

|
O, Poezjo, laskis pelna, Modl sie za nami. Twoja dzisiaj godzina Bije w niebie gromami. Twoja godzina splywa Jak plaszczem, ognia ulewa. Podnies ku gorze twarz Zlota i czarnobrewa! Boga karzacy gniew Idzie ku nam w pozodze, Ty, rozpacza, jak lew Poloz sie Bogu na drodze! Dlon chwyc co na nas miecz Potrzasa wzniesiony, O, Poezjo! Ostatnia Linio polskiej obrony! O, Zbarazu! O, szancu Kamieniecki, ktory Niezdobyty ulatasz! O, wiezo Jasnej Gory! Hel padnie i Westerplatte Ukradna zbojcy - Ty przetrwasz, swiety Okopie Poetow Trojcy! Bania rosy peknij nad glowa Co lezy w prochu. Ustom zamilklym Daj laske szlochu. Kleske obmyj i rany Swietymi lzami - O, Poezjo, ukleknij, i placz, I modl sie za nami. Gdy plomien jak blache licha Slowa poskreca i pognie, Ty znasz tajemnice slow, Ktorych nie tknely ognie, Ktore sie rodza z plomieni, Slow - lez, slow - soli, slow - chleba, Co wyrastaja jak z ziemi I powracaja - jak z nieba. Gora nad nami wiej! Smuga bialego zaru I druga, czerwonej krwi! Poeto - a ty u sztandaru! Tobie nie wawrzyn na skron - Juz laur sie czola nie ima - Sztandar jest wazny. Co drzewce trzyma. 1939 |

|
Nie pozostawil tutaj zadnego dziedzica. Wielka to nasza wina, nie do przebaczenia. Imie jego tak przeszlo jako blyskawica W chmurach, wysoko. W pobok polskiego sumienia. O, milosci, co sercu kazesz jeno zhardziec, I krzywdzonemu - krzywdzic, i trwac w gniewnej dumie, Ze do konca, do smierci, po smierci - nie umie Ani przestac milowac, ani przestac gardzic. Zgrzytem na Zlotej Bramie wyszczerbil sie brzeszczot. Na Bramie niezdobytej, Bramie tryumfalnej. O, trosko bez nadziei, czulosci bez pieszczot, Wiedzialas, ze nie zdzierzyc - Tej Sile Fatalnej. Zostala w nas ta sila fatalna, co w koncu Wciaz nas aniolow straca z wysokiego nieba, I straconych przerabia na zjadaczy chleba - Wciaz teskniacych do slonca. Wciaz slepnacych w sloncu. 1943 |

|
Gdy narod warszawski sie porwal do boju, Gdy z bronia powstali cywile - Gdzie ty byles wtedy, sowiecki gieroju? Za Wisla, opodal, o mile. O, czesc wam, radzieccy kamraci! O, czesc, towarzysze przytomni! Za pomoc w Powstaniu niech Bog wam zaplaci A Polska wam jej nie zapomni. Gdy ponad Warszawa swiecily sie luny Powstanczej, szalenczej batalii, Za Wisla czekali soldaci komuny, Az ogien sie do cna wypali. O, czesc, sojuszniku laskawy! O, czesc wam, radzieccy kamraci! Za pomoc dla ludu walczacej Warszawy, Niech Bog wam stokrotnie zaplaci! Gdy trupem padaly kobiety i dzieci U miejskich barykad i szancow, Za Wisla spokojnie czekali sowieci, Az Hitler dobije powstancow. O, czesc wam, o czesc, w samej rzeczy! O, czesc wam, o czesc, demokraci! Za pomoc w Powstaniu, za pospiech w odsieczy, Niech Bog wam stokrotnie zaplaci! Ten sam Rokossowski, nasz wodz-falsyfikat, Widokiem sie nie mogl nacieszyc I mruczal: Dopoki strzelaja z barykad - Nu, nima do czego sie spieszyc. O, czesc ci marszalku zwycieski! Za odsiecz ginacych twych braci, Za pomoc Warszawie w tej dobie jej kleski, Niech Bog ci stokrotnie zaplaci! A Bierut w Lublinie, a Bierut sobaka, Rozkazy juz zaczal powielac: Kazdego Paljaka, kto tylko byl w AK Od razu na miejscu rozstrzelac! O, czesc wam, moskiewskie bieruty! O, czesc wam, ludowi kamraci! Niech Bog wam stuleciem straszliwej pokuty Za zdrade Warszawy zaplaci! A dzisiaj, ta cizba moskiewskich zaprzancow, A dzisiaj, te same psubraty Z butami sie pchaja na groby powstancow I wience im niosa i kwiaty - Dzis oni te groby chca wziac w swa arende I ukrasc im honor tej chwili I zwolac umarlych pod swoja komende, Gdy zywych juz sami dobili. Ach, precz stad radzieccy kamraci! Ach, precz stad, zdradzieccy psubraci! Czekaliscie wtedy, i dzis poczekajcie. Nie bojcie sie. Bog wam zaplaci. 1954
|

