
W 45. rocznicę śmierci Poety
J A N L E C H O Ń
POETA ROMANTYCZNY

LILIANA OSSES ADAMS
Dedykuję Mojej Ukochanej Mamie
Jan Lechoń w swojej bibliotece, Nowy Jork, 1954
Jednym z najwybitniejszych twórców w literaturze polskiej okresu międzywojennego Dwudziestolecia był Jan Lechoń (1899-1956). Już od pierwszych zbiorów wierszy Karmazynowy poemat i Srebrne i czarne z lat 1920-1924 uznano go za klasyka.
Czesław Miłosz w The History of Polish Literature (University of California Presss, Berkeley, 1983), stwierdza: "W całej polskiej poezji współczesnej jego [Lechonia] kryształowy, zimny wers wydaje się zbliżać najbardziej do klasycznego rygoru".
A sam Poeta w wierszu Jabłka i astry z roku 1943 napisał:
"Spokojnie pisz do końca swe wiersze klasyczne,
Które wtedy są dobre, gdy cierpisz w milczeniu."
Twórczość Jana Lechonia utrzymana w klasycznej formie, zawierająca wiele pierwiastków charakterystycznych dla epoki Romantyzmu, była silnie związana z romantyczną tradycją literacką. Romantyczni twórcy poszukiwali zarówno prawdy o rzeczywistości ziemskiej: prawdy realnej, wyczuwalnej i widzialnej, jak i prawdy-idei: niedostępnej ludzkim zmysłom, prawdy nierealnej, ponadczasowej, uniwersalnej. Odpowiedź na te dwie prawdy stawiała ich w wiecznym konflikcie uczuciowym. Romantyczny bohater był zawsze istotą osamotnioną, rozdartą między niebem a ziemią, walczącą z Bogiem lub Go poszukującą, był obezwładniony Kordianowskim "chcieć i nie móc". Nie przeszkadzało to jednak, aby romantyczny poeta kreował siebie na przywódcę narodu, proroka, wieszcza zdolnego wszystko przeniknąć, znającego tajemnice i ból istnienia. Pomagała mu w tym rozbudowana wyobraźnia, nieskrępowane natchnienie poetyckie, graniczące często z patosem, oraz nieustająca tęsknota za legendarną przeszłością Polski, tej wielkiej i szlacheckiej, z królami, arrasami i starymi portretami.
- ROMANTYCZNOŚĆ
Już pożar złotych liści noc jesienna gasi
I charty zasypiają na starym arrasie,
Prababki na portretach i królowie Sasi
Znikają wpośród zmierzchu. Smutno w takim czasie.
Nad wodą wiatr przegina wierzb garbatych pałki,
Za oknami zawieja i rozmokła droga.
Biedni ci, co nie mogą uwierzyć w rusałki,
Ani w duchy, we wróżby, ani w Pana Boga!
(1952)
Marmur i róża, 1954
|
W piątek 8 czerwca 2001 minęło 45 lat od tragicznej samobójczej śmierci Jana Lechonia w Nowym Jorku. Nie jest to rocznica z serii "okrągłych", czczonych ku pamięci zmarłych. Może zaciekawić zbieżność, że właśnie tegoroczne nazwy dni miesiąca czerwca pokrywają się z tymi sprzed 45 lat. Proszę przyjąć zaproszenie na spotkanie z poezją Poety, którego życie dobiegło do ostatecznego końca na bruku ulicy przy hotelu Henry Hudson w Nowym Jorku. Śmierć zwyciężyła życie! Zakończyła się walka pomiędzy aniołami, pomiędzy demonami...
"...bo czym jest duch anielski, przy szatańskiej sile..."
Najcenniejszym dokumentem do poznania życia Jana Lechonia, jego pracy twórczej, wewnętrznych zmagań i zawodów, poglądów i nastrojów, przemyśleń i złudzeń jest rozpoczęty w dniu 30 sierpnia 1949 r. Dziennik, [1]. To zapewne symboliczna data - w przeddzień 10. rocznicy wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Trzytomowe dzieło - "kolubryna" - jak nazywał je Autor, to siedmioletni zapis wspomnień człowieka o beznadziejnie skomplikowanym życiu osobistym - owianym do dzisiaj dozą tajemnicy - udręczonego twórczą niemocą, niespełnieniem pokładanych w nim nadziei. To bardzo ważny dokument emigracyjnego życia. To obsesyjna walka człowieka osamotnionego, obezwładnionego chorobą nerwicową, walka z dopadającymi znienacka atakami depresji, błagalne nawoływania o siłę, modlitwę, otuchę, wizja nadchodzącej śmierci na wygnańczej ziemi, powtarzające się sielskie obrazy polskiego krajobrazu, zakątków i ulic Warszawy, pomników, kościołów i ulubionych Łazienek. To swego rodzaju "konfesjonał" literacki, spisywany w zdyscyplinowaniu, choć pod koniec życia z niejakim trudem; to zapiski Artysty, któremu przyszłość objawiała się obrazami wspomnień z przeszłości. Dziennik spełniał także rolę terapeutyczną: codzienne notatki na jego kartach pomagały samopoczuciu Poety, przywracały mu poczucie równowagi i stabilności psychicznej. Ostatni zapis jest na tydzień przed śmiercią.
Dziennik może dostarczyć nam odpowiedzi na pytania: jakim był Leszek Serafinowicz - nazwany "cudownym dzieckiem"; opinia, która później miała bardzo poważnie zaważyć na jego życiu i twórczości; jakim był Jan Lechoń - poeta romantyczny, mało znany, nieomal zapomniany, a niegdyś nazwany "wieszczem Drugiej Emigracji."
Oto krótka strofka:
Genialne dziecko poezji
W domu przez matkę
"drugim Słowackim" nazwany -
To czarujący Protagonista,
Pełen werwy, olśniewający Skamandryta,
Natchniony Poeta romantyczny,
Tradycjonalista zakamieniały z wyboru,
Epigoński liryk, przystrojony laurem Klasyka.
(Liliana Osses Adams,
maj 2001)
* * *
Leszek Józef Serafinowicz urodził się 13 marca 1899 w Warszawie w rodzinie od wielu pokoleń zasiedziałej inteligencji warszawskiej, szczycącej się rozległymi kontaktami towarzyskimi, nabożnie prawie pielęgnującej tradycje narodowe. Ojciec Poety, Władysław Serafinowicz (1860-1938), pochodził z rodu Serafinowiczów herbu Pobóg. Matką Poety była Maria Niewięgłowska (1864-1942) pochodząca z rozgałęzionego roku Niewięgłowskich herbu Jastrzębiec.
Matka Lechonia ukończyła pensję wujenki Zofii z Hundiusów Raczyńskiej i podjęła tam pracę jako nauczycielka, następnie była wychowawczynią w sławnej szkole żeńskiej Jadwigi Sikorskiej, później pracowała w kancelarii Państwowego Instytutu Pedagogicznego, wreszcie w sekretariacie Politechniki Warszawskiej.
Jan Lechoń zanotował w Dzienniku pod datą 13 IV 1950: "Matka moja ani na chwilę nie polubiła mojej tzw. kariery dyplomatycznej i nie mówiła ze mną nigdy o niej. Żadne moje esseye, poboczne roboty nigdy jej nie interesowały. Przez całe życie chciała tylko jednego - abym był "drugim Słowackim". Pod datą 23 VI 1950 jest taki zapis: "Mój ojciec był człowiekiem przeciętnym jako zdolności, ale niezwykłym jako charakter, jako wiara w piękne hasła: poświęcenie, altruizm, patriotyzm, praca społeczna. Poświęcając dla nas wszystko, nie zyskiwał przez to nawet naszej wdzięczności... Ostatnią posadą ojca Lechonia było stanowisko intendenta w Domu Schronienia
Starców im. św. Ducha i Panny Marii na warszawskim Nowym Mieście przy ul. Przyrynek 4.
Władysław i Maria Serafinowiczowie mieli trzech synów: najstarszym był Zygmunt Serafinowicz (1897-1971), późniejszy pedagog i dyrektor Zakładu dla Ociemniałych w Laskach pod Warszawą, z którym łączyła poetę dozgonna i wieczna miłość; bracia spoczywają obok siebie na cmentarzu w Laskach; drugim synem był Leszek Józef Serafinowicz (1899-1956) - przyszły poeta Jan Lechoń, a najmłodszym Wacław Serafinowicz (1901-1946), późniejszy powieściopisarz i scenarzysta filmowy. Rodzina zmieniała nie tylko adresy; pracując zawodowo ojciec i matka często zmieniali posady. Od wczesnych lat dziecinnych, w pokojach urządzonych po staroświecku siadywał Leszek, genialne dziecko o słabych nerwach. Wyrósł wkrótce na egzaltowanego młodzieńca, rozmiłowanego w romantycznej przeszłości Polski. Zagłębiony był w książkach, interesował się teatrem, spędzał wieczory na lekturze wieszczów. W roku 1967 starszy brat, Zygmunt, wspominał na łamach Tygodnika Powszechnego: "Książki, sztychy, obrazki - to był świat, w którym Leszek żył i czuł się chyba najlepiej." Wspomnienia z dzieciństwa i jeden z rodzinnych adresów to w owych czasach modna i ruchliwa ulica Mokotowska.
- MOKOTOWSKA PIĘTNAŚCIE
Nad obce wielkie miasto zmrok zapada obcy,
Stoję w oknie i patrzę, jak wolno śnieg prószy.
Ach! było to tak dawno, kiedy, mali chłopcy,
Biegliśmy przez Warszawę, rozcierając uszy!
Po tylu odtąd latach czyż jestem tak inny?
Gdy wszystko leży w gruzach, mnie zdaje się tylko,
Że znowu się otworzy nasz pokój dziecinny
I powiem: "Ja stąd przecież wyszedłem przed chwilką".
To przecież moja Matka szyje ręką drobną
I widzą pochylony cień Ojca na ścianie,
Co nocami odrabia robotę osobną,
Za którą dla nas wszystkich ma kupić ubranie.
(1944)
Aria z kurantem, 1945
|
W roku 1950 w Nowym Jorku Poeta napisał jeszcze jeden wiersz - wspomnienie Warszawy i czasów dzieciństwa, który zadedykował przyjacielowi z lat szkolnych Stanisławowi Balińskiemu, (1899-1984), poecie, dyplomacie i kompozytorowi. Po tragicznej śmierci Jana Lechonia, Stanisław Baliński wygłosił przez Radio Wolna Europa osobiste wspomnienie "Pamięci Lechonia - Melodie Dzieciństwa", które zostało opublikowane w Wiadomościach (Londyn, 29 VII 1956) oraz napisał wiersz Lechoń. Oto fragment wspomnień przyjaciela Poety dotyczący cytowanego poniżej wiersza:
"Poznaliśmy się z Leszkiem na lekcjach śpiewu. (...) Zapamiętaliśmy to spotkanie i potem, jako dorośli, wspominaliśmy je nieraz na pół ze śmiechem, na pół z rozczuleniem. Lechoń uwielbiał polskie pieśni ludowe, umiał na pamięć przeróżne dumki, kantyczki i mazurki. Powiedział mi kiedyś (...), że ilekroć myśli o Kraju, myśli zawsze jakby w kategoriach melodii polskich, które znał od dziecka."
- STARA WARSZAWA
Dobra Parka raz jeszcze nawleka swą igłę
I jeszcze wciąż nie wierzysz, że w końcu nić przetnie.
