

|
Pozwol mi spojrzec jeszcze raz jeden jedyny Jak zachod slonca niebo pastelami smuzy Na strzepki oblokow lecace golebiscie I liscie drzew na koncert strojone wiatrami. Chcialbym w slad za gwiazdami pojsc na kraniec ziemi Gdzie ksiezycowe wiedzmy ucza czeladnikow Jak wiazac sidla z pajeczyn czarnej wdowy Kradnac nocne melodie sowich pohukiwan. I daj mi wziac ze soba dzwieki i zapachy Wakacji zagubionych w starczej bezpamieci Rytualow wieczornych i rytmow odwiecznych Won macierzanki i dzwony na Ave Maria. Pozwol mi odejsc w swietlnych blyskawic wolaniu Szlakiem pielgrzymow gwiezdnych znajacych te sciezki Tylko u bramy zlotej daj mi sie zatrzymac Bym mogl glowe odwrocic i spojrzec raz jeszcze. 24. VIII. 2001 |

|
Azrael ma oczy przepasciste jak blizniacze studnie otchlani gdzie kropla blekitu jest niebem w niczyim oceanie. Azrael zna przejscia tajemne, mosty pajecze nad bezdenna glebia i hasla szeptane w uszy czujnych wartownikow. Przychodzi zanim slonce wzejdzie. Otwiera okno i, gdy swieca zgasnie, palcami chwyta uciekajacy strzep dymu i niesie go w zlotej czaszy na oltarze nieba. Czuly jak druh, lagodny jak sen, Azrael osusza gorzkie lzy i szepcze slowa, ktore kojac czas znow lacza koniec do poczatku. |

|
W piatek wieczorem ostatnia swieca ledwie sie tlila sierpniowo. Nad kreta sciezka Przelecial motyl Przemytnik z Maripozy Siewca kolorow. Jutro o swicie Wrzesniowe wrony Zrzuca na ogrod Jesienne palety. 31. VIII. 2001 |

|
Potrojny echa splot Jesieni zastygly dzwiek Tkanina wczoraj i dzis I strzep nieczytelnej mgly |

|
Czapla nad woda Lowi wlasne odbicie Zloty karp znika. Motyl na kwiecie W sloncu otwiera skrzydla Kwiat odlatuje. Starzec przy drzewie Zmarszczona kora i twarz robia porownania. Bezszelestna cma |

|
Czerwony kleks zachodu wsiaknal bezladnie w niebo. Bialy zagiel na horyzoncie probowal udawac trojkat Pitagorasa, lecz zawstydzony schowal sie w kolyske nieznanych morz i usnal geometrycznie. Gwiazda polarna, zagubiona w skretach nieznanych mglawic, byla sternikiem niepewnego statku. Maszt zakreslal pijane kola na zmietej mapie gwiazd. Marynarz spal w bocianim gniezdzie gdy mewy-wieszczki wywrozyly ziemie. Nikt nas nie powital na brzegu morza. Fale wymazaly z piasku hieroglify nieobecnych stop. Tylko echo wolania czailo sie wsrod skal a wiatr zdradzal dym dalekiego ogniska. Noc umarla dzgnieta sztyletem blyskawic. O swicie geometria zagli rozwinela skrzydla. Odplynelismy - widma dla nagich tubylcow. Ich zaklecia jak wicher swiszczacy nad glowa a za nami mgla nieprzenikalna i juz bezpowrotna. |

|
Jest miedzy nami przestrzen niespokojna gdzie zywoplot pamieci zwolna obumiera a glog i jezyny gniewnie odpychaja natretne zuki w chitynowej zbroi. Nie szukaj slodkich jagod w cierpkim zywoplocie - gniazd juz tam nie ma i odlecialy ptaki zakochane na wyspy nieznane gdzie pamiecia jest wicher a wspomnienie fala. Umarly zywoploty w przestrzeni bez nazwy, tylko wydmy pozolkle sa dzis papirusem, na ktorym w hieroglifach napiszemy lzami: Pamiec jest zludzeniem zapomnianych chwil. |

