BIALA   NOC






STEFAN   ANTONI   GRASS



Noc, pograzona w transie najglebszym, mzyla rozpylona bialoscia.  Zimowe, zamarle drzewa wolaly o litosc, lamiac w rozpaczy swe dlugie, widmowe palce. Bily w nich serca podobne do tych, ktore ozywialy noc. Zwarte w sobie, przyciszone zimowa kontemplacja, byly ciemne i nieruchome, laczac sie w ten sposob z prawdziwa istota nocy.

Gwaltownie spadly na nie jakies usciski drapiezne, wwiercajace sie az pod kore, do glebi miazszu. Zaskrzypialy schryplymi glosami w naglym leku. Mroz!

Noc otworzyla sie raptownie i poczela miotac na ziemie, drzewa, kamienne miasta i ludzi biala zawieje. Rozkolysaly sie drzewa w bezsilnym szlochaniu i tesknocie - wzburzyly sie soki zycia ukryte w korzeniach. Prastary wiaz, swiadomy swej mocy niezniszczalnej, wypuscil kilka zielonych lisci. Zmarly, zanim zdolaly przekonac swiat o cudzie.

A snieg wciaz sypal - - -

*

Byla to noc najdziwniejsza. Znekana ziemia - od wschodu, zachodu i poludnia - szli zolnierze. Snieg kladl im na twarze biale, stygnace maski. Ciemnosc zacierala droge, wiec brodzili na oslep, z wyciagnietymi wprzod rekoma - jak slepcy. Z glebi rozmigotanej nocy wyblyskiwaly raz po raz krotkie okrzyki reflektorow lub plomieniste wybuchy pociskow.

Zolnierze szli, szli, szli - - -

Z chichotem i rykiem oszalalych motorow przedzieral sie przez lepka zadymke dlugi waz samochodow. Wbijaly zolte. przerazone slepia w czarnobiale szalenstwo przed soba, az zagubione w czyms co sie nie konczylo - gasly.

*

Ta sama noc, wszedzie. Bezszelestnie, bezustannie pada snieg. Wiezniowie przywykli do kamiennej ciszy, slysza szelest miliarda miekkich lapek, osuwajacych sie po chropowatym murze. Nasluchuja...  W otworze okiennym kleczy rozmodlona noc - nic nie widac. Przytuleni do siebie, dziela sie komunia ciepla - zatajaja jego nedzne resztki. W oczach maja noc - rozmawiaja przyciszonym szeptem, dla nich tylko zrozumialym.

- "To snieg pada,"  mowi najmlodszy wiezien, usmiechajac sie do siebie. Patrza na niego z wyrzutem, jakby pozbawil ich nagle wielkiej radosci.   Wiedzieli wprawdzie, ze to snieg pada, ale kazdy z nich wazyl w sobie te tajemnice - ni to bolesna ni radosna - kazdy z nich sadzil, ze tylko on jeden domyslal; sie istotnej przyczyny niknacego w ciszy wieziennej szelestu.

Docierasz wszedzie, nocy zimowa! Na usta zachwycone, na wargi klnace, na oczy martwe i wyplakane kladziesz jednaki, chlodny pocalunek.   O, nocy zimna, nocy wspaniala! 

Cmentarz w nocy jest pusty. Wczoraj dopiero umilkly strzaly rozrywajace piersi bohaterow.  Zacichlymi alejami, niezliczona platanina sciezyn i przechodow, bladza cienie otulone melancholia.  Snieg rzezbi w natchnieniu pomniki zalobnych drzew. Biale i czarne - fortepianowe - sa jak pojedyncze akordy brzmiace nad grobami. Kamienne pomniki i krzyze odbrzmiewaja gluchym, metalicznym rezonansem. Noc akompaniuje pianissimo. Biale, bielsze od sniegu brzozy placza wiolinowo - czarne deby, graby i topole hucza stlumionym ziemia requiem. Cyprysy i tuje schylily czola w takt zalobnego marsza.

To cmentarz gra - - -
Intonuje wiatr i dzwoni cisza. Biale szkielety tancza posrod drzew swoj danse macabre... O, nocy niesamowita!

