Ani - na czternaste urodziny -

ten wybór wierszy Stanisława Balińskiego

dedykują

Mama i Andrzej.







STANISŁAW BALIŃSKI






ANTYROMANTYZM


Nie kochać nam, nie marzyć, nie usychać w biegu,
Nie roztkliwiać się gwiazdą, nie poddawać smutkom,
Nie odpływać od życia, jak łódką od brzegu,
Bo ani życie brzegiem, ani sen jest łódką.

Nie iść nam, niepoprawnym, w ogrody szczęś1iwe
Między drzewa, zbyt piękne aby były żywe.
Nie słuchać nam podszeptów, których chce się słuchać,
Gdy płynie cichy wieczór, gdy noc płynie głucha.

Nie ufać nam melodiom, słyszanym z daleka,
Nie dowierzać księżycom, czarów nie wywlekać,
Nie wczytywać się w ogień, nie szukać w popiele,
Nie kochać nam, nie marzyć, nie tęsknić tak wiele.






POŻEGNANIE


Żegnaj, blasku różowy gasnących wieczorów,
I ty, gwiazdo, co błyszczysz w natchnionym sonecie,
I ty, serce, co kochasz z własnego wyboru,
Przez co ci każdy człowiek ojczyzną był w świecie.

Żegnaj zadumo mędrca, co wśród nocy ciemnej
Pochylałaś się w oknie, gdzie kwitnęły róże,
I szukałaś w obręczach swej wiedzy tajemnej,
Jak nam przedłużyć życie o jedną noc dłużej.

Żegnaj, blada melodio minionego wieku,
Co opiewałaś wolność i miłość narodów,
I plynąc przez gwar miasta i ciszą ogrodów,
Szukałaś, niestrudzona, prawdy o człowieku.

Schylamy się nad wami, jak nad pięknościami,
Które po to wzniesiono, by je strącić potem,
I po to nazywano chmurą i pieśniami,
By je zmieszać z cierpieniem i zadeptać z błotem.

Lecz kto się raz potęgą natchnienia napoił,
A teraz musi liczyć porażki i rany,
Ten należy do słabych i niepokonanych,
I więcej się ciemności i ciszy nie boi.

Bo ciemność go nie zdradzi, a cisza wysłucha,
Pójdą z nim razem ścieżką nieśmiertelnych braci,
I oddadzą mu kiedyś, gdy minie noc głucha,
To wszystko, za czym tęsknił, to wszystko, co stracił.

Na horyzoncie nocy szumią czarne drzewa,
Którym wbito w korzenie ciernie nienawiści,
Cień umarłych przyjaciół żegna cię i śpiewa
Głosem cichszym od szeptu zapomnianych liści.

Pamięci poety-przyjaciela







GODZINA NOCY


Każda godzina nocy ma inne oblicze.

Szósta wieczór, na przykład, gdy się wolno zmierzcha
Jest godzina przeszłości, do której myśl pierzcha
Odnajdując w różowym młodości koralu
Jakieś dnie bez goryczy i smutki bez żalu.

Godzina ósma wieczór jest zupełnie inna
I najdźwięczniej wybija w stołowym pokoju,
Gdzie schodzi się domowa gromadka rodzinna,
Żeby w cieniu herbaty pogadać w spokoju.

Odwróćmy od niej głowę, przysłoniętą mgłami.
Ta godzina jest dzisiaj nie dla nas, nie z nami.

Potem idzie dziewiąta, początek wieczora.
Jesteś sam. Drzwi zamknięte. Nocnej pracy pora.
Lampa, ksiażka i ćwiartka papieru przed tobą -
Są przyjaznego biurka jedyną ozdobą.
Nie słyszysz kropel deszczu, ani głosów miasta,
Tylko cichy szmer pióra, co wiernie szeleści,
Nie słyszysz, jak przypływa z wolna jedenasta,
Godzina lamp i świateł, godzina śródmieścia.
Między ostatnim - w modnym teatrze - oklaskiem
A pierwszym powitaniem gości przez kelnera
Ulice dźwięczą gwarem i musują blaskiem. -
Lecz godzina to krótka i prędko zamiera.

Dwunasta była kiedyś porą złego ducha,
Zrodziła ją noc dziadów i noc świętojańska.
Dziś mija bez znaczenia, dziś nikt jej nie słucha,
To po prostu zwyczajna godzina mieszczańska,
Gdy szczęśliwe małżeństwa w pościeli dosytu
Naciągają pierzynę, żeby spać do świtu.

Druga w nocy wydzwania wolno w oddaleniu
Dla tych wszystkich, co jeszcze pracują w skupieniu.
Dobrze jest wtedy w oknie odetchnąć szeroko
Powietrzem, które płuca nasyca głęboko.
I poczuć moc twórczości, która właśnie z ziemi
Unosi się ku gwiazdom i jest między niemi.

To jest godzina szczęścia. O, daleki bracie,
Który ją znasz, wiesz dobrze, jak się za nią płaci.

