Zamieszczamy ponizej niewielki wybor tworczosci Mariana Hemara. Jeden, dwa, trzy utwory z kilku gatunkow poetyckich uprawianych przez Autora: z liryki, parafrazy, satyry, fraszki. Chociaz Marian Hemar byl byc moze najbardziej znany ze swoich dlugich satyr politycznych, wybralem tutaj tylko dwie, gdyz polityczna satyra jest gatunkiem krotkozyjacym, zwiazanym z okreslonym czasem, warunkami, ludzmi. Umiera czesto z nimi wszystkimi. Dla nowych pokolen, zyjacych w innym kontekscie, przestaje byc zrozumiala. Za to wspaniala liryka jest ponadczasowa. Tak tez jest z liryka i niekiedy gorzkimi fraszkami Mariana Hemara. Jak napisal Jan Fryling, Marian Hemar "przejal w siebie nieprzebrane zasoby i wszystka krase mowy polskiej". (AMK)



MARIAN   HEMAR





LIRYKI     SATYRY     FRASZKI


Marian Hemar

LIRYKI

INWOKACJA

O, Poezjo, laskis pelna,
Modl sie za nami.
Twoja dzisiaj godzina
Bije w niebie gromami.
Twoja godzina splywa
Jak plaszczem, ognia ulewa.
Podnies ku gorze twarz
Zlota i czarnobrewa!

Boga karzacy gniew
Idzie ku nam w pozodze,
Ty, rozpacza, jak lew
Poloz sie Bogu na drodze!
Dlon chwyc co na nas miecz
Potrzasa wzniesiony,
O, Poezjo! Ostatnia
Linio polskiej obrony!

O, Zbarazu! O, szancu
Kamieniecki, ktory
Niezdobyty ulatasz!
O, wiezo Jasnej Gory!
Hel padnie i Westerplatte
Ukradna zbojcy -
Ty przetrwasz, swiety Okopie
Poetow Trojcy!

Bania rosy peknij nad glowa
Co lezy w prochu.
Ustom zamilklym
Daj laske szlochu.
Kleske obmyj i rany
Swietymi lzami -
O, Poezjo, ukleknij, i placz,
I modl sie za nami.

Gdy plomien jak blache licha
Slowa poskreca i pognie,
Ty znasz tajemnice slow,
Ktorych nie tknely ognie,
Ktore sie rodza z plomieni,
Slow - lez, slow - soli, slow - chleba,
Co wyrastaja jak z ziemi
I powracaja - jak z nieba.

Gora nad nami wiej!
Smuga bialego zaru
I druga, czerwonej krwi!
Poeto - a ty u sztandaru!
Tobie nie wawrzyn na skron -
Juz laur sie czola nie ima -
Sztandar jest wazny.
Nie dlon
Co drzewce trzyma.

1939






NA 19 MARCA

Nie pozostawil tutaj zadnego dziedzica.
Wielka to nasza wina, nie do przebaczenia.
Imie jego tak przeszlo jako blyskawica
W chmurach, wysoko. W pobok polskiego sumienia.

O, milosci, co sercu kazesz jeno zhardziec,
I krzywdzonemu - krzywdzic, i trwac w gniewnej dumie,
Ze do konca, do smierci, po smierci - nie umie
Ani przestac milowac, ani przestac gardzic.

Zgrzytem na Zlotej Bramie wyszczerbil sie brzeszczot.
Na Bramie niezdobytej, Bramie tryumfalnej.
O, trosko bez nadziei, czulosci bez pieszczot,
Wiedzialas, ze nie zdzierzyc - Tej Sile Fatalnej.

Zostala w nas ta sila fatalna, co w koncu
Wciaz nas aniolow straca z wysokiego nieba,
I straconych przerabia na zjadaczy chleba -
Wciaz teskniacych do slonca. Wciaz slepnacych w sloncu.

1943






ROCZNICA

NOWA PIESN NA ZNANA NUTE

Gdy narod warszawski sie porwal do boju,
Gdy z bronia powstali cywile -
Gdzie ty byles wtedy, sowiecki gieroju?
Za Wisla, opodal, o mile.

