

|
Na Porta Portese, Na rzymskim targu pchlim, Sprzedaja stare, koscielne wota, Srebrne serca i brzuchy, nogi i rece: Zlozcie sie wszyscy, Zlozcie mnie jeszcze raz Na nowe zycie Albo i na cos wiecej. Ona wykupi, Przyniesie do domu, Odkurzy wszystko, obszyje, Zawiesi na scianie: Spod srebrnych swiecidel Na srebrnym papierze Rozpoczne nowe Pisanie. O sercu ktore peklo doktorowi Ziwago, O rekach obcinanych za kradziez w Etiopii, O nogach dzieci chorych na polio, O brzuchach rozerwanych w okopie, Smierdzacych za zywa Gdy jeszcze jecza Umierajacy kolo nas Zolnierze. Napisze, napisze Srebrnym olowkiem Na srebrnym papierze. Moze to da sie odczytac, Moze potrafie wyblagac I moze nawet sam w to uwierze. Zlozcie mnie jeszcze raz Z tego smiecia, Ze starych, pogietych blach, Na pchlim, rupieciarskim targu, Waszego czlowieka, Waszego odstepce, Waszego poete A moze cos wiecej: Wasza nadzieje Z posiniala warga. |

|
Twarz, rozbita kaluza, Mokra para zachodzi Oczy zalepia: Patrze i nie rozumiem Jak zerwac te blone ze szkla, Domacac sie twarzy prawdziwej, Kto to, Ja Czy moj brat Zatluczony palka w Majdanku. |

|
Tylko w nocy slysze czas, Pytam dokad mnie goni Przez tyle swiata, tyle miast, Ciagle zmieniam adresy, Gubie zapiski i rekopisy, Nie wiem gdzie mieszkam I nie wiem jak dlugo, Bo to wszystko tymczasem, Wszystko w miedzyczasie, W tym bekarcim slowie, Ale jakze madrym I jak okrutnym, W miedzyczasie od poczatku, W miedzyczasie do konca, I tyle jest mego slowa A poza nim Juz prawdziwy czas Slysze go w nocy, Patrze w ciemnosc i widze Jak mijam w nawiasie, Od urodzenia do smierci, Pod kazdym adresem, W kazdym mieszkaniu, W ogromnym swiecie, Srod pogubionych zapiskow I trwoznych slow Mego miedzyistnienia. Na prozno go pytam, On mnie nie goni, Czeka spokojnie, Nic mi nie powie I jesli co slysze To tylko szum w uszach Pusty szum. Jest to czas w ktory nie moge wkroczyc, Ktoremu nie moge sie sprzeciwic, Do ktorego nie naleze A ktory jest wszystkim. |

|
Maniak jasnosci, Przepycham sie w czarnym kamieniu, W niskiej komorze, Korytarzem ktory prowadzi, Mowmy po mesku, Nie wiadomo dokad. Jesli co widze To lampy nad glowa Gornikow kopiacych Tak samo jak ja Pod nieprzebita sciana Za ktora jest nowa ciemnosc, Za ktora jest nowe Nie wiadomo co. Chodzi o to By nie dac sie udusic Niskim sufitom czarnego kamienia Czy dokopiemy sie do wyjscia, Maniacy swiatla, Czy tez zasypie nas wybuch I potlucze na gruz. |

|
Sen mara, nie odzegnasz sie, Sen zycie – smierc, nie uciekniesz, Sen love – hate, zrosniete przepasci, Jedno serce podzielone na sto, Jedna mysl oszalala w pszczelnym roju, Jeden rozum pomieszany na morzu sprzecznosci. Logos i chaos, nie pogodzisz ich, Sen – widmo zabitych i spokoj bezpiecznych, Sen walczacych srod kleski i krzywd bezbronnych, Jedno serce pekniete, wszystkie serca bezradne, Jedna mysl oszalala, wszystkie mysli w poplochu, Jeden rozum i morze, obszar bez dna. A jednak sucha stopa przechodzil po wodzie Bog wiara, czynil cuda i konal za innych, Sen pieklo potepionych i niebo niewinnych, Sen zbawienie, sen kara, Jeden na sto, Morze bez dna, Morze dno, Sen mara. |
Z tomu: Kazimierz Wierzynski, Sen mara, Instytut Literacki, Paryz 1969.
(Byl to ostatni tom wierszy Poety, ktory zmarl w lutym 1969.)


![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||