
W 45. rocznice smierci Poety
J A N L E C H O N
POETA ROMANTYCZNY

LILIANA OSSES ADAMS
Dedykuje Mojej Ukochanej Mamie
Jan Lechon w swojej bibliotece, Nowy Jork, 1954
Jednym z najwybitniejszych tworcow w literaturze polskiej okresu miedzywojennego Dwudziestolecia byl Jan Lechon (1899-1956). Juz od pierwszych zbiorow wierszy Karmazynowy poemat i Srebrne i czarne z lat 1920-1924 uznano go za klasyka.
Czeslaw Milosz w The History of Polish Literature (University of California Presss, Berkeley, 1983), stwierdza: "W calej polskiej poezji wspolczesnej jego [Lechonia] krysztalowy, zimny wers wydaje sie zblizac najbardziej do klasycznego rygoru".
A sam Poeta w wierszu Jablka i astry z roku 1943 napisal:
"Spokojnie pisz do konca swe wiersze klasyczne,
Ktore wtedy sa dobre, gdy cierpisz w milczeniu."
Tworczosc Jana Lechonia utrzymana w klasycznej formie, zawierajaca wiele pierwiastkow charakterystycznych dla epoki Romantyzmu, byla silnie zwiazana z romantyczna tradycja literacka. Romantyczni tworcy poszukiwali zarowno prawdy o rzeczywistosci ziemskiej: prawdy realnej, wyczuwalnej i widzialnej, jak i prawdy-idei: niedostepnej ludzkim zmyslom, prawdy nierealnej, ponadczasowej, uniwersalnej. Odpowiedz na te dwie prawdy stawiala ich w wiecznym konflikcie uczuciowym. Romantyczny bohater byl zawsze istota osamotniona, rozdarta miedzy niebem a ziemia, walczaca z Bogiem lub Go poszukujaca, byl obezwladniony Kordianowskim "chciec i nie moc". Nie przeszkadzalo to jednak, aby romantyczny poeta kreowal siebie na przywodce narodu, proroka, wieszcza zdolnego wszystko przeniknac, znajacego tajemnice i bol istnienia. Pomagala mu w tym rozbudowana wyobraznia, nieskrepowane natchnienie poetyckie, graniczace czesto z patosem, oraz nieustajaca tesknota za legendarna przeszloscia Polski, tej wielkiej i szlacheckiej, z krolami, arrasami i starymi portretami.
- ROMANTYCZNOSC
Juz pozar zlotych lisci noc jesienna gasi
I charty zasypiaja na starym arrasie,
Prababki na portretach i krolowie Sasi
Znikaja wposrod zmierzchu. Smutno w takim czasie.
Nad woda wiatr przegina wierzb garbatych palki,
Za oknami zawieja i rozmokla droga.
Biedni ci, co nie moga uwierzyc w rusalki,
Ani w duchy, we wrozby, ani w Pana Boga!
(1952)
Marmur i roza, 1954
|
W piatek 8 czerwca 2001 minelo 45 lat od tragicznej samobojczej smierci Jana Lechonia w Nowym Jorku. Nie jest to rocznica z serii "okraglych", czczonych ku pamieci zmarlych. Moze zaciekawic zbieznosc, ze wlasnie tegoroczne nazwy dni miesiaca czerwca pokrywaja sie z tymi sprzed 45 lat. Prosze przyjac zaproszenie na spotkanie z poezja Poety, ktorego zycie dobieglo do ostatecznego konca na bruku ulicy przy hotelu Henry Hudson w Nowym Jorku. Smierc zwyciezyla zycie! Zakonczyla sie walka pomiedzy aniolami, pomiedzy demonami...
"...bo czym jest duch anielski, przy szatanskiej sile..."
Najcenniejszym dokumentem do poznania zycia Jana Lechonia, jego pracy tworczej, wewnetrznych zmagan i zawodow, pogladow i nastrojow, przemyslen i zludzen jest rozpoczety w dniu 30 sierpnia 1949 r. Dziennik, [1]. To zapewne symboliczna data - w przeddzien 10. rocznicy wybuchu Drugiej Wojny Swiatowej. Trzytomowe dzielo - "kolubryna" - jak nazywal je Autor, to siedmioletni zapis wspomnien czlowieka o beznadziejnie skomplikowanym zyciu osobistym - owianym do dzisiaj doza tajemnicy - udreczonego tworcza niemoca, niespelnieniem pokladanych w nim nadziei. To bardzo wazny dokument emigracyjnego zycia. To obsesyjna walka czlowieka osamotnionego, obezwladnionego choroba nerwicowa, walka z dopadajacymi znienacka atakami depresji, blagalne nawolywania o sile, modlitwe, otuche, wizja nadchodzacej smierci na wygnanczej ziemi, powtarzajace sie sielskie obrazy polskiego krajobrazu, zakatkow i ulic Warszawy, pomnikow, kosciolow i ulubionych Lazienek. To swego rodzaju "konfesjonal" literacki, spisywany w zdyscyplinowaniu, choc pod koniec zycia z niejakim trudem; to zapiski Artysty, ktoremu przyszlosc objawiala sie obrazami wspomnien z przeszlosci. Dziennik spelnial takze role terapeutyczna: codzienne notatki na jego kartach pomagaly samopoczuciu Poety, przywracaly mu poczucie rownowagi i stabilnosci psychicznej. Ostatni zapis jest na tydzien przed smiercia.
Dziennik moze dostarczyc nam odpowiedzi na pytania: jakim byl Leszek Serafinowicz - nazwany "cudownym dzieckiem"; opinia, ktora pozniej miala bardzo powaznie zawazyc na jego zyciu i tworczosci; jakim byl Jan Lechon - poeta romantyczny, malo znany, nieomal zapomniany, a niegdys nazwany "wieszczem Drugiej Emigracji."
Oto krotka strofka:
Genialne dziecko poezji
W domu przez matke
"drugim Slowackim" nazwany -
To czarujacy Protagonista,
Pelen werwy, olsniewajacy Skamandryta,
Natchniony Poeta romantyczny,
Tradycjonalista zakamienialy z wyboru,
Epigonski liryk, przystrojony laurem Klasyka.
(Liliana Osses Adams,
maj 2001)
* * *
Leszek Jozef Serafinowicz urodzil sie 13 marca 1899 w Warszawie w rodzinie od wielu pokolen zasiedzialej inteligencji warszawskiej, szczycacej sie rozleglymi kontaktami towarzyskimi, naboznie prawie pielegnujacej tradycje narodowe. Ojciec Poety, Wladyslaw Serafinowicz (1860-1938), pochodzil z rodu Serafinowiczow herbu Pobog. Matka Poety byla Maria Niewieglowska (1864-1942) pochodzaca z rozgalezionego roku Niewieglowskich herbu Jastrzebiec.
Matka Lechonia ukonczyla pensje wujenki Zofii z Hundiusow Raczynskiej i podjela tam prace jako nauczycielka, nastepnie byla wychowawczynia w slawnej szkole zenskiej Jadwigi Sikorskiej, pozniej pracowala w kancelarii Panstwowego Instytutu Pedagogicznego, wreszcie w sekretariacie Politechniki Warszawskiej.
Jan Lechon zanotowal w Dzienniku pod data 13 IV 1950: "Matka moja ani na chwile nie polubila mojej tzw. kariery dyplomatycznej i nie mowila ze mna nigdy o niej. Zadne moje esseye, poboczne roboty nigdy jej nie interesowaly. Przez cale zycie chciala tylko jednego - abym byl "drugim Slowackim". Pod data 23 VI 1950 jest taki zapis: "Moj ojciec byl czlowiekiem przecietnym jako zdolnosci, ale niezwyklym jako charakter, jako wiara w piekne hasla: poswiecenie, altruizm, patriotyzm, praca spoleczna. Poswiecajac dla nas wszystko, nie zyskiwal przez to nawet naszej wdziecznosci... Ostatnia posada ojca Lechonia bylo stanowisko intendenta w Domu Schronienia Starcow im. sw. Ducha i Panny Marii na warszawskim Nowym Miescie przy ul. Przyrynek 4.