Nic jeszcze nie chcę żegnać, lecz już widzę świetnie
To wszystko, co stracone i co niedościgłe.
Jedną mgłą więc zachodzą: miłość nie dzielona,
Mnie tylko znane winy, śmieszna złuda sławy.
I tylko złote słońce, co nade mną kona,
Żywszym blaskiem oświeca dach starej Warszawy.
Czuję, płynie przez okno zapach dawnych kwietni,
Widzę meble pluszowe, jedwabne poduszki,
A ja, z Stasiem Balińskim, obaj siedmioletni,
Śpiewamy w chórze dzieci piosenkę Moniuszki.
(1950)
Marmur i róża, 1954
|
Do ulubionych pieśni Poety należała Pieśń wieczorna; znał on wszystkie pieśni Moniuszki, często śpiewał je ochrypłym nieco
głosem. W wierszu tym powracają stare rekwizyty, bibeloty, pluszowe meble, jedwabne poduszki - wszystko to co pogłębia tęsknotę, męczy Poetę, ale i przynosi ulgę. Dziecięce fascynacje i wczesne urzeczenia zapamiętane z opowieści matki kształtowały nie tylko osobowość przyszłego twórcy, ale - jak rzadko to bywa - nie zmieniły się w latach późniejszych.
W roku 1951 Jan Lechoń napisał wstrząsający wiersz o Warszawie, który pierwotnie opublikowany w Wiadomościach (Londyn, 1951) został włączony w roku 1954 do cyklu Marmur i róża. Z powodu sytuacji cenzuralnej w Polsce został opublikowany w aneksie tomu Poezje (1990) [2].
- WIERSZ DLA WARSZAWY
Kiedy śnieg cicho prószył zimową pogodą
I smutnie nad dachami gasło słońce krwawe,
Z pomnika, wzniesionego za najeźdźcy zgodą,
Mickiewicz zamyślony patrzał na Warszawę.
Owiany zimnym wiatrem, wiejącym od Wisły,
Wonią liści zeschniętych i trupiego gnicia,
Przenikał wszystkich ludzi najskrytsze zamysły
I mury, których nigdy nie widział za życia.
Patrząc w Zamku królewską, potrzaskaną głowę,
W kościotrupy kościołów jak potworne sztolnie,
Mierzył to, co zrobiło Herculanum nowe,
Które na śmierć męczeńską poszło dobrowolnie.
Ujrzał łunę nad miastem i więzienne kraty,
Okrucieństwa nie znane ludzkiej wyobraźni
I słyszał, kiedy cichły moskiewskie armaty,
Ażeby swym milczeniem dopomóc tej kaźni.
I jako Bóg w dzień Sądu mieczem Archanioła,
Wodząc wieszczą swą ręką na lewo i prawo,
Oddzielił tych, co milcząc nie ugięli czoła,
Od tych, co są narodu skorupą plugawą.
I wtedy w sercu z brązu zadrgał wielki temat,
Którego nikt poza nim godnie nie wypowie
I w tym wichrze od Wisły rozpoczął poemat:
"Warszawo wiecznie wolna, Ty jesteś jak zdrowie".
(1951)
Poezje, 1990, Aneks
|
W latach 1907/1908 Leszek Serafinowicz rozpoczął naukę w szkole wstępnej im. Stanisława Staszica z polskim językiem wykładowym, a od roku 1911 przeniósł się do szkoły im. Emiliana Konopczyńskiego, z obowiązkową łaciną. Program szkoły, którą później Poeta określił jako "szkołę filologiczną", odpowiadał jego "zamiłowaniom i zdolnościom". Bardzo wcześnie zasłynął jako szkolny poeta. W grudniu 1912 ukazał się w Warszawie nakładem ojca pierwszy tomik wierszy Na złotym polu. W roku 1914 ukazał się następny tomik wierszy piętnastoletniego Leszka Po różnych ścieżkach, który zadedykował: "Leopoldowi Staffowi, poecie myśli i czynu."
Zbiorki te, składające się z 37 wierszy, od których po latach Poeta odżegnał się, surowo je oceniając, opublikowane zostały pod pseudonimem Jan Lechoń [3]. Powstały one pod wpływem młodzieńczych lektur, zainspirowane były poezją Adama Asnyka i Leopolda Staffa. Zawierały już pewne upodobania do motywów, takich jak jesienny pejzaż ogrodu, deszcz który płacze, księżyc, stare obrazy i rekwizyty, porcelanowe figurynki, zegary z kurantem, które
później powtarzać się będą w całej twórczości, przeobrażone w doskonalszą formę i kształt poetycki.
W czerwcu 1916, Lechoń zdał maturę (dzięki ściągaczce z matematyki) i jesienią tegoż roku rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego, których jednak nie ukończył. Natomiast włączył się z zapałem w burzliwe życie studenterii warszawskiej. Stał się jednym z filarów czasopisma akademickiego Pro arte et studio, a następnie założycielem kawiarni poetów Pod
Picadorem i grupy poetyckiej Skamander. Zyskał rozgłos jako świetny mówca. 25 listopada 1916 wygłosił przemówienie pożegnalne ku czci wtedy zmarłego Henryka Sienkiewicza.
Jesienią roku 1918 Brygadier Józef Piłsudski, przyszły Marszałek Polski, stał się bohaterem, czczonym przez wielu Polaków, symbolem Polski Niepodległej. Po wydarzeniach listopadowych, Lechoń napisał poemat Piłsudski, z monumentalnym ale i wzruszającym zakończeniem, w. 46-62:
- PIŁSUDSKI
....................................................................
Aż nagle na katedrze zagrali trębacze!!
Mariackim zrazu cicho śpiewają kurantem,
A później, później bielą, później amarantem,
Później dzielą się bielą i krwią i szaleństwem,
Wyrzucają z trąb radość i miłość z przekleństwem,
I dławią się wzruszeniem, i płakać nie mogą,
I nie chrypią, lecz sypią w tłum radosną trwogą -
A ranek, mroźny ranek sypie w oczy świtem.
A konie? Konie walą o ziemię kopytem.
Konnica ma rabaty pełne galanterii.
Lansjery-bohatery! Czołem kawalerii!
Hej, kwiaty na armaty! Żołnierzom do dłoni!
Katedra oszalała! Ze wszystkich sił dzwoni,
Księża idą z katedry w czerwieni i złocie,
Białe kwiaty padają pod stopy piechocie,
Szeregi za szeregiem! Sztandary! Sztandary!
-----------------------------------------------------------
A On mówić nie może! Mundur na nim szary.
(1918)
Karmazynowy poemat, 1920
|
Dzień 11 listopada 1918 roku był dla Jana Lechonia wstrząsem oszałamiającym, "dniem nieprzytomnym z emocji, rozwalonych nerwów." Były to początki obezwładniającej choroby nerwowej, która w poważny sposób skomplikowała jego dalsze życie. Po dniach "chodzenia z karabinem" zgłosił się do pracy wojskowej, i w roku 1919 siedział "jako kancelaryjna oferma na placu Saskim."
Wiersz Do Wielkiej Osoby skierowany był do Józefa Piłsudskiego. Pierwotnie wydrukowany w Tygodniku Polskim (Nowy Jork, 1944) włączony został do tomu wierszy Aria z kurantem, wydanym na emigracji w roku 1945. W komunistycznej Polsce pozostawał na indeksie cenzury do roku 1990.
- DO WIELKIEJ OSOBY
O Ty, coś się na chwilę nie rozstawał z chwałą!
Pamiętam maj w Paryżu i wieczór upalny,
Gdy nie chciał nikt uwierzyć w to, co już się stało,
I kiedy szedłem płakać pod Łuk Tryumfalny.
Jam odtąd nigdy Twego nie wzywał nazwiska,
Lecz jak Cię dziś nie wołać, gdy Wilno się pali
I milion znów bagnetów wśród dróg naszych błyska,
I słychać znów w Warszawie armaty Moskali.
Więc znowu idź przed nami, Ogromna Osobo,
I patrzaj w ciemną przyszłość przez swe oczy siwe,
A my znowu w nieszczęściu idziemy za Tobą,
Ażeby znowu czynić rzeczy niemożliwe.
(1944)
Poezje, Aneks, 1990
|
Sława Jana Lechonia jako wschodzącej gwiazdy polskiej poezji, jego powodzenie i podziw u publiczności zapoczątkowane zostały w kawiarni poetyckiej Pod Picadorem 29 listopada 1918 r.
W dwa tygodnie po odzyskaniu niepodległości w Warszawie, na Nowym Świecie pod nr. 57 rozpoczęła swoją działalność kawiarnia, w której odbywały się turnieje poetów, muzyków i malarzy. Na wolnej estradzie, za 5 marek wstępu, każdy z ulicy mógł czytać swoje wiersze, ale rej wodzili młodzi, utalentowani, pełni uroku i błyskotliwego dowcipu poeci: Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz i Kazimierz Wierzyński - przyszła "wielka piątką" poetyckiej grupy Skamander. W dniu inauguracji, dziewiętnastoletni Jan Lechoń odczytał swój poemat Mochnacki, którym przeszedł do literackiej legendy tamtych lat. Po latach, Julian Tuwim wspominał, że kiedy Lechoń "drżący i blady skończył recytację, zerwała się pierwsza w Polsce burza oklasków na cześć poezji." Antoni Słonimski wyznał że "ten blady, wysoki młodzieniec, wygłaszający wzruszonym głosem swój wiersz w zatłoczonej kawiarni, był jednym z najpiękniejszych widoków jakie zdarzyło mu się oglądać." Mówiono, że od tego wieczoru pójdą "dymy po całej literaturze".
Jan Lechoń czytający wiersze.
U dołu od lewej: Jarosław Iwaszkiewicz, Mieczysław Grydzewski, Kazimierz Wierzyński,
Antoni Słonimski, Julian Tuwim.
(rys. Feliks Topolski, 1942)
Poeta z dnia na dzień stał się ulubieńcem stolicy i następnie salonów w Polsce. Po latach, zaszczyty te i "światowości" z wielką pedanterią pielęgnował najpierw w Paryżu, a później w Nowym Jorku. Po śmierci Lechonia, Mieczysław Grydzewski nazwał Mochnackiego "wierszem pokolenia i wierszem dwudziestolecia."
Tytułowym bohaterem poematu Mochnacki jest Maurycy Mochnacki (1803-1834), wybitny działacz polityczny, krytyk muzyczny i pianista o dużym talencie improwizatorskim. W dniu 23 marca 1832 Mochnacki wziął udział w Metz w koncercie charytatywnym dla ubogich w Lotaryngii. Wiersz Lechonia, który powstał jesienią roku 1918, jest osnuty na tym fakcie. Ukazując improwizację pianisty, Poeta świadomie nawiązuje do opisów gry koncertowej w wielkiej literaturze romantycznej, jak choćby koncert Jankiela w Panu Tadeuszu. Jest to poetycka wizja Lechonia, która w akcie improwizacji widziała najwyższy akt twórczy i spontaniczny wyraz natchnienia.
- MOCHNACKI
W r. 1832 Maurycy Mochnacki
koncertował w Metzu.
Mochnacki jak trup blady siadł przy klawikordzie
I z wolna jął próbować akord po akordzie.
