

Nie znaleziono dowodów na bezpośredni udział w zbrodni przybyłych w tym dniu do miasteczka z zewnątrz jakichkolwiek zbrojnych formacji niemieckich, oprócz stale rezydujących tam ośmiu policjantów. Sprawcami w większości byli Polacy.
Dotychczas przesłuchano 67 świadków, niektórych kilkakrotnie. Około jednej trzeciej z nich zeznało, że byli w dniu mordu w Jedwabnem, osobiście widzieli jakiś element przygotowania zbrodni lub sam moment mordu. Jeden świadek, mieszkaniec Izraela, zeznał, że był w grupie skazańców na rynku, doszedł z nimi w pobliże stodoły, która była miejscem kaźni, i wtedy udało mu się uciec. Do przesłuchania pozostało jeszcze około 30 osób - "trzeba sprawdzić, czy mają coś do powiedzenia" - jak powiedział prokurator IPN. Trzy osoby przebywają za granicą, są to krewni ofiar, ich zeznania pomogą skompletować listę zamordowanych.
Pozyskane już zeznania są obecnie weryfikowane, oczyszczane z przekłamań lub konfabulacji, powstałych pod wpływem książki Jana Tomasza Grossa oraz relacji w mediach lub z powodu uprzedzeń rasowych albo światopoglądowych.
Na przykład wątek obecności w miasteczku 10 lipca 1941 roku formacji niemieckiej, a w szczególności relacje o tym, że część Żydów zastrzelili Niemcy, pojawił się, gdy o takich hipotezach przebiegu wydarzeń zaczęły mówić i pisać media.
Prowadzący śledztwo prokurator Radosław Ignatiew z białostockiego oddziału IPN przedstawił wyniki ekspertyzy szczątków amunicji znalezionych na miejscu kaźni. Ekspertyzę wykonało Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Komendy Głównej Policji w Warszawie. Materiał porównawczy dostarczył Federalny Urząd Kryminalny w Wiesbaden w RFN.
W okolicy miejsca kaźni znaleziono - w różnych fazach poszukiwań - około dwustu łusek lub innych części amunicji oraz części uzbrojenia. Zbadano wszystkie. Żaden z nich nie został wystrzelony w 1941 roku. Część łusek w ogóle nie była odstrzelona, część pochodziła z okresu pierwszej wojny światowej (w okolicach Jedwabnego w 1915 i 1916 były prowadzone intensywne działania wojenne), jeszcze inne odstrzelono nie wcześniej niż w 1942 roku. Takie ustalenia podjęto albo na podstawie daty wyprodukowania naboju (regularna formacja zbrojna nie mogła w 1941 roku posługiwać się amunicją sprzed dwudziestu kilku lat), albo na podstawie śladów pozostawionych przez broń na łuskach. (Z laboratorium w Wiesbaden nadesłano do porównania łuski odstrzelone przy użyciu różnych typów broni. Można zgłosić jednak zastrzeżenie: nie zapytano niemieckiego urzędu o karabinek wzór 1934, ale zmodyfikowany w 1941 roku - o istnieniu takiego wzoru informuje niemiecki leksykon Wehrmachtu.)
Przebadano też przedmiot, uznany hipotetycznie za płaszcz pocisku, z wytopionym podczas pożaru ołowianym rdzeniem. Znaleziono go w zbiorowej mogile. Ekspertyza wykazała jednak, że nie był to element amunicji, ale metalowy przedmiot nieznanego zastosowania.
Teza, że w okolicy stodoły, w której spalono Żydów jedwabieńskich, strzelano do nich, jak powiedział prokurator Ignatiew, jest "wysoce mało prawdopodobna". Leon Kieres dodał, że w śledztwie nie znaleziono też żadnych dowodów, iż 10 lipca 1941 roku do Jedwabnego przyjechała jakakolwiek zbrojna formacja niemiecka (komando Schapera mogło tam przebywać np. w przeddzień, ale nie w dzień mordu); w miasteczku byli prawdopodobnie tylko żandarmi ze stałego ośmioosobowego posterunku.
