

|
Nie dla ciebie ojczyzny wlasne ani cudze Moj zagubiony Leszku, biedny emigrancie, Swoi sa tam dla swoich, obcy tu - dla obcych, Stoisz sam w nowojorskim mieszkaniu i sluchasz Moniuszkowskiej nostalgii, zakletej w kurancie, Ktory cie juz pocieszyc nie moze... Wybiegasz! Jak ty sie spieszysz, Leszku. Zabraklo ci celu Procz drogi do jakiegos obcego hotelu, Wszystkie leki sie zbiegly, wrozby, przepowiednie - Biegniesz teraz po schodach, nie tesknisz, nie placzesz... Leszku, uwazaj Leszku, bo za toba biegnie Twoj cien w starym zakiecie, dopadl cie u szczytu Dotyka twoich ramion, wola: "Skacz"... I skaczesz. Sa skoki w dol finalne, na bruk i kamienie, Sa skoki w gore lekkie, jak oblok i cienie, Sa takze skoki w przeszlosc. I ty wlasnie, Leszku, Skoczyles w spiewna przeszlosc, w sam srodek wieczoru, W sale z czwartego aktu ze Strasznego dworu. Pan Miecznik wznosi kielich, mlodziez krzyczy "hura" i plyna w takt na zawsze polskiego mazura. Patrzysz, Leszku, zdumiony. Za oknami sanna, A tu wstazki, kontusze, zlociste luczywa, Operowe lampiony w barwach pomaranczy I biegnaca do ciebie melodia, jak panna, Wyciaga obie rece, wola : "Tancz"... I tanczysz. |
Stanislaw Balinski: Wiersze emigracyjne,
Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1981

|
Nie wiem z jakiej ciemnosci ta nic i ta struna i skad sie ta ciemnosc bierze? Czlowiek, silniejszy od drzewa, umiera razony piorunem, spada, jak aniol z nieba, ze swej zyjacej wiezy. Nie wiem. Wiec kto odpowie i jakim przemowi wersetem by wiara mogla rozjasnic nam czola. Byl czlowiek, - wiecej niz czlowiek, - zyl miedzy nami poeta, ludzki i boski zarazem, poeta, brat archaniola: grzeszny, smiertelny i wieczny, a kruchy jak muslin zieleni, zyl miedzy nami na progu swej poetyckiej sprawy. I nagle, jak go wydala, tak i zabrala ziemia. Zostalo serce milczace, w cieniu bolesnej slawy. W czasach, gdy wszystko umiera, nie smierc jest straszna, lecz sila, ktora nas zmusza do smierci i smierc te dla nas wybiera. Zyl z rana otwarta wygnania, bo serce uparcie krwawilo. Dzis w naszych sercach ta rana tysiac ran nowych otwiera. |
Wiadomosci, 48/556, Londyn, 25 listopada 1956.

|
Tak czesto Cie wspominam, Tak bardzo mi Ciebie brak, Codziennie Cie przyzywam, Daj juz umowny znak. Mowiles: "Zobaczysz, ze przyjde", Przyjsc obiecales w niedziele, Zastukasz w okno; gdy wyjrze - Zobacze Ciebie. Smiales sie, ze sie wystrasze, Ze biala bedziesz mial twarz, W reku blyszczaca kose, Klepsydre - w prezencie mi dasz. Czy tam czas nie ma znaczenia I tylko tutaj sie dluzy? Zdradz, czy przymus milczenia Jest wypoczynkiem czy nuzy? I przekaz - kreslac promieniem Po niebie znaki Morsego - Co z upragnionym spokojem I co napisales nowego. Daj znac jak tam jest z graniem, Jakiego sie uczyc jezyka Jaki jest poziom przedstawien I jaka nastepna sztuka. Czy swietych krytyki szczersze, Czy Mleczna Droga - scena I czy aniolkow nie zgorsze Bedac i tam - Telimena? |
Wiadomosci, 48/556, Londyn, 25 listopada 1956.

|
To zapatrzenie W kraj Unoszony Z miejsca na miejsce - W zylach wciaz obecny Co tak jak mlodosc Gdy miniona - Jest Przeciez jest A procz pamieci - gdzie - Na jakim innym jeszcze brzegu Mieszka - Twoj lot? - W powietrzu nagly skrzep Kto by tam dostrzegl - Z nowojorskiego Kto by uslyszal bruku Amarantowo - bialej skladni Amarantowo - bialej choragwi Lopot Wiec tak - do dna I byles w lot U swoich - Jak przez sitowie Szept Przemknal - Przez stronice twoje: |
Leszek Dlugosz: Po glosach, po sladach.
Arcana, Krakow 1996.

|
Balansowales na krawedzi Zatrzymales sie nad przepascia Z piersi zachlysnietej wydobyl sie krzyk rozpaczy. Cialo uderzylo o bruk. Placz duszy storturowanej. I nagle ozywily sie te wszystkie obrazy: Anioly dobrej woli i swiete Matki Boskie przecudne Czestochowskie i te Nowojorskie w koronie i z perlami, co ozdabiaja sciany w kazdym polskim domu, w kazdej wiosce, chacie. Dlugi korowod posuwal sie do przodu... Mickiewicz w czamarze zlotem haftowanej usmiechem szczodrym darzyl Slowackiego. Szekspir sie takze wylonil z pamieci serdeczny swoj palec polozyl na usta, jakby w przypomnieniu, bys nie zdradzal ukrytych tajemnic strofy poetyckiej Barda. Portrety dawne jawily sie jak w malignie. Portrety rodakow, ktorych uwieczniles piorem: Mochnacki, Rodzinski, Paderewski, Starzynski, Matejko, Tuwim, Malczewski, Chelmonski, Kochanowski, Solski, Rosen, Kochanski, Pilsudski, Zeromski, Landowska, Curie-Sklodowska. Owe panie i panowie wykwintnie wystrojeni tkwili w rytmicznej paradzie, jak na karuzeli, smutkiem i marzeniem przerazliwie przejeci nadsluchiwali z daleka "Arii z kurantem" Moniuszki. W jeszcze doskonalym uniesieniu Wyspianski i Norwid tanczyli kadryla, Ziemianin wdziecznie klanial sie w kontredansie i beznadziejnie teskniono do Polski. Dlugi korowod posuwal sie do przodu - Meczace obrazy, natretne przeszlosci cienie... Aniol Stroz ze zlota harfa w dloni chcial Cie przebudzic z tego strasznego snu. A Ty wlasciwie o czym chciales sie przekonac? Co Ty wlasciwie chciales nam powiedziec? I dlaczego wyszedles w czerwcu z roza w reku I z tym Twoim ksiezycem pod pacha, za pan brat? Do Warszawy bylo zaledwie 6850 kilometrow. |
Kalifornia, w listopadzie 2000.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||