|
Wiejski strumyk z Zelazowej Woli Szumi w lewej rece w barkaroli. Kiedys kogut zapial na podworku, To on, ten sam, w tych kwintach, w mazurku. Ksiezyc po wsi wloczyl sie pochmurnie, Znieruchomial, blyszczacy, w nokturnie. Bocian brodzi przez dawne mokradla, Szuka gwiazdy co w etiude spadla. W rozsypanych koralikach nutek Pierwsza milosc i ostatni smutek I tryumfow rzesiste trzepoty I nostalgia chora na suchoty. *I przemienil ja w gorzkie harmonie, I przemienil ja w magiczne rytmy, I w melodie rzewne jak modlitwy. W srebrnoksieskie kropki, w czarne skroty I przepisal ja cala w te nuty I zapisal w swoim testamencie Dochowana, powtorzona swiecie. A tam ona jakby coraz zywsza. Od prawdziwej ojczyzny prawdziwsza. Az po wieku slowikami wspomni, Mrokiem wstchnie i deszczem zasiapi. I Polakom, gdy beda bezdomni, On muzyka ojczyzne zastapi. 1960 |

|
Co by mi przyslac z Kraju? Czy mam jakie zyczenie? - Zapytalas mnie w liscie. Od razu ci wymienie Jedno z mych wielu zyczen, Pierwsze mam je na mysli. Jesli chcesz mi co przyslac W prezencie, to mi przyslij Pudelko od zapalek, Albo lniany woreczek, A w nim troszeczke ziemi Tamtejszej - cokolwieczek. Tyle, co wezmiesz w garstke Na polu - w przydroznym rowie - Albo na skwerku miejskim W Warszawie albo w Krakowie - W lesie, albo z czyjego Podmiejskiego ogrodka - Gdziekolwiek tam sie schylisz. Jedna grudka malutka Wystarczy - tyle ile Jedna obejmiesz dlonia. Przyslij mi ja do Anglii. Chyba ci nie zabronia, Chyba takiej przesylki Nic skonfiskuja tobie? Bede ci bardzo wdzieczny. Wiem, co z ta ziemia zrobie, A raczej, prawde mowiac - Ach, przyjaciolko mila - Wiem, o co poprosze zony, Azeby z nia zrobila. 1962 |

|
Czym mierzyc wielkosc czlowieka? Zaloba Ktora umarly zostawia za soba. Zalem, co sprawia, ze kazda rodzina W nim placze ojca i brata i syna. Jakby ten jeden, ktorego stracili, Umarl milionem smierci. W jednej chwili Swiat opustoszal z bliska i z daleka, Choc stracil tylko jednego czlowieka. 1963 |

