

Sluchajac Bacha, pracuje nad rysunkiem Bergen-Belsen. Koncert a-moll na kwartet czyneli i orkiestre gra monachijska Bach-Orchester pod batuta Karla Richtera. Rysuje i slucham muzyki z kompletu tasm, ktore kupilem prawie siedemnascie lat temu. Zajmuje sie wylacznie ciemnym lasem i bialymi drogami poza terenem obozu. Po dlugich poszukiwaniach i przygotowaniach, jest to moj pierwszy rysunek w pelnej skali nalezacy do suity "Czternascie Stacji / Hey Yud Dalet". Obszar, ktory tworzy moj wegiel drzewny pozwala mi skupic sie jedynie na fakturze i okreslaniu wzglednego znaczenia bialo-czarnych znakow, ktore nakladam na papier. Moja glowa przesiaknieta jest muzyka. Moja zaduma sprawia mi przyjemnosc.
Rysuje cztery kropki, cztery malusienkie czarne kropki na polnocno-zachodnim obrzezu obozu. Nagle, swiadomosc tego, czym te kropki sa trafia mnie w samo serce z sila pneumatycznego mlota. To sa cienie wiez strazniczych. Te fotografie zrobiono kiedy wieze byly obsadzone przez SS. Wrecz ogarnia mnie atmosfera obozu przepelnionego torturowanymi wiezniami.
Rozplakalem sie. Nie jestem w stanie juz nic wiecej
narysowac. Wolam Sare i idziemy na spacer. Ona rozumie. Przez piec
powojennych lat mieszkala w Bergen-Belsen w kwaterach zolnierskich
zamienionych na oboz dla wywiezionych.
Wlasnie skonczylem "Stacje Nr 5, Bergen-Belsen". Prawdopodobnie jest to najbardziej fachowy rysunek, jaki wykonalem w swoim zyciu. Patrzac na ten rysunek, odczuwam rzeczywista glebie przestrzeni dzielacej mnie od obozu koncentracyjnego. Moge niemal wdychac powietrze unoszace sie ponad nim. Przypuszczam, ze gdybym wyciagnal dlon, to poczulbym wiatr na rozwartych palcach. Oboz jest bardzo daleko ponizej.
Jest on dziwnym zespolem budynkow, porozrzucanych wzdluz szosy, przecietej na pol jego obrysem z drutu kolczastego. Biale kropki sa dolami z ludzkimi popiolami i masowymi grobami. Na prawo od srodka obozu, tuz za ogrodzeniem, z wyrebu szczerzy na mnie zeby trupia glowka. Ta czaszka jest wyrebem. Trzy kepy drzew stanowia jej oczodoly i jame nosa. Miedzy drzewami przeswieca boczna droga. Makabryczny usmiech bialych zebow!
Spostrzeglem ja natychmiast, kiedy po raz pierwszy spojrzalem na te fotografie wykonana przez RAF 13 wrzesnia 1944. Trupia glowka ulokowana jest niedaleko Obozu Meskiego, tuz za latrynami. Czy to Natura krzyczy pod niebiosa o istocie tego miejsca? Oryginalna fotografia nosi zapis, przypuszczalnie zrobiony przez kogos z rozpoznania lotniczego RAF-u. Jest to male kolko, ktorym zakreslono skrzyzowanie drog w ksztalcie litery T, tuz na prawo od wyrebu. Obok kolka - bialy napis na czarnym tle - "X 471664". Nie wlaczam tego do ukonczonej pracy.
Ludzie, patrzac na ten rysunek zapytaja moze dlaczego
narysowalem tam trupia glowke. Moge na to tylko odpowiedziec, ze ja jej
nie wymyslilem. Narysowalem tylko to, co zobaczylem na wlasne oczy.
Z angielskiego przelozyli Andrzej Kobos i Arie Galles.




Mialem sen, w ktorym bylem zarowno uczestnikiem jaki i obserwatorem, dzieckiem i doroslym.
Dorosly rysuje, bedac jednoczesnie malym, dwu lub trzyletnim chlopcem tkwiacym w emulsji starej fotografii. Rozpoznaje siebie takiego, jakim znalem siebie z dawnych zdjec z Polski.
