ŚWIAT ZAGROŻONY





ANDRZEJ M. KOBOS



11 września 2001

Pod koniec roku 1999, zastanawiając się o kończącym się XX wieku, napisałem w Zwojach 20, że obawiałem się, iż szał zabijania i okrucieństwa, jaki wielokrotnie miał miejsce w tym stuleciu, nie był jeszcze końcem zbiorowych ludzkich szaleństw. Moje najgorsze obawy sprawdziły się prędzej, niż mogłem się był spodziewać.

11 września 2001 fanatyczny szał zabijania ludzi przez ludzi nabrał nowych wymiarów. Ludobójstwo nie tylko powtórzyło się, ale sięgnęło po nowe środki, nowe cele, zostało dokonane przerażająco prosto i łatwo, bardziej na oślep niż dotychczas.

Chociaż zapewne nie zdołam tutaj powiedzieć czegoś nowego, to spróbuję wypunktować kilka moich myśli.

11 września 2001 w Nowym Jorku i Waszyngtonie poniosło straszliwą śmierć około 3,500 niewinnych, zwyczajnych, spokojnych ludzi, pracujących lub podróżujących, wśród nich 343 strażaków i 60 policjantów, którzy heroicznie spełniali swój zawodowy, ludzki obowiązek ratowania innych. Każda śmierć jest straszna, ale śmierć w płomieniach, w duszącym dymie, pod gruzami (zapewne dla niektórych ofiar powolna, w cierpieniu), śmierć w skoku z 100. albo 80. piętra, wybrana jako lepsza od śmierci w płomieniach, była, bez wątpienia, z kategorii tych straszniejszych.

Ponad trzy tysiące ludzi nie powróciło do domu, ciał wielu z nich nikt już nigdy nie odkopie, ani nie zidentyfikuje. World Trade Center, został zamieniony w masowy grób. Na Dolnym Manhattanie, tam gdzie, z podziwem dla rozmachu architektury, chodziłem w roku 1998, została ogromna hałda gruzu.


Terroryzm w naszych czasach

Terroryzm nie jest wynalazkiem arabskim. Na dużą skalę pojawił się w Rosji w drugiej połowie XIX wieku. W obecnym wydaniu nastał w późnych latach 1960. w wersji uprowadzania samolotów (początkowo na Kubę) lub ich wysadzania. (Cóż za wymarzony obiekt dla terrorystów - samolot, który nie może się zatrzymać, zepsuć w locie, samolot, który niesie w swoim kadłubie kilkaset potencjalnych ofiar!) Niedługo potem pojawił sie terroryzm arabski, głośny od masakry sportowców izraelskich podczas Olimpiady w Monachium w roku 1972. Od tego czasu tak się niestety składa, że terroryści w ogromnej większości są wyznawcami jednej szczególnej religii – Islamu, a w swoich motywacjach przywołują tę religię i islamskiego Boga.

Przekazywane w telewizji obrazy płonących dwóch wież World Trade Center, obrazy ludzi wyskakujących z najwyższych pięter dwóch wieżowców, a w godzinę później obrazy błyskawicznie zapadających się wież, obrazy uciekających w panice ludzi, były dla mnie obrazami apokalipsy roku 2001, zgotowanej za przyczyną niemożliwej do pojęcia ludzkiej nienawiści i religijnego fanatyzmu. To nie był jakiś wyjątkowy "horror movie", to była rzeczywistość pewnego krystalicznie pogodnego wrześniowego poranka roku 2001.