Już ściany pełnej sali w żółtym toną blasku,
A tam w kącie kirasjer w wyzłacanym kasku,
A tu bliżej woń perfum, dam strojonych sznury,
A wyżej, na galerii - milcz serce! - mundury.
Tylko jeden krok mały od sali go dzieli,
Krok jeden przez wgłębienie dla miejskiej kapeli -
On wie, że okop hardy w tej przepaści rośnie,
Więc skrył się za okopem i zagra o wiośnie.
Rozpędził blade palce świergotem w wiolinie
I mały, smutny strumień spod ręki mu płynie.
Raz w raz rosa po białej pryska klawiaturze
I raz po raz w wiolinie kwitną polne róże.
Rosną. Większe, smutniejsze, pełniejsze czerwienią,
Coraz niżej i niżej, uschną, w bas się zmienią!
Nie. Równo, równo rosną w jakiś smutny taniec,
Rozdrganą klawiaturę przebłagał wygnaniec,
I nagle się rozpłakał po klawiszach sztajer,
Aż poszedł szmer po sali, sali biedermeier.
Głupio, sennie, bezmyślnie kręci się i kręci.
Jakieś myśli chce straszne wyrzucić z pamięci,
Do piersi jakaś białą przytulił pierś drżącą
I czuje tuż przy piersi nieznośne gorąco,
I tysiąc świateł w oczach, w czyjejś twarzy dołki,
I zapach białej sukni, ubranej w fijołki.
Nagle złoty kirasjer poruszył się w kącie,
Sto myśli, jak kanonier, stanęło przy loncie,
Stu spojrzeń obcej sali przeszyły go miecze,
Wstyd idzie ku estradzie - czuje, jak go piecze.
Więc do basu ucieka i tępo weń tłucze,
Po tym tańcu szalonym niech ręce przepłucze,
Z tych czerwonych, duszących róż otrząsa płatki,
Rozsypuje po sali tysiączne zagadki,
W sto znaków zapytania, sto szmerów niechęci,
Nie pyta. Już jest w basie. Już tam się wyświęci.
Raz, dwa, trzy, cztery - wali. Niechaj mu otworzą,
Niechaj wyjdą z chorągwią, wyjdą z Matką Bożą,
Niech mu końskie kopyta przelecą po twarzy
I niechaj go postawią gdziekolwiek na straży:
Na ulicy stać będzie z karabinem w dłoni...
...Słyszy sala: ktoś, idzie, ostrogami dzwoni -
Ostrogą spiął melodię, a akompaniament
Szaleje, krzyczy w basie, rośnie w straszny zamęt -
Ku sali bagnetami już mierzy, Już blisko -
I ton jeden uparcie wybija - nazwisko!!!
Wciąż czyste, w rozszalałe wplątuje się głosy
I wali, wali w basie murem Saragossy,
Oszalałych Hiszpanów wyciem, darciem, jękiem
I znów wraca ku górze załzawionym dźwiękiem -
W mazurze - nie - w mazurku idą wszystkie pary,
By całą klawiaturę owinąć w sztandary.
Zatrzymali się wszyscy w srebrzystych kontuszach,
A klawikord im ducha rozpłomienia w duszach
I wzdłuż długich szeregów przewija pas lity,
Tysiąc głów podgolonych podnosi w błękity
I wszystkie karabele jedną ujął dłonią,
I uderzył w instrument tą piekielną bronią,
Aż struna się ugięła, ta w górze, płaczliwa.
I cisza jest w wiolinie. Cisza przeraźliwa.
Po martwej, głupiej strunie, po fijołków woni,
Po czyichś smutnych oczach, jakiejś białej dłoni,
Jakichś światłach po nocy i szeptach w komorze,
Po księżycu, po gwiazdach - mój Boże! mój Boże! -
Gdzieś się gubi i zwija, przeciera pas lity,
Po księżycu, po gwiazdach, po Rzeczpospolitej.
Po sali idzie cisza przeraźliwa, blada
I obok tęgich boszów w pierwszym rzędzie siada.
Wzrok wlepia martwy, ślepy, w jakiś punkt na ścianie
I patrzy w Mochnackiego, kiedy grać przestanie.
A on, blady jak ściana, plącze, zrywa tony
I kolor spod klawiszy wypruwa - czerwony,
Aż wreszcie wstał i z hukiem rzucił czarne wieko
I spojrzał - taką straszną, otwartą powieką,
Aż spazm ryknął, strach podły i z miejsc się porwali:
"Citoyens! Uciekać! Krew pachnie w tej sali!!!"
(1918)
Karmazynowy poemat, 1920
|
Zachowały się również fragmenty niedokończonego dużego poematu dramatycznego Lechonia pt. Godzina przestrogi. Lechoń był ponadto autorem satyrycznych tekstów i piosenek w szopkach "Picadora" i "Cyrulika Warszawskiego". Był urzeczony teatrem. W młodości walczył w recenzjach z brakiem gustu w warszawskich teatrach; znany jest jego udział w manifestacji Skamandrytów w Teatrze Polskim przeciw kontuszowo-sarmackiej szmirze Pani Chorążyna Krzywoszewskiego. Teatr poza poezją był wielkim umiłowaniem Lechonia, a sam w życiu bywał także... teatralny. W biedermeirowskim fraku lubił przychodzić na prywatne kostiumowe baliki pozując na Mochnackiego.
Z pikadorskich czasów pozostał obraz malarza Romana Kramsztyka (1885-1942)
przedstawiający Jana Lechonia czytającego swoje wiersze, odzianego z nonszalancją warszawskiej cyganerii, w charakterystycznej pozie z palcem uniesionym w górę.
Gdy kawiarnia Pod Picadorem została zamknięta w marcu 1919, artystyczno-literackie towarzystwo przeniosło się do "Ziemiańskiej", gdzie przy stoliku na pięterku urzędowali Skamandryci, otoczeni uwielbieniem Warszawy. 6 grudnia 1919 Jan Lechoń przemówił w imieniu nowo zorganizowanej grupy, wyjaśniając nazwę Skamander, pochodzącą od rzeki opływającej Troję. "Skamander - mówił - jak Wisła, opływać będzie Warszawę broniąc wrogom dostępu i dając napój spragnionym." Pierwszy numer miesięcznika Skamander, pod redakcją Mieczysława Grydzewskiego ukazał się w styczniu 1920. W tym samym czasie została wydana książka poetycka Jana Lechonia Karmazynowy poemat (Wydawnictwo Jana Mortkowicza, Warszawa, 1920). W siedmiu utworach karmazynowego cyklu o "kształcie poematowym" Poeta przywołuje romantyczną historię narodową, mówi w nich o Polsce i polskości, uwypukla swoje ambicje wypowiadania się o zbiorowych doświadczeniach narodu.
* * *
Zapewne jeszcze w czasach szkolno-akademickich pojawiła się w życiu Lechonia pierwsza miłość - Wanda Serkowska, córka warszawskiego przemysłowca. Była to miłość nie odwzajemniona i głęboko przeżyta przez Poetę. Jan Lechoń, marzyciel, fantasta o pobudliwym usposobieniu uczuciowym, przedstawiać będzie miłość w barwach ciemnych i tonacji smętnej, wręcz tragicznej; będzie to miłość, która nie "uskrzydla", ale działa jak nigdy nie dające się ukoić nienasycenie. Będzie to szukanie szczęścia nieosiągalnego; będą to pragnienia "szalonej i wzniosłej miłości". Obawa jednak całkowitego odtrącenia: "Ty nigdy mną nie będziesz, a ja nigdy Tobą" pojawi się w wierszu Zazdrość, z cyklu "Siedem grzechów głównych".
- ZAZDROŚĆ
Jest mi dzisiaj źle bardzo, jest mi bardzo smutno,
Myśli mam zwiędłe, chore, jak kwiaty na grobie.
Za oknem wisi niebo niby szare płótno,
Nie mogę cię dziś kochać i myśleć o tobie.
Między nami jest przepaść, przepaść niezgłębiona,
I choćbyśmy wykochać po brzeg duszę chcieli,
To wszystko, co nas łączy, jest miłość szalona,
A wszystko co jest prawdą, na wieki nas dzieli.
Wiem teraz: to jest jasne jak słońce na niebie,
I musi skonać serce pod ciężką żałobą,
Bo nigdy cię nie wezmę na wieczność dla siebie,
Ty nigdy mną nie będziesz, a ja nigdy tobą.
(1924)
Srebrne i czarne, 1924
|
Potrzebę miłości a zarazem smutek z jej niespełnienia odnajdziemy w kilku wierszach, z których poniższy, zapewne z roku 1924, przypisany jest Wandzie.
- NA NIEBO WYPŁYWAJĄ BIAŁYCH CHMUREK ŻAGLE...
Na niebo wypływają białych chmurek żagle,
Od twojej płynie strony niebieska fregata
Nie do mnie, nie od ciebie. I poczułem nagle,
Że już nigdy nie będzie, jak zeszłego lata.
Noc przyjdzie księżycowa i w twoim ogrodzie
Na srebrnej trawie cienie ułoży ogromne.
A później będzie koła rysować na wodzie,
Gdy będziesz szła ogrodem nie za mną, nie do mnie.
Srebrne i czarne, 1924
|
Obawiając się realnych sytuacji, Poeta próbować będzie ze wszech miar zdobyć "władzę" nad innymi przez pozostawienie po sobie trwałego śladu pracy twórczej. Uczucia osób o takim typie osobowości są objawem chorobliwym i charakteryzują osobowość neurotyczną a w konsekwencji prowadzą do stanów niemocy, do narastającej izolacji od otoczenia, całkowitego zamknięcia się w sobie, do "straszliwej samotności". Swoją niespełnioną młodzieńczą miłość pojmował Poeta jako analogiczną z miłosną porażką Mickiewicza; niespełnienie i cierpienia miłosne to udręki romantycznego bohatera.
- APOKRYF
Twych ust przeciągła słodycz, smak nie do nazwania,
Twych oczu głąb bezdenna, smutek przeraźliwy,
I głos Twój monotonny, głęboki a tkliwy,
To wszystko mnie ku tobie, zwątpiałego, skłania.
I kiedy twoje usta ustami otwieram,
Czuję, jakbym mej duszy znów otwierał blizny,
I piję z nich te słodkie, duszące trucizny,
Z których moc mam do życia, od których umieram.
Lecz czego chcę najwięcej, umykasz mi zdradnie
I kiedy jestem z tobą o szarym wieczorze,
Całuję twoje oczy i widzę w nich morze.
Serce twe jest jak perła. Leży w morzu na dnie.
(1923)
Z wierszy rozproszonych
|
Potwierdzeniem, że Jan Lechoń urodził się w poniedziałek 13 marca jest poniższy wiersz. Astrologia przypisuje księżycowi szczególny wpływ na życie osób urodzonych w poniedziałek. Chociaż niektóre źródła biograficzne podają datę urodzenia Lechonia na 13 czerwca, Poeta za życia prostował tę omyłkę, twierdząc, że urodził się pod znakiem Zodiaku Ryby. Księżyc wywiera szczególny wpływ na znak Ryby i osoby urodzone w marcu są z reguły nadwrażliwe, religijne, konserwatywne, godne zaufania, ale z odcieniem podejrzliwości, są pyszne choć dobrego serca. Szczera przyjaźń, szczytne ideały, umiłowanie piękna i szlachetne czyny - oto charakterystyczne cechy Ryby, które, "pasują jak ulał" do charakteru Jana Lechonia.