Wladyslaw i Maria Serafinowiczowie mieli trzech synow: najstarszym byl Zygmunt Serafinowicz (1897-1971), pozniejszy pedagog i dyrektor Zakladu dla Ociemnialych w Laskach pod Warszawa, z ktorym laczyla poete dozgonna i wieczna milosc; bracia spoczywaja obok siebie na cmentarzu w Laskach; drugim synem byl Leszek Jozef Serafinowicz (1899-1956) - przyszly poeta Jan Lechon, a najmlodszym Waclaw Serafinowicz (1901-1946), pozniejszy powiesciopisarz i scenarzysta filmowy. Rodzina zmieniala nie tylko adresy; pracujac zawodowo ojciec i matka czesto zmieniali posady. Od wczesnych lat dziecinnych, w pokojach urzadzonych po staroswiecku siadywal Leszek, genialne dziecko o slabych nerwach. Wyrosl wkrotce na egzaltowanego mlodzienca, rozmilowanego w romantycznej przeszlosci Polski. Zaglebiony byl w ksiazkach, interesowal sie teatrem, spedzal wieczory na lekturze wieszczow. W roku 1967 starszy brat, Zygmunt, wspominal na lamach Tygodnika Powszechnego: "Ksiazki, sztychy, obrazki - to byl swiat, w ktorym Leszek zyl i czul sie chyba najlepiej." Wspomnienia z dziecinstwa i jeden z rodzinnych adresow to w owych czasach modna i ruchliwa ulica Mokotowska.
- MOKOTOWSKA PIETNASCIE
Nad obce wielkie miasto zmrok zapada obcy,
Stoje w oknie i patrze, jak wolno snieg proszy.
Ach! bylo to tak dawno, kiedy, mali chlopcy,
Bieglismy przez Warszawe, rozcierajac uszy!
Po tylu odtad latach czyz jestem tak inny?
Gdy wszystko lezy w gruzach, mnie zdaje sie tylko,
Ze znowu sie otworzy nasz pokoj dziecinny
I powiem: "Ja stad przeciez wyszedlem przed chwilka".
To przeciez moja Matka szyje reka drobna
I widza pochylony cien Ojca na scianie,
Co nocami odrabia robote osobna,
Za ktora dla nas wszystkich ma kupic ubranie.
(1944)
Aria z kurantem, 1945
|
W roku 1950 w Nowym Jorku Poeta napisal jeszcze jeden wiersz - wspomnienie Warszawy i czasow dziecinstwa, ktory zadedykowal przyjacielowi z lat szkolnych Stanislawowi Balinskiemu, (1899-1984), poecie, dyplomacie i kompozytorowi. Po tragicznej smierci Jana Lechonia, Stanislaw Balinski wyglosil przez Radio Wolna Europa osobiste wspomnienie "Pamieci Lechonia - Melodie Dziecinstwa", ktore zostalo opublikowane w Wiadomosciach (Londyn, 29 VII 1956) oraz napisal wiersz Lechon. Oto fragment wspomnien przyjaciela Poety dotyczacy cytowanego ponizej wiersza:
"Poznalismy sie z Leszkiem na lekcjach spiewu. (...) Zapamietalismy to spotkanie i potem, jako dorosli, wspominalismy je nieraz na pol ze smiechem, na pol z rozczuleniem. Lechon uwielbial polskie piesni ludowe, umial na pamiec przerozne dumki, kantyczki i mazurki. Powiedzial mi kiedys (...), ze ilekroc mysli o Kraju, mysli zawsze jakby w kategoriach melodii polskich, ktore znal od dziecka."
- STARA WARSZAWA
Dobra Parka raz jeszcze nawleka swa igle
I jeszcze wciaz nie wierzysz, ze w koncu nic przetnie.
Nic jeszcze nie chce zegnac, lecz juz widze swietnie
To wszystko, co stracone i co niedoscigle.
Jedna mgla wiec zachodza: milosc nie dzielona,
Mnie tylko znane winy, smieszna zluda slawy.
I tylko zlote slonce, co nade mna kona,
Zywszym blaskiem oswieca dach starej Warszawy.
Czuje, plynie przez okno zapach dawnych kwietni,
Widze meble pluszowe, jedwabne poduszki,
A ja, z Stasiem Balinskim, obaj siedmnioletni,
Spiewamy w chorze dzieci piosenke Moniuszki.
(1950)
Marmur i roza, 1954
|
Do ulubionych piesni Poety nalezala Piesn wieczorna; znal on wszystkie piesni Moniuszki, czesto spiewal je ochryplym nieco glosem. W wierszu tym powracaja stare rekwizyty, bibeloty, pluszowe meble, jedwabne poduszki - wszystko to co poglebia tesknote, meczy Poete, ale i przynosi ulge. Dzieciece fascynacje i wczesne urzeczenia zapamietane z opowiesci matki ksztaltowaly nie tylko osobowosc przyszlego tworcy, ale - jak rzadko to bywa - nie zmienily sie w latach pozniejszych.
W roku 1951 Jan Lechon napisal wstrzasajacy wiersz o Warszawie, ktory pierwotnie opublikowany w Wiadomosciach (Londyn, 1951) zostal wlaczony w roku 1954 do cyklu Marmur i roza. Z powodu sytuacji cenzuralnej w Polsce zostal opublikowany w aneksie tomu Poezje (1990) [2].
- WIERSZ DLA WARSZAWY
Kiedy snieg cicho proszyl zimowa pogoda
I smutnie nad dachami gaslo slonce krwawe,
Z pomnika, wzniesionego za najezdzcy zgoda,
Mickiewicz zamyslony patrzal na Warszawe.
Owiany zimnym wiatrem, wiejacym od Wisly,
Wonia lisci zeschnietych i trupiego gnicia,
Przenikal wszystkich ludzi najskrytsze zamysly
I mury, ktorych nigdy nie widzial za zycia.
Patrzac w Zamku krolewska, potrzaskana glowe,
W kosciotrupy kosciolow jak potworne sztolnie,
Mierzyl to, co zrobilo Herculanum nowe,
Ktore na smierc meczenska poszlo dobrowolnie.
Ujrzal lune nad miastem i wiezienne kraty,
Okrucienstwa nie znane ludzkiej wyobrazni
I slyszal, kiedy cichly moskiewskie armaty,
Azeby swym milczeniem dopomoc tej kazni.
I jako Bog w dzien Sadu mieczem Archaniola,
Wodzac wieszcza swa reka na lewo i prawo,
Oddzielil tych, co milczac nie ugieli czola,
Od tych, co sa narodu skorupa plugawa.
I wtedy w sercu z brazu zadrgal wielki temat,
Ktorego nikt poza nim godnie nie wypowie
I w tym wichrze od Wisly rozpoczal poemat:
"Warszawo wiecznie wolna, Ty jestes jak zdrowie".
(1951)
Poezje, 1990, Aneks
|
W latach 1907/1908 Leszek Serafinowicz rozpoczal nauke w szkole wstepnej im. Stanislawa Staszica z polskim jezykiem wykladowym, a od roku 1911 przeniosl sie do szkoly im. Emiliana Konopczynskiego, z obowiazkowa lacina. Program szkoly, ktora pozniej Poeta okreslil jako "szkole filologiczna", odpowiadal jego "zamilowaniom i zdolnosciom". Bardzo wczesnie zaslynal jako szkolny poeta. W grudniu 1912 ukazal sie w Warszawie nakladem ojca pierwszy tomik wierszy Na zlotym polu. W roku 1914 ukazal sie nastepny tomik wierszy pietnastoletniego Leszka Po roznych sciezkach, ktory zadedykowal: "Leopoldowi Staffowi, poecie mysli i czynu."
