

Był to wrzesień 1939. Warszawski ogród zoologiczny, położony w pobliżu baterii obrony przeciwlotniczej stolicy, znalazł się pod ciężkim niemieckim bombardowaniem. Ryki zranionych i konających zwierząt mieszały się z gwizdem pocisków i wybuchami. Polarne niedźwiedzie człapały na wolności a ich białe futra były poplamione strugami krwi. Kasia – słonica – zginęła trafiona bombą, a jej dwuletnia córka Tuzinka (wówczas dwunasty dopiero słoń urodzony w jakimkolwiek zoo) trąbiła w popłochu. Żyrafa leżała, konając z nogami rozrzuconymi pod śmiesznym kątami. W ptaszarni, papugi, rozkładając płonące skrzydła, usiłowały wzlecieć w górę i spadały rozbijając się o ziemię. W piekle swoich klatek i wybiegów, bezsilne, o dzikich oczach małpy i antylopy, wydawały z siebie kakafonię pisków. Niektóre zwierzęta cudem uciekły. Wielbłądy i lamy wędrowały wzdłuż brzegów Wisły. Hipopotamy, niedźwiedzie, żubry, jelenie i rysie zmieszały się przyjaźnie a wydry i bobry cierpliwie czekały w swoich sadzawkach. Antonina Żabińska, której mąż Jan, dyrektor warszawskiego zoo od roku 1929, był jeszcze na froncie, zastanawiała się, ilu ludziom przyjdzie doświadczyć tego samego losu jaki spotkał jej ukochane zwierzęta. Zadawała sobie pytanie, dlaczego niektóre zwierzęta w sposób widoczny chwilowo utraciły swoje drapieżne instykty, podczas gdy ludzie potrafili tak szybko stać się bardziej drapieżni niż najdziksze bestie.
Po kapitulacji Warszawy, do ciężko zbombardowanego ogrodu
zoologicznego przybyło kilka ważnych niemieckich osobistości. Głównym wśród
nich był profesor Lutz Heck, dyrektor ogrodu zoologicznego w Berlinie, którego
ojciec, Ludwig, też piastował wcześniej to samo stanowisko [1], a brat,
Heinz, był dyrektorem Ogrodu Zoologicznego im. Hellabruna w Monachium.
Członkowie tej rodziny od samego początku byli zagorzałymi zwolennikami ruchu
nazistowskiego. Zadaniem misji Hecka w okupowanej Polsce było wysłanie
najcenniejszych ocalałych zwierząt do niemieckich ogrodów zoologicznych. Heck
planował także wyjazd do Białowieży, jednej z pierwotnych puszcz polskich,
która rozciągała się poprzez granice środkowej i wschodniej Europy i była
krainą żubra oraz potomków rzadkiego dzikiego konia, tarpana. Żubry i
tarpany zamierzał on zabrać do Niemiec. Pani Żabińska przypomniała sobie,
jak usłużny dla jej męża i niej samej bywał Heck na przedwojennych
konferencjach i jak przesyłał im był kartki z pozdrowieniami oraz fotografie
rzadkich zwierząt. Wówczas było to ujmujące. Heck był w końcu człowiekiem
odpowiedzialnym za wszystkie sprawy związane z ochroną zwierząt i polowaniami
w całej Trzeciej Rzeszy. Teraz Heck, wykorzystując swój status i przedwojenne
kontakty z Żabińskimi, zapewniał panią Żabińską, że podczas gdy on sam
nie miał żadnego wpływu na decyzje podejmowane przez wyższe władze
niemieckie (co oczywiście było patentowanym kłamstwem), będzie on próbować
łagodzić wszelkie przepisy dotyczące warszawskiego zoo i ułatwić hodowlę
świń na żywność. Zapewnił także Żabińską, że jej ulubione rysie
znajdą się pod jego specjalną opieką w niemieckim zoo w Schorfheide. Co do
innych zwierząt zabieranych do Niemiec, uroczyście jej obiecał, że zostają
one tylko wypożyczone!