|
W Czerwcu, tysiac lat temu, Polska byla poganska. Tysiac lat przeminelo, Przyjdzie Noc Swietojanska. Migotliwe swietliki Zapala swe sygnaly I bardzo dziwne rzeczy Beda sie w Polsce dzialy. W lesie gruchna pioruny Iluminacja zielona. Nad Debem blyskawice Zaplota sie korona. Z dziupli Drzewa wypelznie Waz stary, srebrnoruski, Z rubinowymi oczyma I skora w luzyckie luski. Kwiat paproci w gestwinie Mignie na cwierc minuty I wtedy ludzkim altem Zapieja zlote koguty. Zorza na ciemnym niebie W runiczny wzor sie utka. Nie przeszkadzajcie dziwom, Bo Noc bedzie krociutka. Wczesnie zniknie bez sladu, Jak dreszcz magnetycznej burzy. I dopiero za drugie Tysiac lat sie powtorzy. 1962 |

|
A ja czlowiek przekorny. Nie szanujacy powag. Byle wszystkim na przekor. Wszyscy tak, to ja owak. Przekora piorem wodzi, Przekora lutnie stroi. Ot, przyklad: Kiedy w kraju Pisarze, koledzy moi, Przez lata, z nabozenstwem Ideowo maniackiem Przed Stalinem lezeli Migdalowym plackiem, Kiedy sie do Stalina Kruczkowski migdalil, Kiedy go Jastrun slawil, Gdy go Przybos chwalil, Kiedy miedzianym czolem Iwaszkiewicz mu bil, Kiedy go Mitzner kochal, Gdy go Brzechwa lubil, Gdy go Pasternak lizal, Putrament ubostwial, Gdy mu Kott wonna chwalba Z kadzidlanych ust wial, Gdy Slonimski ogonkiem Przed portretami merdal, Aby za to merdanie Bierut jemu order - dal, Kiedy Broniewski pisal Ze lzami i do rymu "Jak dobrze, ze na Kremlu Pracuje Stalin!" - gdy mu Osmanczyki odolskie I arskie Brandysy Wypisywaly wiersze, Piesni, zyciorysy. Eklogi, panegiryki, Artykuliki, dzielka, ze Stalin geniusz, gwiazdka, Sloneczko, perelka, ze on dobry dla Polski, Dla dzieci i dla mlodziezy I ze jak i dlaczego Kochac jego nalezy, Ze cukier krzepi, A Stalin jeszcze lepiej, Ze Stalin grzeje, Stalin chlodzi, Stalin nigdy nie zaszkodzi - Kiedy te rozbuchane Najemne melamedy Tak jazgotaly, wyly I pialy - to ja wtedy Krzyczalem na kraj caly I na caly globus, Ze to wszystko nieprawda! Ze Stalin krwawy lobuz! "Przepraszam towarzyszow, Prosze towarzyszek" - Tak krzyczalem - "to klamstwo! To jest kat i opryszek! Zarozumialy durak, Paranoik upiorny!" Tak krzyczalem. (Mam swiadkow). Bo ja czlowiek przekorny. Az Chruszczow moje slowa Potwierdzil. I kazdemu Kazal tak mowic, jak ja Mowilem piec lat temu. Zaledwie przyszla z Moskwy Komenda, zeby w try migi Likwidowac Stalina, Juz hurma, na wyscigi, Ruszyli moi koledzy. Chruszczow kazal. Nu, znaczy, Bic Stalina, jak w kuper, Za przeproszeniem, kaczy. Hej, kto pierwszy ten lepszy! Do ataku! Do wierszy! Do satyr! Do dyskusji! Patrzcie - Slonimski pierwszy. I Jastrun, Kott, Broniewski, Przybos, Mitzner, Osmanczyk - Patrzcie, ktory gorliwszy, Skwapliwszy wanczyk-wstanczyk. Z bohaterska odwaga, Z ryzykanckim zuchwalstwem, Krzycza: Precz ze Stalinem! Krzycza: Precz ze sluzalstwem! Krzycza: Precz z lizusostwem! Bez zadnych ceregieli Krzycza. Bo Chruszczow kazal, By teraz tak krzyczeli. A ja czlowiek przekorny. Ja odchodze na strone I mysle: Czas przed nimi Wziac Stalina w obrone.
Nie bylo w dziejach swiata |