Zbiorki te, skladajace sie z 37 wierszy, od ktorych po latach Poeta odzegnal sie, surowo je oceniajac, opublikowane zostaly pod pseudonimem Jan Lechon [3]. Powstaly one pod wplywem mlodzienczych lektur, zainspirowane byly poezja Adama Asnyka i Leopolda Staffa. Zawieraly juz pewne upodobania do motywow, takich jak jesienny pejzaz ogrodu, deszcz ktory placze, ksiezyc, stare obrazy i rekwizyty, porcelanowe figurynki, zegary z kurantem, ktore pozniej powtarzac sie beda w calej tworczosci, przeobrazone w doskonalsza forme i ksztalt poetycki.
W czerwcu 1916, Lechon zdal mature (dzieki sciagaczce z matematyki) i jesienia tegoz roku rozpoczal studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego, ktorych jednak nie ukonczyl. Natomiast wlaczyl sie z zapalem w burzliwe zycie studenterii warszawskiej. Stal sie jednym z filarow czasopisma akademickiego Pro arte et studio, a nastepnie zalozycielem kawiarni poetow Pod Picadorem i grupy poetyckiej Skamander. Zyskal rozglos jako swietny mowca. 25 listopada 1916 wyglosil przemowienie pozegnalne ku czci wtedy zmarlego Henryka Sienkiewicza.
Jesienia roku 1918 Brygadier Jozef Pilsudski, przyszly Marszalek Polski, stal sie bohaterem, czczonym przez wielu Polakow, symbolem Polski Niepodleglej. Po wydarzeniach listopadowych, Lechon napisal poemat Pilsudski, z monumentalnym ale i wzruszajacym zakonczeniem, w. 46-62:
- PILSUDSKI
....................................................................
Az nagle na katedrze zagrali trebacze!!
Mariackim zrazu cicho spiewaja kurantem,
A pozniej, pozniej biela, pozniej amarantem,
Pozniej dziela sie biela i krwia i szalenstwem,
Wyrzucaja z trab radosc i milosc z przeklenstwem,
I dlawia sie wzruszeniem, i plakac nie moga,
I nie chrypia, lecz sypia w tlum radosna trwoga -
A ranek, mrozny ranek sypie w oczy switem.
A konie? Konie wala o ziemie kopytem.
Konnica ma rabaty pelne galanterii.
Lansjery-bohatery! Czolem kawalerii!
Hej, kwiaty na armaty! Zolnierzom do dloni!
Katedra oszalala! Ze wszystkich sil dzwoni,
Ksieza ida z katedry w czerwieni i zlocie,
Biale kwiaty padaja pod stopy piechocie,
Szeregi za szeregiem! Sztandary! Sztandary!
-----------------------------------------------------------
A On mowic nie moze! Mundur na nim szary.
(1918)
Karmazynowy poemat, 1920
|
Dzien 11 listopada 1918 roku byl dla Jana Lechonia wstrzasem oszalamiajacym, "dniem nieprzytomnym z emocji, rozwalonych nerwow." Byly to poczatki obezwladniajacej choroby nerwowej, ktora w powazny sposob skomplikowala jego dalsze zycie. Po dniach "chodzenia z karabinem" zglosil sie do pracy wojskowej, i w roku 1919 siedzial "jako kancelaryjna oferma na placu Saskim."
Wiersz Do Wielkiej Osoby skierowany byl do Jozefa Pilsudskiego. Pierwotnie wydrukowany w Tygodniku Polskim (Nowy Jork, 1944) wlaczony zostal do tomu wierszy Aria z kurantem, wydanym na emigracji w roku 1945. W komunistycznej Polsce pozostawal na indeksie cenzury do roku 1990.
- DO WIELKIEJ OSOBY
O Ty, cos sie na chwile nie rozstawal z chwala!
Pamietam maj w Paryzu i wieczor upalny,
Gdy nie chcial nikt uwierzyc w to, co juz sie stalo,
I kiedy szedlem plakac pod Luk Tryumfalny.
Jam odtad nigdy Twego nie wzywal nazwiska,
Lecz jak Cie dzis nie wolac, gdy Wilno sie pali
I milion znow bagnetow wsrod drog naszych blyska,
I slychac znow w Warszawie armaty Moskali.
Wiec znowu idz przed nami, Ogromna Osobo,
I patrzaj w ciemna przyszlosc przez swe oczy siwe,
A my znowu w nieszczesciu idziemy za Toba,
Azeby znowu czynic rzeczy niemozliwe.
(1944)
Poezje, Aneks, 1990
|
Slawa Jana Lechonia jako wschodzacej gwiazdy polskiej poezji, jego powodzenie i podziw u publicznosci zapoczatkowane zostaly w kawiarni poetyckiej Pod Picadorem 29 listopada 1918 r.
W dwa tygodnie po odzyskaniu niepodleglosci w Warszawie, na Nowym Swiecie pod nr. 57 rozpoczela swoja dzialalnosc kawiarnia, w ktorej odbywaly sie turnieje poetow, muzykow i malarzy. Na wolnej estradzie, za 5 marek wstepu, kazdy z ulicy mogl czytac swoje wiersze, ale rej wodzili mlodzi, utalentowani, pelni uroku i blyskotliwego dowcipu poeci: Jan Lechon, Antoni Slonimski, Julian Tuwim, Jaroslaw Iwaszkiewicz i Kazimierz Wierzynski - przyszla "wielka piatka" poetyckiej grupy Skamander. W dniu inauguracji, dziewietnastoletni Jan Lechon odczytal swoj poemat Mochnacki, ktorym przeszedl do literackiej legendy tamtych lat. Po latach, Julian Tuwim wspominal, ze kiedy Lechon "drzacy i blady skonczyl recytacje, zerwala sie pierwsza w Polsce burza oklaskow na czesc poezji." Antoni Slonimski wyznal ze "ten blady, wysoki mlodzieniec, wyglaszajacy wzruszonym glosem swoj wiersz w zatloczonej kawiarni, byl jednym z najpiekniejszych widokow jakie zdarzylo mu sie ogladac." Mowiono, ze od tego wieczoru pojda "dymy po calej literaturze".
Jan Lechon czytajacy wiersze.
U dolu od lewej: Jaroslaw Iwaszkiewicz, Mieczyslaw Grydzewski, Kazimierz Wierzynski,
Antoni Slonimski, Julian Tuwim.
(rys. Feliks Topolski, 1942)
Poeta z dnia na dzien stal sie ulubiencem stolicy i nastepnie salonow w Polsce. Po latach, zaszczyty te i "swiatowosci" z wielka pedanteria pielegnowal najpierw w Paryzu, a pozniej w Nowym Jorku. Po smierci Lechonia, Mieczyslaw Grydzewski nazwal Mochnackiego "wierszem pokolenia i wierszem dwudziestolecia."
Tytulowym bohaterem poematu Mochnacki jest Maurycy Mochnacki (1803-1834), wybitny dzialacz polityczny, krytyk muzyczny i pianista o duzym talencie improwizatorskim. W dniu 23 marca 1832 Mochnacki wzial udzial w Metz w koncercie charytatywnym dla ubogich w Lotaryngii. Wiersz Lechonia, ktory powstal jesienia roku 1918, jest osnuty na tym fakcie. Ukazujac improwizacje pianisty, Poeta swiadomie nawiazuje do opisow gry koncertowej w wielkiej literaturze romantycznej, jak chocby koncert Jankiela w Panu Tadeuszu. Jest to poetycka wizja Lechonia, ktora w akcie improwizacji widziala najwyzszy akt tworczy i spontaniczny wyraz natchnienia.
- MOCHNACKI
W r. 1832 Maurycy Mochnacki
koncertowal w Metzu.
Mochnacki jak trup blady siadl przy klawikordzie
I z wolna jal probowac akord po akordzie.
Juz sciany pelnej sali w zoltym tona blasku,
A tam w kacie kirasjer w wyzlacanym kasku,
A tu blizej won perfum, dam strojonych sznury,
A wyzej, na galerii - milcz serce! - mundury.