Hitlerowcy przywiązywali szczególną wagę do promowania praw zwierząt, szczególnie dzikich. Byli pionierami w wprowadzeniu najdalej w owym czasie idącej polityki ochrony środowiska. Od pierwszych dni u władzy, reżim hitlerowski wprowadził wiele przepisów ochrony życia zwierząt. Wybitny niemiecki zoolog został napomniany, gdy dżdżownice, które uśpił był podczas pewnego eksperymentu, mimo tego poruszały się nadal! Pozycja Hecka w hitlerowskiej hierarchi, jako autorytetu od życia zwierząt, stawała się coraz ważniejsza i został on ulubieńcem Hitlera i Goeringa [2].
Heck miał specjalne powody przyjazdu do okupowanej Polski. Obok otwartej kradzieży zwierząt z warszawskiego zoo i innych rezerwatów oraz zrabowania bezcennych zapisów hodowlanych prowadzonych przez polskich specjalistów, Heck przekonał hitlerowskich władców, że sprowadzając do Niemiec żubry z Puszczy Białowieskiej, zdoła on osiągnąć dwa oddzielne cele: będzie mógł pracować nad "zrekonstruowaniem" tura [3], jak również nad "ochroną" żubra przed "rasową degeneracją". Do zrekonstruowania tura Heck używał udomowione bydło i krowy.
To miało stać się ukoronowaniem kariery Hecka. Przez proces sztucznej selekcji (inżynieria genetyczna, jako technologia hodowli, nie istniała przed rokiem 1970), chciał on wyhodować zwierzę, które całkowicie wymarło na długo przed rokiem 1700; bestię, która, jak swastyka, miała stać się ikoną Trzeciej Rzeszy. Był to jeden z najbardziej dziwacznych "naukowych" eksperymentów nazistów.
Warszawskie zoo, które, gdyby nie wybuchła była wojna,
byłoby w roku 1940 gospodarzem kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia Ogrodów
Zoologicznych (miało to być wyrazem uznania dla wzrastającej reputacji dyrektora,
którego zoo istniało tylko od 12 lat), teraz poważnie ucierpiało nie tylko
od bombardowania, ale i od wywiezienia rzadkich okazów do ogrodów
zoologicznych w Niemczech. Heck szybko wysłał słoniczkę Tuzinkę do Królewca,
wielbłądy i lamy do Hanoweru, hipopotamy do Norymbergi, konie Przewalskiego do
Wiednia, a rysie i zebry do Schorfheide. Podczas pierwszej zimy okupacji, pomimo
obietnic Hecka, kilku gestapowców nie powstrzymało się przed grasowaniem na
terenie zoo i polowaniem na resztki zwierzyny.
Nawet gdy warszawskie zoo utraciło swoje najcenniejsze zwierzęta poprzez śmierć lub deportacje, teraz zyskało coś, co bez wątpienia stanowiło najrzadsze okazy tamtych czasów: żywych Żydów. Niespodziewana wizyta w zoo dra Zieglera, niemieckiego zoologa i entomologa, który został mianowany szefem Arbeitsamtu (Biura Pracy) w warszawskim Ghetcie, niebezpiecznie zbliżyła się do wykrycia pilnie strzeżonej tajemnicy. Pewnego poranka pani Żabińska z przerażeniem dostrzegła niemiecką limuzynę znienacka zatrzymującą się z piskiem przed ich willą w zoo. To Ziegler przyjechał obejrzeć słynną kolekcję owadów, którą Dr. Szymon Tenenbaum, szeroko znany entomolog i wówczas dyrektor żydowskiego gimnazjum w Ghetcie, powierzył swojemu przyjacielowi Janowi Żabińskiemu [4]. Gdy Ziegler wchodził do budynku, żona dyrektora z rozmachem uderzyła w klawiaturę fortepianu. "Jaka wesoła atmosfera", promieniał Ziegler, słysząc "Podróż na Kretę" z Pięknej Heleny Jacques’a Offenbach’a. Ziegler, który zresztą leczył się w Ghetcie u dentystki, żony Tenenbauma Ireny, na szczęście nie podejrzewał, że nagłe dźwięki melodii Offenbacha były sygnałem dla Żydów ukrywających się w sąsiednich pokojach willi, że zjawił się Niemiec. "No, tak," Ziegler pobłażliwie uśmiechnął się do Żabińskiej, "Offenbach jest płytkim kompozytorem. Ale trzeba przyznać, że w sumie Żydzi są utalentowanymi ludźmi."