|
Ciemno wszedzie, glucho wszedzie, Co to bedzie, co to bedzie? Cyrankiewicz na premierze Palce gryzie, strach go bierze Takie cos na polskiej scenie! Czyje to niedopatrzenie? Cenzor, widac, nie uwaza, Nie okreslil egzemplarza! Ciemno wszedzie, glucho wszedzie, Co to bedzie, co to bedzie? Pan Gomulka blady siedzi, Z przerazeniem "Dziady" sledzi. Dotad jakos ich nie czytal, Teraz az zebami zgrzytal. Kliszko z irytacji sapal, Ochab sie za glowe lapal, Moczar truchlal w pierwszym rzedzie. Co to bedzie, co to bedzie? Caly utwor jest wyraznie Nastawiony nieprzyjaznie Wobec naszych wschodnich braci, Oraz calej Rosji-Maci. Juz podnosi sie kurtyna, Widowisko sie zaczyna, Stoi GUSLARZ i GROMADA I na caly glos powiada: "Ciemno wszedzie, glucho wszedzie, Co to bedzie, co to bedzie?" I od razu smiech na sali, Wszyscy sie rozchichotali. Pierwszych dziesiec slow wieczoru, Pierwszych dziesiec slow utworu, Z pierwszej sceny i obrazu - I chwycilo. I od razu Ta satyra aktualna Jaka celna i genialna! Ta synteza, ta formulka - W lozy syknal pan Gomulka. Co za geniusz ten Mickiewicz! Z krzesla spadl pan Cyrankiewicz. Dziesiec slow - od razu mknie pod Strop teatru smiechu trzepot. "Ciemno wszedzie, glucho wszedzie, Co to bedzie, co to bedzie?" Swietny kawal. Pierwsze slowa I wiadomo - o nas mowa. I w dosadnej kwintesencji Sekret polskiej egzystencji. Czego chichotacie, mlodzi? Rozumiecie, o co chodzi. Mowcie, komu czego braknie? Kto z was pragnie, kto z was laknie? Kto tu slucha, kto tu siedzi, Ma synteze odpowiedzi: Ciemno wszedzie, glucho wszedzie, Co to bedzie, co to bedzie? Patrzcie, ach, patrzcie do gory, Coz tam pod sklepieniem swieci W reflektorach - jakby szczury - Jakby duchy - jakby dzieci? "Do mamy lecim, do mamy, Coz to, mamo, nie znasz Jozia? Ja to Jozio, ja ten samy! Ta gruzinska u mnie buzia, To ja, Jozio, czarnobrewek, A to moj - kolezka - Lewek - Razem ze mna wciaz sie blaka - Lewek Trocki, prosze mamy - Coz to, nie chcesz znac Leonka? My tak sobie z nim latamy!" Dusze potepione obie, Pomykajcie stad w tej dobie! W imie Ojca, Syna, Ducha, Widzicie Panski krzyz? Wy, sprawcy naszego ustroju, Zostawciez nas w spokoju! A kysz! A kysz! Za Guslarzem sala cala Szeptem w duchu powtarzala. Teatr Narodowy slucha Odpowiada z mroku - slysz: W imie Ojca, Syna, Ducha, Zostawciez nas w spokoju! A kysz! A kysz! A za oknem WIDMO - wola: "Hej, kruki, puchacze, wrony, O, wy przeklete zarloki, Pusccie mnie tu, do kosciola, Pusccie, mnie, choc na dwa kroki!" Wszelki duch! Jakaz potwora! Widzicie w oknie upiora? Wlos rozczochrany na czele, Oczy jak wegle w popiele, Lachman na nim skrwawiony. Ledwie sie zjawil, na sali Wszyscy ludzie go poznali! Ta twarz wstretna, ten wzrok winny, To Dzierzynski! Ktozby inny? Nie znales litosci, panie, I my nie znajmy litosci! Hej, sowy, puchacze, kruki, Szarpajmy cialo na sztuki! Niechaj nagie swieca kosci! Musisz sie dreczyc, wiek wiekiem, Sprawiedliwe zrzadzenia boze! Bo kto nie byl ni razu czlowiekiem, Temu czlowiek nic nie pomoze. A potem - cisza glucha - Caly Teatr w ciszy slucha: Czy widzisz Panski krzyz? W imie Ojca, Syna, Ducha Bronisz nam jadla, napoju, Zostawze nas w spokoju! A kysz! A kysz! Ziemi nam bronisz i nieba! I wolnosci jak chleba! Opamietaj sie! Slysz! Dosyc twego podboju! Zostawze nas w spokoju! A kysz! A kysz! Sala cala Chichotala, Gdy ze sceny Kazdy wie Ale ONI - Potem mowil p. Gomulka Do zaufanego kolka: Ten Mickiewicz... wieszcz narodu... Duzo zrobil nam zawodu! Ze on umarl, ja nie wiedzial. Gdyby zyl, to juz by siedzial. Nie ma wyjscia, nie ma rady SKONFISKOWAC CALE "DZIADY"!! 1968 |

