

|
czy ty przypadkiem nie jestes tym motylem co zabladzil na krance Antarktydy kolorowy absurd zaplatany w czerniach glebokich granatach mroznego nieba czy to nie ty uparcie podnosiles skrzydla wbrew wszechmogacemu czlowiekowi co we mnie bezczynnie siedzi |

|
nanioslam wieczorem do domu wiatru zapachu i swierszczy ale noc mnie zagadala wlazla miedzy wersy ciezko o stol wsparla mi glowe uwolnila mnie od moich wierszy |

|
w wazonie z zaschnietym bzem mieszka zdechla cma i smierc opieram brode na stole patrze cicho tam dzis i cma juz nie placze znalam ja z widzenia karmilam ja swiatlem a ona tanczyla w magicznym kregu swiecy nieopatrznie jak ja – - ruda i glupia plonie nie umie zyc pomiedzy jasnoscia i blaskiem |

|
stronie od dlugich korytarzy od studni bezdennych od slowa tego jednego za duzo powitan przez probe pustego smiechu od pozegnan i sciezek w jedna strone zamknietych na klucz odlatujacych zurawi |

|
w szczelinie miedzy noca i dniem mam kryjowke na zamyslenie mam czas na milowanie sie z cisza nie ma tam echa nie niesie nie porywa mysli i tylko jak trop idzie za mna do ludzi nieodgadniony zadumany wielokropek |

|
to drzewo jest nagie i oczy odwracam ze wstydem bo zieleni przydac mu nie moge od zawsze istniejace w mojej za okiennej przestrzeni wylapuje mysli jak radar i jak wilgoc z szyby wymazuje obojetnie na boki az przyszedl mroz szepnal cos drzewu w sekrecie a ono peklo z zazdrosci mroz zdradzil ze co rano przenika mnie na wylot |

|
a kiedy potrzeba bedzie odejsc odejde nie bez smutku obejrze sie pewnie niepewnie i slowa nie powiem za duzo a kiedy dojrzeje czas powroce nie robiac wymowek i tylko zdziwie sie szczerze ze droga porosla sitowiem ze drzewa przerosly nas ze slimak uszedl tak daleko tylko my tak samo niepewni jak przed |

|
ptakow i serc kataryniarzu lowco wiatru co podmuchem podnosisz bryle blekitu w rzeczach niewidzialny dla mych slepych oczu niewyczuwalny jak powietrze pod opuszkami twardych palcow moze twarz swa odkryjesz odejmiesz mi niewidzenie albo z lodygi zycia jak biedronke zdejmiesz ogrzejesz oddechem i kropka po kropce wyrwiesz ze mnie wszystko co nieufne i slepe smiertelne |

|
on tam jest na brzegu nocy przewoznik swiatla o wiosla lodzi wsparty w zamysleniu jakby chcial kazda z fal zapamietac zatrzymac w bezruchu czas zaklety w wodzie on mnie ocali moja noc rozbarwi rozgarnie dlonmi zasypane drogi odbije sie echem o jego wolanie smialo wybiegne w nadchodzace zawsze |

|
mialas sie zjawic jak mgla albo rosa tak po prostu ktoregos ranka i mialas byc juz tak jak bys byla od zawsze na zawsze tymczasem tysiecznym spojrzeniem w okno przeszywam firanke chodze leze siedze podchodze do drzwi opieram leb o klamke i tak za toba tesknie moja przyjaciolko nadziejo |

|
napelnij mnie smiechem az po czubki palcow przyjdz wieczorem z nareczem trawy i swierszczy bedziemy gadac glosno na caly pokoj i kuchnie i na ganku pies tez sie rozesmieje nalapiemy godzin ze starego zegara bo dojrzaly juz dawno dla nas przyniose z ogrodu czeresnie wiesz – nie obrodzily tego roku wcale to dobrze wymyslimy je bez pestek |

Wszystkie wiersze pochodza z tomiku poezji
Malgorzaty Zwierzchowskiej Zagubiony wielokropek,
Wydawnictwo Sztafeta, Nowa Sarzyna, 2001.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||