
Gwałtownie spadły na nie jakieś uściski drapieżne, wwiercające się aż pod korę, do głębi miąższu. Zaskrzypiały schrypłymi głosami w nagłym lęku. Mróz!
Noc otworzyła się raptownie i poczęła miotać na ziemię, drzewa, kamienne miasta i ludzi białą zawieję. Rozkołysały się drzewa w bezsilnym szlochaniu i tęsknocie - wzburzyły się soki życia ukryte w korzeniach. Prastary wiąz, świadomy swej mocy niezniszczalnej, wypuścił kilka zielonych liści. Zmarły, zanim zdołały przekonać świat o cudzie.
A śnieg wciąż sypał - - -
*
Była to noc najdziwniejsza. Znękaną ziemią - od wschodu, zachodu i południa - szli żołnierze. Śnieg kładł im na twarze białe, stygnące maski. Ciemność zacierała drogę, więc brodzili na oślep, z wyciągniętymi wprzód rękoma - jak ślepcy. Z głębi rozmigotanej nocy wybłyskiwały raz po raz krótkie okrzyki reflektorów lub płomieniste wybuchy pocisków.
Żołnierze szli, szli, szli - - -
Z chichotem i rykiem oszalałych motorów przedzierał się przez lepką zadymkę długi wąż samochodów. Wbijały żółte. przerażone ślepia w czarnobiałe szaleństwo przed sobą, aż zagubione w czymś co się nie kończyło - gasły.
*
Ta sama noc, wszędzie. Bezszelestnie, bezustannie pada śnieg. Więźniowie przywykli do kamiennej ciszy, słyszą szelest miliarda miękkich łapek, osuwających się po chropowatym murze. Nasłuchują... W otworze okiennym klęczy rozmodlona noc - nic nie widać. Przytuleni do siebie, dzielą się komunią ciepła - zatajają jego nędzne resztki. W oczach mają noc - rozmawiają przyciszonym szeptem, dla nich tylko zrozumiałym.
- "To śnieg pada," mówi najmłodszy więzień, uśmiechając się do siebie. Patrzą na niego z wyrzutem, jakby pozbawił ich nagle wielkiej radości. Wiedzieli wprawdzie, że to śnieg pada, ale każdy z nich ważył w sobie tę tajemnicę - ni to bolesną ni radosną - każdy z nich sądził, że tylko on jeden domyślał; się istotnej przyczyny niknącego w ciszy więziennej szelestu.
Docierasz wszędzie, nocy zimowa! Na usta zachwycone, na wargi klnące, na oczy martwe i wypłakane kładziesz jednaki, chłodny pocałunek. O, nocy zimna, nocy wspaniała!
Cmentarz w nocy jest pusty. Wczoraj dopiero umilkły strzały rozrywające piersi bohaterów. Zacichłymi alejami, niezliczoną plątaniną ścieżyn i przechodów, błądzą cienie otulone melancholią. Śnieg rzeźbi w natchnieniu pomniki żałobnych drzew. Białe i czarne - fortepianowe - są jak pojedyńcze akordy brzmiące nad grobami. Kamienne pomniki i krzyże odbrzmiewają głuchym, metalicznym rezonansem. Noc akompaniuje pianissimo. Białe, bielsze od śniegu brzozy płaczą wiolinowo - czarne dęby, graby i topole huczą stłumionym ziemią requiem. Cyprysy i tuje schyliły czoła w takt żałobnego marsza.
To cmentarz gra - - -
Intonuje wiatr i dzwoni cisza. Białe szkielety tańczą pośród drzew swój
danse macabre... O, nocy niesamowita!
*
Góry milczą, oniemiałe z rozkoszy. Czuły zbliżającą się noc i w oczekiwaniu niecierpliwym zbłękitniały, pomroczyły się wcześniej od niej. Gdy przyszła, przejrzała się w ciemnych górach jak w zwierciadle. Na czarne lasy, na ciemne szczyty spadła nagle biała rozkosz.
W najdumniejszych okrzykach ziemi rozpalił się zimny płomień - dreszcz przenika góry - już rosną w potęgę, która kiedyś dała im władzę nad światem. Niech rośnie w ogromy biała siła.
Gdy przyjdzie wiosna, gdy obojętna na wszystko gorącość słoneczna dotknie grzbietów gór, wówczas runie w doły rozszalały żywioł. Rzeki zżółkną i pokryją się pianą jak zgonione rumaki.
Ludzie uciekną w popłochu - domy zwalą się w wodę - na świat spadnie potop. Dumne, wyniosłe góry będą przez czterdzieści dni i nocy królowały niepodzielnie nad ziemią. Będą zanosiły się śmiechem huczącym radosną potęgą olbrzymów.
Cyt! dziś jest cicho. Chłońmy grzbietami miękką białość. Otwórzcie się rozpadliny i przepaści, chwytajcie spiesznie biały nektar, zanim słońce wyjrzy zza naszych bark. Eol zagnał dziś wszystkie wiatry, by miotły śniegiem na spragnione góry. Rozpętała się na zboczach, szczytach i turniach diabelska zawierucha. Z gwiazd, kwiatów i ornamentów śnieżnych powstał starzec-olbrzym, Duch Gór, który z rozwianą na wichrze brodą, chichocząc radośnie, zbudził ze snu szatańską sarabandę żywiołów.
*
Noc gna już ku swej śmierci niechybnej. Znużona baśnią i własną nierzeczywistością pędzi przez nagie pola ku miastom. Zatrzymała się u rozstaju dróg - usypała dziewiczy kurhan pod krzyżem - już weszła w kręte, wyboiste uliczki przedmieść. Domy spały, błyskając martwym szkliwem okien. Wojna pogasiła wszystkie światła. Ciemność była tu gęstsza, ustokrotniona olbrzymią masą milczących kamieni, które skondensowały w sobie duszę nocy.
Śnieg zaczął prószyć w okna, a ludziom śniło się, że weszli w roztańczony krąg aniołów. Uśmiechały się przez sen dzieci.
Ktoś, o duszy ciemnej i złej, śnił że wołają go bezkresne, pełne jasności przestrzenie i że dobroć ogarnia go oczyszczającym, białym płomieniem.
Rzeka, przecinająca na ukos miasto, spięta była kamiennym łukiem mostu. Po nadrzecznych łąkach, nasiąkniętych mętną wodą, błąkały się smętki i łzy wygnane z ludzkich serc przez dobrotliwy sen.
... Na moście stał samobójca. Po barierze pełzła ku niemu błyszcząca Meduza. Człowiek pochylał się coraz niżej, coraz bezsilniej nad mroczną przeręblą rzeki. - - -
Wówczas właśnie wpadła na most roztańczona białym korowodem noc.
Z jednakową obojętnością złożyła tysiące misternych pocałunków śnieżnych
na seledynowych ślepiach Meduzy i na rozpalonym czole człowieka. Potwór wzdrygnął się,
przerażony, i plusnął w lodowatą głębię. Człowiek uśmiechnął się
- spojrzał raz jeszcze ku rzece, ale już inaczej. Nie było w nim teraz pragnienia śmierci.
Wolnym krokiem ruszył w ślady nocy.
Lublin, luty 1943.
| Utwór ten ukazał się w numerze 2-3 miesięcznika literackiego KAMENA, Lublin - Chełm, grudzień 1945 - styczeń 1946 (Rok VII). |
|

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||