Tylko jeden krok maly od sali go dzieli,
Krok jeden przez wglebienie dla miejskiej kapeli -
On wie, ze okop hardy w tej przepasci rosnie,
Wiec skryl sie za okopem i zagra o wiosnie.
Rozpedzil blade palce swiergotem w wiolinie
I maly, smutny strumien spod reki mu plynie.
Raz w raz rosa po bialej pryska klawiaturze
I raz po raz w wiolinie kwitna polne roze.
Rosna. Wieksze, smutniejsze, pelniejsze czerwienia,
Coraz nizej i nizej, uschna, w bas sie zmienia!
Nie. Rowno, rowno rosna w jakis smutny taniec,
Rozdrgana klawiature przeblagal wygnaniec,
I nagle sie rozplakal po klawiszach sztajer,
Az poszedl szmer po sali, sali biedermeier.
Glupio, sennie, bezmyslnie kreci sie i kreci.
Jakies mysli chce straszne wyrzucic z pamieci,
Do piersi jakas biala przytulil piers drzaca
I czuje tuz przy piersi nieznosne goraco,
I tysiac swiatel w oczach, w czyjejs twarzy dolki,
I zapach bialej sukni, ubranej w fijolki.
Nagle zloty kirasjer poruszyl sie w kacie,
Sto mysli, jak kanonier, stanelo przy loncie,
Stu spojrzen obcej sali przeszyly go miecze,
Wstyd idzie ku estradzie - czuje, jak go piecze.
Wiec do basu ucieka i tepo wen tlucze,
Po tym tancu szalonym niech rece przeplucze,
Z tych czerwonych, duszacych roz otrzasa platki,
Rozsypuje po sali tysiaczne zagadki,
W sto znakow zapytania, sto szmerow niecheci,
Nie pyta. Juz jest w basie. Juz tam sie wyswieci.
Raz, dwa, trzy, cztery - wali. Niechaj mu otworza,
Niechaj wyjda z choragwia, wyjda z Matka Boza,
Niech mu konskie kopyta przeleca po twarzy
I niechaj go postawia gdziekolwiek na strazy:
Na ulicy stac bedzie z karabinem w dloni...
...Slyszy sala: ktos, idzie, ostrogami dzwoni -
Ostroga spial melodie, a akompaniament
Szaleje, krzyczy w basie, rosnie w straszny zamet -
Ku sali bagnetami juz mierzy, Juz blisko -
I ton jeden uparcie wybija - nazwisko!!!
Wciaz czyste, w rozszalale wplatuje sie glosy
I wali, wali w basie murem Saragossy,
Oszalalych Hiszpanow wyciem, darciem, jekiem
I znow wraca ku gorze zalzawionym dzwiekiem -
W mazurze - nie - w mazurku ida wszystkie pary,
By cala klawiature owinac w sztandary.
Zatrzymali sie wszyscy w srebrzystych kontuszach,
A klawikord im ducha rozplomienia w duszach
I wzdluz dlugich szeregow przewija pas lity,
Tysiac glow podgolonych podnosi w blekity
I wszystkie karabele jedna ujal dlonia,
I uderzyl w instrument ta piekielna bronia,
Az struna sie ugiela, ta w gorze, placzliwa.
I cisza jest w wiolinie.Cisza przerazliwa.
Po martwej, glupiej strunie, po fijolkow woni,
Po czyichs smutnych oczach, jakiejs bialej dloni,
Jakichs swiatlach po nocy i szeptach w komorze,
Po ksiezycu, po gwiazdach - moj Boze! moj Boze! -
Gdzies sie gubi i zwija, przeciera pas lity,
Po ksiezycu, po gwiazdach, po Rzeczpospolitej.
Po sali idzie cisza przerazliwa, blada
I obok tegich boszow w pierwszym rzedzie siada.
Wzrok wlepia martwy, slepy, w jakis punkt na scianie
I patrzy w Mochnackiego, kiedy grac przestanie.
A on, blady jak sciana, placze, zrywa tony
I kolor spod klawiszy wypruwa - czerwony,
Az wreszcie wstal i z hukiem rzucil czarne wieko
I spojrzal - taka straszna, otwarta powieka,
Az spazm ryknal, strach podly i z miejsc sie porwali:
"Citoyens! Uciekac! Krew pachnie w tej sali!!!"
(1918)
Karmazynowy poemat, 1920
|
Zachowaly sie rowniez fragmenty niedokonczonego duzego poematu dramatycznego Lechonia pt. Godzina przestrogi. Lechon byl ponadto autorem satyrycznych tekstow i piosenek w szopkach "Picadora" i "Cyrulika Warszawskiego". Byl urzeczony teatrem. W mlodosci walczyl w recenzjach z brakiem gustu w warszawskich teatrach; znany jest jego udzial w manifestacji Skamandrytow w Teatrze Polskim przeciw kontuszowo-sarmackiej szmirze Pani Chorazyna Krzywoszewskiego. Teatr poza poezja byl wielkim umilowaniem Lechonia, a sam w zyciu bywal takze... teatralny. W biedermeirowskim fraku lubil przychodzic na prywatne kostiumowe baliki pozujac na Mochnackiego.
Z pikadorskich czasow pozostal obraz malarza Romana Kramsztyka (1885-1942) przedstawiajacy Jana Lechonia czytajacego swoje wiersze, odzianego z nonszalancja warszawskiej cyganerii, w charakterystycznej pozie z palcem uniesionym w gore.
Gdy kawiarnia Pod Picadorem zostala zamknieta w marcu 1919, artystyczno-literackie towarzystwo przenioslo sie do "Ziemianskiej", gdzie przy stoliku na pieterku urzedowali Skamandryci, otoczeni uwielbieniem Warszawy. 6 grudnia 1919 Jan Lechon przemowil w imieniu nowo zorganizowanej grupy, wyjasniajac nazwe Skamander, pochodzaca od rzeki oplywajacej Troje. "Skamander - mowil - jak Wisla, oplywac bedzie Warszawe broniac wrogom dostepu i dajac napoj spragnionym." Pierwszy numer miesiecznika Skamander, pod redakcja Mieczyslawa Grydzewskiego ukazal sie w styczniu 1920. W tym samym czasie zostala wydana ksiazka poetycka Jana Lechonia Karmazynowy poemat (Wydawnictwo Jana Mortkowicza, Warszawa, 1920). W siedmiu utworach karmazynowego cyklu o "ksztalcie poematowym" Poeta przywoluje romantyczna historie narodowa, mowi w nich o Polsce i polskosci, uwypukla swoje ambicje wypowiadania sie o zbiorowych doswiadczeniach narodu.
* * *
Zapewne jeszcze w czasach szkolno-akademickich pojawila sie w zyciu Lechonia pierwsza milosc - Wanda Serkowska, corka warszawskiego przemyslowca. Byla to milosc nie odwzajemniona i gleboko przezyta przez Poete. Jan Lechon, marzyciel, fantasta o pobudliwym usposobieniu uczuciowym, przedstawiac bedzie milosc w barwach ciemnych i tonacji smetnej, wrecz tragicznej; bedzie to milosc, ktora nie "uskrzydla", ale dziala jak nigdy nie dajace sie ukoic nienasycenie. Bedzie to szukanie szczescia nieosiagalnego; beda to pragnienia "szalonej i wznioslej milosci". Obawa jednak calkowitego odtracenia: "Ty nigdy mna nie bedziesz, a ja nigdy Toba" pojawi sie w wierszu Zazdrosc, z cyklu "Siedem grzechow glownych".
- ZAZDROSC
Jest mi dzisiaj zle bardzo, jest mi bardzo smutno,
Mysli mam zwiedle, chore, jak kwiaty na grobie.
Za oknem wisi niebo niby szare plotno,
Nie moge cie dzis kochac i myslec o tobie.