Profesor Andrzej Rzepliński przedstawił wyniki analizy zapisów z trzech procesów, w 1949, 1950 i 1953 roku, oraz śledztwa z 1967 r. - Jest to historia zaniedbań i zaniechań, które wskazują, że organom wymiaru sprawiedliwości nie zależało na wyświetleniu okoliczności zbrodni. Część oskarżonych zeznała w czasie procesu, iż w śledztwie wymuszano na nich nieprawdziwe zeznania. Prof. Rzepliński nie wykluczył, że oskarżeni byli bici, ale raczej nie po to, żeby wymusić przyznanie. W innych procesach z tego okresu torturowani oskarżeni także na sali sądowej się oskarżali.
Sądy nie zainteresowały się ani kto został pokrzywdzony, ani przez kogo i w jakich okolicznościach i celach. Wyroki nie były niesprawiedliwe dla oskarżonych, nie został skazany nikt, kto nie był winien, owszem, część winnych z powodu niechlujstwa sądu została uniewinniona. Sąd odtwarzał jedynie przebieg zdarzeń na rynku, ale powstał z tego obraz chocholego tańca: jeden Niemiec pilnował jednego Polaka, żeby ten pilnował jednego Żyda, i to tylko do chwili, gdy Niemiec nie spuścił Polaka z oka.
Na konferencji w IPN profesor Witold Kulesza, szef pionu śledczego,
poinformował, że w toku jest obecnie 105 śledztw w
sprawie zbrodni nazistowskich, 407 śledztw w sprawie zbrodni
komunistycznych i 28 w sprawie innych zbrodni, kwalifikowanych jako
zbrodnie wojenne lub zbrodnie przeciwko ludzkości. Postawiono
dotychczas 31 zarzutów, sformułowano 12 aktów oskarżenia - jeden
przeciwko Polakowi, współsprawcy ludobójstwa w hitlerowskim obozie
zagłady w Chełmnie nad Nerem, pozostałe przeciwko sprawcom zbrodni
komunistycznych - dziesięć stalinowskich, jeden z okresu stanu
wojennego.
Andrzej Kaczyński
Podsumowanie pewnego etapu najgłośniejszego ze wszystkich śledztw prowadzonych przez Instytut Pamięci Narodowej, dotyczącego mordu na Żydach w Jedwabnem, stało się zarazem okazją do podsumowania dorobku całego IPN, zwłaszcza jego pionu śledczego.
W sprawie Jedwabnego zarysowuje się już konkluzja śledztwa. W zbrodni uczestniczyli Polacy, i to podczas całego jej przebiegu.
Śledztwo w sprawie Jedwabnego prowadzone było pod czujną i wyczuloną obserwacją opinii publicznej, która na prowadzącą je instytucję wywierała nader silną (choć o rozbieżnych, a nawet sprzecznych celach) presję. Dochowało obiektywizmu i staranności. Dobrze, że powstała instytucja profesjonalna i wiarygodna dla wszystkich ludzi dobrej woli.
O bezstronności, a także możliwie najdokładniejszym wypełnianiu obowiązków statutowych IPN świadczy podsumowanie wszystkich śledztw Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu: 105 w sprawie zbrodni nazistowskich, 407 - komunistycznych i 28 w sprawie innych zbrodni wojennych i przeciwko ludzkości.
Ale rola i pozycja IPN wymagają też najwyższej staranności w
informowaniu o jego pracy. Nie sprzyja temu pokusa nadmiernej
personalizacji i subiektywizacji odpowiedzialności za instytut,
której uległ prezes IPN, niefortunnie stwarzając sugestię, że są
powody (naciski?), aby rozważał, czy nie ustąpić z tej funkcji.
Jednocześnie prezes IPN zadeklarował bowiem, że może liczyć na
współpracę prezydenta i premiera. Warto pamiętać, że atmosfera
niejasności i nerwowości wokół IPN nie służy sprawie, której służy
Instytut.
Andrzej Kaczyński
Rzeczpospolita, 20 grudnia 2001.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||