Pierwsza wielka wojna dwudziestego pierwszego wieku

Od 11 września 2001, cywilizowany świat jest w stanie wojny, chociaż większość z nas tego nie odczuwa bezpośrednio. Terrorystyczne uprowadzenie czterech samolotów i staranowanie trzema z nich dwóch wież World Trade Center w Nowym Jorku oraz gmachu Pentagonu w Waszyngtonie było aktem wojny. (Dzięki bohaterstwu pasażerów, którzy za cenę swego życia doprowadzili do rozbicia się czwartego samolotu, Biały Dom nie został staranowany.) I jako akt wojny zostało to, na szczęście, potraktowane przez Stany Zjednoczone, kraje NATO i szereg innych krajów. Piszę "na szczęście", gdyż ten akt terroryzmu był tylko początkiem otwartej wojny przeciwko Stanom Zjednoczonym i Zachodowi, czego zresztą nie ukrywa Bin Laden. W zanadrzu miał on przygotowywaną (głównie w Afganistanie) broń masowego zabijania. Niezwykle efektywne, śmiercionośne zarazki oraz trucizny chemiczne i radioaktywne prawdopodobnie miały być środkami jego następnych terrorystycznych uderzeń. Wobec terroru biologicznego i chemiczno-radioaktywnego, a być może nawet nuklearnego, tragedia World Trade Center mogła, i jeszcze może, okazać się "dziecinną igraszką".

Niezwykła jest ta wojna - takiej jeszcze nie było w historii. Wojna bez określonego nieprzyjacielskiego państwa, wojna przeciwko bardzo rozgałęzionej terrorystycznej organizacji i grupie ludzi oraz „systemom” państwowym ich chroniącym i wspierającym.

Charakterystykę tej wojny trafnie ujął Gary Hart, w latach 1975/1987 znany senator amerykański z Colorado:

"Conflict is now carried out by civilians against civilians. Perpetrators belong to no state, wear no uniforms and obey no rules of war. No targets are off limits, and no civilians are exempt from slaughter. Other attacks will follow, possibly soon. Twenty-first century war has a new face."

(Konflikt jest teraz toczony przez cywilów przeciwko cywilom. Sprawcy nie należą do żadnego państwa, nie noszą mundurów i nie przestrzegają żadnych reguł wojny. Żadne cele ataku nie są zakazane, żadni cywile nie są wyłączeni z rzezi. Nastąpią inne ataki, być może wkrótce. Wojna dwudziestego pierwszego wieku ma nowe oblicze.)

Time, 8 października 2001.



Przebieg wojny w Afganistanie, jak dotąd, jest również nietypowy. Najpierw Amerykanie podjęli ryzyko militarnego wsparcia wewnętrznie skłóconej opozycji afgańskiej i przełamali wywodzącą się z nie tak dawnej, połączonej z ogromnymi stratami klęski sowieckiej, psychologiczną barierę obaw przed wprowadzeniem wojsk lądowych do Afganistanu. Nieliczni amerykańscy komandosi pokierowali bardzo precyzyjnym bombardowaniem. Potęga lotnicza i najnowsza technologia wojenna Stanów Zjednoczonych doprowadziły w ciągu kilku tygodni do całkowitej klęski reżimu Talibanów. Afgańskie siły Northern Alliance wykonały brudną robotę na lądzie.

Skorzystali na tym Afganowie, których wyzwolono spod utopijnego, fanatycznego i niezwykle opresyjnego religijnego reżimu. Niektóre kobiety afgańskie zdjęły już z głowy burqi - zasłony; widziałem wymowne zdjęcie oświetlonej słońcem twarzy młodej kobiety, z podpisem, "Hello, sunshine". Niestety, giną tam także i niewinni ludzie, dobrze, że chociaż niezbyt liczni, wobec skali bombardowań.