|
Pod debem modl sie o wytrwalosc, Madrosci szukaj w lisciach klonu. Wysluchaj zalow wierzb placzacych, Runy misterne czytaj w brzozach. Stan w blasku slonca, szukaj zaru Ktory dar drzew przetopi w zloto. Gdy ich korzenie siegna w ziemie Wierzcholki dotkna stop anielskich. Wiatr sciga tchnienie w drzew poszumie, Deszcz rozsypuje swietlne krople. Na lisciach w teczy migotliwej Zaklec tajemnych znachor szuka. W kropli zywicy sen niejasny, Topole droge ci wskazuja. Gdy przyjdzie pora pozegnania Odejdz cyprysowa aleja. |

|
Drzewa szepcza do siebie alfabetem lisci, Geometria jezykow pisza zawile listy Z podpisem nieczytelnym jak oblok anielski Gdy go traci niesmialo podmuch sowizdrzala. Ksztalty maja przedziwne, trojkatne, zebate, Jak serce u lopucha, waskie jak iglice, Palczaste, rozpostarte w bezradnej niedoli, Niesmiale jak mimoza drzaca pod dotykiem. Lisc-alchemik przetapia slonca plynne zloto W kazdy odcien klejnotow pieknej Esmeraldy, Zazielenia sie wiosna, trwa latem zielonym, A jesienia odchodzi w smierci kolorowej. |

|
Cien spi pod debem, a tam w gorze, lisc szepcze slonecznie do liscia o tym ze, chlorofilistycznie mowiac, szsz... ptaki nasluchaja. Polifem jednooki mrugnal chmurnie i cien sie stal polcieniem. Ziewnal i zaszyl sie w mrowisko Orfeusz smetny z niema lutnia. Cien biegnie przede mna do bramy - Don Kiszot z ksiezycowym kluczem. A noca chybotliwie tanczy ze swieca po scianach pokoju. Sprzegniete swiatlem sobowtory: ja jego cieniem, a on moim A tam, w oddali, chiaroscuro dolina cieni, gdzie wracamy. |

|
Blekitne kamienie skanduja Runy - druidow tajemny alfabet. Tych slow nie slyszysz w zgielku dnia. W ksiezycowym blasku licho sie wloczy Uwiklane w sabat czarownic. Glazowily czekaja na pierwszy brzask. Swietliki sla zaproszenia Na swietojanskie gody. |

|
Bylas slonecznie spiaca Pod debowym konarem Gdy moj cien wkradl sie drzaco I chlod znikl pod twym zarem. Wiatr zdmuchnal lisc zielony I moj cien opadl na ciebie A ty snilas z usmiechem Ze kochamy sie w niebie. Rozkosz cienia w upale Ochlodzila twe cialo A z polcienia milosci Senna pamiec powstala. |

|
Poki jestem jeszcze... Slowa wicher niesie A korowod lisci Blaka sie po lesie. Senna ballada swierszczy Gawedzi srebrzyscie. Gusla byly trudne W poswiacie ksiezyca. Znachor chcial byc wieszczem Snul marzenia zludne Ogniska rozniecal Poki byl tu jeszcze... Az czerwien zachodu Przemienil w rubiny I tak jak za mlodu Wyslal do dziewczyny. |

|
Snieg padal. W polu tanczace krysztaly Splataly w spirale Iskrzace klejnoty. Szedl znachor. Sto platkow nanizal Na gwiezdne promienie W potrojny sznur perel. Slad w sniegu. Brzek sopli ja zbudzil - Mroz kwiaty zostawil I perly na szybie. |
Jako pisarz debiutowal tuz przed ucieczka z Polski - w Prima Aprilis 1946 - w miesieczniku literackim Kamena (Chelm, nr 2-3, grudzien 1945 - styczen 1946) poematem proza pt. "Biala noc".
Po dlugiej karierze redaktora brytyjskich periodykow finansowych, powrocil na lamy Dziennika Polskiego w Londynie jako staly wspolpracownik, felietonista i krytyk literacki. Wiersze zaczal pisac w ostatnich kilku latach w poszukiwaniu nieuchwytnych metafor na pograniczu dwoch jezykow - polskiego i angielskiego - ktore dominuja w jego tworczosci literackiej. Od czasu do czasu odwiedza grono poetow na liscie dyskusyjnej pl.hum.poezja, gdzie podglada styl wierszowania mlodszych pokolen. Niektore jego wiersze ukazaly sie w internetowym zbiorze pod batuta krakowskiego poety, Jerzego Jakuba Wieczorka: http://www.poezja.exe.pl/.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||