O, czesc wam, radzieccy kamraci!
O, czesc, towarzysze przytomni!
Za pomoc w Powstaniu niech Bog wam zaplaci
A Polska wam jej nie zapomni.

Gdy ponad Warszawa swiecily sie luny
Powstanczej, szalenczej batalii,
Za Wisla czekali soldaci komuny,
Az ogien sie do cna wypali.

O, czesc, sojuszniku laskawy!
O, czesc wam, radzieccy kamraci!
Za pomoc dla ludu walczacej Warszawy,
Niech Bog wam stokrotnie zaplaci!

Gdy trupem padaly kobiety i dzieci
U miejskich barykad i szancow,
Za Wisla spokojnie czekali sowieci,
Az Hitler dobije powstancow.

O, czesc wam, o czesc, w samej rzeczy!
O, czesc wam, o czesc, demokraci!
Za pomoc w Powstaniu, za pospiech w odsieczy,
Niech Bog wam stokrotnie zaplaci!

Ten sam Rokossowski, nasz wodz-falsyfikat,
Widokiem sie nie mogl nacieszyc
I mruczal: Dopoki strzelaja z barykad -
Nu, nima do czego sie spieszyc.

O, czesc ci marszalku zwycieski!
Za odsiecz ginacych twych braci,
Za pomoc Warszawie w tej dobie jej kleski,
Niech Bog ci stokrotnie zaplaci!

A Bierut w Lublinie, a Bierut sobaka,
Rozkazy juz zaczal powielac:
Kazdego Paljaka, kto tylko byl w AK
Od razu na miejscu rozstrzelac!

O, czesc wam, moskiewskie bieruty!
O, czesc wam, ludowi kamraci!
Niech Bog wam stuleciem straszliwej pokuty
Za zdrade Warszawy zaplaci!

A dzisiaj, ta cizba moskiewskich zaprzancow,
A dzisiaj, te same psubraty
Z butami sie pchaja na groby powstancow
I wience im niosa i kwiaty -

Dzis oni te groby chca wziac w swa arende
I ukrasc im honor tej chwili
I zwolac umarlych pod swoja komende,
Gdy zywych juz sami dobili.

Ach, precz stad radzieccy kamraci!
Ach, precz stad, zdradzieccy psubraci!

Czekaliscie wtedy, i dzis poczekajcie.
Nie bojcie sie. Bog wam zaplaci.

1954






TESTAMENT CHOPINA

Wiejski strumyk z Zelazowej Woli
Szumi w lewej rece w barkaroli.

Kiedys kogut zapial na podworku,
To on, ten sam, w tych kwintach, w mazurku.

Ksiezyc po wsi wloczyl sie pochmurnie,
Znieruchomial, blyszczacy, w nokturnie.

Bocian brodzi przez dawne mokradla,
Szuka gwiazdy co w etiude spadla.

W rozsypanych koralikach nutek
Pierwsza milosc i ostatni smutek

I tryumfow rzesiste trzepoty
I nostalgia chora na suchoty.

*

Cudem jakims wzial ojczyzne w dlonie
I przemienil ja w gorzkie harmonie,

I przemienil ja w magiczne rytmy,
I w melodie rzewne jak modlitwy.

W srebrnoksieskie kropki, w czarne skroty
I przepisal ja cala w te nuty

I zapisal w swoim testamencie
Dochowana, powtorzona swiecie.

A tam ona jakby coraz zywsza.
Od prawdziwej ojczyzny prawdziwsza.

Az po wieku slowikami wspomni,
Mrokiem wstchnie i deszczem zasiapi.

I Polakom, gdy beda bezdomni,
On muzyka ojczyzne zastapi.

1960






ZYCZENIE

Co by mi przyslac z Kraju?
Czy mam jakie zyczenie? -
Zapytalas mnie w liscie.
Od razu ci wymienie

Jedno z mych wielu zyczen,
Pierwsze mam je na mysli.
Jesli chcesz mi co przyslac
W prezencie, to mi przyslij

Pudelko od zapalek,
Albo lniany woreczek,
A w nim troszeczke ziemi
Tamtejszej - cokolwieczek.