Wojna nie skończyła się. Osama bin Laden, jak dotąd, prawdopodobnie wymknął się. Terroryści pozostali mniej lub bardziej otwarcie w wielu krajach muzułmańskich. W Stanach Zjednoczonych w krajach zachodnioeuropejskich policja rozbiła komórki terrorystów al Qaida, ale być może był to tylko "wierzchołek góry lodowej". Nadal pozostaje poważne zagrożenie nowymi aktami terroryzmu


Islam a terroryzm

Tutaj dochodzimy do ważnego punktu, chociaż przeważnie dyskretnie przemilczanego w mediach. Jakkolwiek przywódcy wielu krajów muzułmańskich mogą stać po stronie koalicji zachodniej, to okazuje się że terroryzm Bin Ladena jest popierany przez wielu ich mieszkańców (w Afganistanie złapano muzułmańskich terrorystów al Qaida z co najmniej 25 krajów; do Camp X/ray w Guantanamo Bay na Kubie przewieziono, wśród około 160 terrorystów, około 50 Saudyjczyków), przez islamskich kleryków prowadzących religijne szkoły w Pakistanie, przez demonstrujące w tym i innych muzułmańskich krajach fanatyczne tłumy, a także przez rozmaitych szejków z Arabii Saudyjskiej - kraju, który, ku ironii, już dawno zostałby zmieciony przez Irak Saddama Hussaina, gdyby nie ochronny parasol Stanów Zjednoczonych.

Prawda, że niektórzy przywódcy Islamu apelują o nie wciąganie Boga w terroryzm, ale ideologia terroru w motywacjach przywołuje tę właśnie szczególną religię. Ludobójstwo było w przeszłości, nawet bardzo niedawnej, uprawiane przez wyznawców wielu religii, chrześcijańskiej być może w szczególności (żeby wspomnieć tylko ludobójstwo dokonywane przed kilku laty przez Serbów). Choć ludobójstwa te miały podłoże czy kryteria religijne, to już od bardzo dawna nie wciągano w nie nakazów religijnych i Boga. Teraz ma to miejsce wśród wyznawców islamu. Pojęcie świętej wojny religijnej jihad i utwierdzone zapisami Koranu przekonanie o pośmiertnym pójściu do raju za zabijanie niewiernych jest ciągle przywoływane od Palestyny do Afganistanu. Przywoływane w imię utopii i przyszłości, której nigdy nie będzie. Bin Laden i terroryzm nie nakreślają nawet żadnej przyszłości, poza rzekomą wiarą w pośmiertne znalezienie się w muzułmańskim raju.

Kilka miesięcy temu w kanadyjskiej prasie widziałem zdjęcie samobójczego palestyńskiego terrorysty, który przed wysadzeniem dwudziestu niewinnych Izraelczyków odczytywał swoje oświadczenie. Na czole miał opaskę z wypisanymi po arabsku sentencjami religijnymi, obok niego leżał Koran. Niedługo potem przeczytałem wstrząsającą relację rosyjsko-izraelskiej matki, która swoje dwie nastoletnie córki, rozerwane bombą terrorysty/samobójcy w dyskotece w Tel Avivie w czerwcu 2001, rozpoznała jedynie po zielonym lakierze na ich kilku zachowanych paznokciach.

Bin Laden powoływał się na tę religię dla uświęcenia masowego zabijania Amerykanów. Inni Amerykanie ciągle wydobywają z gruzów WTC w "Ground Zero" szczątki ofiar jego terroru i z honorami wynoszą je owinięte flagą amerykańską.

* * *


Chciałbym wierzyć, ideologia terroru oparta na Islamie jest jakimś perwersyjnym zniekształceniem tej religii. Nie jest jednak mi znane jakiekolwiek zdecydowane, silne, jednoznaczne i bezwarunkowe potępienie terroryzmu przez żadnego, ogólnie uznanego za autorytet, bliskowschodniego muzułmańskiego teologa. Żaden nie występuje przeciwko terrorowi, żaden nie wyraził swego przekonania, że sprawcy ludobójstwa z 11 września pójdą raczej do muzułmańskiego piekła, niż do miejsca wiecznych przyjemności. Do piekła za to mają pójść ci, którzy teraz pomagają w wojnie Amerykanom. Prawda, że przywódcy muzułmańscy ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej wystąpili przeciwko terrorowi. Na ogół słyszy się coś w rodzaju, "tak, to było straszne, ale...".

