
Są dla mnie, były i będą jak stada - klucze lub
pojedyncze ptaki ciągnące nad Słonym wiosną i jesienią z
południa na północ i odwrotnie, oczekiwane i zaskakujące swoją tajemnicą, kiedy
niespodziewanie obniżając lot, zapadają w
oroszone lub oszronione łąki, łęgi i zarośla.
A że towarzyszyły mi od zawsze, zanim poznałem co naprawdę znaczą litery, wiele z nich drukowanych dla dzieci jeszcze na początku ubiegłego wieku i odziedziczonych razem z plamami ich palców i koślawych rysunków w wolnych od rycin i tekstu miejscach, więc że towarzyszyły mi od zawsze, w małych formatach ukryte w mundurze polowym (szczyt ówczesnej mody) używanym do jazd panonią lub nasiąkające szpitalno-klinicznym zapachem, trwogą i drżeniem nocy przed lub po kolejnym konsylium lekarzy, przeto powinienem o nich, o książkach, książeczkach, księgach mówić językiem poezji, ale cóż! marny ze mnie wierszokleta, skoro podsumowując mijający rok doliczyłem się zaledwie dziewięciu nowych wierszy.
Oglądacz pilny i czytelnik ojcowego Łowcy polskiego, później uczestnik polowań, z gorącymi uszami kartkowałem albumy przyrodnicze, wśród nich popularnego wtedy Włodzimierza Puchalskiego. Stąd może późniejsze skojarzenia ornitologiczno-bibliofilskie.
To, co zastałem w kociej szafie - na przykład pierwsze wydanie Mohorta, roczniki Wiadomości Literackich czy wydawnictwa poświęcone dziesięcioleciu Niepodległości - traktowałem dosłownie jak księgi mszalne, czyniąc je elementami mojej dziecięcej liturgii.
Z biegiem czasu skład biblioteki się zmieniał - nie mogłem przecież domu zamienić w magazyn książek. Całe półki uzbieranych i przeczytanych wędrowały po latach do antykwariatów lub biblioteki publicznej, zostawiając jednak w pięciu zmysłach swój ślad: zapach, smak, dotyk, dźwięk głośno odczytywanych stronic, wykrój czcionki - szlachetny lub zwykły jak mrówki przemierzające moje patio, by ukryć się przed chłodami nadciągającej zimy.
Mój erotyczny stosunek do tego, co jest, nie ominął książek, osobno adorowałem te oprawione u introligatora, arystokratki w złoceniach i ręcznie barwionym papierze okładek.
Ostatnio w szafiry, błękity i szarości przybrał się tom esejów Hanny Malewskiej O odpowiedzialności i inne szkice. A kiedy o tej mądrej i ważnej książce mowa, nie mogę nie wrócić paroma zdaniami do przełomu września i października, najpiękniejszej w kolory bieszczadzkiej jesieni, kiedy na parę dni przyjechał do mnie Andrzej Sulikowski i wspólnie gospodarzyliśmy, odwiedzali drewniane cerkiewki i kościółki, czytali na głos Ziemiaństwo Koźmiana, karmieni smakołykami Ludmiły i Anki.
Na patelni w miedzianym od ich soku maśle smażyły się rydze. Zaczęły się wędrówki żurawi, klucz za kluczem, po kilkaset, wystarczyło nastawić ucha, bo powietrze napięte od ich klangoru drżało metalicznym dźwiękiem do późnych godzin.
"Róże zimowe. Gdy mi jaki pomysł (Einfall) się nasuwa, nie uważam go za przypadkowy, lecz za ściśle związany z moim myśleniem, z moim jestestwem. - Jest to, jak gdyby dramat mój już był napisany w głowie od dawna, wzór jego, teraz tylko pojedyncze myśli się szukają i chwytają, poznają się hasłami, aby się znowu uszykować. Dziś sobota 14, był odpust w Starej Wsi; byłem tam z Jerzym. Wracając widzimy panie i panny; między panienkami jedna 14-letnia bardzo przystojna, tylko że nad ustami miała puszek czarny, jakby wąsy. Jerzy ją spostrzega i mówi mnie: Widzi pan, ta już, tak młoda, już wiedzą o tym wszyscy w Sanoku. I do opodal stojącego kolegi swego krzyknął na całe gardło: "Patrz, pamiętasz, Sanok." Było to, ma się rozumieć, z jego strony okrucieństwem. Biedna dziewczyna odwróciła głowę i popatrzyła się na nas. Zauważyłem w jej twarzy jakąś nad wiek dojrzałość, co z dopiero powiedzianą mi wieścią dało szczególny obraz. Śledziłem z żywym współczuciem ruchy tej pięknej grzesznicy, róży zimowej!".Monumentalna, imponująca od lat edycja "Pism" Irzykowskiego w krakowskim Wydawnictwie Literackim, teraz na ukończeniu dwa, po 700 stron, tomy dziennika.
Mówię do niej: Boję się wrócić do ogrodu
po tylu latach. Obawiam się, że biedronka na płatku
złotogłowiu już się zestarzała, że pomarszczona
i siwa nie rozpozna we mnie chłopca, który
nauczył się na jej kropkach liczyć do siedmiu.
"W Dzieciach szatana Przybyszewski odkrywa szokującą prawdę dwudziestego wieku, która streszcza się w formule, iż zrozpaczony człowiek przylgnie do każdego mitu, a szczególnie do mitów zbrodniczych (Gordon i grupa terrorystów). Mówi się tu (Dzieci szatana, pierwodruk w języku niemieckim w 1897 r. - przyp. J.S.) o potrzebie hodowli zarazków cholery lub tyfusu, które w ciągu tygodnia mają zniszczyć całą prowincję".W przesyłce od Józka jest także jego szkic o zapomnianym, ze wszech miar niesłusznie, autorze kilku arcydzieł prozą, Andrzeju Kuśniewiczu - Wizja "Galicji szczęśliwej", z którego to szkicu wyjmuję bliskie mi, konsolacyjne zdanie:
"Pamięć bez ograniczeń, skrzyżowana z pamięcią innych, z szyfrem przyjaciół, dialogiem, fikcyjnym zmyśleniem, odtwarza rzeczywistość prawdziwszą od rzeczywistości realnej."
Plus-Minus, 22 grudnia 2001.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||