Miedzy nami jest przepasc, przepasc niezglebiona,
I chocbysmy wykochac po brzeg dusze chcieli,
To wszystko, co nas laczy, jest milosc szalona,
A wszystko co jest prawda, na wieki nas dzieli.
Wiem teraz: to jest jasne jak slonce na niebie,
I musi skonac serce pod ciezka zaloba,
Bo nigdy cie nie wezme na wiecznosc dla siebie,
Ty nigdy mna nie bedziesz, a ja nigdy toba.
(1924)
Srebrne i czarne, 1924
|
Potrzebe milosci a zarazem smutek z jej niespelnienia odnajdziemy w kilku wierszach, z ktorych ponizszy, zapewne z roku 1924, przypisany jest Wandzie.
- NA NIEBO WYPLYWAJA BIALYCH CHMUREK ZAGLE...
Na niebo wyplywaja bialych chmurek zagle,
Od twojej plynie strony niebieska fregata
Nie do mnie, nie od ciebie. I poczulem nagle,
Ze juz nigdy nie bedzie, jak zeszlego lata.
Noc przyjdzie ksiezycowa i w twoim ogrodzie
Na srebrnej trawie cienie ulozy ogromne.
A pozniej bedzie kola rysowac na wodzie,
Gdy bedziesz szla ogrodem nie za mna, nie do mnie.
Srebrne i czarne, 1924
|
Obawiajac sie realnych sytuacji, Poeta probowac bedzie ze wszech miar zdobyc "wladze" nad innymi przez pozostawienie po sobie trwalego sladu pracy tworczej. Uczucia osob o takim typie osobowosci sa objawem chorobliwym i charakteryzuja osobowosc neurotyczna a w konsekwencji prowadza do stanow niemocy, do narastajacej izolacji od otoczenia, calkowitego zamkniecia sie w sobie, do "straszliwej samotnosci". Swoja niespelniona mlodziencza milosc pojmowal Poeta jako analogiczna z milosna porazka Mickiewicza; niespelnienie i cierpienia milosne to udreki romantycznego bohatera.
- APOKRYF
Twych ust przeciagla slodycz, smak nie do nazwania,
Twych oczu glab bezdenna, smutek przerazliwy,
I glos Twoj monotonny, gleboki a tkliwy,
To wszystko mnie ku tobie, zwatpialego, sklania.
I kiedy twoje usta ustami otwieram,
Czuje, jakbym mej duszy znow otwieral blizny,
I pije z nich te slodkie, duszace trucizny,
Z ktorych moc mam do zycia, od ktorych umieram.
Lecz czego chce najwiecej, umykasz mi zdradnie
I kiedy jestem z toba o szarym wieczorze,
Caluje twoje oczy i widze w nich morze.
Serce twe jest jak perla. Lezy w morzu na dnie.
(1923)
Z wierszy rozproszonych
|
Potwierdzeniem, ze Jan Lechon urodzil sie w poniedzialek 13 marca jest ponizszy wiersz. Astrologia przypisuje ksiezycowi szczegolny wplyw na zycie osob urodzonych w poniedzialek. Chociaz niektore zrodla biograficzne podaja date urodzenia Lechonia na 13 czerwca, Poeta za zycia prostowal te omylke, twierdzac, ze urodzil sie pod znakiem Zodiaku Ryby. Ksiezyc wywiera szczegolny wplyw na znak Ryby i osoby urodzone w marcu sa z reguly nadwrazliwe, religijne, konserwatywne, godne zaufania, ale z odcieniem podejrzliwosci, sa pyszne choc dobrego serca. Szczera przyjazn, szczytne idealy, umilowanie piekna i szlachetne czyny - oto charakterystyczne cechy Ryby, ktore, "pasuja jak ulal" do charakteru Jana Lechonia.
- PONIEDZIALEK
Bije dwunasta. Zaczyna sie dzien
Mego planety ksiezyca.
Wkolo ta sama co zawsze ulica,
Kolo mnie codzienny moj cien.
Do domu ide w ksiezycowej smudze,
Ale to nie jest moj dom, ja wiem;
Bog jak do Pawla powie do mnie:
"Twoje zycie jest snem,
I ja cie z niego obudze".
(1942)
Z wierszy rozproszonych
|
Wiersz ten powstal w Nowym Jorku. Poeta zapewne celowo operowal poetyckim nastrojem - jak chocby ksiezycem - boc pod data 12 I 1950 r. zanotuje w Dzienniku: "ksiezyc to moja od mlodosci obsesja". Te same nastrojowe motywy jak: noc lub poswiata ksiezycowa, jesienny pejzaz parku, staroswieckie rekwizyty i bibeloty przewijac sie beda jako leitmotiv przez prawie wszystkie lata poetyckiej tworczosci. Natomiast odwolywanie sie do romantycznych mitow przeszlosci narodowej, "iscie romantyczne opetanie Polska" - oto centralne przeslanie Poety, testament ogromnej milosci do ojczyzny, wyidealizowany obraz kraju ojczystego, obraz nie pozbawiony jednak stereotypowego o nim wyobrazenia. Z latami dojda do glosu rozbudzone i poglebiajace sie uczucia religijne. Wiersze Poety beda oscylowac pomiedzy dwoma swiatami: zmyslowym i subtelnym, metafizycznym i abstrakcyjnym, ziemskim i nadprzyrodzonym. Zauwazymy takze oslabiona zdolnosc odrozniania samego siebie od otaczajacej rzeczywistosci oraz poglebiajace sie przekonanie, ze czlowiek zdany jest na pastwe dramatycznych zmagan z samym soba, na "pastwe losu". Czlowiek nie swiadomy "istoty" rzeczy, nie rozumiejacy, nie pojmujacy otaczajacych go zjawisk, jest tylko igraszka tych sil nadprzyrodzonych.
- NOKTURN
Coz ja jestem? Lisc tylko, lisc, co z drzewa leci.
Com czynil - wszystko bylo pisane na wodzie.
Lisc jestem, co spadl z drzewa w dalekim ogrodzie,
Wiatr niesie go aleja, w ktorej ksiezyc swieci.
Jednego pragne dzisiaj: was, zimne powiewy!
Wiec nies mnie, wietrze chlodny, nie pytajac po co,
Pomiedzy stare sciezki, zapomniane krzewy,
Ktore wszystkie rozpoznam i odnajde noca.
W ostatniej woni lata, w powiewie jesieni
Niech padne pod strzaskany ganek kolumnowy,
By ujrzec te, com widzial, podniesione glowy
Wsrod teraz pochylonych, zamyslonych cieni.
Uciszaj, srebrna nocy, cala ziemie spiewna!
A ja padne na trawe, wilgotna od rosy,
Lub bede muskal cicho niegdys zlote wlosy,
Ktorych dzis juz koloru nie poznalbym pewno.
(1943)
Aria z kurantem, 1945
|
Te dwa swiaty: swiadomy i podswiadomy, tocza ciagla walke w ludzkiej duszy. Procesy psychiczne, ktore przebiegaja poza nasza swiadomoscia to senne marzenia, to nawiedzajace nas przeczucia i intuicja, to nie kontrolowane emocje, jak we fragmencie wiersza Grobowiec na Harendzie (w.1-8):
Kto sny miewa, ten wszystkie granice przekroczy,
Zaczely szumiec drzewa, ledwom zamknal oczy:
Brzozy drzace pod lisci sypiacych sie worem,
Wielkie buki plonace czerwonym kolorem
I zlotymi pieniedzmi osypane klony.
Tak przez sen uslyszalem szum z dalekiej strony,
Jak kiedy tum sie wielkim choralem rozspiewa.
Szczesliwy, pomyslalem, ten ktory sny miewa. (...)
|
Bezsilnosc wobec otaczajacego nas swiata; zdanie czlowieka "rzeczom samym w sobie", istnienie nieznanych poteg, ktore rzadza swiatem i kieruja losami czlowieka; niemozliwosc przenikniecia najglebszej istoty tego, co istnieje; niemozliwosc pojecia "rzeczy niepojetej" - oto zapewne filozoficzny poglad Poety. Pod data 21 X 1952 r. znajdujemy nastepujacy zapis w Dzienniku: "Napisalem wiersz dwuzwrotkowy Ojcow. Gdybym mial sadzic po moim wzruszeniu, bylby to bardzo piekny wiersz. Ale, byc moze, po prostu bylem rozklekotany."