Bardziej wymowne dla mnie były zdjęcia rozhisteryzowanych w euforii palestyńskich kobiet, rozdających słodycze i świętujących zburzenie World Trade Center oraz zdjęcie zakwefionej matki jednego z porywaczy/samobójców, tańczącej z radości z pistoletem maszynowym w ręce. Były to zdjęcia w pełni obrazujące beznadziejność sytuacji. Jaki jest sens mówić, jak prezydent Bush, o wymierzeniu sprawiedliwości sprawcom, jeżeli śmierć w trakcie zabijania niewiernych ma im zapewnić wieczną szczęśliwość w życiu pozagrobowym?

Dawno minęły czasy wielkiego wkładu Islamu do cywilizacji ludzkiej. Czasy dwunastowiecznego kalifa Bagdadu, który nakazał tłumaczyć z arabskiego na łacinę traktaty Arystotelesa i innych wielkich starożytnych Greków, przyczyniając się tym do podwalin Renesansu. Czasy znakomitych filozofów arabskich z Egiptu i Hiszpanii. Nie wniósł Islam wkładu w formowanie państw i społeczeństw.  Z biegiem czasu Islam stał się bardzo fundamentalny, fanatyczny, zasklepiony w sytuacji socjologicznej i religijno/emocjonalnej sprzed wielu wieków. Brakło Islamowi reformatorów, nawet tylko częściowych, otwarcia na zmieniający się świat. Zamiast takiego otwarcia, nawet krytycznego, Islam zdaje się pozostawać w czymś w rodzaju samo-hipnozy. Próby liberalizacji Islamu w drugiej połowie XX wieku (jak np. w Iranie) dramatycznie nie powiodły się. „Dana od Boga” ropa naftowa i ogromne pieniądze za nią nie zastąpią społecznego rozwoju; zresztą ta ropa jest obfita tylko w kilku krajach muzułmańskich. W Afganistanie, nawet lata 1960., lata pionierskich polskich wypraw wspinaczkowych w Hindukusz, wydają się teraz prehistorią.

Talibanowie oparli byli swój fanatyczny system religijno/państwowy na trzynastowiecznej muzułmańskiej utopii. Zdegradowali kobiety - praktycznie do niewolnictwa, zakazali im pracy i jakiejkolwiek edukacji, zakazali wszelkich wizerunków, zlikwidowali kino, telewizję i fotografię, zniszczyli nauczanie, wprowadzili publiczne egzekucje, wysadzili w powietrze posągi Buddhy w afgańskim Bamiyan, zapewnili ochronę, bazę i swobodne działanie Osamie bin Ladenowi i jego terrorystycznej al Qaida. Talibanów już przepędzono, al Qaidę w znacznym stopniu pokonano, przywrócono szkoły, telewizję, kino i fotografowanie, kobiety dopuszczono do szkół, posągi Buddhy w Bamiyan mają zostać odbudowane, chociaż nie będą to już te sprzed 1600 lat. Nikt jednak nie przywróci życia ponad trzem tysiącom ludzi zamordowanym 11 września 2001. Nikt nie jest w stanie zapewnić, że pewnego dnia takie ludobójstwo nie powtórzy się, nawet na większą skalę.

We do not "have peace in our time" - appeasement will not work. Nie mamy pokoju w naszych czasach - ugłaskiwania państw stosujących i wspierających terroryzm nie poskutkuje.

Trudno się z tym pogodzić, ale żyjemy w czasach tragicznego zderzenia, starcia dwóch cywilizacji: cywilizacji Islamu (przynajmniej we współczesnym wydaniu fanatyczno-populistycznym) i cywilizacji Zachodu. Ta ostatnia, nasza cywilizacja, stanęła w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Świat po 11 września 2001 jest innym światem niż był nawet tylko o jeden dzień wcześniej. Jest światem zagrożonym.

Styczeń 2002





Teksty o ataku terrorystycznym na Stany Zjednoczone i o terroryzmie zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007 Zwoje