PAMIĘCI JANA LECHONIA





Stanisław Baliński

LECHOŃ

Nie dla ciebie ojczyzny własne ani cudze
Mój zagubiony Leszku, biedny emigrancie,
Swoi są tam dla swoich, obcy tu - dla obcych,
Stoisz sam w nowojorskim mieszkaniu i słuchasz
Moniuszkowskiej nostalgii, zaklętej w kurancie,
Który cię już pocieszyć nie może... Wybiegasz!

Jak ty się śpieszysz, Leszku. Zabrakło ci celu
Prócz drogi do jakiegoś obcego hotelu,
Wszystkie lęki się zbiegły, wróżby, przepowiednie -
Biegniesz teraz po schodach, nie tęsknisz, nie płaczesz...
Leszku, uważaj Leszku, bo za tobą biegnie
Twój cień w starym żakiecie, dopadł cię u szczytu
Dotyka twoich ramion, woła: "Skacz"...

I skaczesz.
Są skoki w dół finalne, na bruk i kamienie,
Są skoki w górę lekkie, jak obłok i cienie,
Są także skoki w przeszłość. I ty właśnie, Leszku,
Skoczyłeś w śpiewną przeszłość, w sam środek wieczoru,
W salę z czwartego aktu ze Strasznego dworu.
Pan Miecznik wznosi kielich, młodzież krzyczy "hura"
i płyną w takt na zawsze polskiego mazura.
Patrzysz, Leszku, zdumiony. Za oknami sanna,
A tu wstążki, kontusze, złociste łuczywa,
Operowe lampiony w barwach pomarańczy
I biegnąca do ciebie melodia, jak panna,
Wyciąga obie ręce, woła : "Tańcz"...

I tańczysz.

Stanisław Baliński: Wiersze emigracyjne,
Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1981




Wacław Iwaniuk

ŻAL NAD LECHONIEM

Nie wiem z jakiej ciemności ta nić i ta struna
i skąd się ta ciemność bierze?
Człowiek, silniejszy od drzewa, umiera rażony piorunem,
spada, jak anioł z nieba, ze swej żyjącej wieży.
Nie wiem. Więc kto odpowie i jakim przemówi wersetem
by wiara mogła rozjaśnić nam czoła.
Był człowiek, - więcej niż człowiek, - żył między nami poeta,
ludzki i boski zarazem, poeta, brat archanioła:
grzeszny, śmiertelny i wieczny, a kruchy jak muślin zieleni,
żył między nami na progu swej poetyckiej sprawy.
I nagle, jak go wydała, tak i zabrała ziemia.
Zostało serce milczące, w cieniu bolesnej sławy.

W czasach, gdy wszystko umiera, nie śmierć jest straszna, lecz siła,
która nas zmusza do śmierci i śmierć tę dla nas wybiera.
Żył z raną otwartą wygnania, bo serce uparcie krwawiło.
Dziś w naszych sercach ta rana tysiąc ran nowych otwiera.

Wiadomości, 48/556, Londyn, 25 listopada 1956.




Maria Modzelewska

MÓJ LESZKU

Tak często Cię wspominam,
Tak bardzo mi Ciebie brak,
Codziennie Cię przyzywam,
Daj już umowny znak.
Mówiłeś: "Zobaczysz, że przyjdę",
Przyjść obiecałeś w niedzielę,
Zastukasz w okno; gdy wyjrzę -
Zobaczę Ciebie.
Śmiałeś się, że się wystraszę,
Że białą będziesz miał twarz,
W ręku błyszczącą kosę,
Klepsydrę - w prezencie mi dasz.
Czy tam czas nie ma znaczenia
I tylko tutaj się dłuży?
Zdradź, czy przymus milczenia
Jest wypoczynkiem czy nuży?
I przekaż - kreśląc promieniem
Po niebie znaki Morse'go -
Co z upragnionym spokojem
I co napisałeś nowego.
Daj znać jak tam jest z graniem,
Jakiego się uczyć języka
Jaki jest poziom przedstawień
I jaka następna sztuka.
Czy świętych krytyki szczersze,
Czy Mleczna Droga - sceną
I czy aniołków nie zgorszę
Będąc i tam - Telimeną?

