece Kamienicy, i stanalem przed ohelem [kaplica grobowa] sadeckiego cadyka na zydowskim cmentarzu. Widzac pierwszy raz tyle starych macew wiedzialem, ze musze wreszcie zglebic ezoteryczna historie miasta. Sporo czasu zeszlo, aby ucielesnic te krzyczaca od ponad pol wieku powinnosc. Tysiace moich poprzednikow z miejskiego cyrkulu – kahalu - zasluzylo sobie na chocby kilka cieplych slow.



* * *


Nowy Sacz podczas austriackiego zaboru tetnil podwojnym, chrzescijanskim i chasydzkim zyciem. Jednym z epizodow, ktory obrazuje etniczna dualnosc miasta, jest data dwunastego lutego 1829 roku. Galicyjski grod obchodzil wtedy hucznie szescdziesiate pierwsze urodziny cesarza Franciszka I. Chrzescijanie uczestniczyli w specjalnej mszy, a po uroczystosciach religijnych wojsko strzelalo z mozdzierzy i broni recznej. Zydzi modlili sie w boznicy o zdrowie cesarza. Bawiono sie dlugo w noc wypijajac cztery beczki piwa, dziesiec garncow wodki, zjadajac przy tym sto osiemdziesiat funtow miesa.

Wodka byla zawsze lepiszczem spajajacym obie strony mieszkajace obok siebie. Opilstwo mieszczan pietnowane przez dziekanow sadeckiej kolegiaty sw. Malgorzaty z jednej strony, a z drugiej wplywy do skarbca rajskich zlotych pobierane od propinacji vinum crematum, splataly sie na dobre i zle. Do dzis zreszta pozostaje dylemat etyczny: jak obdzielic po rowno wina tych co pija i tych co produkuja i placa podatki. Kto deprawuje kogo? Kto komu potrzebny?

Przypominam sobie teraz przewrotny wierszyk, ktory recytowala moja osiemdziesiecioletnia wowczas nauczycielka jezyka polskiego, w szkole podstawowej usytuowanej naprzeciw sadeckiej Piety selektywnie oplakujacej wojenne ofiary na starym cmentarzu:

W rozkosznym dobrobycie,
Tu uplywa zycie.
Propinator drze skore,
Za to kaze pic lure.
Miesa, kosci i flaki,
Funt po cztery szostaki.
W miescie ciemno i bloto,
Plac podatki holoto.
I bij przed wladza placki,
Za ten system lajdacki.
Wiwat nasz pan Barbacki.
Polonistka, pani Walegowa, mogla byc wymarzonym pomostem miedzy mna a mistycznym cyrkulem galicyjskim Neu Sandecz, o ktorym zawsze wypowiadala sie z wielka estyma. Niestety, tak sie nie stalo. Madra polityka fiskalna burmistrza Barbackiego w Nowym Saczu – wbrew zacytowanemu wierszykowi – jest dostepna tylko na kartach historycznych ksiazek z lat 1900–1910. Zydowskie kwartaly nie pozostawily nawet sladu w ludzkich wspomnieniach. A osiemnascie tysiecy Chasydow z sadeckiego getta przepadlo jak kamien w wode, stad pewnie Pieta ma problemy z pamiecia.

W jezyku jidysz Nowy Sacz wymawia sie Sanz, albo raczej wymawialo sie Sanz. Etymologia nazwy miasta zostala wzbogacona blogoslawienstwem zgloski "Tz" (Tzadei), od ktorej tez slowo cadyk bierze swoj poczatek. Przez prawie dwa wieki Tsanz byl na ustach wszystkich Chasydow. Przepadl na zawsze w Holokauscie podczas II Wojny Swiatowej i swiadomosci wspolobywateli.

Podczas mojej retro wycieczki 2001, po "nieznanych" mi zakamarkach miasta, udalem sie do synagogi - beth hamidrash, ktora stoi na samym srodku placu zamkowego, co powinno byc kwantyfikatorem spolecznej swiadomosci. Wszedlem do zydowskiego domu modlitwy osadzonego na czworokatnym fundamencie ufundowanym juz w 1657 roku.

Wedlug przewodnikow sadeckich, tylko mury boznicy zdolaly przetrwac dzialanie czasu, a przede wszystkim okupacje. Wnetrze, polichromie, dach, elewacja ulegly zniszczeniu. Jednakze zachowala sie w Saczu pamiatka niezwykla – szkic barokowej bimy [mownicy, na ktorej czytano Tore, ferowano wyroki] namalowany przez Stanislawa Wyspianskiego w 1899 roku. Z tej bimy padaly slowa nauki cadyka Chaima Halberstama, medrca znanego Chasydom na calym swiecie.




Stanislaw Wyspianski: Bima w synagodze w Nowym Saczu, 1889.
(Kopia: A. B. Krupinski)



Legenda niesie, ze jeszcze zanim Chaim Halberstam urodzil sie, starzy Chasydzi powtarzali, iz madrosc ich potomka oswieci caly swiat.