Tyle, co wezmiesz w garstke
Na polu - w przydroznym rowie -
Albo na skwerku miejskim
W Warszawie albo w Krakowie -

W lesie, albo z czyjego
Podmiejskiego ogrodka -
Gdziekolwiek tam sie schylisz.
Jedna grudka malutka

Wystarczy - tyle ile
Jedna obejmiesz dlonia.
Przyslij mi ja do Anglii.
Chyba ci nie zabronia,

Chyba takiej przesylki
Nic skonfiskuja tobie?
Bede ci bardzo wdzieczny.
Wiem, co z ta ziemia zrobie,

A raczej, prawde mowiac -
Ach, przyjaciolko mila -
Wiem, o co poprosze zony,
Azeby z nia zrobila.

1962






STROFA ZALOBNA

Czym mierzyc wielkosc czlowieka? Zaloba
Ktora umarly zostawia za soba.

Zalem, co sprawia, ze kazda rodzina
W nim placze ojca i brata i syna.

Jakby ten jeden, ktorego stracili,
Umarl milionem smierci. W jednej chwili

Swiat opustoszal z bliska i z daleka,
Choc stracil tylko jednego czlowieka.

1963






CZERWIEC

W Czerwcu, tysiac lat temu,
Polska byla poganska.
Tysiac lat przeminelo,
Przyjdzie Noc Swietojanska.

Migotliwe swietliki
Zapala swe sygnaly
I bardzo dziwne rzeczy
Beda sie w Polsce dzialy.

W lesie gruchna pioruny
Iluminacja zielona.
Nad Debem blyskawice
Zaplota sie korona.

Z dziupli Drzewa wypelznie
Waz stary, srebrnoruski,
Z rubinowymi oczyma
I skora w luzyckie luski.

Kwiat paproci w gestwinie
Mignie na cwierc minuty
I wtedy ludzkim altem
Zapieja zlote koguty.

Zorza na ciemnym niebie
W runiczny wzor sie utka.
Nie przeszkadzajcie dziwom,
Bo Noc bedzie krociutka.

Wczesnie zniknie bez sladu,
Jak dreszcz magnetycznej burzy.
I dopiero za drugie
Tysiac lat sie powtorzy.

1962






SATYRY

MOJA PRZEKORA

A ja czlowiek przekorny.
Nie szanujacy powag.
Byle wszystkim na przekor.
Wszyscy tak, to ja owak.

Przekora piorem wodzi,
Przekora lutnie stroi.
Ot, przyklad: Kiedy w kraju
Pisarze, koledzy moi,

Przez lata, z nabozenstwem
Ideowo maniackiem
Przed Stalinem lezeli
Migdalowym plackiem,

Kiedy sie do Stalina
Kruczkowski migdalil,
Kiedy go Jastrun slawil,
Gdy go Przybos chwalil,

Kiedy miedzianym czolem
Iwaszkiewicz mu bil,
Kiedy go Mitzner kochal,
Gdy go Brzechwa lubil,

Gdy go Pasternak lizal,
Putrament ubostwial,
Gdy mu Kott wonna chwalba
Z kadzidlanych ust wial,

Gdy Slonimski ogonkiem
Przed portretami merdal,
Aby za to merdanie
Bierut jemu order - dal,

Kiedy Broniewski pisal
Ze lzami i do rymu
"Jak dobrze, ze na Kremlu
Pracuje Stalin!" - gdy mu

Osmanczyki odolskie
I arskie Brandysy
Wypisywaly wiersze,
Piesni, zyciorysy.

Eklogi, panegiryki,
Artykuliki, dzielka,
ze Stalin geniusz, gwiazdka,
Sloneczko, perelka,

ze on dobry dla Polski,
Dla dzieci i dla mlodziezy
I ze jak i dlaczego
Kochac jego nalezy,

Ze cukier krzepi,
A Stalin jeszcze lepiej,
Ze Stalin grzeje, Stalin chlodzi,
Stalin nigdy nie zaszkodzi -

Kiedy te rozbuchane
Najemne melamedy
Tak jazgotaly, wyly
I pialy - to ja wtedy

Krzyczalem na kraj caly
I na caly globus,
Ze to wszystko nieprawda!
Ze Stalin krwawy lobuz!