- PONIEDZIAŁEK
Bije dwunasta. Zaczyna się dzień
Mego planety księżyca.
Wkoło ta sama co zawsze ulica,
Koło mnie codzienny mój cień.
Do domu idę w księżycowej smudze,
Ale to nie jest mój dom, ja wiem;
Bóg jak do Pawła powie do mnie:
"Twoje życie jest snem,
I ja cię z niego obudzę".
(1942)
Z wierszy rozproszonych
|
Wiersz ten powstał w Nowym Jorku. Poeta zapewne celowo operował poetyckim nastrojem - jak choćby księżycem - boć pod datą 12 I 1950 r. zanotuje w Dzienniku: "księżyc to moja od młodości obsesja". Te same nastrojowe motywy jak: noc lub poświata księżycowa, jesienny pejzaż parku, staroświeckie rekwizyty i bibeloty przewijać się będą jako leitmotiv przez prawie wszystkie lata poetyckiej twórczości. Natomiast odwoływanie się do romantycznych mitów przeszłości narodowej, "iście romantyczne opętanie Polską" - oto centralne przesłanie Poety, testament ogromnej miłości do ojczyzny, wyidealizowany obraz kraju ojczystego, obraz nie pozbawiony jednak stereotypowego o nim wyobrażenia. Z latami dojdą do głosu rozbudzone i pogłębiające się uczucia religijne. Wiersze Poety będą oscylować pomiędzy dwoma światami: zmysłowym i subtelnym, metafizycznym i abstrakcyjnym, ziemskim i nadprzyrodzonym. Zauważymy także osłabioną zdolność odróżniania samego siebie od otaczającej rzeczywistości oraz pogłębiające się przekonanie, że człowiek zdany jest na pastwę dramatycznych zmagań z samym sobą, na "pastwę losu". Człowiek nie świadomy "istoty" rzeczy, nie rozumiejący, nie pojmujący otaczających go zjawisk, jest tylko igraszką tych sił nadprzyrodzonych.
- NOKTURN
Cóż ja jestem? Liść tylko, liść, co z drzewa leci.
Com czynił - wszystko było pisane na wodzie.
Liść jestem, co spadł z drzewa w dalekim ogrodzie,
Wiatr niesie go aleją, w której księżyc świeci.
Jednego pragnę dzisiaj: was, zimne powiewy!
Więc nieś mnie, wietrze chłodny, nie pytając po co,
Pomiędzy stare ścieżki, zapomniane krzewy,
Które wszystkie rozpoznam i odnajdę nocą.
W ostatniej woni lata, w powiewie jesieni
Niech padnę pod strzaskany ganek kolumnowy,
By ujrzeć te, com widział, podniesione głowy
Wśród teraz pochylonych, zamyślonych cieni.
Uciszaj, srebrna nocy, całą ziemię śpiewną!
A ja padnę na trawę, wilgotną od rosy,
Lub będę muskał cicho niegdyś złote włosy,
Których dziś już koloru nie poznałbym pewno.
(1943)
Aria z kurantem, 1945
|
Te dwa światy: świadomy i podświadomy, toczą ciągłą walkę w ludzkiej duszy. Procesy psychiczne, które przebiegają poza naszą świadomością to senne marzenia, to nawiedzające nas przeczucia i intuicja, to nie kontrolowane emocje, jak we fragmencie wiersza Grobowiec na Harendzie (w.1-8):
Kto sny miewa, ten wszystkie granice przekroczy,
Zaczęły szumieć drzewa, ledwom zamknął oczy:
Brzozy drżące pod liści sypiących się worem,
Wielkie buki płonące czerwonym kolorem
I złotymi pieniędzmi osypane klony.
Tak przez sen usłyszałem szum z dalekiej strony,
Jak kiedy tum się wielkim chorałem rozśpiewa.
Szczęśliwy, pomyślałem, ten który sny miewa. (...)
|
Bezsilność wobec otaczającego nas świata; zdanie człowieka "rzeczom samym w sobie", istnienie nieznanych potęg, które rządzą światem i kierują losami człowieka; niemożliwość przeniknięcia najgłębszej istoty tego, co istnieje; niemożliwość pojęcia "rzeczy niepojętej" - oto zapewne filozoficzny pogląd Poety. Pod datą 21 X 1952 r. znajdujemy następujący zapis w Dzienniku: "Napisałem wiersz dwuzwrotkowy Ojców. Gdybym miał sądzić po moim wzruszeniu, byłby to bardzo piękny wiersz. Ale, być może, po prostu byłem rozklekotany."
Jan Lechoń w dzieciństwie kilkakrotnie spędził lato z rodziną w Ojcowie. Wspomnienia tych pierwszych, zapewne szczęśliwych, dziecięcych przeżyć, gdy wszystko wydaje się wielkie, misterne i nie osiągalne, często powracają w zapisach w Dzienniku, a w wierszu Ojców zostają skonfrontowane z myślą, że w życiu właściwie nic nie można zrozumieć.
- OJCÓW
Coś we mnie mówi ciągle: "Zbieraj wreszcie plony,
Rządź się w końcu mądrością, jużeś się wyszumiał".
Nie słucham tego głosu. Wciąż bardziej zdziwiony,
Żyje tylko tą myślą, żem nic nie zrozumiał.
I na dnie każdej prawdy widzę rzeczy ciemne,
I w każdej słyszę ciszy okrzyk nieprzebrzmiały.
Wszystko wciąż mi się zdaje wielkie i tajemne,
Jak pagórki Ojcowa, kiedy byłem mały.
(1953)
Marmur i róża, 1954
|
Nie ma u Lechonia optymistycznej wizji świata. Wprost przeciwnie. Jego świat, od pierwszych poematów historycznych ze zbioru Karmazynowy poemat z roku 1920 to najpierw obraz wypełniony dramatycznymi sprzecznościami losu narodu polskiego, jego okrutnym przeznaczeniem i historią. Później w tomiku Srebrne i czarne z roku 1924 dojdą do Lechoniowego obrazu świata refleksje o wszechludzkim cierpieniu i bólu, o tajemnicy bytu i losu człowieka zagubionego i osamotnionego, o miłości i śmierci, o wręcz beznadziejności istnienia. Już w tym okresie, wiersze młodego Poety będą źródłem ciągłej egzaltacji lirycznej i patriotycznej, a proces ich tworzenia to będzie
"dar" otrzymany od Boga, który w połączeniu z formą "poezji czystej", stanie
się przeżyciem mistycznym, albo "wzruszeniem metafizycznym" będącym ostatecznym celem poezji.
Jan Lechoń - romantyczny poeta, wrażliwy młodzieniec, poszukiwał wciąż własnego "ja," które to, ze sporym wysiłkiem, starał się odnaleźć na dnie klęski. Dla osobowości neurotycznej poszukiwanie "ja idealnego" staje się wyrocznią i drogowskazem w postępowaniu. Natomiast istnienie "ja realnego" bywa często ignorowane.
- SPRZECZKA
Już zimny dzień jesienny zaczyna omdlewać
I w myślach szukam kształtu twej drogiej postaci,
I ból, co mną nurtuje, wszechwładną moc traci.
Pójdziemy do ogrodu. Nie warto się gniewać.
Patrz, księżyc nad jezioro zza chmury wypływa,
W milczeniu stoi ogród jak mlekiem oblany,
I tylko czasem z trzaskiem pękają kasztany.
Wsłuchajmy się w tę ziemię; jest chyba szczęśliwa.
W akacje płynie fala zimnego przewiewu -
Ach! niechaj nas przepływa, ach! niechaj w nas wieje.
I niechaj nas oczyszcza, jak z liści aleje -
Nas, ślepych na swą miłość, pobladłych od gniewu.
(1923)
Srebrne i czarne, 1924
|
PYTASZ, CO W MOIM ŻYCIU Z WSZYSTKICH RZECZĄ GŁÓWNĄ...
- Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną,
- Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.
- Jednej oczu się czarnych, drugiej - modrych boję.
- Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.
- Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
- To one pędza wicher międzyplanetarny,
- Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
- Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.
- Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
- By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -
- I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
- Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.
(1923)
Srebrne i czarne, 1924
|
Tomik poetycki Srebrne i czarne (Wydawnictwo Ignis, Warszawa, 1924) zawierający dwadzieścia wierszy, spotkał się z równie entuzjastyczną krytyką i rozgłosem jak Karmazynowy poemat, ale ukazał Poetę zupełnie innego: twórcę pesymistycznej refleksji, osnutej wokół "bólu istnienia" oraz "miłości i śmierci", szczególnie śmierci, której motyw towarzyszyć mu będzie do końca. W tym okresie u Lechonia zaobserwować można pogłębiające się poczucie niesprawności psychicznej, brak zainteresowania światem zewnętrznym i całkowite skupienie się na swoich doznaniach. Nasilają się bowiem objawy choroby nerwowej, które marcu 1921 doprowadzą do próby samobójstwa. Odratowany po zatruciu się weronalem, po kilku miesięcznej kuracji najpierw przez
dra Nelkena [zamordowany później w Katyniu], a następnie w sanatorium psychiatrycznym
ara Piltza w Krakowie, powraca Poeta do swoich prac codziennych, normalnych zajęć "wyleczony, wesoły i uśmiechnięty". I choć leczenie psychiatryczne stanie się wkrótce tematem jego niezliczonych anegdot i dowcipów w stylu "nie zrobicie ze mnie wariata", to jednak pozostanie on już na zawsze człowiekiem o wyolbrzymionej wrażliwości, romantycznym szaleńcem o niekontrolowanej emocji, człowiekiem cierpiącym na manię samobójczą, szarpanym urojonymi lękami, rozpaczliwie szukającym równowagi psychicznej, o kapryśnych reakcjach neurastenika. Ale obok tego wyróżniać się będzie jeszcze jedna cecha osobowości Poety: jego otwartość na ludzkie sprawy. Powtarzano często opinię, że "miał czas i dobre słowo dla wszystkich". Zapewne osiągnięta niezwykle szybko sława i rozlegle kontakty towarzyskie skomplikowały i skrzywiły jego psychikę. "Fascynował on lub bulwersował, nie pozostawiając nikogo obojętnym" - tak wspominał Poetę jego przyjaciel Zdzisław Czermański, autor portretu Lechonia i kilku znanych karykatur.
Jan Lechoń, Nowy Jork, ok. 1953.
(rys. Zdzisław Czermański)
Warszawskie lata Lechonia zapoczątkowane wspaniałym debiutem poetyckim obfitowały także w liczne sukcesy oratorskie, publicystyczne, eseistyczne, satyryczne i redaktorskie. Poza tym często występował na forum publicznym, przemawiał na uroczystościach żałobnych, np. na uroczystym pogrzebie Stefana Żeromskiego (1925), albo z okazji świat państwowych. Będąc sekretarzem polskiego PEN-Clubu organizował głośne wizyty zagranicznych pisarzy, m.in. Tomasza Manna. Jako członek komitetu sprowadzenia do Polski zwłok Juliusza Słowackiego był obecny przy ekshumacji prochów na paryskim cmentarzu Montmartre (14 VI 1927) i towarzyszył trumnie aż na Wawel. Wspomnieniem jest wiersz Włosy Słowackiego. Odbył też kilka podróży po Europie i zamieszkał w szwajcarskim hotelu, w którym Słowacki napisał Kordiana. Natomiast Mickiewicza utrwalił w dwóch wierszach: Mickiewicz zmęczony i Śmierć Mickiewicza. W tych latach Poeta
będzie żyć życiem bardzo intensywnym, w rozlicznym towarzystwie, które będzie kontynuować w następnych przystaniach: w Paryżu, Brazylii i Stanach Zjednoczonych.