Jan Lechon w dziecinstwie kilkakrotnie spedzil lato z rodzina w Ojcowie. Wspomnienia tych pierwszych, zapewne szczesliwych, dzieciecych przezyc, gdy wszystko wydaje sie wielkie, misterne i nie osiagalne, czesto powracaja w zapisach w Dzienniku, a w wierszu Ojcow zostaja skonfrontowane z mysla, ze w zyciu wlasciwie nic nie mozna zrozumiec.
- OJCOW
Cos we mnie mowi ciagle: "Zbieraj wreszcie plony,
Rzadz sie w koncu madroscia, juzes sie wyszumial".
Nie slucham tego glosu. Wciaz bardziej zdziwiony,
Zyje tylko ta mysla, zem nic nie zrozumial.
I na dnie kazdej prawdy widze rzeczy ciemne,
I w kazdej slysze ciszy okrzyk nieprzebrzmialy.
Wszystko wciaz mi sie zdaje wielkie i tajemne,
Jak pagorki Ojcowa, kiedy bylem maly.
(1953)
Marmur i roza, 1954
|
Nie ma u Lechonia optymistycznej wizji swiata. Wprost przeciwnie. Jego swiat, od pierwszych poematow historycznych ze zbioru Karmazynowy poemat z roku 1920 to najpierw obraz wypelniony dramatycznymi sprzecznosciami losu narodu polskiego, jego okrutnym przeznaczeniem i historia. Pozniej w tomiku Srebrne i czarne z roku 1924 dojda do Lechoniowego obrazu swiata refleksje o wszechludzkim cierpieniu i bolu, o tajemnicy bytu i losu czlowieka zagubionego i osamotnionego, o milosci i smierci, o wrecz beznadziejnosci istnienia. Juz w tym okresie, wiersze mlodego Poety beda zrodlem ciaglej egzaltacji lirycznej i patriotycznej, a proces ich tworzenia to bedzie "dar"otrzymany od Boga, ktory w polaczeniu z forma "poezji czystej", stanie sie przezyciem mistycznym, albo "wzruszeniem metafizycznym" bedacym ostatecznym celem poezji.
Jan Lechon - romantyczny poeta, wrazliwy mlodzieniec, poszukiwal wciaz wlasnego "ja," ktore to, ze sporym wysilkiem, staral sie odnalezc na dnie kleski. Dla osobowosci neurotycznej poszukiwanie "ja idealnego" staje sie wyrocznia i drogowskazem w postepowaniu. Natomiast istnienie "ja realnego" bywa czesto ignorowane.
- SPRZECZKA
Juz zimny dzien jesienny zaczyna omdlewac
I w myslach szukam ksztaltu twej drogiej postaci,
I bol, co mna nurtuje, wszechwladna moc traci.
Pojdziemy do ogrodu. Nie warto sie gniewac.
Patrz, ksiezyc nad jezioro zza chmury wyplywa,
W milczeniu stoi ogrod jak mlekiem oblany,
I tylko czasem z trzaskiem pekaja kasztany.
Wsluchajmy sie w te ziemie; jest chyba szczesliwa.
W akacje plynie fala zimnego przewiewu -
Ach! niechaj nas przeplywa, ach! niechaj w nas wieje.
I niechaj nas oczyszcza, jak z lisci aleje -
Nas, slepych na swa milosc, pobladlych od gniewu.
(1923)
Srebrne i czarne, 1924
|
PYTASZ, CO W MOIM ZYCIU Z WSZYSTKICH RZECZA GLOWNA...
- Pytasz, co w moim zyciu z wszystkich rzeczy glowna,
- Powiem ci: smierc i milosc - obydwie zarowno.
- Jednej oczu sie czarnych, drugiej - modrych boje.
- Te dwie sa me milosci i dwie smierci moje.
- Przez niebo rozgwiezdzone, wposrod nocy czarnej,
- To one pedza wicher miedzyplanetarny,
- Ten wicher, co dal w ziemie, az ludzkosc wydala,
- Na wieczny smutek duszy, wieczna rozkosz ciala.
- Na zarnach dni sie miele, dno zycia sie wierci,
- By prawdy sie najglebszej dokopac istnienia -
- I jedno wiemy tylko. I nic sie nie zmienia.
- Smierc chroni od milosci, a milosc od smierci.
(1923)
Srebrne i czarne, 1924
|
Tomik poetycki Srebrne i czarne (Wydawnictwo Ignis, Warszawa, 1924) zawierajacy dwadziescia wierszy, spotkal sie z rownie entuzjastyczna krytyka i rozglosem jak Karmazynowy poemat, ale ukazal Poete zupelnie innego: tworce pesymistycznej refleksji, osnutej wokol "bolu istnienia" oraz "milosci i smierci", szczegolnie smierci, ktorej motyw towarzyszyc mu bedzie do konca. W tym okresie u Lechonia zaobserwowac mozna poglebiajace sie poczucie niesprawnosci psychicznej, brak zainteresowania swiatem zewnetrznym i calkowite skupienie sie na swoich doznaniach. Nasilaja sie bowiem objawy choroby nerwowej, ktore marcu 1921 doprowadza do proby samobojstwa. Odratowany po zatruciu sie weronalem, po kilku miesiecznej kuracji najpierw przez Dr. Nelkena [zamordowany pozniej w Katyniu], a nastepnie w sanatorium psychiatrycznym Dr. Piltza w Krakowie, powraca Poeta do swoich prac codziennych, normalnych zajec "wyleczony, wesoly i usmiechniety". I choc leczenie psychiatryczne stanie sie wkrotce tematem jego niezliczonych anegdot i dowcipow w stylu "nie zrobicie ze mnie wariata", to jednak pozostanie on juz na zawsze czlowiekiem o wyolbrzymionej wrazliwosci, romantycznym szalencem o niekontrolowanej emocji, czlowiekiem cierpiacym na manie samobojcza, szarpanym urojonymi lekami, rozpaczliwie szukajacym rownowagi psychicznej, o kaprysnych reakcjach neurastenika. Ale obok tego wyrozniac sie bedzie jeszcze jedna cecha osobowosci Poety: jego otwartosc na ludzkie sprawy. Powtarzano czesto opinie, ze "mial czas i dobre slowo dla wszystkich". Zapewne osiagnieta niezwykle szybko slawa i rozlegle kontakty towarzyskie skomplikowaly i skrzywily jego psychike. "Fascynowal on lub bulwersowal, nie pozostawiajac nikogo obojetnym" - tak wspominal Poete jego przyjaciel Zdzislaw Czermanski, autor portretu Lechonia i kilku znanych karykatur.
Jan Lechon, Nowy Jork, ok. 1953.
(rys. Zdzislaw Czermanski)
Warszawskie lata Lechonia zapoczatkowane wspanialym debiutem poetyckim obfitowaly takze w liczne sukcesy oratorskie, publicystyczne, eseistyczne, satyryczne i redaktorskie. Poza tym czesto wystepowal na forum publicznym, przemawial na uroczystosciach zalobnych, np. na uroczystym pogrzebie Stefana Zeromskiego (1925), albo z okazji swiat panstwowych. Bedac sekretarzem polskiego PEN-Clubu organizowal glosne wizyty zagranicznych pisarzy, m.in. Tomasza Manna. Jako czlonek komitetu sprowadzenia do Polski zwlok Juliusza Slowackiego byl obecny przy ekshumacji prochow na paryskim cmentarzu Montmartre (14 VI 1927) i towarzyszyl trumnie az na Wawel. Wspomnieniem jest wiersz Wlosy Slowackiego. Odbyl tez kilka podrozy po Europie i zamieszkal w szwajcarskim hotelu, w ktorym Slowacki napisal Kordiana. Natomiast Mickiewicza utrwalil w dwoch wierszach: Mickiewicz zmeczony i Smierc Mickiewicza. W tych latach Poeta bedzie zyc zyciem bardzo intensywnym, w rozlicznym towarzystwie, ktore bedzie kontynuowac w nastepnych przystaniach: w Paryzu, Brazylii i Stanach Zjednoczonych.