Przyszly znawca Ksiag dosc dlugo cierpial zanim dostapil zaszczytu bycia cadykiem. Jako dziecko byl bardzo watlego zdrowia, kulal na jedna noge, czesto chorowal. Ktos powiedzial, ze w chederze nauczyciel czesto bijal go za to, ze spoznial sie i zawsze o czyms marzyl, zamiast uczyc sie calych stronic z Tanachu. Pewnego razu nie wytrzymal i oznajmil, ze to jego ostatni dzien w szkole, po czym znikl i zatonal w medytacjach oraz studiowaniu Tory.

Tak wlasnie zaczyna sie historia meza zacnego. W wielu przekazach chasydzkich, zarowno tych z Wilna, Podlasia, Mazowsza jak i tych z Galicji, legenda miesza sie z rzeczywistoscia, basn z jawa, marzenia z dniem codziennym.

Chaim Halberstam do Nowego Sacza przybyl koleja zelazna w 1826 roku. Przyjechal z Rudnika by zostac rabinem. Tuz po przybyciu na c.k. Banhoff z miejsca otoczyli go biegli w Torze i Kabale sadeccy uczeni i zaczal sie kabalowy dyskurs na dowolnie rzucony temat, co bylo u Chasydow zwyczajowa norma. Pierwsze wrazenie musialo byc piorunujace, gdyz wyjawialo erudycje rabina i jego inteligencje. W takich momentach wychodzila na wierzch efektywnosc nauk pobieranych przez zydowskich chlopcow od trzeciego roku zycia. Wkuwane na pamiec pasaze z Tory, rozdwajanie kabalowej zapalki na czworo, wszystko to musialo zaprocentowac na galicyjskim dworcu, przez ktory w godzinach nocnych zwykl sie byl przetaczac Vienna Express.

Na samej erudycji nie konczylo sie testowanie kandydata. Pobozni Chasydzi mieli w zanadrzu rozne sztuczki, aby przekonac sie czy ten, ktory mial przejac duchowa i fizyczna opieke nad nimi, byl tego godzien. Chaim Halberstam przeszedl test kuszenia dobrami materialnymi. Skonczyla sie cala afera sprawdzania wielka polajanka a sprawcy musieli pozniej dlugo tlumaczyc sie za swoje bezecenstwa przed obliczem rabina.



* * *





Synagoga w Nowym Saczu, 1998.
(Fot. Romuald Bernacki)



Liczne czekaly mnie niespodzianki, zanim udalo sie mi wniknac do wnetrza synagogi zamienionej na Muzeum Okregowe w Nowym Saczu. Jako samotny turysta czulem sie dowartosciowany kiedy jedna z pan sprzedala mi bilet wstepu – troche gorzej bylo z drobnymi, ale majac na uwadze frekwencje to i tak nie bylo zle, bo "dokupilem" troche pocztowek i malych mapek i jakos dobrnelismy do wymaganej reszty, podczas gdy druga z nich zapalila swiatlo i otworzyla drzwi do pusciutkiej sali modlow. Muzeum, jak wskazuje nazwa, miejscem jest wielce szanownym. Obejrzalem w nim malopolskie stroje szlacheckie, troche porcelany mieszczanskiej, fajki zacnych obywateli, trojwymiarowa makiete szlacheckiego zascianka z wiejskim siolem, trzewiki dworskiej acanki, nie obylo sie bez zbroi, ktora w chasydzkiej kulturze nie zajmowala zbyt duzo miejsca. Niezle dobrane swiatla i szumiaca muzyka w tle nadawaly wystawie niezbednej artystycznej polifonii. Nigdy jeszcze nie bylem ze sztuka tak blisko – tete â tete.

Kiedy juz oderwalem sie od pepowiny sztuki szlachetnej, postanowilem porozmawiac z ludzmi zawodowo zajmujacymi sie historia. Zapukalem niesmialo do wielkich i ciezkich drzwi w synagodze, na ktorych wisiala karteczka "Kustosz". Eleganckie "prosze" wprowadzilo mnie do samego srodka gestej papierosowej mgly, w ktorej zaczalem sie z miejsca krztusic. Wypowiedzialem kilka niezrecznych slow powitania, podzielilem sie wrazeniami z wystawy, dodalem, ze wlasnie wrocilem z sadeckiego kirkutu, na co otrzymalem przyjacielska reprymende, ze mowi sie cmentarz, a nie kirkut. Przeprosilem i zapytalem czy znana jest im ksiazka, ktora przywiozlem z Kanady, The Vanished City of Tsanz ("Zaginione miasto Sacz") napisana przez Shlomo Zalmana, sadeckiego Chasyda. Moi dwaj mili interlokutorzy nic o ksiazce nie slyszeli, niestety. Kiedy powiedzialem, ze warto by przetlumaczyc te unikalna pozycje na nasz jezyk, w odpowiedzi otrzymalem wiadomosc, ze pani zajmujaca sie sprawami "judaikow" wlasnie jest na urlopie.



* * *


Ruchy migracyjne Zydow nasilaly sie w okresach klesk i chorob. Widziano wtedy w nich tych, ktorzy pomagaja przywrocic zycie i prosperite do miast i wsi, znano dobrze ich wielostronne talenty. Kiedy nastepowal czas tzw. stabilizacji srodowiska, wtedy zaczynal sie okres "rywalizacji" (strzyzenia) poprzez podwyzszanie podatkow, przerozne restrykcje prawno-obyczajowo-religijne, az do... nie, nie potrafie tego skonczyc.