"Przepraszam towarzyszow,
Prosze towarzyszek" -
Tak krzyczalem - "to klamstwo!
To jest kat i opryszek!

Zarozumialy durak,
Paranoik upiorny!"
Tak krzyczalem. (Mam swiadkow).
Bo ja czlowiek przekorny.

Az Chruszczow moje slowa
Potwierdzil. I kazdemu
Kazal tak mowic, jak ja
Mowilem piec lat temu.

Zaledwie przyszla z Moskwy
Komenda, zeby w try migi
Likwidowac Stalina,
Juz hurma, na wyscigi,

Ruszyli moi koledzy.
Chruszczow kazal. Nu, znaczy,
Bic Stalina, jak w kuper,
Za przeproszeniem, kaczy.

Hej, kto pierwszy ten lepszy!
Do ataku! Do wierszy!
Do satyr! Do dyskusji!
Patrzcie - Slonimski pierwszy.

I Jastrun, Kott, Broniewski,
Przybos, Mitzner, Osmanczyk -
Patrzcie, ktory gorliwszy,
Skwapliwszy wanczyk-wstanczyk.

Z bohaterska odwaga,
Z ryzykanckim zuchwalstwem,
Krzycza: Precz ze Stalinem!
Krzycza: Precz ze sluzalstwem!

Krzycza: Precz z lizusostwem!
Bez zadnych ceregieli
Krzycza. Bo Chruszczow kazal,
By teraz tak krzyczeli.

A ja czlowiek przekorny.
Ja odchodze na strone
I mysle: Czas przed nimi
Wziac Stalina w obrone.

*

Nie bylo w dziejach swiata
Takiego, jak on, kata
I nie bylo gorszego
Despoty i wariata,

Niz to diabla nasienie,
Ta sowiecka gadzina -
Stalin. Ale to jednak
Nie byla jego wina.

On byl wina ustroju,
Co w sobie logicznie miesci
Mozliwosc takiej zbrodni,
Bezkarnej przez lat trzydziesci.

Ta potworna purchawka
Mogla rosc tylko na gnoju
Komunistycznej Rosji
Jej ludzi i jej ustroju.

Trzeba te mierzwe rozrzucic,
Wtedy purchawka zniknie.
Krzyczcie: Precz z tym ustrojem!
Znam was. Nikt tak nie krzyknie.

Wy bojary nikczemne!
Wam Iwan w nos uragal,
I po pyskach was walil
I za brody was ciagal,

Zywym ogniem przypiekal
I zywcem pasy z was darl,
A wy jemu: Sloneczko!
Wiwat! Niech zyje! Na zdar!

A wy mu czolem bili,
A wy plackiem i prochem
Rozmodleni lezeli
Przed kochanym molochem.

Toz nie wincie Iwana!
Toz nie wincie molocha!
Moloch nie winien. Winien
Ten, kto molocha kocha.

Zamiast od razu, w pierwszym
Dniu, takiego Iwaszke
Buch w zeby! Co pod reka,
Tym lupnac! I rozbic czaszke.

Ty, jeden z drugim, cos przed nim
Drzal i truchlal, jak wozny -
Ty teraz na niego z pyskiem?
Ze car Iwan byl Grozny?

Teraz "precz!" krzyczysz? Teraz
Za pozno! Teraz nie sztuka!
Wam od Stalina wara.
To jest moja   c   h   a   z   u   k   a.

On byl dla was, jak ulal.
W sam raz. Dobry. Wyborny.
Ja jego dzisiaj bronie!
(Bo ja czlowiek przekorny...)

1956






"DZIADY"

Ciemno wszedzie, glucho wszedzie,
Co to bedzie, co to bedzie?

Cyrankiewicz na premierze
Palce gryzie, strach go bierze

Takie cos na polskiej scenie!
Czyje to niedopatrzenie?

Cenzor, widac, nie uwaza,
Nie okreslil egzemplarza!

Ciemno wszedzie, glucho wszedzie,
Co to bedzie, co to bedzie?

Pan Gomulka blady siedzi,
Z przerazeniem "Dziady" sledzi.