Towarzyszenie Zieglerowi do Ghetta podczas kolejnych wypraw by zobaczyć się z Tenenbaumem, dało Żabińskiemu sposobność bycia widzianym jako znajomy szefa Arbeitsamtu, gdy przejeżdżali oni tam i z powrotem przez punkt kontrolny. W dodatku, przejście, przez które Ziegler wjeżdżał do swojego biura było niedbale strzeżone. To było kluczowe. Po pewnym czasie umożliwiło to Żabińskiemu przeszmuglowanie dalszych Żydów do zoo, gdzie najpierw byli ukrywani w klatkach dla bażantów, a później przeprowadzani do wilii. Tym z nich, których wygląd i biegłość w języku polskim umożliwiały przeszmuglowanie ich na "stronę aryjską", przygotowywano fałszywe dokumenty. Ale większość z prawie trzydziestu Żydów musiała pozostać w zoo. Gdyby Niemcy dowiedzieli się o tym, kara śmierci z pewnością spotkałaby wszystkich biorących udział w tym śmiercionośnym przedsięwzięciu.
W roku 1948 Jan Żabiński (on i jego żona zostali w roku 1965 zaliczeni przez Yad Vashem w Jerozolimie do Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata) opisał w relacji dla Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie swoje motywy i sposoby przechytrzania Niemców. Obecnie, kiedy znowu toczy się zażarta dyskusja nad zjawiskiem antysemityzmu w Polsce [5], warto przytoczyć jego słowa:
"Jestem Polakiem-demokratą", stwierdził na samym początku. "Moje czyny były i są konsekwencją pewnego psychologicznego stanu mojego umysłu. – mojego wychowania, które było postępowe i humanistyczne i pochodziło od moich rodziców oraz gimnazjum, do którego uczęszczałem ... Nie należałem do żadnej partii i podczas okupacji nie kierował mną program żadnej partii. Jestem indywidualistą i nie lubię być ograniczany żadnym regulaminem" [6].W innej relacji zdeponowanej w kilka lat po wojnie w Żydowskim Instytucie Historycznym i przesłanej mi przed laty przez Michała Grynberga, b. dyrektora tego Instytutu, Jan Żabiński stwierdził, że antyżydowskie uczucia w polskim społeczeństwie zostały wytworzone sztucznie:
"Nigdy nie znalazłem żadnej cechy charakteru usprawiedliwiającej nienawiść wobec Żydów … jest to dla mnie sprawą bez znaczenia czy chodzi o Duńczyków, Żydów albo Anglików. Jest tylko kwestia kto jest uczciwy" [7].Żabiński był żołnierzem Armii Krajowej (dosłużył się stopnia porucznika). Powierzono mu składowanie materiałów wybuchowych na terenie zoo, zadanie szczególnie niebezpieczne, gdyż w tym rejonie znajdował się również skład zaopatrzenia dla armii niemieckiej. Wykładał on także ogólną biologię i parazytologię na Wydziale Farmacji i Dentystyki tajnego Uniwersytetu Warszawskiego. Nie miał żadnych wątpliwości co do słuszności swoich wysiłków pomagania Żydom Warszawy: "Niemcy – napisał – robili wszystko by zagłodzić na śmierć pół miliona ludzi." Gdy w zoo hodowano świnie (maciory sprowadzano z Danii), Żabiński miał nowy pretekst dla częstych podróży do Ghetta. "Miałem przepustkę na wjazd do Ghetta, by przywozić stamtąd odpady dla żywienia świń. Dlatego mogłem przenosić notatki, słoninę i tłuszcz oraz wiadomości dla przyjaciół".
