KAZIMIERZ   WIERZYNSKI






NOWE ZYCIE

Na Porta Portese,
Na rzymskim targu pchlim,
Sprzedaja stare, koscielne wota,
Srebrne serca i brzuchy, nogi i rece:
Zlozcie sie wszyscy,
Zlozcie mnie jeszcze raz
Na nowe zycie
Albo i na cos wiecej.

Ona wykupi,
Przyniesie do domu,
Odkurzy wszystko, obszyje,
Zawiesi na scianie:
Spod srebrnych swiecidel
Na srebrnym papierze
Rozpoczne nowe
Pisanie.

O sercu ktore peklo doktorowi Ziwago,
O rekach obcinanych za kradziez w Etiopii,
O nogach dzieci chorych na polio,
O brzuchach rozerwanych w okopie,
Smierdzacych za zywa
Gdy jeszcze jecza
Umierajacy kolo nas
Zolnierze.

Napisze, napisze
Srebrnym olowkiem
Na srebrnym papierze.

Moze to da sie odczytac,
Moze potrafie wyblagac
I moze nawet sam w to uwierze.

Zlozcie mnie jeszcze raz
Z tego smiecia,
Ze starych, pogietych blach,
Na pchlim, rupieciarskim targu,
Waszego czlowieka,
Waszego odstepce,
Waszego poete
A moze cos wiecej:
Wasza nadzieje
Z posiniala warga.






MATOWE LUSTRO

Twarz, rozbita kaluza,
Mokra para zachodzi
Oczy zalepia:
Patrze i nie rozumiem
Jak zerwac te blone ze szkla,
Domacac sie twarzy prawdziwej,
Kto to,
Ja
Czy moj brat
Zatluczony palka w Majdanku.






SLYSZE CZAS

Tylko w nocy slysze czas,
Pytam dokad mnie goni
Przez tyle swiata, tyle miast,
Ciagle zmieniam adresy,
Gubie zapiski i rekopisy,
Nie wiem gdzie mieszkam
I nie wiem jak dlugo,
Bo to wszystko tymczasem,
Wszystko w miedzyczasie,
W tym bekarcim slowie,
Ale jakze madrym
I jak okrutnym,
W miedzyczasie od poczatku,
W miedzyczasie do konca,
I tyle jest mego slowa
A poza nim
Juz prawdziwy czas

Slysze go w nocy,
Patrze w ciemnosc i widze
Jak mijam w nawiasie,
Od urodzenia do smierci,
Pod kazdym adresem,
W kazdym mieszkaniu,
W ogromnym swiecie,
Srod pogubionych zapiskow
I trwoznych slow
Mego miedzyistnienia.

Na prozno go pytam,
On mnie nie goni,
Czeka spokojnie,
Nic mi nie powie
I jesli co slysze
To tylko szum w uszach
Pusty szum.

Jest to czas w ktory nie moge wkroczyc,
Ktoremu nie moge sie sprzeciwic,
Do ktorego nie naleze
A ktory jest wszystkim.






W CZARNYM KAMIENIU

Maniak jasnosci,
Przepycham sie w czarnym kamieniu,
W niskiej komorze,
Korytarzem ktory prowadzi,
Mowmy po mesku,
Nie wiadomo dokad.

Jesli co widze
To lampy nad glowa
Gornikow kopiacych
Tak samo jak ja
Pod nieprzebita sciana
Za ktora jest nowa ciemnosc,
Za ktora jest nowe
Nie wiadomo co.

Chodzi o to
By nie dac sie udusic
Niskim sufitom czarnego kamienia
Czy dokopiemy sie do wyjscia,
Maniacy swiatla,
Czy tez zasypie nas wybuch
I potlucze na gruz.






SEN MARA

Sen mara, nie odzegnasz sie,
Sen zycie – smierc, nie uciekniesz,
Sen love – hate, zrosniete przepasci,
Jedno serce podzielone na sto,
Jedna mysl oszalala w pszczelnym roju,
Jeden rozum pomieszany na morzu sprzecznosci.

Logos i chaos, nie pogodzisz ich,
Sen – widmo zabitych i spokoj bezpiecznych,
Sen walczacych srod kleski i krzywd bezbronnych,
Jedno serce pekniete, wszystkie serca bezradne,
Jedna mysl oszalala, wszystkie mysli w poplochu,
Jeden rozum i morze, obszar bez dna.

A jednak sucha stopa przechodzil po wodzie
Bog wiara, czynil cuda i konal za innych,
Sen pieklo potepionych i niebo niewinnych,
Sen zbawienie, sen kara,
Jeden na sto,
Morze bez dna,
Morze dno,
Sen mara.

Z tomu: Kazimierz Wierzynski, Sen mara, Instytut Literacki, Paryz 1969.
(Byl to ostatni tom wierszy Poety, ktory zmarl w lutym 1969.)




Kazimierz Wierzynski, lata 1960.





Wiersze Kazimierza Wierzynskiego zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2002 Zwoje