*

Gory milcza, oniemiale z rozkoszy. Czuly zblizajaca sie noc i w oczekiwaniu niecierpliwym zblekitnialy, pomroczyly sie wczesniej od niej. Gdy przyszla, przejrzala sie w ciemnych gorach jak w zwierciadle.   Na czarne lasy, na ciemne szczyty spadla nagle biala rozkosz.

W najdumniejszych okrzykach ziemi rozpalil sie zimny plomien - dreszcz przenika gory - juz rosna w potege, ktora kiedys dala im wladze nad swiatem. Niech rosnie w ogromy biala sila.

Gdy przyjdzie wiosna, gdy obojetna na wszystko goracosc słoneczna dotknie grzbietow gor, wowczas runie w doly rozszalaly zywiol. Rzeki zzolkna i pokryja sie piana jak zgonione rumaki.

Ludzie uciekna w poplochu - domy zwala sie w wode - na swiat spadnie potop. Dumne, wyniosle gory beda przez czterdziesci dni i nocy krolowaly niepodzielnie nad ziemia. Beda zanosily sie smiechem huczacym radosna potega olbrzymow.

Cyt! dzis jest cicho. Chlonmy grzbietami miekka bialosc. Otworzcie sie rozpadliny i przepasci, chwytajcie spiesznie bialy nektar, zanim slonce wyjrzy zza naszych bark. Eol zagnal dzis wszystkie wiatry, by miotly sniegiem na spragnione gory. Rozpetala sie na zboczach, szczytach i turniach diabelska zawierucha. Z gwiazd, kwiatow i ornamentow snieznych powstal starzec-olbrzym, Duch Gor, ktory z rozwiana na wichrze broda, chichoczac radosnie, zbudzil ze snu szatanska sarabande zywiolow.

*

Noc gna juz ku swej smierci niechybnej. Znuzona basnia i wlasna nierzeczywistoscia  pedzi przez nagie pola ku miastom. Zatrzymala sie u rozstaju drog - usypala dziewiczy kurhan pod krzyzem - juz weszla w krete, wyboiste uliczki przedmiesc.   Domy spaly, blyskajac martwym szkliwem okien. Wojna pogasila wszystkie swiatla. Ciemnosc byla tu gestsza, ustokrotniona olbrzymia masa milczacych kamieni, ktore skondensowaly w sobie dusze nocy.

Snieg zaczal pruszyc w okna, a ludziom snilo sie, ze weszli w roztanczony krag aniolow. Usmiechaly sie przez sen dzieci.

Ktos, o duszy ciemnej i zlej, snil ze wolaja go bezkresne, pelne jasnosci przestrzenie i ze dobroc ogarnia go oczyszczajacym, bialym plomieniem.

Rzeka, przecinajaca na ukos miasto, spieta byla kamiennym lukiem mostu. Po nadrzecznych lakach, nasiaknietych metna woda, blakaly sie smetki i lzy wygnane z ludzkich serc przez dobrotliwy sen.

... Na moscie stal samobojca. Po barierze pelzla ku niemu blyszczaca Meduza. Czlowiek pochylal sie coraz nizej, coraz bezsilniej nad mroczna przerebla rzeki. - - -

Wowczas wlasnie wpadla na most roztanczona bialym korowodem noc. Z jednakowa obojetnoscia zlozyla tysiace misternych pocalunkow snieznych na seledynowych slepiach Meduzy i na rozpalonym czole czlowieka. Potwor wzdrygnal sie, przerazony, i plusnal w lodowata glebie. Czlowiek usmiechnal sie - spojrzal raz jeszcze ku rzece, ale juz inaczej. Nie bylo w nim teraz pragnienia smierci.   Wolnym krokiem ruszyl w slady nocy.

Lublin, luty 1943.


Utwor ten ukazal sie w numerze 2-3 miesiecznika literackiego KAMENA,
Lublin - Chelm, grudzien 1945 - styczen 1946  (Rok VII).





Teksty Stefana Grassa zamieszczone w Zwojach:




Copyright © 1997-2002 Zwoje