Wśród żydowskich przyjaciół, których uratował, byli Irena Tenenbaum (jej mąż Szymon zmarł nagle w 1941 r.) i jej córka Lonia, Kazimierz Kramsztyk, Profesor Ludwik Hirszfeld i Róża Anzelówna z Państwowego Instytutu Higieny. Z Zieglerem, jako swoją nic nie podejrzewającą osłoną, Żabiński pojechał do Ghetta by ratować żonę Tenenbauma i ich córkę Lonię (ta ostatnia została później zamordowana przez Gestapo w Krakowie, gdzie usiłowała się ukryć), a także siostrę Kazimierza Kramsztyka, która jednak umarła na tyfus w Ghetcie. Zdołał również przewieźć do willi krewnych Kramsztyka, takich jak prawnik Marceli Lewi-Lebkowski, jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej, który zmarł w roku 1944, prawnik Maurycy Frankiel, który pracował w Judenracie, oraz bliska przyjaciółka Frankla, Magdalena Gross, znana w kraju i zagranicą rzeźbiarka, której prace podziwiano przed wojną w zoo. Innymi, którzy zostali uratowani, byli według Żabińskiego: Wanda Englertowa (Rotwand) i rodzina Kenigsweinów, która zjawiła się w zoo w listopadzie 1943. Kenigswein był znanym bokserem klubu Maccabi i zięciem dostawcy do zoo, Soboli. Sobola walczył u boku Mordechaja Anielewicza w Powstaniu w Ghetcie Warszawskim w kwietniu 1943. Cała rodzina córki Soboli także ukrywała się w zoo. Innymi, którzy znaleźli schronienie w tej istnej "Arce Noego" (kilkoro Polaków nazywało willę Żabinskich "Kamienicą pod Wariacką Gwiazdą"), byli: kobieta o nazwisku Weiss (żona prawnika), pani Poznańska, rodzina Kellerów z dzieckiem, Jolanta Kramsztyk, córka Andrzeja Kramsztyka, Maria Aszerówna, Rachela Auerbach, słynna bojowniczka podziemia, i Genia Sylkes. Przed zjawieniem się w zoo, Rachela Auerbach, pod nazwiskiem Aniela Dobrucka, pracowała w "Żegocie", co było kryptonimem Rady Pomocy Żydom, polskiej organizacji zajmującej się pomocą ukrywającym się Żydom. To właśnie Rachela przyprowadziła do zoo Genię Sylkes, która wyskoczyła była z bydlęcego wagonu w drodze do obozu zagłady. Ta ostatnia miała wygląd aryjski, ale licho mówiła po polsku. Udawała więc, że jest niema [8].
Większość z tych, którzy znaleźli schronienie w warszawskim
zoo przetrwała wojnę. Paweł i Magda, którzy pobrali się tam w ukryciu, po
wojnie najpierw przenieśli się do Lublina, a potem wrócili do Warszawy.
Regina Keningwein (której mąż zmarł nagle w 1946 r.) wyemigrowała do
Izraela. Genia Sylkes wyjechała do Nowego Jorku, gdzie pracowała w bibliotece
YIVO. Rachela Auerbach wyjechała do Londynu z listem Jana Żabińskiego do
Juliana Huxley’a, ówczesnego dyrektora londyńskiego zoo. List ten dotyczył
losu żubrów skradzionych z polskiej puszczy przez Lutza Hecka. Później
Rachela osiedliła się w Izraelu. Podczas Wojny Sześciodniowej w czerwcu 1967,
Regina Keningswein napisała do Żabinskiego: “chcemy żyć w pokoju i
budować nasz piękny kraj Izrael, ale nie pozwalają nam na to.” W roku 1967,
Irena Mayzel, inna Żydówka uratowana w warszawskim zoo, sprowadziła Jana i
Antoninę Żabińskich na kilka miesięcy z wizytą do Izraela na swój własny
koszt.