Pierwszy zjazd poetów u Ludwika Hieronima Morstina
w Pławowicach pod Krakowem, 1928.
W pierwszym rzędzie od lewej: Maria Morstin-Górska, Julian Tuwim, Leopold Staff,
Maria Pawlikowska Jasnorzewska, Ludwik Hieronim Morstin, Jarosław Iwaszkiewicz;
w drugim rzędzie od lewej: Nina Morstinowa, Józef Wittlin, Antoni Słonimski, Jan Lechoń,
Emil Zegadłowicz, Zofia Starowieyska-Morstinowa.
Od wieku 25 lat nastąpiło u Lechonia prawie dwudziestoletnie poetyckie milczenie. Przyczyny tego są niełatwe do wyjaśnienia, chociaż bywają różnie interpretowane. Z pewnością powodem był permanentny brak czasu i wygórowana ambicja poetycka. Pisał był mniej od innych - a po nim najwięcej się spodziewano. Obezwładnienie ciężarem rosnącej wokół niego legendy i narzucona mu rola "drugiego Słowackiego" załamały Poetę i "wytrąciły mu pióro z ręki".
Niecodzienną decyzję Jana Lechonia opuszczenia Polski można poznać z dwóch wspomnień: Jarosława Iwaszkiewicza w Książce moich wspomnień oraz z Dziennika Poety.
Jarosław Iwaszkiewicz pisze:
"Kiedyś wyznał mi Lechoń, że ostateczna decyzja wyjazdu na stałe za granicę nastąpiła po nieprzespanej nocy, podczas której wyliczał osoby w całej Warszawie, z którymi jest na "ty". Gdy doszedł do trzystu nazwisk, postanowił porzucić Warszawę".
A sam Poeta zanotował pod datą 25 IV 1953:
"Najważniejsze zdarzenia naszego życia, życie i śmierć, zależą nieraz od pozornie błahych wypadków, od decyzji, nad którymi się nie zastanawiamy. W r. 1930 znudzony dwudziestoma laty przegadanymi w kawiarni - na raz, ni stąd, ni zowąd powiedziałem na pół-piętrze w "Ziemiańskiej", że jadę do Paryża. Nieoczekiwanie wzięto to na serio i tak mnie zaczęto o ten wyjazd dopytywać, że zdecydowałem, iż muszę choćby na parę miesięcy pojechać..."
W kwietniu 1930, Jan Lechoń pożegnał się z Krajem. Już nigdy do ojczyzny nie powrócił.
Po roku pobytu w stolicy Francji, od 1 maja 1931 Jan Lechoń został pracownikiem ambasady polskiej, gdzie pełnił funkcję attaché kulturalnego. Zajmował się propagandą kultury polskiej na Zachodzie, występował oficjalnie w imieniu Poselstwa Polskiego. Były to "lata pisania mów do ambasadorów". W okresie tym napisał bodajże tylko cztery wiersze, ale publikował szkice literackie o pisarzach polskich i francuskich, pisywał artykuły do czasopism w Polsce, głównie reportaże lub eseje o Francji i Paryżu. Był także współautorem libretta do trzeciego obrazu baletu Harnasie Karola Szymanowskiego, którego premiera, z udziałem słynnego tancerza Serge Lifar'a na scenie paryskiej Grand Opera w roku 1936 była wielkim sukcesem. Razem z kompozytorem, z którym łączyła poetę szczera przyjaźń, planowano nowy balet Powrót Odysseusza. Niestety, planów tych Lechoń nie zrealizował, jak zresztą i wielu innych. Napisał tylko szkic pt. Balet polski wydrukowany w Wiadomościach.
Serge Lifar, Karol Szymanowski i Jan Lechoń
w okresie przygotowań do wystawienia Harnasiów, Paryż 1936.
* * *
Wybuch Drugiej Wojny Światowej i szok druzgocącej klęski wrześniowej; świadomość cierpień narodu, jego chwały i bohaterstwa wyzwoliła nowe emocje, domagające się poetyckiego kształtu. Jan Lechoń powrócił do liryki. Na wiosnę roku 1940, jeszcze w Paryżu, napisał Grób Agamemnona z tragicznym wersem 17-18:
"Patrz! jakiś orzeł znakomity
Ze srebrnych skrzydeł trzęsie krew."
14 czerwca 1940 wojska hitlerowskie wkroczyły do Paryża. Führer paradował na Champs-Élysées. W ostatniej chwili, w panice Jan Lechoń opuszczał stolicę Francji pozostawiając za sobą wspomnienia dziesięciu lat spędzonych w ustabilizowanej sytuacji materialnej, wspomnienia kariery dyplomatycznej i towarzyskiej, połączonej z krytykowanym snobizmem oraz mieszkanie wypełnione pamiątkami, obrazami i książkami. Klęska Francji okazała się symboliczną i patetyczną klęską całej kultury europejskiej; dla Polaków szczególnie, bo wciąż jeszcze żywe były romantyczne tradycje pokolenia Wielkiej Emigracji roku 1831.
Jana Lechonia wojenna tułaczka wiodła do Ameryki Południowej ? Gombrowiczowskim "transatlantyckim szlakiem", jak i wielu polskich artystów i twórców. Z Paryża przedarł się do Hiszpanii a następnie do Portugalii, gdzie dotarli już Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin i Tuwimowie. Po denerwujących oczekiwaniach na wizę, w dniu 27 lipca 1940, razem z Julianem Tuwimem i jego żoną wypłynął statkiem Angola do Brazylii. 4 sierpnia statek zawinął do Rio de Janeiro. Tam Lechoń znowu spotkał przyjaciół Skamandrytów i polskich artystów, jak Jana Kiepurę i Witolda Małcużyńskiego. Liczne polskie kawiarnie zapełniały się polskimi uchodźcami, mającymi złudzenie, że są u siebie, w Warszawie. Dla wielu pobyt w Brazylii był tylko przejściowym, upokarzającym etapem, i oczekiwaniem na wizę do USA. Późnym latem 1941, po wielkich staraniach - cierpiący, mimo miłego przyjęcia w Brazylii, na dotkliwą samotność, zwłaszcza, że Tuwimowie, Wierzyńscy i Czermańscy byli już w Nowym Jorku - Jan Lechoń przybył do Nowego Jorku.
Wiersz Rio de Janeiro, pełen spokojnego rytmu, choć ze smutną pointą - Lechoń uchodził za mistrza konstruowania finałowej pointy - powstał prawdopodobnie już w Stanach Zjednoczonych.
- RIO DE JANEIRO
Natura jako słońce stanęła w zenicie,
Ziemia, niebo i morze razem wznoszą pean.
Jak dywan srebrnej piany, błyszczący w błękicie,
Rozwija się i zwija przepyszny ocean.
Pośrod kwiatów jak drzewa i ptaków jak kwiaty
Zapachów tajemniczych tren płynie bogaty,
W powietrzu różnobarwnych rój zawisł motyli.
Więc wzrok swój utęskniony podnosisz do góry
I wtedy widzisz niebo, prawdziwe, bez chmury,
I wszystko, coś przecierpiał, zapomnisz w tej chwili.
A wieczór, kiedy zmroku zapada zasłona,
Otwarte widzisz nagle ogromne ramiona,
Co z nieba błogosławią smugami srebrnemi
Tę ziemię czarodziejską, jak ogień zaklęty,
To miasto fantastyczne i błędne okręty,
Co wiozą smutnych ludzi, wygnanych z swej ziemi.
(1942)
Z wierszy rozproszonych
|
W roku 1941 Poeta osiedlił się na stałe w Nowym Jorku, gdzie przeżył ostatnich piętnaście lat życia "nędznych" i "burzliwych". Otrzymane jeszcze podczas wojny stypendium Funduszu Kultury Narodowej oraz praca w placówkach Ministerstwa Informacji i Dokumentacji
Rządu Polskiego, zapewniły mu egzystencję. W latach 1952-1956 pracował w nowojorskim studio Radia Wolna Europa.
Jan Lechoń w swoim mieszkaniu, Nowy Jork, 1954
W przedmowie do Dziennika Roman Loth pisze: "Świadomy swego wychodźczego losu, mając do wyboru różne scenariusze akceptacji wybrał ten, który określić można jako 'emigranckie getto,' jako 'bycie Polakiem w Nowym Jorku'." I choć Poeta interesował się literaturą, teatrem, sztuką i kinem amerykańskim, to zainteresowania te ograniczały się do koniecznej "orientacji w temacie" w zgodzie z intelektem człowieka wybitnego, pozbawionego jednak chęci jakiejkolwiek integracji socjalnej. W swoich wierszach Lechoń nadal nawiązywał do wielkich tradycji narodowych, jak w Karmazynowym poemacie, ale czyny romantycznych bohaterów utożsamiał teraz z bohaterstwem polskiego żołnierza, jego walką, poświeceniem i nadziejami. Odnotować można niezwykłą popularność jego "wojennych" wierszy, takich jak: Marsz Drugiego Korpusu, Monte Cassino, Matka Boska Częstochowska, Laur Kapitolu, które były czytane w obozach polskich żołnierzy i cywilów od Bombaju przez Teheran, Bagdad do obu Ameryk.
Spowiedź Wielkanocna, odważny wiersz-oskarżenie jednostki i narodu został opublikowany w aneksie tomu Poezje z powodu cenzury obowiązującej w Polsce do roku 1990.
- SPOWIEDŹ WIELKANOCNA
Czyż nie cud to, czyś jeszcze nie zdał sobie sprawy,
Że to Bóg ciebie wybrał, że On cię ocalił,
Żeś jak tylu nie zginął na murach Warszawy,
Nie rozerwał cię granat i mur nie przywalił?
Żeś później nie utonął we krwi polskiej rzece,
Żeś nie szedł przez Europę o żebranym chlebie
I że cię ominęły Oświęcimia piece,
Choć tylu w nich spłonęło. I lepszych od ciebie.
Żeś własnymi rękami dzieci swych nie chował,
I ciała ci moskiewskie nie szarpały kleszcze?
Jak to? I za to wszystko Bogu-ś nie dziękował?
Jakże musisz weń wierzyć, że Go prosisz jeszcze!
(1951)
Poezje, Aneks, 1990
|
Jan Lechoń wiedział, że historia się powtarza a bieg zdarzeń jest nieodwracalny, wiedział także, że nie
potrafi wyleczyć się z pewnych stanów emocjonalnych. W wierszach jego odnajdujemy patos i rozbudowaną
wyobraźnię; są ciągłe powroty pamięcią do lat przeszłych, do melancholijnie powtarzających się wspomnień, które według Poety ocalić mogą tę przeszłość, za którą tęskni.
- OD ŻALU NIE UCIEKNIESZ, NIE UJDZIESZ GORYCZY...
Od żalu nie uciekniesz, nie ujdziesz goryczy,
I każda twa pociecha - to widmo przeszłości.
Ach! czegoż się spodziewa i na cóż to liczy
Każdy z nas, co na tyle patrzał nikczemności?
