MALGORAZATA   ZWIERZCHOWSKA


POEZJE







* * *

czy ty przypadkiem
nie jestes tym motylem
co zabladzil na krance
Antarktydy
kolorowy absurd
zaplatany w czerniach
glebokich granatach
mroznego nieba
czy to nie ty
uparcie podnosiles skrzydla
wbrew
wszechmogacemu czlowiekowi
co we mnie bezczynnie
siedzi






* * *

nanioslam wieczorem do domu
wiatru
zapachu
i swierszczy

ale noc mnie zagadala
wlazla miedzy wersy
ciezko o stol
wsparla mi glowe
uwolnila mnie
od moich wierszy






* * *

w wazonie
z zaschnietym bzem
mieszka zdechla cma
i smierc
opieram brode na stole
patrze
cicho tam dzis
i cma juz nie placze
znalam ja z widzenia
karmilam ja swiatlem
a ona tanczyla
w magicznym kregu swiecy
nieopatrznie
jak ja –
- ruda i glupia
plonie
nie umie zyc pomiedzy
jasnoscia
i blaskiem






* * *

stronie od dlugich korytarzy
od studni bezdennych
od slowa tego jednego
za duzo
powitan przez probe
pustego smiechu

od pozegnan
i sciezek w jedna strone
zamknietych na klucz
odlatujacych
zurawi






* * *

w szczelinie
miedzy noca i dniem
mam kryjowke na zamyslenie
mam czas
na milowanie sie z cisza

nie ma tam echa
nie niesie
nie porywa mysli

i tylko jak trop
idzie za mna
do ludzi
nieodgadniony
zadumany wielokropek






* * *

to drzewo jest nagie
i oczy odwracam ze wstydem
bo zieleni
przydac mu nie moge

od zawsze istniejace
w mojej za okiennej przestrzeni
wylapuje mysli jak radar
i jak wilgoc z szyby
wymazuje obojetnie
na boki

az przyszedl mroz
szepnal cos drzewu w sekrecie
a ono peklo
z zazdrosci

mroz zdradzil ze co rano
przenika mnie
na wylot






* * *

a kiedy potrzeba bedzie
odejsc
odejde nie bez smutku
obejrze sie pewnie
niepewnie
i slowa nie powiem
za duzo
a kiedy dojrzeje czas
powroce
nie robiac wymowek
i tylko zdziwie sie
szczerze
ze droga porosla sitowiem
ze drzewa przerosly
nas
ze slimak uszedl
tak daleko
tylko my tak samo
niepewni
jak przed






* * *

ptakow i serc kataryniarzu
lowco wiatru co podmuchem
podnosisz bryle blekitu
w rzeczach niewidzialny
dla mych slepych oczu
niewyczuwalny jak powietrze
pod opuszkami twardych palcow
moze twarz swa odkryjesz
odejmiesz mi niewidzenie
albo z lodygi zycia
jak biedronke zdejmiesz
ogrzejesz oddechem i kropka po kropce
wyrwiesz ze mnie wszystko
co nieufne i slepe
smiertelne






* * *

on tam jest
na brzegu nocy
przewoznik swiatla
o wiosla lodzi
wsparty w zamysleniu
jakby chcial kazda z fal
zapamietac
zatrzymac w bezruchu czas
zaklety w wodzie

on mnie ocali
moja noc rozbarwi
rozgarnie dlonmi
zasypane drogi
odbije sie echem
o jego wolanie
smialo wybiegne
w nadchodzace zawsze






* * *

mialas sie zjawic
jak mgla
albo rosa
tak po prostu ktoregos ranka
i mialas byc juz
tak jak bys byla od zawsze
na zawsze

tymczasem
tysiecznym spojrzeniem w okno
przeszywam firanke
chodze
leze
siedze
podchodze do drzwi
opieram leb o klamke
i tak za toba tesknie
moja przyjaciolko
nadziejo






* * *

napelnij mnie smiechem
az po czubki palcow
przyjdz wieczorem
z nareczem trawy i swierszczy
bedziemy gadac glosno
na caly pokoj i kuchnie
i na ganku pies
tez sie rozesmieje
nalapiemy godzin
ze starego zegara
bo dojrzaly juz dawno
dla nas

przyniose z ogrodu czeresnie
wiesz – nie obrodzily tego roku
wcale
to dobrze
wymyslimy je
bez pestek





Wszystkie wiersze pochodza z tomiku poezji
Malgorzaty Zwierzchowskiej Zagubiony wielokropek,
Wydawnictwo Sztafeta, Nowa Sarzyna, 2001.





Wiersze Malgorzaty Zwierzchowskiej zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2002 Zwoje