Żydzi byli sprowadzeni do zoo podziemnym przejściem do dawnej klatki lwów, w której wówczas działał zaaprobowany przez Niemców chałupniczy warsztat wyprawiania skórek lisów i norek. Nie było w nim okien, ale była bieżąca woda i toaleta oraz czynne rury ogrzewcze. Po kilku dniach Żydzi byli sprowadzani do piwnicy willi Żabińskich. Najtrudniejszą sprawą było zapewnienie wyżywienia dla tej stale powiększającej się "rodziny". Każdy z najbliższej rodziny dyrektora prosił przy posiłkach o repetę, by potem nakarmić głodujących "gości". To budziło podejrzenia u kuchennego personelu w zoo, niektórych pracowników trzeba było więc oddalić. Gdy nadszedł czas, że trzeba było pomóc ukrywanym Żydom zdobyć aryjskie papiery, by mogli odbyć niebezpieczną drogę na zewnątrz, Żabińska, usiłując ukryć czarne włosy Żydów z zoo (lub, jak się to wówczas mówiło po polsku, ich "niedobry wygląd"), ufarbowała wszystkim włosy na rudo. To była jedyna farba do włosów, jaką miała. Wtedy jej siedmioletni syn, Ryszard, wykrzyknął, "Mamo, przemieniłaś ich wszystkich w wiewiórki!". (Kiedy rozmawiałem z Ryszardem podczas mojej pierwszej wizyty w warszawskim zoo w roku 1989, wspominał jak jego matka zabrała go kiedyś do pobliskiego sklepiku, gdzie właściciel powiedział do niej, "szanowna pani, pani synek wygląda jak mały żydek."). Jan Żabiński podziwiał spokój swojej żony w tych wszystkich przejściach. Łączył to z jej umiłowaniem zwierząt. Ale twierdził, że nie był to jej antropomorfizm, że nie identyfikowała się ona ze zwierzętami. Zamiast tego, porzuciła ona swoje ludzkie cechy i zamieniła się w panterę, borsuka i wojownika zarazem. Jej obserwacje zwierząt dały jej jakiś instynkt, który czynił ją nieustraszoną w obronie swojego własnego gatunku. A jej pewność siebie zdołała rozbrajać najbardziej nawet wrogich ludzi.
Dla Żydów ukrywających się w zoo, życie było rytuałem codziennych czynności, podczas gdy żyli na ostrzu brzytwy. Przez pewien czas istniał nawet telefoniczny kontakt z Ghettem i przychodziły kartki pocztowe z "aryjskiej strony." Ludzie w zoo mogli śledzić przebieg powstania w warszawskim Ghetcie w kwietniu 1943. Ale łączność z tymi, którzy żyli i ginęli w warszawskim Ghetcie nawet nie była konieczna. Straszne wiadomości nadeszły z góry. Pewnego dnia, popiół i jakby deszcz confetti ze skrawków spalonego papieru z dzielnicy żydowskiej spadły na zoo, jak z wybuchu wulkanu.
Podczas Powstania Warszawskiego w sierpniu i wrześniu 1944, warunki w zoo stały się jeszcze bardziej ryzykowne niż poprzednio. Coraz częstsze wizyty niemieckiej żandarmerii powodowały stałe poczucie bezpośredniego zagrożenia. Ludzie w ukryciu nigdy nie byli dalej niż o kilka metrów od prześladowców, nieświadomych ich obecności. Wśród intruzów było dwóch niemieckich żołnierzy, którzy przynieśli do zoo orła i zażądali, by go dla nich przechowano. Kiedyś do zoo wszedł patrol SS i zastrzelił ulubionego kurczaka Ryszarda, mówiąc zrozpaczonemu chłopcu, "zrobiliśmy ci dobry kawał." Ryszard był załamany utratą po kolei swoich ulubieńców. Wśród tych był i prosiaczek, którego sam hodował, a którego Niemcy zabrali na rzeź. Miało też miejsce najście bandy pijanych własowców o szerokich twarzach. Wojsko Własowa, generała Armii Czerwonej, który przeszedł w 1941 roku na niemiecką stronę, było znane z okrucieństw wobec Polaków i resztek Żydów w Warszawie. Weszli, według Żabińskiej, "jak dzikie zwierzęta". Ale zachowali się jak dzieci, rozdawali czekoladę i słodycze dzieciom z willi. Ich dowódca zmusił swoich podwładnych aby oddali łupy zagrabione w zoo i podarował Żabińskiej pierścionek z polskim orłem, najprawdopodobniej zdarty z palca jakiegoś zabitego powstańca. Najdziwniejszą może wizytą były "odwiedziny" jakiegoś pijanego niemieckiego oficera, który najpierw sam zagrał na fortepianie Bacha, a potem poprosił Żabińską, aby mu coś zagrała. Zaczęła więc grać jedną z serenad Schuberta. "Nie", jęknął, "nie to!" Najwyraźniej melodia ta wzbudziła u niego jakieś bolesne wspomnienie. Wziął do ręki leżącą na fortepianie książkę z nutami hymnów narodowych i zagrał hymn amerykański Sztandar usiany gwiazdami. Było oczywiste, że wojna zbliżała się do końca.