Pierwszy zjazd poetow u Ludwika Hieronima Morstina
w Plawowicach pod Krakowem, 1928.
W pierwszym rzedzie od lewej: Maria Morstin-Gorska, Julian Tuwim, Leopold Staff,
Maria Pawlikowska Jasnorzewska, Ludwik Hieronim Morstin, Jaroslaw Iwaszkiewicz;
w drugim rzedzie od lewej: Nina Morstinowa, Jozef Wittlin, Antoni Slonimski, Jan Lechon,
Emil Zegadlowicz, Zofia Starowieyska-Morstinowa.
Od wieku 25 lat nastapilo u Lechonia prawie dwudziestoletnie poetyckie milczenie. Przyczyny tego sa nielatwe do wyjasnienia, chociaz bywaja roznie interpretowane. Z pewnoscia powodem byl permanentny brak czasu i wygorowana ambicja poetycka. Pisal byl mniej od innych - a po nim najwiecej sie spodziewano. Obezwladnienie ciezarem rosnacej wokol niego legendy i narzucona mu rola "drugiego Slowackiego" zalamaly Poete i "wytracily mu pioro z reki".
Niecodzienna decyzje Jana Lechonia opuszczenia Polski mozna poznac z dwoch wspomnien: Jaroslawa Iwaszkiewicza w Ksiazce moich wspomnien oraz z Dziennika Poety.
Jaroslaw Iwaszkiewicz pisze:
"Kiedys wyznal mi Lechon, ze ostateczna decyzja wyjazdu na stale za granice nastapila po nieprzespanej nocy, podczas ktorej wyliczal osoby w calej Warszawie, z ktorymi jest na "ty". Gdy doszedl do trzystu nazwisk, postanowil porzucic Warszawe".
A sam Poeta zanotowal pod data 25 IV 1953:
"Najwazniejsze zdarzenia naszego zycia, zycie i smierc, zaleza nieraz od pozornie blahych wypadkow, od decyzji, nad ktorymi sie nie zastanawiamy. W r. 1930 znudzony dwudziestoma laty przegadanymi w kawiarni - na raz, ni stad, ni zowad powiedzialem na pol-pietrze w "Ziemianskiej", ze jade do Paryza. Nieoczekiwanie wzieto to na serio i tak mnie zaczeto o ten wyjazd dopytywac, ze zdecydowalem, iz musze chocby na pare miesiecy pojechac..."
W kwietniu 1930, Jan Lechon pozegnal sie z Krajem. Juz nigdy do ojczyzny nie powrocil.
Po roku pobytu w stolicy Francji, od 1 maja 1931 Jan Lechon zostal pracownikiem ambasady polskiej, gdzie pelnil funkcje attaché kulturalnego. Zajmowal sie propaganda kultury polskiej na Zachodzie, wystepowal oficjalnie w imieniu Poselstwa Polskiego. Byly to "lata pisania mow do ambasadorow". W okresie tym napisal bodajze tylko cztery wiersze, ale publikowal szkice literackie o pisarzach polskich i francuskich, pisywal artykuly do czasopism w Polsce, glownie reportaze lub eseje o Francji i Paryzu. Byl takze wspolautorem libretta do trzeciego obrazu baletu Harnasie Karola Szymanowskiego, ktorego premiera, z udzialem slynnego tancerza Serge Lifar'a na scenie paryskiej Grand Opera w roku 1936 byla wielkim sukcesem. Razem z kompozytorem, z ktorym laczyla poete szczera przyjazn, planowano nowy balet Powrot Odysseusza. Niestety, planow tych Lechon nie zrealizowal, jak zreszta i wielu innych. Napisal tylko szkic pt. Balet polski wydrukowany w Wiadomosciach.
Serge Lifar, Karol Szymanowski i Jan Lechon
w okresie przygotowan do wystawienia Harnasiow, Paryz 1936.
* * *
Wybuch Drugiej Wojny Swiatowej i szok druzgocacej kleski wrzesniowej; swiadomosc cierpien narodu, jego chwaly i bohaterstwa wyzwolila nowe emocje, domagajace sie poetyckiego ksztaltu. Jan Lechon powrocil do liryki. Na wiosne roku 1940, jeszcze w Paryzu, napisal Grob Agamemnona z tragicznym wersem 17-18:
"Patrz! jakis orzel znakomity
Ze srebrnych skrzydel trzesie krew."
14 czerwca 1940 wojska hitlerowskie wkroczyly do Paryza. Führer paradowal na Champs-Élysées. W ostatniej chwili, w panice Jan Lechon opuszczal stolice Francji pozostawiajac za soba wspomnienia dziesieciu lat spedzonych w ustabilizowanej sytuacji materialnej, wspomnienia kariery dyplomatycznej i towarzyskiej, polaczonej z krytykowanym snobizmem oraz mieszkanie wypelnione pamiatkami, obrazami i ksiazkami. Kleska Francji okazala sie symboliczna i patetyczna kleska calej kultury europejskiej; dla Polakow szczegolnie, bo wciaz jeszcze zywe byly romantyczne tradycje pokolenia Wielkiej Emigracji roku 1831.
Jana Lechonia wojenna tulaczka wiodla do Ameryki Poludniowej ? Gombrowiczowskim "transatlantyckim szlakiem", jak i wielu polskich artystow i tworcow. Z Paryza przedarl sie do Hiszpanii a nastepnie do Portugalii, gdzie dotarli juz Kazimierz Wierzynski, Jozef Wittlin i Tuwimowie. Po denerwujacych oczekiwaniach na wize, w dniu 27 lipca 1940, razem z Julianem Tuwimem i jego zona wyplynal statkiem Angola do Brazylii. 4 sierpnia statek zawinal do Rio de Janeiro. Tam Lechon znowu spotkal przyjaciol Skamandrytow i polskich artystow, jak Jana Kiepure i Witolda Malcuzynskiego. Liczne polskie kawiarnie zapelnialy sie polskimi uchodzcami, majacymi zludzenie, ze sa u siebie, w Warszawie. Dla wielu pobyt w Brazylii byl tylko przejsciowym, upokarzajacym etapem, i oczekiwaniem na wize do USA. Poznym latem 1941, po wielkich staraniach - cierpiacy, mimo milego przyjecia w Brazylii, na dotkliwa samotnosc, zwlaszcza, ze Tuwimowie, Wierzynscy i Czermanscy byli juz w Nowym Jorku - Jan Lechon przybyl do Nowego Jorku.
Wiersz Rio de Janeiro, pelen spokojnego rytmu, choc ze smutna pointa - Lechon uchodzil za mistrza konstruowania finalowej pointy - powstal prawdopodobnie juz w Stanach Zjednoczonych.
- RIO DE JANEIRO
Natura jako slonce stanela w zenicie,
Ziemia, niebo i morze razem wznosza pean.
Jak dywan srebrnej piany, blyszczacy w blekicie,
Rozwija sie i zwija przepyszny ocean.
Posrod kwiatow jak drzewa i ptakow jak kwiaty
Zapachow tajemniczych tren plynie bogaty,
W powietrzu roznobarwnych roj zawisl motyli.
Wiec wzrok swoj uteskniony podnosisz do gory
I wtedy widzisz niebo, prawdziwe, bez chmury,
I wszystko, cos przecierpial, zapomnisz w tej chwili.