Nie inaczej bylo w Nowym Saczu. Przez dlugi czas targi na rynku wokol c.k. Ratusza odbywaly sie we wtorki i w soboty. Handlarze zydowscy tracili wiele, gdyz nie mogli pracowac podczas szabasu. Rabin Halberstam uzyl calego swojego autorytetu aby zmienic sytuacje. W koncu zgodzono sie na piatek. I znow znalazlo sie sporo Chasydow, ktorzy zaczeli narzekac, ze nie beda mieli wystarczajaco duzo czasu na przygotowanie sie do sobotniego swieta. Cadyk na te slowa odpowiedzial prosto, ze ciezka praca Bogu sie podoba, i ze tak zawsze bedzie na swiecie.

Kiedys probowano namalowac portret cadyka. Wyslano zatem atryste pierwszorzednego, ktory rysowac zaczal niezwykla osobe. Nie trwalo to jednak zbyt dlugo. Mistrz pedzla zachorowal znienacka w polowie pracy, tak ze nie mogl skonczyc dziela. Pozwano do sadu "winnego" medrca, aby osadzic go za rzucanie klatw. Wystarczyla kartka papieru aby rozwiazac cala sprawe: "Od chwili kiedy zaczalem samodzielnie myslec postanowilem, ze nigdy nikogo w zyciu nie skrzywdze zarowno Zyda jak i goja." Sad uwolnil cadyka z zarzutow na podstawie tylko jednego zdania. Taka byla moc jego czynow i slow.

Chasydzka zaradnosc i braterstwo moga sluzyc za wzorzec funkcjonowania kazdego spoleczenstwa. Czytajac przasnyskie i ostroleckie yizkory [ksiegi pamieci] wszedzie stykalem sie z opisami zyczliwosci okazywanej sobie nawzajem, jak tez z pragmatyzmem, ktory pozwalal im przetrwac czasy najgorsze. Poboznosc niejako wienczyla dzielo. Bez ortodoksyjnej wiary, ktora przerodzila sie w ich sposob zycia, Chasydzi nie byliby w stanie przezyc nawet jednej generacji z dala od Eretz Israel.

Wielka cadykowa relikwia przekazywana z pokolenia na pokolenie jest ponizsza historia. Idzie w niej o wycieczke galicyjskiego Chasyda z Nowego Sacza do Niemiec. Spotkal on tam Zyda, ktory rozwinawszy interes, z powodow zlej koniunktury popadl w olbrzymie dlugi. Zrozpaczony Berlinczyk chcial popelnic samobojstwo, od czego odwiodl go Chasyd z Tsanz. Jedynym rozwiazaniem przychodzacym do glowy sadeczanina bylo zapytanie cadyka Chaima, co robic dalej. W niedlugim czasie do Berlina zawitala gruba koperta z odpowiednia iloscia pieniedzy i instrukcja, ze po przejsciu okresu bankrupcji i usamodzielnieniu sie pieniadze trzeba bedzie oddac. Minelo sporo lat. Berlinczyk zapomnial o problemach i o cadyku rowniez, ktory zszedl z tego swiata. Ktorejs nocy Chaim Halberstam pojawil sie w snie niemieckiemu Zydowi, mowiac jak powinien on splacic zaciagniety dlug. Natychmiast wyjechal do Budapesztu by odszukac potrzebujacego, ktorego wskazal mu cadyk. Poprosil wegierskiego Zyda aby podliczyl dokladnie ile mu trzeba pieniedzy, a on mu udzieli potrzebnej pozyczki. Po dlugich kalkulacjach i podaniu sumy okazalo sie, ze... byla ona dokladnie taka sama jaka Berlinczyk dostal byl niegdys od sadeckiego cadyka.




Kirkut w Nowym Saczu z ohelem Rabina Chaima Halberstama, 1997.
(Fot. Romuald Bernacki)


* * *


Kiedy stalem na kirkucie na Rybackiej w Nowym Saczu przy ohelu Chaima Halberstama, dlugo zastanawialem sie czy i mnie moze cadyk w jakis sposob "nawiedzic". Wychodzilem juz prawie z cmentarza, do ktorego klucz trzymaja po drugiej stronie ulicy, kiedy nagle spostrzeglem rzecz nadzwyczajna: macewe z wyrytymi hebrajskimi znakami, a pod nimi inskrypcje z dwiema datami – narodzin i smierci (1994 ?) oraz nazwisko – Kempinska. Tak, to ona. Od razu przypomnialem sobie usmiechnieta kobiete, ktorej corke i wnuczke tez dobrze znalem. Nie zdolalem ustalic, czy owe, ocalale z Holokaustu, potomkinie Chasydow wciaz mieszkaja w Nowym Saczu. Moj samolot do Toronto juz za niedlugo mial odleciec z Okecia.





Teksty Waldemara Kontewicza zamieszczone w Zwojach:



Copyright © 1997-2002 Zwoje