Jan Żabiński, ciężko ranny w Powstaniu Warszawskim, dostał
się do niewoli niemieckiej. Po wojnie wrócił z obozu jenieckiego. Część
zwierzął zostało zwróconych do zoo. Polscy żołnierze przynieśli w beczce
borsuka, który podkopał się z klatki na zewnątrz podczas ostrzału
artyleryjskiego i przepłynął Wisłę. W roku 1949 ponownie otwarto bramy
warszawskiego zoo dla zwiedzających.
Artykuł pt. "Powrót hitlerowskiej krowy" w warszawskiej Gazecie Wyborczej z 30 marca 2000, pióra przyrodnika Andrzeja Wajraka, przyniósł opis kariery Hecka, jak również niemieckich doświadczeń na żubrach i tarpanach. Artykuł ten był streszczeniem pracy biologa i historyka Piotra Daszkiewicza oraz dziennikarza Jean’a Aikhenbaum’a pt. Aurochs, le retour … d’une supercherie nazie (Paris, 1999), która opisuje zarówno próby Hecka rozmnażania przez krzyżowanie jak i naiwność (i amnezję) niektórych zachodnich specjalistów od hodowli zwierząt, którzy są gotowi przyjmować fałszywe stwierdzenia za prawdę i to z przyczyn bardziej monetarnych niż naukowych.
Szczegółowy opis kariery Hecka podany przez Daszkiewicza i
Aikhenbauna czyta się jak detektywistyczną powieść. Relacjonują oni jak
Lutz Heck i jego brat Heinz planowali odtworzyć tura, ssaka wymarłego od roku
1627, podobnego do żubra, chociaż o wiele większego [9]. Bracia Heck,
przewertowawszy dawne zapisy i ilustracje, sądzili, że krzyżując byki i
krowy z Węgier, Szkocji, Korsyki, Hiszpanii i Francji, drogą eliminacji “krowy”
i jej cech udomowienia, zdołają wyhodować dawnego tura [10].


Dla Heinricha Himmlera i SS, którzy zaangażowali się w takie
przedsięwzięcia, jak wysłanie wyprawy do Tybetu dla poszukiwania przodków
tzw. rasy aryjskiej, plan Hecka odtworzenia tura, jako symbolu brutalnej siły,
był darem niebios. Spragnieni mitologii, naziści rozglądali się wszędzie za
gatunkami, które odróżniałyby germańską florę i faunę od tych typu
azjatyckiego. Eksperymentalne odtwarzanie przez Hecka wymarłych zwierząt
odbywało się pod patronatem Goeringa – który był bardziej zapalonym
myśliwym, niż protektorem zwierzyny, czego dowodziły np. przedwojenne
fotografie z Białowieży – i było obficie finansowane. Wdzięczny Heck
utworzył dla Goeringa specjalny myśliwski rezerwat w Schorfheide. W roku 1938
odbył się pod protektoratem Goeringa kongres Towarzystwa Ochrony Żubra. Heck,
który już w roku 1927 usiłował skrzyżować żubra z bizonem amerykańskim,
przed wojną sprowadził także bizony z Kanady i w Schorfheide przeprowadzał
eksperymenty krzyżowania. W roku 1941, w środku wojny, która była
kulminacją szaleńczych nazistowskich eksperymentów z życiem ludzi i
zwierząt, Goering został mianowany patronem Puszczy Białowieskiej. Nie
uratowało to tam jednak pięknego, starego carskiego pałacyku myśliwskiego
gdy armia niemiecka rozpoczęła odwrót.
Celem wizyty Hecka w okupowanej Polsce we wrześniu 1939 było nie tylko zabranie do Niemiec dla swoich doświadczeń hodowlanych tylu żubrów ile tylko było możliwe, ale także zabranie rzadkich polskich koni, potomków dzikich, wojowniczych tarpanów, ostatni raz napotykanych na Litwie przy końcu osiemnastego wieku [13]. Heck pragnął odtworzyć również i tarpana poprzez krzyżówki z kucykami szetlandzkimi oraz końmi arabskimi i Przewalskiego. Eksperymenty tego typu, przeprowadzane już przed wojną, spotkały się z krytyką ekspertów od tarpanów, takich jak Tadeusz Vetulani (który po wojnie domagał się zwrotu skradzionych przez Hecka tarpanów). Wysiłki Hecka w tej dziedzinie peudonauki, stały się, podobnie jak to było z turem, pośmiewiskiem wśród wielu zoologów.