|
Ze to Solski gra jeszcze. A to echo gralo. Jakby on znowu chwycil, zapalem przejety, Arkusz swej roli, dlugi, pokreslony, zmiety, W rozmodleniu oburacz do ust go przycisnal, Zachlysnal sie slowami, w oczach ogniem blysnal, Zasunal wpol powieki, wciagnal w glab pol brzucha I do pluc wyslal z niego caly zapas ducha I zagral. Ozywa krzykiem, szeptem, szlochem i usmiechem. Umilkli wkolo wszyscy sluchacze, zdziwieni Moca, czystoscia, dziwna harmonija pieni. Starzec kunszt caly, ktorym sto lat w Polsce slynal, Jeszcze raz przed uszami naszymi rozwinal. Napelnil wnet, zaroil scene i kulisy, Jakby od nowa swoje zaczynal popisy, Bo w graniu byla sztuki historyja dluga. Krol, zebrak, mnich i rycerz, pan i chlop i sluga, Z polnocy i zachodu, wschodu i poludnia - On sam zmienia sie w orszak i scene zaludnia. W kontuszu i w surducie, w zbroi i w kierezji, On jeden idzie tlumem prozy i poezji, Zawija sie, zaplata, zapalem przejety, W polonez ludzi - dlugi, kolorowy, krety, Jak waz boa. I znika. Ze to Solski gra jeszcze, a to echo gralo. Zagral znowu; myslilbys ze swe ksztalty zmienial, Bo na oczach widowni to grubial, to cienial, Udajac glosy rozne i postacie mnogie, Grozne, mile, pocieszne, smieszne i zlowrogie, A kazda za kulisy schodzi bez powrotu. Oto w szarych lachmanach Judasz z Iskariotu Jak wulkan miota slowa i rozpacza dysze. A oto placze Papkin i testament pisze. Juz gitare zapisal dla Klary-kochanki. Oto wchodzi na scene Wiarus z "Warszawianki". Widac ze z pola bitwy przyszedl wprost. I staje Wyprezony przed wodzem i papier podaje. Milczy. A od milczenia zimne idzie mrowie. On, milczac, mowi wiecej niz glos wszelki powie. I milczacym zolnierskim zszedl ze sceny cieniem I do skarbca teatru przeszedl tym milczeniem. A teraz noc wenecka, i Szajlok brodaty Krzyczy: "O, moja corko! O, moje dukaty!". A wtem, z weneckiej nocy nagle Noc Trzech Kroli, I rycerz Chudogeba pijany sie czuli W zalotach do wesolych windsorskich kumoszek. A wtem - Latka! Zarazem Skapiec i Swietoszek, A teraz na nim blyszczy kolpak generalski - A wtem Fryderyk Wielki! A wtem - Pan Jowialski Bajeczki wszystkim znane powtarza sto razy, A wtem - patrzcie - Kosciuszko! A wtem, Pan Damazy! Wtem przerwal. I dech wstrzymal. Wszystkim sie zdawalo, Ze to Solski gra jeszcze. Wysluchawszy stuletniej arcydzielo sztuki, Powtarzaly je syny synom, wnukom wnuki I aktorzy aktorom. I sami z teatru Odchodzili w mrok cieniow, popiolu i wiatru Juz prawnuki obsiadly na widowni rzedy. Na scenie czlowiek zywy, a jakby z legendy, Ktorej i smierc niegrozna i czas ja omija, Bo ona z wiekiem rosnie i starosc jej sprzyja I podziwu przydaje. Wiec ona do gory Ulata i tryumfu hymnem bije w chmury - Wtem przerwal i dech wstrzymal. Wszystkim sie zdawalo Ze to Solski gra jeszcze, a to echo gralo I szla muzyka coraz szersza, coraz dalsza, Coraz czystsza i milsza, coraz doskonalsza, Az znikla gdzies daleko, gdzies na niebios progu. A on, jak Wojski, rece od zlotego rogu Odjal, opuscil. Pierwszy raz zagrac nie umie W tej charakteryzacji, w tym dziwnym kostiumie Z oczami zamknietymi, jak gdyby w zadumie, I z obliczem promiennym, jak gdyby natchniony, Lowi uchem ostatnie znikajace tony, Co jeszcze drza w powietrzu. Tysiace oklaskow, Tysiace powinszowan i wiwatnych wrzaskow, Niosa mu wience, szarfy i zlote litery, Szumia mu gratulacje i pochwalne szmery I przez drzwi garderoby, falami, aplauzy Przenikaja w te cisze ciemnej, dlugiej pauzy, Hucza, hucza, jak dzwony. Ze to brawa grzmia jeszcze. A to echo gralo. |