Potem noc zwalnia biegu, skręca boczną drogą,
Zbliżają się godziny tych, co spać nie mogą,
Tych, co leżą w pościeli, a pościel nie chłodzi,
Którzy łaski snu pragną, a sen nie przychodzi.
Czasami szpara światła w drzwiach od korytarza
Jakieś złudzenie nocy przespanej im stwarza.
"Może świt - myślą wtedy - może sen już zleciał."
Lecz światło nagle znika. I wybija trzecia.

Wtedy wychudłe ręce szukają w ciemności
Drugiego już tej nocy proszka weronalu,
Który zakończy wreszcie pustkę bez litości
I - znękanych - nasyci esencją opalu.
Ale sen, który idzie, ma lodowe usta
I spojrzenie zimniejsze od spojrzenia Prousta.
Gdy mu z ręki ostatnia wypadała karta
Utraconego Czasu... Wtedy bije czwarta.

Godzina szósta rano nie należy do nas,
Nie należy do nocy. - Jest dla niej stracona.
Cóż o niej tutaj mówić? Chyba to, że wianek
Wczesnego dnia na niebie wyłania z ukrycia
I budzi dzieci, które przeczuwając ranek,
Przez sen się uśmiechają z ufnością do życia.

A życie, wschodząc właśnie, jak gdyby w podzięce,
Wyciąga do nich czule sprawiedliwe ręce.






SŁONECZNIKI


W takt dalekiej, rytmicznej, przeciągłej muzyki,
Kołyszą mnie na słońcu złote słoneczniki.
Nie słyszę głosów ludzkich, nie widzę dna chaty,
Słyszę tylko melodię, widzę tylko kwiaty.

Pszczoły słodsze od skrzypiec, dzień słodszy od miodu,
Zwabiły mnie w sam środek wiejskiego ogrodu
I nakryły całunem złocistej ojczyzny,
Przez którą słońce sączy święte optymizmy.

Odgrodzony od świata, zamknięty wśród blasku,
Staję się własnym cieniem, co zastygł na piasku,
I umieram z nim razem pod echo muzyki,
Zabity przez ogromne, złote słoneczniki.






TWARZE


Mgły zimne i zamokłe o zimowym świcie
Podpływają pod okno, jak martwe mielizny,
A w oknie - wasze twarze, zapatrzone w życie,
Jak we mgłę... Wasze twarze koloru ojczyzny.

Wypływacie na miasto i do innych chcecie
Upodobnić się, bracia. Daremna to praca.
Tego koloru właśnie - po cichu to wiecie -
Nie można już odmienić. Bo on zawsze wraca.

Można odmieniać gesty i ukrywać blizny,
I strącać z oczu resztki jakichś dawnych cieni,
Jak nostalgię wieczoru. Lecz tego koloru,
Co nam osiadł na twarzach, nic już nie odmieni.
Naszych twarzach koloru ojczyzny.


Stanisław Baliński
(rys. Feliks Topolski)





LOS


Szedł spoźniony romantyk. Niósł walizkę z wierszami.
Walizka mu się rozsypała
I wszystkie wiersze wypadły...
Wiatr je rozniósł, mgła je rozszlochała
Atmosferyczną kurzawą -
Wiersze buntu przeciw sobie i światu,
Wiersze wyznań z kwiatami i bez kwiatów,
Wiersze, które miały być sławą,
Kiedyś heroiczne, dziś przeklęte,
Kiedyś proste, dziś niepojęte...
Rozsypało się wszystko, rozwiało
I przepadło, jak bijąca w życie
Przekora.

Był zmierzch, a nazajutrz o świcie
Ostała się na drodze jedna, jedyna
Ocalona metafora:
Była w kształcie liliowej gałązki
Bzu, śpiącego na listkach zieleni.
Ktoś ją znalazł. Schował do kieszeni.






ROMANS WIECZORNY


W moim kraju romantycznym, śpiewnym,
Został staw, gdzie ballady nie giną,
Opleciony brzeziną powiewną,
Opasany potrójną olszyną.

Brzegiem stawu tataraki jasne
Pną się w górę ku falistej ścieżce,
Gdzie dwa cienie, oczy niewygasłe,
Dotąd biegną, by spotkać się jeszcze.

Środkiem stawu, wikliną zarosła,
Stara łódka przepływa bezpiecznie,
Gdzie dwa cienie, krzyżując dwa wiosła
Dotąd myślą, że miłość trwa wiecznie.

Idzie wieczór. I fiołki rumieńców
Toną w stawie, jak dumki najłzawsze.
A dwa cienie wśród ciemnych kaczeńców
Dotąd szepcą: dobranoc na zawsze...

Wracam nocą nad staw i nad bluszcze,
Snem kołuję od gwiazd do poranków,
Nasłuchując czy woda nie pluszcze,
I czy nowych nie spotkam kochanków.

Lecz tam cicho. Zieloność zasycha,
Drzewa próchnem bieleją, jak kości,
Woda milczy i oczy zamyka,
Wierna cieniom i pierwszej miłości.


Od lewej: Jerzy Liebert, Jarosław Iwaszkiewicz, Aleksander Landau, Stanisław Baliński, 1924.




Wiersze Stanisława Balińskiego zamieszczone w Zwojach:


Copyright © 1997-2007 Zwoje