Wiadomości, 48/556, Londyn, 25 listopada 1956.




Leszek Długosz

LECHOŃ

To zapatrzenie
W kraj
Unoszony
Z miejsca na miejsce
- W żyłach wciąż obecny
Co tak jak młodość
Gdy miniona
- Jest
Przecież jest
A prócz pamięci - gdzie
- Na jakim innym jeszcze brzegu
Mieszka
- Twój lot?
- W powietrzu nagły skrzep
Kto by tam dostrzegł
- Z nowojorskiego
Kto by usłyszał bruku
Amarantowo - białej składni
Amarantowo - białej chorągwi
Łopot
Więc tak - do dna
I byłeś w lot
U swoich
- Jak przez sitowie
Szept
Przemknął
- Przez stronice twoje:
"Zmywaj Goplano z jeziora wodą
Krew zakrzepłą..."

Leszek Długosz: Po głosach, po śladach.
Arcana, Kraków 1996.




Liliana Osses Adams

ELEGIA DLA JANA LECHONIA

Balansowałeś na krawędzi
Zatrzymałeś się nad przepaścią

...ten dokuczliwy lęk przestrzeni
...to w dół spadanie nieprzytomne

Z piersi zachłyśniętej wydobył się krzyk rozpaczy.

Ciało uderzyło o bruk.
Płacz duszy storturowanej.

I nagle ożywiły się te wszystkie obrazy:

Anioły dobrej woli i święte Matki Boskie
przecudne Częstochowskie i te Nowojorskie
w koronie i z perłami, co ozdabiają ściany
w każdym polskim domu, w każdej wiosce, chacie.

Długi korowód posuwał się do przodu...

Mickiewicz w czamarze złotem haftowanej
uśmiechem szczodrym darzył Słowackiego.
Szekspir się także wyłonił z pamięci
serdeczny swój palec położył na usta,
jakby w przypomnieniu, byś nie zdradzał
ukrytych tajemnic strofy poetyckiej Barda.

Portrety dawne jawiły się jak w malignie.
Portrety rodaków, których uwieczniłeś piórem:
Mochnacki, Rodziński, Paderewski, Starzyński,
Matejko, Tuwim, Malczewski, Chełmoński,
Kochanowski, Solski, Rosen, Kochański,
Piłsudski, Żeromski, Landowska, Curie-Skłodowska.

Owe panie i panowie wykwintnie wystrojeni
tkwili w rytmicznej paradzie, jak na karuzeli,
smutkiem i marzeniem przeraźliwie przejęci
nadsłuchiwali z daleka "Arii z kurantem" Moniuszki.
W jeszcze doskonałym uniesieniu
Wyspiański i Norwid tańczyli kadryla,
Ziemianin wdzięcznie kłaniał się w kontredansie
i beznadziejnie tęskniono do Polski.

Długi korowód posuwał się do przodu -
Męczące obrazy, natrętne przeszłości cienie...
Anioł Stróż ze złotą harfą w dłoni
chciał Cię przebudzić z tego strasznego snu.

A Ty właściwie o czym chciałeś się przekonać?
Co Ty właściwie chciałeś nam powiedzieć?
I dlaczego wyszedłeś w czerwcu z różą w ręku
I z tym Twoim księżycem pod pachą, za pan brat?

Do Warszawy było zaledwie 6850 kilometrów.

Wreszcie po latach odpoczywasz spokojnie
w ciszy odwiecznej, pod niebem błękitnym,
na skraju, gdzie świerki i jodły pachnące
tulą się do brzozy w Puszczy Kampinoskiej.

Kalifornia, w listopadzie 2000.



Wiersze Jana Lechonia i teksty o nim zamieszczone w Zwojach:


Copyright © 1997-2007 Zwoje