Powojenne pisma Lutza Hecka świadczą o jego "amnezji", która od roku 1945 stała się znamienną cechą przestępców wojennych, i co gorsza, sporej części świata. Książka Hecka Moja przygoda, opublikowana w Niemczech w roku 1952 i przetłumaczona na angielski w 1954, jest pierwszorzędnym tego przykładem. W rozdziale "Zoo w płomieniach" długo rozpisuje się on o stratach w jego ukochanym berlińskim zoo, spowodowanych przez alianckie bombardowania, ale nigdzie nie wspomina o zniszczeniach, których był świadkiem w warszawskim zoo. "Wydaje się niewiarygodne" – napisał – "że ogród zoologiczny ze swoimi niewinnymi zwierzętami, mógł zostać uznany za cel dla bomb." Użalając się nad sobą dodał, "nam w zoo, los zadał straszliwy cios".
W długim rozdziale tej książki, zatytułowanym "Tury", Heck opisał swoje hodowlane eksperymenty. Był pewny, że powiodło mu się odtworzenie tego zwierzęcia, wymarłego od roku 1627. To brutalną siłę tego zwierzęcia cenił nade wszystko. Heck podziwiał również hiszpańskiego byka używanego do corridy, zwierzę, które "ma zapał walczyć, aż do śmierci." Co do krwawej niemieckiej okupacji Polski, Heck pięć lat wojny dobrotliwie określił jako "życie pod niemieckim zarządem." Twierdził, że zwierzęta (które oczywiście on sam był zrabował) najpierw zostały wypuszczone na wolność w pruskim rezerwacie leśnym w Rominten, a roku 1942 przetransportowane do Białowieży by się tam rozmnożyły.
Proza Hecka sięgnęła apoteozy gdy pisał o niemieckich
wysiłkach zachowania wymierających lub wyniszczonych gatunków, a w
szczególności amerykańskiego bizona. Napisał, "Jednym z najbardziej
wstrząsających rozdziałów historii naszych czasów jest prawie zupełne
wyniszczenie całych wielkich gatunków, pełnych żywotności, po prostu przez
ludzkie szaleństwo i chciwość, ambicję i ślepą żądzę niszczenia." To
nie Żydów miał Heck na myśli.
Heck, który reprezentował szaleńcze cele nazistów
odtworzenia doskonałej bestii podczas gdy równocześnie eksterminowano „niedoskonałych”
ludzi, zmarł w roku 1983. W rok później jego popiersie ustawiono na honorowym
miejscu w berlińskim zoo. Odpowiedzi na powyższe pytania być może poszły do
grobu wraz z nim.
Daszkiewicz i Aikhenbaum odkryli liczne nieopublikowane dotąd dokumenty dotyczące plądrowania przez Hecka ze zwierzyny polskich ogrodów zoologicznych, pierwotnej Puszczy Białowieskiej i innych rezerwatów w Polsce i na Ukrainie. Podkreślili oni pionierską pracę dyrektora warszawskiego zoo, Jana Żabińskiego, który był autorytetem w dziedzinie żubra. Jego zoo było integralną częścią wysiłków ratowania tego największego ssaka Europy. Sprowadził on również bizony i wypuścił je wolno w Białowieży. W roku 1938 sporządził ostatni przed wojną spis żubrów w Polsce. Po wojnie, po powrocie do warszawskiego zoo, był zaangażowany w akcję rewindykacji do polskich archiwów zapisów dotyczących genealogii żubrów zrabowanych przez Niemców. Od roku 1947 do przejścia na emeryturę, kierował Międzynarodowym Stowarzyszeniem Ochrony Żubra. Nigdy nie zaprzestał zwracać uwagę na rabunki dokonane przez braci Heck.
Jest dlatego szokujące, że przeszłość Hecka wydaje się
być zapomniana. Ignorując nie tylko nazistowską i kryminalną przeszłość
oraz powiązania Hecka, niektórzy europejscy specjaliści, zdają się
przyjmować jego "tury" za naukowy fakt. We Francji, obok działalności
SIERDAH, przypadkowe eksperymenty Hecka, przypominające sowieckie idee
fałszywego genetyka Trofima Łysenki, są uznawane przez Ecole Nationale
Vétérinaire za naukowe osiągnięcia. Niektóre parki zwierzyny w zachodniej
Europie poświęcają zasoby dla tej fantazji jak z filmów Stevena Spielberga.
