ROZE ZIMOWE





JANUSZ SZUBER



Sa dla mnie, byly i beda jak stada - klucze lub pojedyncze ptaki ciagnace nad Slonym wiosna i jesienia z poludnia na polnoc i odwrotnie, oczekiwane i zaskakujace swoja tajemnica, kiedy niespodziewanie obnizajac lot, zapadaja w oroszone lub oszronione laki, legi i zarosla.

A ze towarzyszyly mi od zawsze, zanim poznalem co naprawde znacza litery, wiele z nich drukowanych dla dzieci jeszcze na poczatku ubieglego wieku i odziedziczonych razem z plamami ich palcow i koslawych rysunkow w wolnych od rycin i tekstu miejscach, wiec ze towarzyszyly mi od zawsze, w malych formatach ukryte w mundurze polowym (szczyt owczesnej mody) uzywanym do jazd panonia lub nasiakajace szpitalno-klinicznym zapachem, trwoga i drzeniem nocy przed lub po kolejnym konsylium lekarzy, przeto powinienem o nich, o ksiazkach, ksiazeczkach, ksiegach mowic jezykiem poezji, ale coz! marny ze mnie wierszokleta, skoro podsumowujac mijajacy rok doliczylem sie zaledwie dziewieciu nowych wierszy.

Ogladacz pilny i czytelnik ojcowego Lowcy polskiego, pozniej uczestnik polowan, z goracymi uszami kartkowalem albumy przyrodnicze, wsrod nich popularnego wtedy Wlodzimierza Puchalskiego. Stad moze pozniejsze skojarzenia ornitologiczno-bibliofilskie.

To, co zastalem w kociej szafie - na przyklad pierwsze wydanie Mohorta, roczniki Wiadomosci Literackich czy wydawnictwa poswiecone dziesiecioleciu Niepodleglosci - traktowalem doslownie jak ksiegi mszalne, czyniac je elementami mojej dzieciecej liturgii.

Z biegiem czasu sklad biblioteki sie zmienial - nie moglem przeciez domu zamienic w magazyn ksiazek. Cale polki uzbieranych i przeczytanych wedrowaly po latach do antykwariatow lub biblioteki publicznej, zostawiajac jednak w pieciu zmyslach swoj slad: zapach, smak, dotyk, dzwiek glosno odczytywanych stronic, wykroj czcionki - szlachetny lub zwykly jak mrowki przemierzajace moje patio, by ukryc sie przed chlodami nadciagajacej zimy.

Moj erotyczny stosunek do tego, co jest, nie ominal ksiazek, osobno adorowalem te oprawione u introligatora, arystokratki w zloceniach i recznie barwionym papierze okladek.

Ostatnio w szafiry, blekity i szarosci przybral sie tom esejow Hanny Malewskiej O odpowiedzialnosci i inne szkice. A kiedy o tej madrej i waznej ksiazce mowa, nie moge nie wrocic paroma zdaniami do przelomu wrzesnia i pazdziernika, najpiekniejszej w kolory bieszczadzkiej jesieni, kiedy na pare dni przyjechal do mnie Andrzej Sulikowski i wspolnie gospodarzylismy, odwiedzali drewniane cerkiewki i kosciolki, czytali na glos Ziemianstwo Kozmiana, karmieni smakolykami Ludmily i Anki.

Na patelni w miedzianym od ich soku masle smazyly sie rydze. Zaczely sie wedrowki zurawi, klucz za kluczem, po kilkaset, wystarczylo nastawic ucha, bo powietrze napiete od ich klangoru drzalo metalicznym dzwiekiem do poznych godzin.

* * *

W zwiazku z blokami korespondencji Zygmunta Mycielskiego w numerach rzeszowskiego, trudno osiagalnego Kamertonu Andrzeja Szypuly, list od Ola Jurewicza z Redla: namawia mnie, tym razem na pismie, do publikowania dziennika. Kiedys, czesty bywalec szpitali i sanatorium, rzeczywiscie cos takiego prowadzilem, rodzaj dziennika lektury z wypisami wazniejszych, jak mi sie zdawalo, ustepow lub notatkami na ich marginesie, i jak wiekszosc zaczernianego przeze mnie wtedy papieru, pochlonal owe kajety dyskretny kaflowy piec.