Potem podchodzi do mnie jakis mezczyzna i bierze mnie za moja mala reke. Jest mily, a jego dotyk jest delikatny. Czuje niewiarygodne cieplo bijace od niego. Nastepnie prowadzi mnie przez wnetrze emulsji fotografii zgromadzenia jakiejs grupy ludzi. Idziemy wewnatrz emulsji, tuz pod powierzchnia papieru; w tym samym czasie gdy ja-dorosly siedze na zewnatrz, patrze na te fotografie i rysuje. Mezczyzna mowi mi, ze jest moim wujkiem, bratem mojego ojca. Znalem ze zdjec obu braci mojego ojca i wiem, ze ten czlowiek nie jest zadnym z nich, a jednak przejmujace drzenie, ktore odczuwam przy nim, jest cieplem, a nie strachem. To, ze jest on moim wujkiem, wiem calym soba.
Mijamy inne twarze i zblizamy sie do twarzy jakiegos mezczyzny u gory prawej strony fotografii. Twarz, na ktora patrzymy jest delikatna i figlarnie sie usmiecha. Skads znam te twarz. Mezczyzna, ktory wciaz trzyma moja dziecinna raczke, mowi - "To jest moje zdjecie. Jestem twoim wujkiem". Twarz jest mila i ciepla, ale jej oczy sa dziwne. Oczy sa niezwykle, a ja probuje uswiadomic sobie, co mi te oczy przypominaja. Na pierwszy rzut oka wygladaja jak lsniace oczy kota, potem zdaja sie zapadniete, jak na spolaryzowanej fotografii. W koncu uswiadamiam sobie, ze sa plaskie, mleczne i tepe, niczym oczy snietej ryby. Jednak nie odczuwam ani trwogi ani strachu, a tylko zdumiewajace cieplo.
Mezczyzna znowu mowi - "Jestem twoim wujkiem". Rownoczesnie znajduje sie wewnatrz i na zewnatrz fotografii. Ja-dziecko nadal trzymam reke mezczyzny, podczas gdy ja-dorosly rysuje twarz mezczyzny. Rysujac, wyraznie widze moja dlon trzymajaca wegiel rysunkowy. Ciemne wlosy i oczy mezczyzny uwydatniaja sie w miare jak wegiel pokrywa znakami papier. Jego brwi i kosmyki ciemnych wlosow zamieniaja sie we wzory pol i lasow, w ktorych natychmiast rozpoznaje rysunek widzianego z powietrza Belzca.
Juz przez dwa miesiace w trudzie pracuje nad tym rysunkiem. Czolo mezczyzny zamienia sie w polane, a jeden kosmyk wlosow w ciemniejsze pasmo pola w gornej prawej czesci rysunku, tuz nad terenem obozu zaglady. W tym wlasnie momencie budze sie.
Natychmiast zdaje sobie sprawe, ze mezczyzna, ktory zaprowadzil mnie do twarzy na fotografii, do twarzy o dziwnych oczach, to moj wujek Mojsie Lieberman. Znam jego twarz tylko ze starego zdjecia zrobionego w Polsce przed wojna. Byl mezem Lajci, siostry mojej matki. Ona, jej maz i ich dzieci zostali zagazowani w Belzcu. Opowiedzialem ten sen mojej zonie Sarze. Objela mnie ramionami, a ja lezalem odwrocony od niej, owladniety milczacym szlochem.
Rano od razu poszedlem do studia i popatrzylem na rysunek.
Dokladnie tak samo, jak to najpierw uswiadomilem sobie we snie, z tego samego
miejsca na rysunku, wyzieraly na mnie dwie ciemne okragle plamy, plasko i
tepo. W jakis sposob poczulem sie uwolniony i zdolny by dokonczyc
rysunek, gdyz moja dlon wiedziala gdzie naniesc kazdy znak.
Z angielskiego przelozyli Andrzej Kobos i Arie Galles.


Patrze w dol na odwrocony swiat, w ktorym czarne jest biale, a biale jest czarne. Garbie sie nad podswietlonym stolem w Narodowych Archiwach w College Park, Maryland, podczas gdy negatywy, ramka po ramce, mijaja mnie w pospiechu. Szybko przewijam rolki filmu a moje oczy wypatruja wymownych znakow topografii, ktore automatycznie spowoduja, iz zatrzymam przesuwajaca sie rolke, by sie im dokladnie przyjrzec. Po raz kolejny, drugi juz dzien slecze w tym archiwum w ramach moich poszukiwan, ktore kontynuuje z przerwami od szesciu lat. Przegladam dziesiatki puszek z filmami wykonanymi w czasie drugiej wojny swiatowej przez sily powietrzne armii amerykanskiej podczas misji nad Trzecia Rzesza. Wlasnie zostaly one odtajnione przez amerykanski wywiad wojskowy. Szukam widokow z powietrza obozow koncentracyjnych w Ravensbrück i Gross-Rosen.