I tylkoś jest zdziwiony, że jeszcze cię wzrusza
To drzewo całe w kwiatach, różowy wschód słońca,
I żyjesz, aby twoja nieśmiertelna dusza,
Co dane jej przecierpieć, cierpiała do końca.
Cóż z tego, że coś kochał - przemija jak dymy,
Że po tych, co odchodzą, żal serce ci tłoczy.
My z starym Sofoklesem spokojnie patrzymy
Na ten widok, na który chciałbyś zamknąć oczy.
(1941)
Lutnia po Bekwarku, 1942
|
Wreszcie w wielu wierszach Lechonia przebija ubolewanie a nawet rozpacz nad losem emigranta. Wydaje mi się, że właśnie polscy emigranci, rozsiani po całym świecie, najbardziej wczuwają się w tę poezję, bowiem odnajdują w niej odbicie własnych nastrojów - trosk i załamań, nadziei i wiary.
- HYMN POLAKÓW Z ZAGRANICY
Jedna jest Polska, jak Bóg jeden w niebie,
Wszystkie me siły jej składam w ofierze.
Na całe życie, które wziąłem z Ciebie,
Cały do Ciebie, Ojczyzno, należę.
Twych wielkich mężów przykład doskonały,
Twych bohaterów wielbię święte kości,
Wierzę w Twą przyszłość pełną wielkiej chwały,
Potęgi, dobra i sprawiedliwości.
Wiem, że nie ucisk i chciwe podboje,
Lecz wolność ludów szła pod Twoim znakiem,
Że nie ma dziejów piękniejszych niż Twoje
I większej chluby niźli być Polakiem.
Jestem jak żołnierz na wszystko gotowy
I jak w Ojczyźnie, tak i w obcym kraju
Czuwam i strzegę skarbu polskiej mowy,
Polskiego ducha, polskiego zwyczaju.
Z narodem polskim na zawsze związany,
O każdej chwili to samo z nim czuję.
Do wspólnej wielkiej przyszłości wezwany,
Wszystkim Polakom braterstwo ślubuję.
(1936)
Z wierszy rozproszonych
|
Wiersz ten powstał zapewne w Paryżu, natomiast wiersz Piosenka jest kontynuacją powracającej Lechoniowej tęsknoty i trwogi oraz wizji samotnej śmierci na wygnaniu, na obcej ziemi.
- PIOSENKA
Droga Warszawo mojej młodości,
W której się dla mnie zamykał świat!
Chcę choć na chwilę ujrzeć w ciemności
Dobrej przeszłości
Popiół i kwiat.
Zanim mnie owa ciemność pochłonie,
Twoich ogrodów chcę poczuć woń.
Niechaj Twych ulic wiatr mnie owionie,
Połóż Twe dłonie
Na moją skroń!
Jak kiedyś zapach bzowych gałązek
Wśród kropli rosy i słońca lśnień,
Tak inny z Tobą marzę dziś związek:
Starych Powązek
Głęboki cień.
Marzę, że Ty mi zamkniesz powieki,
Lecz choćbym z ciężkich nie wrócił prób,
Będę Ci wierny, wierny na wieki
Aż po daleki
Wygnańczy grób.
(1951)
Marmur i róża, 1954
|
W wielu wierszach z czasów nowojorskich Poeta powracał pamięcią do dzieciństwa i młodości, do dawnych realiów i rekwizytów, salonów i bibelotów, polskiego pejzażu, do znanych motywów "sielskich i anielskich", do marzeń i, przede wszystkim, nadziei na powrót do ojczyzny - jak prawie wszyscy emigranci. Z wyjątkiem jednego... Jana Lechonia, który właściwie nigdy nie myślał o powrocie na stałe do Polski. Jak dawniej, uprawiał on lirykę nawiązująca do doświadczeń osobistych, ale podbudowaną silnym akcentem religijnym. Niepokojącym natomiast jest pogłębiające się poczucie winy: "Jest we mnie ciągle poczucie, że życiem swym zdradzam jakąś świętość." Ta "świętość" - to podświadome pragnienie, aby ukazać się sobie samemu takim, jakim chciałoby się być, tzn. sobą idealnym; to prośba, aby nie sprzeniewierzać się sobie, ani swej poezji, którą przecież zbyt często już zdradzał dla uroków wielkiego świata.
- POEZJA
Ogród, z którego jesień wszystkie zdarła wdzięki,
Drzew wierzchołki strzaskane, bielejące kości,
Marmurowy Apollo bez głowy i ręki
I podarte sztandary szumiące w ciemności.
Miłość, która jak wicher przez dusze przewiała,
Łzy piła, jak zwierz była, co krew naszą chłeptał,
Wiarołomne przysięgi, któreś mi szeptała,
Zaklęcia, w którem wierzył i sam je podeptał.
A nad ową otchłanią, gdzie się razem stacza
Zło i dobro i w trupiej rozkłada się pleśni,
Głos się wznosi, co wszystko wskrzesza i przebacza:
"Ach! musi umrzeć w życiu, co ma powstać w pieśni.
(1952)
Marmur i róża, 1954
|
* * *
Mimo pozorów normalności życie Poety stawało się coraz bardziej skomplikowane. Nieprzejednany wobec reżimu komunistycznego w Polsce - tych "sowieckich zaborców", zbulwersowany podpisaniem przez przyjaciół poetów, Słonimskiego i Tuwima (którzy wrócili do kraju), czołobitności dla dekretu Stalina z roku 1949 o literaturze tzw. realizmu socjalistycznego, wreszcie odnalezione po wojnie i sprowadzone z Paryża, po prawie dziesięciu latach, pamiątki, książki i płótna - wszystko to ugruntowało decyzję pozostania w Nowym Jorku, w mieście, które go fascynowało, a zarazem drażniło. Poeta często powtarzał, że: "Nowy Jork nie jest moim domem." Zdawał sobie sprawę z niemożliwości powrotu, wiedział, że "emigranci nie wracają".
Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński, Long Island, NY, ok. 1955.
Przyjaźnie nawiązane jeszcze w młodości, za czasów Skamandrytów, przetrwały długie lata, szczególnie z Kazimierzem Wierzyńskim, który pozostał mu wierny przez 37 lat, a w Nowym Jorku otaczał go szczególną troską, a w końcu zajął się jego pogrzebem.
Chociaż bardzo długa przyjaźń Lechonia z Julianem Tuwimem skończyła się za sprawą socrealistycznych wierszy Tuwima pisanych po jego powrocie do komunistycznej Polski i chociaż nastąpiło między nimi bolesne rozdarcie, Lechoń zdawał się rozumieć dramat wyborów Tuwima, żałował go i nigdy go otwarcie nie potępił. W dwa dni po śmierci Tuwima, Jan Lechoń 29 grudnia 1953 rozpoczął pisać wiersz Tuwim - bolesny i wzruszający - który ukończył dopiero po roku.
- TUWIM
Widzę włosy Twe siwe i twarz Twoją ostrą,
I rękę, co jak wiosło odbija od jawy.
Snujesz oto się nocą, nieszczęsny Cagliostro,
Pustymi ulicami nie Twojej Warszawy.
Od wichury wieczności porwanymi zmysły
Chcesz wchłonąć z nowych ulic czas zmarłych zapachów,
Wśród świateł nowych latarń, co na nich rozbłysły.
Wznosisz wzrokiem szalonym cienie dawnych gmachów.
I płaczesz, bo deszcz, słyszysz, ciecze z starej rynny,
I sam jeszcze nie wierząc, że nikt Ci nie wzbroni -
Wyciągasz dłoń swą w mroku, przestępco niewinny,
Do podanej z daleka znowu bratniej dłoni.
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Coraz częstsze trudności w pracy twórczej sprawiły, że Lechoń pisał zamówiony esej o Tuwimie przez prawie cały rok. W pośmiertnie opublikowanych rozważaniach o poezji Tuwima (Wiadomości, Londyn, 28 października 1956), Poeta napisał w zakończeniu:
"... wierzymy głęboko iż na nadziemskim sądzie rozważana będzie przede wszystkim klasa Tuwima jako poety i że ostateczny na niego wyrok zależeć będzie też od tego czy przyzna mu się tylko równe miejsce wśród rymujących pisarzy czy też odnajdzie się w jego wierszach znamiona łaski, czyniącej go poetą jedynym i niepowtarzalnym."
* * *
Niestety, z biegiem czasu nawiedzały Poetę coraz silniejsze stany depresyjne; będąc pod stałą opieka lekarzy, uczęszczał na seanse
psychiatryczne i był leczony "zielonymi pigułkami", których składu możemy się tylko domyślać. Do pogłębiających się załamań psychicznych doprowadzała go świadomość niemożności kontrolowania swojej sfery intymnej, co było przyczyną wielu dramatycznych sytuacji i stałego konfliktu uczuciowego.
- BIOGRAFIA
Z mych marzeń niespełnionych, z mej dumy dziecięcej,
Z łez wylanych ukradkiem, o których nikt nie wie,
Ze wszystkiego, com kochał - zostanie nie więcej
Niż imię, scyzorykiem wyryte na drzewie.
Więc czegom nie powiedział - niech będzie ukryte,
Mych listów i pamiątek niech spłonie stos cały!
I tylko jeszcze wytnę me serce przebite
I przy moim imieniu - twoje inicjały.
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Można przypuszczać, że inicjałem tym były: "NO" - "Najdroższa Osoba" - Aubrey Johnston, z którym łączyła Jana Lechonia wielka przyjaźń i związek uczuciowy, trwający aż do śmierci. W Dzienniku pod datą 2 V 1951 jest taki zapis: "Jest to uczucie weszłe mi już w krew, wysublimowane do szczytów idealizmu i poświęcenia, a ukrywające na dnie piekło miłości."
* * *
W 1955 roku spełniło się marzenie Lechonia. Został aktorem; w polskim amatorskim teatrze Ziemowita Karpińskiego w Nowym Jorku zagrał rolę Astolfa w Odludkach i poecie Fredry. W komediowej roli pozostał Lechoniem. Pisał Karpiński:
"Ciarki mi przechodzą po skórze. To nie Astolf, a Lechoń zionie jadem, oczy krótkowidza zawęziły się do cienkich szparek, rysy zaostrzyły się, nabrały diabolicznego wyrazu, jest groźny, wypluwa z siebie jakby latami nagromadzoną gorycz. (...) W scenie z młodym poetą Edwinem jest szyderczy, zaczepny, napastliwy, studzi jego nadzieje ze zjadliwym sceptycyzmem."
Jan Lechoń w roli Astolfa, Nowy Jork, 1955
Wbrew pozorom czy towarzyskim sukcesom , pomimo przebywania w "wielkim świecie", na wspaniałych balach, rautach,
przyjęciach i proszonych kolacjach, od lat "świętując w pięknym stylu" 19 marca, dzień św. Józefa (imiona Leszek nie wymieniano w kalendarzu), Jan Lechoń był w rzeczywistości człowiekiem "straszliwie samotnym". Przez wiele kart Dziennika przewijają się te dwa słowa: "Modlę się całą duszą na kolanach, abym wyszedł z tej straszliwej samotności." Prześladowało go przeczucie zbliżającej się śmierci i obsesyjna myśl, że pozostaje we władzy "jakichś demonów wewnątrz".
Z wierszy Sąd Ostateczny i Chorału Bacha słyszę dźwięki... można przypuszczać, że Poeta przygotowywał się na "ostateczny rozrachunek z życiem" już w roku 1951, na pięć lat przed tragiczną śmiercią.