Dotad jakos ich nie czytal,
Teraz az zebami zgrzytal.

Kliszko z irytacji sapal,
Ochab sie za glowe lapal,

Moczar truchlal w pierwszym rzedzie.
Co to bedzie, co to bedzie?

Caly utwor jest wyraznie
Nastawiony nieprzyjaznie

Wobec naszych wschodnich braci,
Oraz calej Rosji-Maci.

Juz podnosi sie kurtyna,
Widowisko sie zaczyna,

Stoi   GUSLARZ i GROMADA
I na caly glos powiada:

"Ciemno wszedzie, glucho wszedzie,
Co to bedzie, co to bedzie?"

I od razu smiech na sali,
Wszyscy sie rozchichotali.

Pierwszych dziesiec slow wieczoru,
Pierwszych dziesiec slow utworu,

Z pierwszej sceny i obrazu -
I chwycilo. I od razu

Ta satyra aktualna
Jaka celna i genialna!

Ta synteza, ta formulka -
W lozy syknal pan Gomulka.

Co za geniusz ten Mickiewicz!
Z krzesla spadl pan Cyrankiewicz.

Dziesiec slow - od razu mknie pod
Strop teatru smiechu trzepot.

"Ciemno wszedzie, glucho wszedzie,
Co to bedzie, co to bedzie?"

Swietny kawal. Pierwsze slowa
I wiadomo - o nas mowa.

I w dosadnej kwintesencji
Sekret polskiej egzystencji.

Czego chichotacie, mlodzi?
Rozumiecie, o co chodzi.

Mowcie, komu czego braknie?
Kto z was pragnie, kto z was laknie?

Kto tu slucha, kto tu siedzi,
Ma synteze odpowiedzi:

Ciemno wszedzie, glucho wszedzie,
Co to bedzie, co to bedzie?

Patrzcie, ach, patrzcie do gory,
Coz tam pod sklepieniem swieci
W reflektorach - jakby szczury -
Jakby duchy - jakby dzieci?

"Do mamy lecim, do mamy,
Coz to, mamo, nie znasz Jozia?

Ja to Jozio, ja ten samy!
Ta gruzinska u mnie buzia,
To ja, Jozio, czarnobrewek,
A to moj - kolezka - Lewek -
Razem ze mna wciaz sie blaka -
Lewek Trocki, prosze mamy -
Coz to, nie chcesz znac Leonka?
My tak sobie z nim latamy!"

Dusze potepione obie,
Pomykajcie stad w tej dobie!

W imie Ojca, Syna, Ducha,
Widzicie Panski krzyz?
Wy, sprawcy naszego ustroju,
Zostawciez nas w spokoju!
A kysz! A kysz!

Za Guslarzem sala cala
Szeptem w duchu powtarzala.

Teatr Narodowy slucha
Odpowiada z mroku - slysz:

W imie Ojca, Syna, Ducha,
Zostawciez nas w spokoju!
A kysz! A kysz!

A za oknem   WIDMO   -   wola:
"Hej, kruki, puchacze, wrony,
O, wy przeklete zarloki,
Pusccie mnie tu, do kosciola,
Pusccie, mnie, choc na dwa kroki!"

Wszelki duch! Jakaz potwora!
Widzicie w oknie upiora?
Wlos rozczochrany na czele,
Oczy jak wegle w popiele,
Lachman na nim skrwawiony.

Ledwie sie zjawil, na sali
Wszyscy ludzie go poznali!

Ta twarz wstretna, ten wzrok winny,
To Dzierzynski! Ktozby inny?

Nie znales litosci, panie,
I my nie znajmy litosci!

Hej, sowy, puchacze, kruki,
Szarpajmy cialo na sztuki!
Niechaj nagie swieca kosci!

Musisz sie dreczyc, wiek wiekiem,
Sprawiedliwe zrzadzenia boze!
Bo kto nie byl ni razu czlowiekiem,
Temu czlowiek nic nie pomoze.

A potem - cisza glucha -
Caly Teatr w ciszy slucha:

Czy widzisz Panski krzyz?
W imie Ojca, Syna, Ducha
Bronisz nam jadla, napoju,
Zostawze nas w spokoju!
A kysz! A kysz!