Obrazy te posluza mi za zrodla do dwoch brakujacych rysunkow mojej suity "Czternascie Stacji / Hey Yud Dalet." Poprzednio odszukalem powietrzne zdjecia pozostalych dwunastu "stacji": Auchwitz-Birkenau, Babiego Jaru, Belzca, Bergen-Belsen, Buchenwaldu, Chelmna, Majdanka, Mauthausen, Treblinki, Sobiboru i Stutthof. Moja dlon przelozyla ich widoki na znaki rysunkowym weglem. Obrazy miejsc, gdzie tyle milionow ludzi przemieniono w popioly, sa teraz rysowane, jakze stosownie, popiolem wegla drzewnego. Pracuje z gwaltownoscia burzy, moje skupienie jest precyzyjne jak zonglera.
Wpatrujac sie w klatki filmow. miarowo przesuwajace sie pod moim spojrzeniem, zatracam poczucie rzeczywistosci, lece przez historie. Jest rok 1943, a moze 1944, a ja jestem przylepiony do brzucha bombowca B24, latajacego w niezliczonach misjach nad polnocnymi Niemcami. Odstepy miedzy klatkami dzialaja jak migawka a ruch przeplywajacych obrazow jest trzesacy sie, skokowy. Niekiedy mignie mi bialy cien mojego samolotu i cienie innych bombowcow mojej eskadry, slizgajace sie ponad krajobrazem. Lece nad dworcami kolejowymi, miastami i lotniskami, teren jest podziobany bialymi pierscieniami lejow po wybuchach bomb. Plaska powierzchnia filmu staje sie trojwymiarowa. Biale, klebiace sie chmury, tutaj zlowieszczo czarne, sa postrzegane przez moje zmysly jak plamy atramentu na jasnej powierzchni ladu.
Najbardziej surrealistyczne i niepokojace odczucie nachodzi mnie gdy przelatuje przez filary dymu podnoszace sie ze zbombardowanych celow. Czarny dym jest lsniaco bialy, jego kolumna wznosi sie na tysiace stop. Filary dymu pedza w perspektywie bardzo znieksztalconej paralaksa. Dostrzegam glebie obrazu, az do palacego sie ponizej, zanikajacego punkciku. Od czasu do czasu zjawiaja sie serie zdjec z innych lotow bojowych a ja odczuwam ruch samolotu. Mkne wzdluz wybrzeza Baltyku, przetaczam sie nad rzekami i jeziorami. Dostrzegam wartkie nurty i biale cienie na brzegach rzek. Te negatywy zyja. Kiedy wreszcie dana rolka sie konczy, zaczyna sie proces przewijania filmu, odtworzenie lotu do tylu, z wieksza szybkoscia, a ja naprawde nie wiem ktory kierunek ruchu jest prawdziwy. I nagle wszystko sie konczy. Ta ozywiona historia staje sie rolka blyszczacego czarnego filmu, ktora ma powrocic do swojej obtluczonej puszki. A na szpule zostaje zaladowana nowa rolka.
Historia zatacza kolo, a scislej jest preclem przeplecionym,
coraz bardziej zwinietym na siebie. Za piecdziesiat lat, ktos bedzie
ogladac fotografie zrobione z nieomal boskiej obserwacyjnej perspektywy
satelity na orbicie. Wpatrujac sie w przykryte bialymi czapami sniegu i
poszatkowane gory, pikowane i polatane doliny i wijace sie rzeki, zamysli
sie moze ktos nad tym jak ludzie walczyli, cierpieli i umierali. Bo jedyne co
zobaczy to ziemia, a ta wyda sie piekna.
Z angielskiego przelozyli Andrzej Kobos i Arie Galles.

Nie wiem dlaczego nie zauwazylem tego wczesniej. Byl przeciez tutaj przez caly czas, tkwiac na powierzchni na wpol ukonczonego rysunku Buchenwaldu. Byc moze dopiero teraz, wkladajac cala moja istote w wykonczenie tego rysunku, moglem pojac ten ksztalt. Jest niczym ogromny rorschachowy wzor, na ktorym zaostrzam moja wyobraznie. Podobnie jak gigantyczne wydrapane rysunki w Peru, wyryte w zywej glebie, te postac mozna zobaczyc tylko z lotu ptaka. Bez zadnego zamiaru i w sposob swiadomie nie zaplanowany przez swego tworce, nadaje ona sygnaly w przestworza.