* * *

Niespodzianka od Andrzeja Lama. Naprzod byl telefon od Andrzeja o tym zapisie Karola Irzykowskiego w dzienniku z 1891 roku, wylowionym podczas korekty tekstu, a niedlugo potem list i ksero przeczytanego wczesniej przez telefon fragmentu.
"Roze zimowe. Gdy mi jaki pomysl (Einfall) sie nasuwa, nie uwazam go za przypadkowy, lecz za scisle zwiazany z moim mysleniem, z moim jestestwem. - Jest to, jak gdyby dramat moj juz byl napisany w glowie od dawna, wzor jego, teraz tylko pojedyncze mysli sie szukaja i chwytaja, poznaja sie haslami, aby sie znowu uszykowac. Dzis sobota 14, byl odpust w Starej Wsi; bylem tam z Jerzym. Wracajac widzimy panie i panny; miedzy panienkami jedna 14-letnia bardzo przystojna, tylko ze nad ustami miala puszek czarny, jakby wasy. Jerzy ja spostrzega i mowi mnie: Widzi pan, ta juz, tak mloda, juz wiedza o tym wszyscy w Sanoku. I do opodal stojacego kolegi swego krzyknal na cale gardlo: "Patrz, pamietasz, Sanok." Bylo to, ma sie rozumiec, z jego strony okrucienstwem. Biedna dziewczyna odwrocila glowe i popatrzyla sie na nas. Zauwazylem w jej twarzy jakas nad wiek dojrzalosc, co z dopiero powiedziana mi wiescia dalo szczegolny obraz. Sledzilem z zywym wspolczuciem ruchy tej pieknej grzesznicy, rozy zimowej!".
Monumentalna, imponujaca od lat edycja "Pism" Irzykowskiego w krakowskim Wydawnictwie Literackim, teraz na ukonczeniu dwa, po 700 stron, tomy dziennika.

* * *

Spory snieg i mrozy w listopadzie wroza nedzna zime - twierdza obserwatorzy aury i zachowan zwierzat. U mnie przez caly rok szalenstwo na patio - sikorki, kowaliki, teraz gil, dziobia slonine i prazony slonecznik. Nieustanny ruch, kreska czarnego tuszu w powietrzu znaczony, z galazki na galazke, biel sniegu i rozowosc plytek posadzki - jakas w tym japonszczyzna, ktorej przygladam sie przez oszklone drzwi.

* * *

Lektura przygotowywanego do druku tomu wierszy Jana Tulika - Siedem samotnosci. Oto zwrotka, ktora utkwila mi szczegolnie w pamieci, dlatego ja tutaj przytaczam:
Mowie do niej: Boje sie wrocic do ogrodu
po tylu latach. Obawiam sie, ze biedronka na platku
zlotoglowiu juz sie zestarzala, ze pomarszczona
i siwa nie rozpozna we mnie chlopca, ktory
nauczyl sie na jej kropkach liczyc do siedmiu.

* * *

W przesylce od kuzyna Jozka, czyli profesora Jozefa Nowakowskiego, jego swiezo napisany szkic "Dzieci szatana" Stanislawa Przybyszewskiego w kontekscie amerykanskiej tragedii 11 wrzesnia 2001, do ktorego dolaczyl starsza o dziesiec lat Glose do "Dzieci szatana". Czytam oba studia "dziwujac sie wielce".
"W Dzieciach szatana Przybyszewski odkrywa szokujaca prawde dwudziestego wieku, ktora streszcza sie w formule, iz zrozpaczony czlowiek przylgnie do kazdego mitu, a szczegolnie do mitow zbrodniczych (Gordon i grupa terrorystow). Mowi sie tu (Dzieci szatana, pierwodruk w jezyku niemieckim w 1897 r. - przyp. J.S.) o potrzebie hodowli zarazkow cholery lub tyfusu, ktore w ciagu tygodnia maja zniszczyc cala prowincje".
W przesylce od Jozka jest takze jego szkic o zapomnianym, ze wszech miar nieslusznie, autorze kilku arcydziel proza, Andrzeju Kusniewiczu - Wizja "Galicji szczesliwej", z ktorego to szkicu wyjmuje bliskie mi, konsolacyjne zdanie:
"Pamiec bez ograniczen, skrzyzowana z pamiecia innych, z szyfrem przyjaciol, dialogiem, fikcyjnym zmysleniem, odtwarza rzeczywistosc prawdziwsza od rzeczywistosci realnej."

Plus-Minus, 22 grudnia 2001.




Wiersze Jerzego Szubera zamieszczone w Zwojach:




Copyright © 1997-2002 Zwoje