|
Samoobrona malp, ze nic nie wiedza o zludzie Historii. Przed nimi przyszlosc - Ze doczekaja swojego Mesjasza, Darwina, Ktory im powie: Nic sie nie martwcie, malpy, Jeszcze z was beda ludzie. |

|
Chrzescijanska zasada Gdy ciebie pocaluja, |

|
Taki gesty cien od niej pada, Tak tu nieprzenikniony, Jakby jakies ogromne swiatlo swiecilo |

|
Snilo mu sie Fruwal wsrod kwiatow, Zbudzil sie ze snu, Mnie motylowi, sni sie ze jestem czlowiekiem? |

|
Daj, bym nie blagal nadaremnie. Napraw ten swiat! |

|
Tu lezy Grydzewski. Nie martwcie sie o niego: Juz jest na tamtym swiecie redaktorem Pisma Swietego. |

|
W twarzy dawnej kochanki szukam jej urody Wsrod zmarszczek, pod pokostem rozu i bielidla. Zdawala mi sie piekna, kiedy bylem mlody, Jakze sie postarzala! Jak zwiedla i zbrzydla! A ona patrzy na mnie z cienia Kampanili - Wieczor cyklamenowy splowial i poszarzal - Trzesie glowa, i jakbym ja slyszal w tej chwili: Czy to on? Jakiz brzydki ... Jakze sie postarzal ... |

|
Zmija Chetnie sie w noge wpija Wtedy trzeba natychmiast wypic duzo duzo wodki Zeby udaremnic skutki. W ogole wypic duzo wodki nie jest zle, Czy ugryzla, czy nie. |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||