Fotografie zrobili lotnicy Osmej Dywizji Powietrznej Amerykanskiego Korpusu Lotniczego, podczas nalotu na fabryki zbrojeniowe w Weimarze 24 sierpnia 1944 roku. Moj kuzyn, Abram Tisser, byl wtedy jednym z wiezniow przyleglego obozu koncentracyjnego. Troche na lewo od obozu wyraznie widac ludzka sylwete. Z lewa zarysowuja ja tory kolejowe, a z prawa graniczna linia lasu. Wijaca sie przez las, troche po prawej stronie, szosa sprawia, ze polowa lasu wyglada jak plaszcz przerzucony w poprzek ciala.
Postac jest niemal bizantyjska z ksztaltu i postawy. Nosi efod, na ktorego misterny haft skladaja sie rozmaite konstrukcje, szopy i uliczki fabrycznego kompleksu. Jej glowa, ciemny polwysep zagajnikow i budynkow, lekko pochylona w swoja lewa strone, jest ukoronowana polkolista aureola barakow SS - prostokatnych klejnotow w tej koronie.
Lewe oko ma szeroko otwarte, wytrzeszczajac malenka teczowke. Prawe oko jest zamkniete i zaszyte. Troche na lewo od srodka ciala, gdzie nalezaloby spodziewac sie serca, widac pek pylow od wybuchow bomb. Sw. Buchenwald!
Nic na to nie poradze, ze widze go teraz za kazdym razem,
gdy spogladam na rysunek. Perwersyjnie gorliwy patron obozu o sercu wysadzanym
w powietrze. Niestety, po tym nalocie oboz nie przestal byc jego krolestwem.
Duzo pozniej, kiedy oboz wyzwolono, nikt nie zawracal sobie glowy, zeby
ogladac to z gory. Byc moze, nikt tam w gorze w ogole nie zauwazyl
obozu. Jego rekodzielo, tu wprost na ziemi, w swojej nikczemnosci
pochlonelo wszystko.
Rysujac, unosze nad ta rzeznia, zmuszony do wpatrywania
sie w kostium, ktory nosil on w tej topograficznej maskaradzie.
Z angielskiego przelozyli Andrzej Kobos i Arie Galles.



Po osmiu latach poszukiwan, poczta w koncu przyniosla mi
negatyw Ravensbrück, przyslany mi z Anglii z JARIC (Joint Air Reconnaissance
Inteligence Center of the RAF). Pobieglem z nim do mojego studia. Jest to
negatyw 9 x 9 cali. Niewiarygodny widok. Bliskosc obozu do miasta Fürstenberg
na malowniczym brzegu jeziora jest odretwiajaca.
Skonczylem kompozycje widoku przedstawiajacego prawie caly
Fürstenberg, z jeziorami i lukiem torow kolejowych, ktory biegnie na polnoc
od obozu, oraz z rozgalezieniami bocznic kolejowych do obozu. Jak moglo bylo
takie straszliwe miejsce ujsc niezauwazone? Ogrodzenia z drutu kolczastego,
straznice, krematorium buchajace cuchnieciem palonych cial...
(Sara zadzwonila z Chicago. Przechodzi przez nieslychanie trudny okres. Jej ciezko chory ojciec jest bardzo slaby i niewiele mowi.)
Gdy porownuje rzut obozu na planie z fotografia z powietrza, wszystko staje sie oczywiste, nawet nieostry, rozmazany rejon miejsca eksterminacji ludzi. Zorientowanie mojej kompozycji czyni, iz jezioro Schwedtsee wyglada jak pysk starozytnego egipskiego boga-szakala. Intensywnie studiuje ten widok. Anubis wpatruje sie w oboz, i nieomal go dotyka czubkiem swojego czarnego pyska. Obraz fotograficzny zorientowany jest tak, ze jego gora wskazuje polnocny-zachod. Cialo Anubisa jest zakreslone torami kolejowymi w kierunku zachodnio-poludniowo-zachodnim. Jego uszy sa rozgalezieniami torow kolo Ravensbrück; jedno odgalezienie biegnie na polnoc, podczas gdy drugie zakrzywia sie szeroko na wschod, juz poza obozem. Rzeka Hawel, pomiedzy jeziorami Schwedtsee a Stolpsee, jest piersia Anubisa. Miasto Fürstenberg jest jego fryzura, a czarny trapez Schwedtsee jego pyskiem.
Pedze do polek by siegnac po ksiazke o sztuce starozytnego Egiptu, ktora przed kilkoma tygodniami Sara znalazla dla mnie na jakiejs garazowej wyprzedazy. I tam oto on jest, bog swiezo umarlych, o czarnej twarzy, wiodacy ich do otchlani, gdzie ich ich dusze zostana zwazone i osadzone. Tenze Anubis, jak szakal czyhajacy by odgryzc smaczny kasek, gapi sie na oboz tuz przed swoim nosem.