- SĄD OSTATECZNY
Szczytne cnoty, dla których gwarny świat nas chwali,
Czyny, których przykładem przyszłość ma się ćwiczyć
I nasz honor kamienny, i wola ze stali
Na Sądzie Ostatecznym nie będą się liczyć.
Odpadną z nas, pokryte przez tłumu oklaski
Uczynki miłosierne, co sławę nam szerzą,
I tylko pozostaną te mroki i blaski,
O których nikt z nas nie wie, czy od nas zależą.
Wtedy wyda głąb nasza, nareszcie odkryta,
Grzech, który cię przeraża, cnotę, co cię wstydzi.
Gdy wokół szumi życie, nikt o nie nie pyta.
Tylko miłość w nie patrzy, tylko Bóg je widzi.
(1951)
Marmur i róża, 1951
|
- CHORAŁU BACHA SŁYSZĘ DŹWIĘKI...
Chorału Bacha słyszę dźwięki,
Na niebo ciągną szare mgły,
I wszystko mi już leci z ręki:
Miłość i rozkosz, prawda sny.
I w którąkolwiek pójdę stronę,
Wszędzie jesienny chrzęści chrust.
A jeszcze nic nie załatwione
I nie odjęte nic od ust.
Patrz! Dzikiej róży krzak serdeczny
W wichurze zeschły traci liść.
Ach! I Sąd jeszcze Ostateczny,
Na który trzeba będzie iść.
(1952)
Marmur i róża, 1954
|
Im bliżej było do tragicznej samobójczej śmierci, tym wyraźniej Poeta jakby rozliczał się ze swoją przeszłością, wiedząc, że przyszłości już nie zobaczy, jakakolwiek by ona była...
- OSTATNIA MIŁOŚĆ
Dawno zmarli mych marzeń wierni towarzysze:
Poeci romantyczni, zapatrzeni w ciemnie,
Egerie w czarnych lokach - teraz nocą słyszę,
Bez zbytecznych pożegnań odchodzą ode mnie.
Już wczoraj mnie opuścił Wajdelota stary,
Ostatnim dyliżansem odjechał Fantazy,
Na dziedzińcu ułani zwijają sztandary,
Książę Józef już wydał odmarszu rozkazy.
Księżycowa poezji niech Was noc pochłania!
Za wszystko Wam dziękuję, lecz na nic tu płacze,
Choć z nową mą Marylą nie będzie spotkania,
Bo teraz kocham przyszłość, której nie zobaczę.
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Siedem miesięcy przed śmiercią napisał ten oto piękny wiersz:
- ROZMOWA Z ANIOŁEM
Dziś we śnie mnie nawiedził anioł polskiej doli
I płakał, szumiąc w mroku skrzydłami srebrnemi,
Jak gdyby chciał powiedzieć: "Umierasz powoli,
Samotny, tak daleko od rodzinnej ziemi".
- "Daleko? Co ty mówisz? Mnie wszystkie zapachy
Ogrodów i pól naszych codzień niosą wiatry,
We mnie, we mnie jest wszystko: mazowieckie piachy,
I jeziora litewskie, i Wisła, i Tatry!".
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Obsesja miłości i śmierci towarzyszyła Poecie przez wszystkie lata jego życia [4].
* * *
Trudno to wszystko zrozumieć, te sprzeczności jego osobowości obdarzonej szczodrą naturą o niezwykłym temperamencie, człowieka czarującego, o niewyczerpanym dowcipie, z którym obcowanie równoznaczne było z wyróżnieniem towarzyskim. Trudno wyobrazić sobie Poetę, który za niegdysiejszych czasów uchodził za wzór elegancji i wykwintnych manier, a który na kilka miesięcy przed śmiercią robił wrażenie "prawie widma" z pośpiechem przemykającego ulicami Manhattanu w staromodnym okryciu i w kapeluszu nasadzonym na rogowe okulary.
Ostatnim swój wiersz, Poeta niemodny, Jan Lechoń, napisał w listopadzie 1955. To bolesny rozrachunek ze swoją twórczością i samym sobą.
- POETA NIEMODNY
Mówią mi: "Nic nie wskrzesi czasu co przeżyty,
Wkrótce o nim i pamięć wśród młodych się zatrze.
Zabieraj sobie swoje stare rekwizyty,
Bo nową będą grali sztukę na teatrze".
Cóż robić? Trzeba upić ambrozji się flachą,
Co jeszcze mi została z młodzieńczych bankietów.
Wychodzę z różą w ręku, z księżycem pod pachą.
A resztę pozostawiam dla nowych poetów.
(1955)
Z Wierszy rozproszonych
|
W ostatnim tygodniu życia Poeta robił wrażenie zupełnie roztargnionego, nie sypiał u siebie w domu, nie odbierał telefonów i unikał spotkania z przyjaciółmi. Nie przyszedł do teatru na przedstawienie Czekając na Godota [Samuela Becketta] mimo, że miał bilety w kieszeni. Marian Hemar napisał z Montrealu dla Wiadomości (Londyn, 22 lipca 1956) artykuł - wspomnienie List o Lechoniu (datowany 13 czerwca 1956):
"We wtorek dostał dwa bilety na 'Waiting for Godot' (?) Pojechałem tam, na Broadway, zastałem go z Kaziem Wierzyńskim. Złapał się za głowę, mówił, jak mu przykro, przeprasza wszystkich, ale wczoraj nie był w teatrze i bilety się zmarnowały. Powiedziałem: nic się nie stało, bilety są przecie na dziś! Leszek zmieszał
się, zaczął mnie prosić abym go wytłumaczył, bo dziś też nie pójdzie, nie może. Musi wstać nazajutrz o szóstej rano, nie może przedtem zarywać nocy. (?) Byliśmy w teatrze na tej wstrząsającej, bezlitosnej sztuce, dwa miejsca obok naszych były puste. Po przedstawieniu powiedziałem moim przyjaciołom: Wiecie, może to lepiej, że Lechoń dziś z nami nie przyszedł. On, w swoim nastroju, po tej sztuce, popełniłby samobójstwo. (?) We środę mieliśmy wspólną audycję radiową dla Kraju (?) Lechoń, który prowadził audycję wciąż mylił się, mieszał, trzeba było przerywać nagranie, wracać, poprawiać (?). Po tej męczącej audycji znalazłem kilka minut na rozmowę z nim, na korytarzu (?) Spytałem szeptem czy czuje się lepiej. Powiedział: Tak, tak, tak (?) Objął mnie za szyję, pocałował w policzek i krótko, skrzekiem jakimś, zaszlochał. Pobiegł ku drzwiom windy." (...)
* * *
We środę, dwa dni przed tragicznym finałem - desperackim skokiem w objęcia śmierci z 14-go piętra hotelu Henry Hudson w Nowym Jorku - Jan Lechoń wczesnym rankiem wyspowiadał się. "Najcięższego grzechu" jednak nie wyjawił.
Ostatni zapis w Dzienniku jest z dnia 30 maja 1956, na tydzień przed śmiercią: "Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu coś, co pomoże nam w walce z życiem, ludźmi. Ale na walkę z sobą - jest tylko modlitwa."
Józef Wittlin, blisko zaprzyjaźniony z Janem Lechoniem przez 37 lat wspominał w Radiu Wolna Europa i w Wiadomościach (29 VII
1956):
"Odkąd nas opuścił w tak straszny sposób, jak gdyby spotęgowała się jego obecność wśród nas. (...) I czyjaż to krew, do której tłoczą się moje bezładne wspomnienia? To przecież własna krew Leszka Serafinowicza, który w poezji był Janem Lechoniem. To jego krew na nowojorskim asfalcie, tak daleko od [warszawskiego] Przyrynku nr. 4, tak strasznie daleko."
* * *
- TO, W CO TAK TRUDNO NAM UWIERZYĆ...
To, w co tak trudno nam uwierzyć,
Kiedyś się przecież stanie jawą.
Więc pomyślałem: chciałbym leżeć
Tam gdzie mój ojciec - pod Warszawą.
Niech ci ta myśl się nie wydaje
Ani małością, ni znużeniem,
Z największym kocha upojeniem,
Kto się z miłością swą rozstaje.
I nagle widzisz: jest noc chmurna
I niebo polskie ponad nami,
I stary ogród. A w nim urna
Z naszego życia popiołami.
(1941)
Lutnia po Bekwarku, 1942
|
11 maja 1991 na cmentarzu Calvary w dzielnicy Queens na Long Island ekshumowano prochy Leszka Serafinowicza. Pochowano je - zgodnie z życzeniem Poety - pod Warszawą, w Laskach. Jan Lechoń spoczywa w rodzinnym grobie, obok ojca, matki i brata Zygmunta.
* * *
Dorobkiem poetyckim nowojorskiego okresu życia Lechonia są następujące zbiory wierszy, wydane na emigracji:
- Lutnia po Bekwarku ( Londyn,1942), 17 wierszy;
tytuł nawiązuje do słów Jana Kochanowskiego: "Niech każdy weźmie po Bekwarku lutnię" (węgierskim nadwornym lutniście króla Zygmunta Augusta);
- Aria z kurantem (Nowy Jork, 1945), 26 wierszy;
tytuł nawiązuje do arii Stefana z opery Straszny Dwór Stanisława Moniuszki;
- Cykl Marmur i róża ( Londyn, 1954, Poezje zebrane), 33 wiersze z lat 1950-1953;
tytuł nawiązuje do słów Poety z odczytu o Mickiewiczu: "wiersze Mickiewicza, to marmur pachnący różami";
- 38 wierszy rozproszonych, które drukowane były w pismach literackich, przede wszystkim w londyńskich Wiadomościach.
Jedna z wielu stron brulionów z rysunkami Jana Lechonia.
Wielka i różnorodna spuścizna literacka i publicystyczna Jana Lechonia, w większości nadal czekająca na opublikowanie, znajduje się w archiwum Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce, którego Lechoń był jednym z współtwórców. Kolekcja nowojorska zawiera: liczne artykuły i felietony publicystyczno-polityczne; krytyki teatralne; szkice literackie; eseje o malarstwie, muzyce i sztuce - w tym awangardowej, ostro przez Poetę krytykowanej; prace redaktorskie Tygodnika Polskiego; ?dowcipy? i konferansjerki, m.in. dla aktorki Marii Modzelewskiej (1903-1997); odczyty; audycje i pogadanki literackie w radiu Głos Ameryki i w Radiu Wolna Europa, w którym poeta pracował od roku 1952 do ostatnich dni przed śmiercią. Znajdują się również w tej kolekcji: olbrzymia korespondencja; manuskrypt rozpoczętej powieści Bal u senatora; fragmenty dramatu Pogrzeb Piłsudskiego; refleksje o cywilizacji amerykańskiej Aut Caesar aut nihil, znane pod tytułem American
Transformations; różne szkice i przekłady z literatury obcej; adaptacja powieści George'a Orwell'a Rok 1984; szkice dramatu Godzina przestrogi, szkice ołówkowe; bruliony i wiersze dla dzieci; liczne notatniki; prywatne i urzędowe dokumenty. Wiele z pracy twórczej Lechonia doczekało się już publikacji zagranicznych i krajowych; wymienić tu trzeba szkice O
literaturze polskiej (Interim, Warszawa, 1993) oraz Księgę gości Jana Lechonia w opracowaniu Beaty Dorosz (Wydawnictwo ALGO, Toruń, 1999). Ostatnio, ze szczególna troską zajęli się "spuścizną Lechoniową" Beata Dorosz z Polskiej Akademii Nauk w Warszawie oraz publicysta, pisarz i prozaik Maciej Patkowski z Nowego Jorku. W roku 1999, w setną rocznicę urodzin Poety, opublikowali oni książkę pt. Lechoń nowojorski.