Jest skandaliczne, że nadal propagują one pomysły i nazwisko zbrodniarza
wojennego, który umknął sprawiedliwości, że nadal pokazują płacącej
bilety publiczności okazy tzw. "tura Hecka." Daszkiewicz i Aikhenbaum
podają listę 36 parków zwierzyny we Francji, Belgii, Holandii, Szwajcarii,
Szwecji, Hiszpanii i na Węgrzech, które prezentują tura Hecka. Jest
ubliżające, że francuscy zoologowie chcieliby pokazywać domniemanego „tura”
w Polsce, pomimo, że testy wykazały, iż „bydło" Hecka nie ma nic wspólnego
z pradawnym, wymarłym zwierzęciem i że krzyżówkowa hodowla wydała chorowite
zwierzęta o kruchych kościach.
W roku 1999 podczas wojny w Kosowie i bombardowania Belgradu,
natrafiłem na relację z belgradzkiego zoo. Niewiele stworzeń jest bardziej
bezradnych podczas wojny, niż zwierzęta z ogrodów zoologicznych, a ich
niedola jest powszechnie ignorowana, gdyż, rzecz zrozumiała, ofiary spośród
ludzi są przedmiotem większej troski. Ale kiedy czytałem o tym, jak
głodujące zwierzęta w belgradzkim zoo ogryzały swoje własne nogi albo
porzucały i zjadały swoje młode, nie potrafiłem powstrzymać się od myśli
o warszawskim zoo przed 60 laty i o komentarzu Antoniny Żabińskiej o „ludziach
i zwierzętach”. Nie musimy zgadzać się z antropomorficznymi poglądami
niedawno zaprezentowanymi przez J.M. Coetzee w książce Życie zwierząt,
które zrównują cierpienia zwierząt z okropnościami obozów koncentracyjnych,
ale i nie powinniśmy nie dostrzegać jak okrucieństwa zadawane zwierzętom
przez ludzi umniejszają życie jako takie.
Pragnę także podziękować Ryszardowi Żabińskiemu, który podzielił się ze mną wspomnieniami i opowiedział mi o niebezpiecznej pracy jego rodziców, oraz Dr. Maciejowi Rembiszewskiemu, obecnemu dyrektorowi warszawskiego zoo, który w roku 1989 pokazał mi willę i klatki, w których podczas okupacji hitlerowskiej ukryci byli Żydzi.
Przede wszystkim jestem wdzięczny biologowi Piotrowi
Daszkiewiczowi i jego współpracownikowi Jean’owi Aikhenbaum’owi za ich
wytrwałą pracę nad ujawnianiem nazistowskich zbrodni przeciw tak ludziom, jak
i zwierzętom. Obaj zwalczają obecną propagandę o tzw. turach Hecka
uprawianą w różnych ogrodach zoologicznych i parkach zwierzyny w zachodniej
Europie. Hojnie dzielili się oni ze mną owocami swoich badań. Daszkiewicz i
Aikhenbaum napisali wiele prac, w tym ponad 200 artykułów na tematy
zoologiczne i botaniczne.
Niniejszy artykuł jest wstępem do mojej bieżącej pracy nad
nazistowskimi pomysłami dotyczącymi ludzi i zwierząt oraz nad implikacjami
tychże w naszych czasach.
Niniejszy artykuł w języku angielskim został opublikowany w Londynie w roku 2001:
Frank Fox: "Jews and Buffaloes, Victims of Nazi Pseudo-science",
East European Jewish Affairs, 31, No. 2, 2001, pp. 82–93.
Idee, podobne do koncepcji Hecka, "rekonstrukcji" dzikich gatunków poprzez krzyżowanie różnych ras udomowionych zwierząt istniały przed i po jego doświadczeniach. Z punktu widzenia nauk przyrodniczych i współczesnej genetyki podobne doświadczenia są po prostu absurdalne. Jednakże takie właśnie były założenia prac braci Lutza i Heinza Heck. [Piotr Daszkiewicz]
Z angielskiego przełożył Andrzej Kobos, listopad/grudzień 2001.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||