Ziemi nam bronisz i nieba!
I wolnosci jak chleba!
Opamietaj sie! Slysz!
Dosyc twego podboju!
Zostawze nas w spokoju!
A kysz! A kysz!

Sala cala
cala lawa
Chichotala,
bila brawo.

Gdy ze sceny
grzmia te slowa,
Kazdy wie
          TO   DO   NICH   MOWA!

Ale   ONI -
z rzedow, z loz - Chylkiem - cichcem -
znikli juz.

Potem mowil p. Gomulka
Do zaufanego kolka:

Ten Mickiewicz... wieszcz narodu...
Duzo zrobil nam zawodu!

Ze on umarl, ja nie wiedzial.
Gdyby zyl, to juz by siedzial.

Nie ma wyjscia, nie ma rady
SKONFISKOWAC   CALE   "DZIADY"!!

1968






PARAFRAZY

SOLSKI

                  Wszystkim sie zdawalo
Ze to Solski gra jeszcze. A to echo gralo.

Jakby on znowu chwycil, zapalem przejety,
Arkusz swej roli, dlugi, pokreslony, zmiety,
W rozmodleniu oburacz do ust go przycisnal,
Zachlysnal sie slowami, w oczach ogniem blysnal,
Zasunal wpol powieki, wciagnal w glab pol brzucha
I do pluc wyslal z niego caly zapas ducha
I zagral.
I znow rola niewstrzymanym dechem
Ozywa krzykiem, szeptem, szlochem i usmiechem.

Umilkli wkolo wszyscy sluchacze, zdziwieni
Moca, czystoscia, dziwna harmonija pieni.

Starzec kunszt caly, ktorym sto lat w Polsce slynal,
Jeszcze raz przed uszami naszymi rozwinal.
Napelnil wnet, zaroil scene i kulisy,
Jakby od nowa swoje zaczynal popisy,
Bo w graniu byla sztuki historyja dluga.
Krol, zebrak, mnich i rycerz, pan i chlop i sluga,
Z polnocy i zachodu, wschodu i poludnia -
On sam zmienia sie w orszak i scene zaludnia.
W kontuszu i w surducie, w zbroi i w kierezji,
On jeden idzie tlumem prozy i poezji,
Zawija sie, zaplata, zapalem przejety,
W polonez ludzi - dlugi, kolorowy, krety,
Jak waz boa. I znika.
                  Wszystkim sie zdawalo
Ze to Solski gra jeszcze, a to echo gralo.

Zagral znowu; myslilbys ze swe ksztalty zmienial,
Bo na oczach widowni to grubial, to cienial,
Udajac glosy rozne i postacie mnogie,
Grozne, mile, pocieszne, smieszne i zlowrogie,
A kazda za kulisy schodzi bez powrotu.

Oto w szarych lachmanach Judasz z Iskariotu
Jak wulkan miota slowa i rozpacza dysze.
A oto placze Papkin i testament pisze.
Juz gitare zapisal dla Klary-kochanki.
Oto wchodzi na scene Wiarus z "Warszawianki".
Widac ze z pola bitwy przyszedl wprost. I staje
Wyprezony przed wodzem i papier podaje.
Milczy. A od milczenia zimne idzie mrowie.
On, milczac, mowi wiecej niz glos wszelki powie.
I milczacym zolnierskim zszedl ze sceny cieniem
I do skarbca teatru przeszedl tym milczeniem.

A teraz noc wenecka, i Szajlok brodaty
Krzyczy: "O, moja corko! O, moje dukaty!".
A wtem, z weneckiej nocy nagle Noc Trzech Kroli,
I rycerz Chudogeba pijany sie czuli
W zalotach do wesolych windsorskich kumoszek.
A wtem - Latka! Zarazem Skapiec i Swietoszek,
A teraz na nim blyszczy kolpak generalski -
A wtem Fryderyk Wielki! A wtem - Pan Jowialski
Bajeczki wszystkim znane powtarza sto razy,
A wtem - patrzcie - Kosciuszko! A wtem, Pan Damazy!
Wtem przerwal. I dech wstrzymal. Wszystkim sie zdawalo,
Ze to Solski gra jeszcze.
                              A to echo gralo.