- W zakończeniu
W 45. rocznicę tragicznej, samobójczej śmierci raz jeszcze wyobraźmy sobie Poetę, który czyta swego Mochnackiego, ów legendarny debiut poetycki Pod Picadorem, który przyniósł mu rozgłos, powodzenie i sławę. "Warszawski, najznakomitszy, wspaniały, kabaretowy", tak właśnie utrwalony został z niezmierną brawurą na portrecie przez Romana Kramsztyka w roku 1919.
W londyńskich Wiadomościach (6 czerwca 1954) ukazał się artykuł Witolda Mieczysławskiego Spotkanie z Poetą, oparty na wywiadzie z Janem Lechoniem. Artykuł ten kończy się następującym paragrafem:
"Była to chwila na którą czekałem, aby wyłudzić chociażby krótką chwilę recytacji jakiegoś fragmentu przez samego Poetę. Zgodził
się w końcu Lechoń, aby dać mi przykład samych wewnętrznych rymów, ale skorzystał przy tym z okazji by dowcipnie zakpić z samego siebie, z tego znanego głębokiego i smutnego głosu jakim czyta poezje.
Otóż jego przyjaciel, znany pisarz francuski prosił go kiedyś aby mu przeczytał
któryś z swoich wierszy, tak aby nawet nie rozumiejąc języka mógł przynajmniej posłuchać muzyki utworu.
Marcel Achard - on bowiem to był - wysłuchał fragmentu z Srebrnego i czarnego i powiedział z komiczną powagą:
- Lechek, je n'ai jamais pense que tu as tant souffert!
[ Leszku, nigdy nie sądziłem, że tak bardzo cierpiałeś!]
Śmiał się Lechoń głośno i długo nim rozłożył wyciągniętą kartę papieru. Po czym głowę z lekka podniósł i zaczął swoim głębokim głosem:
Każdy wolant pędzący i każda kolumna,
Dumna parku aleja, schodząca ku Wiśle,
Cóż dopiero fortepian - mogą być jak trumna,
Z których wyjrzą ich twarze - więc o nich nie myślę.
Zapomnień ani wspomnień nie szukając wcale,
Bawiąc się laski gałką, lub chodząc na bale,
Próżne żale dla innych zostawiając ludzi,
Mijałem owe trumny - bo nic ich nie zbudzi.
Wśród szumów karnawałów, śniąc, co kryją maski,
Wśród szalów, co z salonów wiodły w grobu ciemnie,
Wśród wystrzałów w teatrze, krytych przez oklaski
Siebie szukałem i tego, czego nie ma we mnie.
|
Z palcem wzniesionym do góry tak wyglądał jakby zszedł z dawnego portretu, tego pod którym jego twórca Roman Kramsztyk położył jedno słowo: "Poeta."
Roman Kramsztyk: Poeta (Portret Jana Lechonia), 1919.
- Notka edytorska:
Słowa i zwroty w tekście ujęte w cudzysłowiu "..." pochodzą albo z pisarskiej spuścizny Poety, albo ze wspomnień jego przyjaciół, przede wszystkim Kazimierza Wierzyńskiego. (LOA)
- Przypisy:
- Dziennik Jana Lechonia opublikowany został pośmiertnie najpierw w Londynie, kolejno w trzech tomach w latach 1967, 1970, 1973, a następnie w Polsce przez Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1992-1993.
- Oczywiście, Jan Lechoń - poeta emigracyjny - nie miał szczęścia za życia ani do publikacji w Kraju całości swego dorobku poetyckiego, powstałego za granicą, ani do cenzury PRL.
Gdy we wrześniu 1984 składano w Polsce do druku tom Jana Lechonia pt. Poezje w Wydawnictwie Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Wrocławiu (oprac. Roman Loth) z powodu ówczesnej cenzury kilka utworów poetyckich Lechonia nie zamieszczono. Do ostatnich korekt, tj. do 1988 r., nie było możliwości ich rewindykacji. Dopiero po roku 1989 zezwolono na ich publikację, gdy tom Poezji był już gotowy do druku. W tej sytuacji, wiersze te pojawiły
się w formie aneksu. Niech to świadczy o czasach jeszcze nieodległych, w których trzeba było nam żyć.
- Źródła pseudonimu Leszka Serafinowicza należy szukać w jego dziecięcej fascynacji poezją Juliusza Słowackiego, a w szczególności Lillą Wenedą. Pierwszy z trzech synów legendarnego króla Lecha nosił imię Lechoń. Dopatrywano się i tego, że imię Leszek przez matkę zdrabniane było jako "Lecho".
- Podczas wieczorów muzyki i poezji Jana Lechonia często jestem pytana, czy nie napisał on żadnego "wesołego lub lżejszego" wiersza? Z opublikowanych 147 wierszy w tomie Poezje tylko kilka jest w tonie nieco lżejszym. Jeden z nich to "Bajka warszawska", napisana jesienią roku 1955. Poeta opisuje tu "przegadaną" przygodę Leopolda ("Poldzia") Staffa w toni Wisły z "panną z rybią łuską koło ud".
- Bibliografia:
- Książki:
- Jan Lechoń: Dziennik. Red. Roman Loth. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1992-1993.
- Jan Lechoń: Poezje. Red. Roman Loth. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, 1990.
- Jan Lechoń: O literaturze polskiej. Red. Paweł Kądziela. Oficyna Wydawnicza Interim, Warszawa, 1993.
- Jan Lechoń: Portrety ludzi i zdarzeń. Red. Paweł Kądziela. Biblioteka "Więzi", Warszawa, 1999.
- Jan Lechoń: American Transformations. Ed. Clark Mills. Voyager Press, New York, 1959.
- Księga gości Jana Lechonia. Red. Beata Dorosz. Polski Instytut Naukowy w Ameryce i Wydawnictwo ALGO, Toruń, 1999.
- Józef Adam Kosiński: Album rodzinne Jana Lechonia. Wyd. Czytelnik, Warszawa, 1993.
- Stanisław J. Kowalski: Jan Lechoń jako redaktor i publicysta w okresie nowojorskim. Red. Wydawnictw Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin, 1996.
- Maciej Patkowski, Beata Dorosz: Lechoń Nowojorski. Wyd. Piast, Nowy Jork-Warszawa, 1999.
- Mały Słownik Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Praca zbiorowa pod red.
Bolesława Klimaszewskiego. Wyd. Interpress, Warszawa 1993
- Andrzej Zawada: Dwudziestolecie literackie. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 1998.
- Artykuły:
- Wiadomości, Londyn:
- Stanisław Baliński, Mieczysław Grydzewski, Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin, Juliusz Sakowski: "Pamięci Lechonia", Wiadomości, 31/539, 29 VII 1956.
- Marian Hemar: "List o Lechoniu", Wiadomości, 30/538, 22 VI 1956.
- Aleksander Janta: "O rysunkach i brulionach Lechonia", Wiadomości, 3/720, 18 I 1960.
- Ziemowit Karpiński: "Lechoń jako aktor", Wiadomości, 51-52/1394-1395, 17/24 XII 1972.
- Witold Mieczysławski: "Spotkanie z Poetą", Wiadomości, 23/427, 6 VI 1954.
- Kazimierz Wierzyński: "Ostatnie dni Lechonia" (list do Mieczysława Grydzewskiego), Wiadomości, 23/1732, 10 VI 1979.
- Przegląd Polski (dodatek społeczno-kulturalny do Nowego Dziennika), Nowy Jork:
- Marek Baterowicz: "We mnie jest wszystko?", Przegląd Polski, 11 VI 1999.
- Anna Bernat: "Wrześniowe dramaty pisarzy", Przegląd Polski, 17 IX 1999.
- Beata Dorosz: "Jan Lechoń w kręgu PIN-u", Przegląd Polski, 2 VII 1999.
- Beata Dorosz: "Pierwszy rok odysei Jana Lechonia", Przegląd Polski, 2 VI 2000.
- M.K. Dziewanowski: ?Kawiarnie literackie przedwojennej Warszawy?, Przegląd Polski, 22 X 1999.
- M.K. Dziewanowski: "Szopka polityczno-obyczajowa w Polsce lat 1918-1939", Przegląd Polski, 14 I 2000.
- Ewa Kara: "Gabinet Lechonia", Przegląd Polski, 25 VI 1999.
- Ewa Kara: "Teatr Niny Polan", Przegląd Polski, 17 XII 1999.
- Marek Klecel: "Ostatni 'Bal u senatora'", Przegląd Polski, 29 X 1999.
- Krystyna S. Olszer: "Lechoń zapomniany", Przegląd Polski, 11 VI 1999.
- Maciej Patkowski, Beata Dorosz: Przegląd Polski, "Mazowieckie kapliczki", 2 II 2001.
- Nota o autorce:
Liliana Osses Adams – harfistka. Mając cztery lata wystąpiła obok rodziców w filmie zrealizowanym przez jej kuzyna-etnografa Adama Glapę pt: "Wieczornica ludowa - Zaślubiny u Jakubowskich", który jest unikalnym dokumentem konspiracyjnym z czasów okupacji. W wieku siedmiu lat rozpoczęła naukę w Konserwatorium Muzycznym w Poznaniu, następnie w średniej szkole muzycznej i w Akademii Muzycznej w Poznaniu, której jest absolwentka. Karierę harfistki rozpoczęła w Filharmonii Poznańskiej pod dyr. Roberta Satanowskiego (w zastępstwie chorej nauczycielki harfy). W latach 1964-1972 była pierwszą harfistką Filharmonii Szczecińskiej pod dyr. Józefa Wiłkomirskiego, z którym odbyła europejskie tournée artystyczne w charakterze solistki. W 1972 r. została zaangażowana do Opery Cesarskiej w Teheranie. W 1978 r. z mężem, Amerykaninem Bruce Meredith Adams, opuściła Iran (w przeddzień rewolucji islamskiej) i osiedliła się w Kalifornii. W latach 1979-1986 przebywała w Riyadh, Arabia Saudyjska, a następnie w Wiedniu, gdzie na zamówienie Prof. Dr. Helmuta Riessberger'a dokonała nagrań na harfę solo dla Radia Austriackiego ORF. W 1986 r. powróciła do Stanów Zjednoczonych. Mieszka w Kalifornii. Kontynuuje pracę w charakterze harfistki i prowadzi prywatne studio muzyczne. Zajmuje się propagowaniem muzyki i polskiego słowa na obczyźnie.
Jest członkiem m.in: American Harp Society, American Federation of Musicians, California Music Teachers' Association. Jej biogram ukazał się w licznych wydaniach Who's Who in the USA, w Cambridge, UK oraz w Polonia 2000, Paryż. Jej prace dokumentacyjne dotyczące historii harfy w Polsce oraz historii opery i baletu w Iranie znajdują się w US Library of Congress, Washington, DC.

Wiersze Jana Lechonia i teksty o nim zamieszczone w Zwojach:
Copyright © 1997-2007
Zwoje