Jest prawda, ze gdy patrzy sie na jakis obraz, umysl
odmawia zaakceptowania chaosu. Stad tez to miasto, jezioro, miejsce piekla
wiezniarek, widziane z powietrza ze szczegolnego kierunku, zostaje odczytane
jako wizerunek jednego z bogow starozytnego Egiptu. Jestem przytloczony tym
olsnieniem.
Nadeszly przezrocza. Kiedy nalozylem przezrocze Anubisa na
widok Ravensbrück z powietrza, okazalo sie, ze te dwa obrazy niesamowicie,
prawie doskonale, pasuja do siebie. Cos wiecej dzieje sie w moim mozgu,
wyobrazam sobie zbyt wiele okolicznosci, by przyjac to jako proste,
przypadkowe zdarzenie. Czuje, jakbym zyl we snie, albo w jakiejs bajce
czytanej mi przeze mnie.
Spadlem z drabiny gdy czyscilem rynny nad garazem. Mam
skomplikowane zlamanie prawej kosci barkowej. Moja reka jest bezuzytecznym
zawiniatkiem bolu, zwisajacym w gipsie na temblaku.
Rysunek postepuje bardzo powoli. Im wiecej rejonow koncze "wmazujac", tzn. technika, ktora pracuje nad rysunkiem, gdy jest on juz zupelnie zasmarowany i przypomina tylko widmo uprzednio naniesionego szczegolowego rysunku, tym wiecej mam do odkrycia. W tej chwili mam juz wymazane kompletne rejony wokol Roblinsee (u gory prawej strony rysunku), Baalensee (male jezioro na lewo od srodka) i obszar wokol rzeki Hawel, lewa strone Schwedtsee (pysk Anubisa) oraz dolna czesc miasta Fürstenberg. Nie dotknalem jeszcze obszaru Ravensbrück na gorze rysunku, chociaz caly oboz zostal juz zrobiony.
Rysujac moja gumka, slucham zespolu "Klezmatics". Spiewaja oni piesn o duchu zmarlej matki przychodzacym na wesele corki. Inne duchy, wlaczajac proroka Eljasza, rowniez tancza na tym weselu, lecz nie z zywymi. Niespodziewanie, zachlystuje sie bez powodu. Nie wiem dokladnie co, czy obraz, czy slowa piesni, czyni, iz lkam. Spogladam na rysunek obozu pelnego martwych corek i matek. Anubis wita ich w swiecie umarlych. Wiedzac jakie medyczne eksperymenty mialy tam miejsce, zapewne nie dla wielu z tych, co przezyli ten oboz bylo pozniej wesele.
A moze lkam dlatego, ze dzisiaj znalazlem koperte z kartka na Rosz Haszana, ktora moja matka napisala do rodzicow Sary 5 wrzesnia roku 1980, piec miesiecy po naszym slubie. Mialem te kartke odlozyc do archiwum, ale z jakiegos powodu zostawilem ja na biurku w moim studio. Otworzylem ja teraz, a niej, w jidysz, pismo mojej matki oznajmia:
"Ain gliklich gezint nai yoor und naches fin di kinder, vinscht M. Galles."
("Radosnego i zdrowego Nowego Roku i radosci z dzieci, zyczy M. Galles.)"
Uplynelo prawie 21 lat od kiedy napisala ona ten list.
Umarla cztery lata temu, i minelo juz 33 lata odkad umarl moj ojciec.
Matka Sary zmarla 17 lat temu, a jej ojciec odszedl prawie rok temu. A ja
znowu rysuje, moje ramie zagoilo sie. Chcialbym wiedziec, czy duchy moich
rodzicow sa teraz kolo mnie, zachecajac swoje najmlodsze dziecko by
zakonczylo te modlitwe przedsiewziecia. Byc moze duchy, tych ktorzy zgineli
i tych, ktorzy przetrwali wojne, a od owego czasu zmarli, tez kraza w
poblizu. Nie wiem. Wszystko, co wiem na pewno, to to, ze placze.
Z angielskiego przelozyli Andrzej Kobos i Arie Galles.
|
|
| Arie A. Galles, Stacja Trzynasta: Ravensbrück. - "Anubis". |
Grobowiec Amennahta: Bog Anubis konczacy mumifikacje martwego czlowieka. Okres Ramzesydow, Dziewietnasta/Dwudziesta Dynastia. (szczegol) |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||