Wysluchawszy stuletniej arcydzielo sztuki,
Powtarzaly je syny synom, wnukom wnuki
I aktorzy aktorom. I sami z teatru
Odchodzili w mrok cieniow, popiolu i wiatru
Juz prawnuki obsiadly na widowni rzedy.

Na scenie czlowiek zywy, a jakby z legendy,
Ktorej i smierc niegrozna i czas ja omija,
Bo ona z wiekiem rosnie i starosc jej sprzyja
I podziwu przydaje. Wiec ona do gory
Ulata i tryumfu hymnem bije w chmury -
Wtem przerwal i dech wstrzymal. Wszystkim sie zdawalo
Ze to Solski gra jeszcze, a to echo gralo
I szla muzyka coraz szersza, coraz dalsza,
Coraz czystsza i milsza, coraz doskonalsza,
Az znikla gdzies daleko, gdzies na niebios progu.

A on, jak Wojski, rece od zlotego rogu
Odjal, opuscil. Pierwszy raz zagrac nie umie
W tej charakteryzacji, w tym dziwnym kostiumie

Z oczami zamknietymi, jak gdyby w zadumie,
I z obliczem promiennym, jak gdyby natchniony,
Lowi uchem ostatnie znikajace tony,
Co jeszcze drza w powietrzu. Tysiace oklaskow,
Tysiace powinszowan i wiwatnych wrzaskow,
Niosa mu wience, szarfy i zlote litery,
Szumia mu gratulacje i pochwalne szmery
I przez drzwi garderoby, falami, aplauzy
Przenikaja w te cisze ciemnej, dlugiej pauzy,
Hucza, hucza, jak dzwony.
                                  Jemu sie zdawalo,
Ze to brawa grzmia jeszcze. A to echo gralo.





FRASZKI

NADZIEJA

Samoobrona malp, ze nic nie wiedza o zludzie
Historii. Przed nimi przyszlosc -
                                        nadzieja jedyna,
Ze doczekaja swojego Mesjasza, Darwina,
Ktory im powie: Nic sie nie martwcie, malpy,
Jeszcze z was beda ludzie.





WARIANT

Chrzescijanska zasada
Dla dobrych katoliczek:
Gdy ciebie pocaluja,
Nastaw drugi policzek.





NA SMIERC

Taki gesty cien od niej pada,
Tak tu nieprzenikniony,
Jakby jakies ogromne swiatlo
swiecilo
    z tamtej strony.





SEN

Snilo mu sie
ze byl motylem. W roju motyli
Fruwal wsrod kwiatow,
na cieplym sloncu, na wietrze lekkim.
Zbudzil sie ze snu,
myslal w ciemnosci: Moze w tej chwili
Mnie motylowi, sni sie
ze jestem czlowiekiem?





MODLITWA

Daj, bym nie blagal nadaremnie.
Napraw ten swiat!
                    Zacznij ode mnie.





NAGROBEK GRYDZEWSKIEGO

Tu lezy Grydzewski. Nie martwcie sie o niego:
Juz jest na tamtym swiecie redaktorem Pisma Swietego.





WENECJA 1968

W twarzy dawnej kochanki szukam jej urody
Wsrod zmarszczek, pod pokostem rozu i bielidla.

Zdawala mi sie piekna, kiedy bylem mlody,
Jakze sie postarzala! Jak zwiedla i zbrzydla!

A ona patrzy na mnie z cienia Kampanili -
Wieczor cyklamenowy splowial i poszarzal -
Trzesie glowa, i jakbym ja slyszal w tej chwili:
Czy to on? Jakiz brzydki ... Jakze sie postarzal ...





ZMIJA

Zmija
Chetnie sie w noge wpija
Wtedy trzeba natychmiast wypic duzo duzo wodki
Zeby udaremnic skutki.
W ogole wypic duzo wodki nie jest zle,
Czy ugryzla, czy nie.



Teksty o Marianie Hemarze zamieszczone w Zwojach:


Copyright © 1997-2001 Zwoje