A wieczor, kiedy zmroku zapada zaslona,
Otwarte widzisz nagle ogromne ramiona,
Co z nieba blogoslawia smugami srebrnemi
Te ziemie czarodziejska, jak ogien zaklety,
To miasto fantastyczne i bledne okrety,
Co wioza smutnych ludzi, wygnanych z swej ziemi.
(1942)
Z wierszy rozproszonych
|
W roku 1941 Poeta osiedlil sie na stale w Nowym Jorku, gdzie przezyl ostatnich pietnascie lat zycia "nedznych" i "burzliwych". Otrzymane jeszcze podczas wojny stypendium Funduszu Kultury Narodowej oraz praca w placowkach Ministerstwa Informacji i Dokumentacji Rzadu Polskiego, zapewnily mu egzystencje. W latach 1952-1956 pracowal w nowojorskim studio Radia Wolna Europa.
Jan Lechon w swoim mieszkaniu, Nowy Jork, 1954
W przedmowie do Dziennika Roman Loth pisze: "Swiadomy swego wychodzczego losu, majac do wyboru rozne scenariusze akceptacji wybral ten, ktory okreslic mozna jako 'emigranckie getto,' jako 'bycie Polakiem w Nowym Jorku'." I choc Poeta interesowal sie literatura, teatrem, sztuka i kinem amerykanskim, to zainteresowania te ograniczaly sie do koniecznej "orientacji w temacie" w zgodzie z intelektem czlowieka wybitnego, pozbawionego jednak checi jakiejkolwiek integracji socjalnej. W swoich wierszach Lechon nadal nawiazywal do wielkich tradycji narodowych, jak w Karmazynowym poemacie, ale czyny romantycznych bohaterow utozsamial teraz z bohaterstwem polskiego zolnierza, jego walka, poswieceniem i nadziejami. Odnotowac mozna niezwykla popularnosc jego "wojennych" wierszy, takich jak: Marsz Drugiego Korpusu, Monte Cassino, Matka Boska Czestochowska, Laur Kapitolu, ktore byly czytane w obozach polskich zolnierzy i cywilow od Bombaju przez Teheran, Bagdad do obu Ameryk.
Spowiedz Wielkanocna, odwazny wiersz-oskarzenie jednostki i narodu zostal opublikowany w aneksie tomu Poezje z powodu cenzury obowiazujacej w Polsce do roku 1990.
- SPOWIEDZ WIELKANOCNA
Czyz nie cud to, czys jeszcze nie zdal sobie sprawy,
Ze to Bog ciebie wybral, ze On cie ocalil,
Zes jak tylu nie zginal na murach Warszawy,
Nie rozerwal cie granat i mur nie przywalil?
Zes pozniej nie utonal we krwi polskiej rzece,
Zes nie szedl przez Europe o zebranym chlebie
I ze cie ominely Oswiecimia piece,
Choc tylu w nich splonelo. I lepszych od ciebie.
Zes wlasnymi rekami dzieci swych nie chowal,
I ciala ci moskiewskie nie szarpaly kleszcze?
Jak to? I za to wszystko Bogu-s nie dziekowal?
Jakze musisz wen wierzyc, ze Go prosisz jeszcze!
(1951)
Poezje, Aneks, 1990
|
Jan Lechon wiedzial, ze historia sie powtarza a bieg zdarzen jest nieodwracalny, wiedzial takze, ze nie poptrafi wyleczyc sie z pewnych stanow emocjonalnych. W wierszach jego odnajdujemy patos i rozbudowana wyobraznie; sa ciagle powroty pamiecia do lat przeszlych, do melancholijnie powtarzajacych sie wspomnien, ktore wedlug Poety ocalic moga te przeszlosc, za ktora teskni.
- OD ZALU NIE UCIEKNIESZ, NIE UJDZIESZ GORYCZY...
Od zalu nie uciekniesz, nie ujdziesz goryczy,
I kazda twa pociecha - to widmo przeszlosci.
Ach! czegoz sie spodziewa i na coz to liczy
Kazdy z nas, co na tyle patrzal nikczemnosci?
I tylkos jest zdziwiony, ze jeszcze cie wzrusza
To drzewo cale w kwiatach, rozowy wschod slonca,
I zyjesz, aby twoja niesmiertelna dusza,
Co dane jej przecierpiec, cierpiala do konca.
Coz z tego, ze cos kochal - przemija jak dymy,
Ze po tych, co odchodza, zal serce ci tloczy.
My z starym Sofoklesem spokojnie patrzymy
Na ten widok, na ktory chcialbys zamknac oczy.
(1941)
Lutnia po Bekwarku, 1942
|
Wreszcie w wielu wierszach Lechonia przebija ubolewanie a nawet rozpacz nad losem emigranta. Wydaje mi sie, ze wlasnie polscy emigranci, rozsiani po calym swiecie, najbardziej wczuwaja sie w te poezje, bowiem odnajduja w niej odbicie wlasnych nastrojow - trosk i zalaman, nadziei i wiary.
- HYMN POLAKOW Z ZAGRANICY
Jedna jest Polska, jak Bog jeden w niebie,
Wszystkie me sily jej skladam w ofierze.
Na cale zycie, ktore wzialem z Ciebie,
Caly do Ciebie, Ojczyzno, naleze.
Twych wielkich mezow przyklad doskonaly,
Twych bohaterow wielbie swiete kosci,
Wierze w Twa przyszlosc pelna wielkiej chwaly,
Potegi, dobra i sprawiedliwosci.
Wiem, ze nie ucisk i chciwe podboje,
Lecz wolnosc ludow szla pod Twoim znakiem,
Ze nie ma dziejow piekniejszych niz Twoje
I wiekszej chluby nizli byc Polakiem.
Jestem jak zolnierz na wszystko gotowy
I jak w Ojczyznie, tak i w obcym kraju
Czuwam i strzege skarbu polskiej mowy,
Polskiego ducha, polskiego zwyczaju.
Z narodem polskim na zawsze zwiazany,
O kazdej chwili to samo z nim czuje.
Do wspolnej wielkiej przyszlosci wezwany,
Wszystkim Polakom braterstwo slubuje.
(1936)
Z wierszy rozproszonych
|
Wiersz ten powstal zapewne w Paryzu, natomiast wiersz Piosenka jest kontynuacja powracajacej Lechoniowej tesknoty i trwogi oraz wizji samotnej smierci na wygnaniu, na obcej ziemi.
- PIOSENKA
Droga Warszawo mojej mlodosci,
W ktorej sie dla mnie zamykal swiat!
Chce choc na chwile ujrzec w ciemnosci
Dobrej przeszlosci
Popiol i kwiat.
Zanim mnie owa ciemnosc pochlonie,
Twoich ogrodow chce poczuc won.
Niechaj Twych ulic wiatr mnie owionie,
Poloz Twe dlonie
Na moja skron!
Jak kiedys zapach bzowych galazek
Wsrod kropli rosy i slonca lsnien,
Tak inny z Toba marze dzis zwiazek:
Starych Powazek
Gleboki cien.
Marze, ze Ty mi zamkniesz powieki,
Lecz chocbym z ciezkich nie wrocil prob,
Bede Ci wierny, wierny na wieki
Az po daleki
Wygnanczy grob.
(1951)
Marmur i roza, 1954
|
W wielu wierszach z czasow nowojorskich Poeta powracal pamiecia do dziecinstwa i mlodosci, do dawnych realiow i rekwizytow, salonow i bibelotow, polskiego pejzazu, do znanych motywow "sielskich i anielskich", do marzen i, przede wszystkim, nadziei na powrot do ojczyzny - jak prawie wszyscy emigranci. Z wyjatkiem jednego... Jana Lechonia, ktory wlasciwie nigdy nie myslal o powrocie na stale do Polski. Jak dawniej, uprawial on liryke nawiazujaca do doswiadczen osobistych, ale podbudowana silnym akcentem religijnym. Niepokojacym natomiast jest poglebiajace sie poczucie winy: "Jest we mnie ciagle poczucie, ze zyciem swym zdradzam jakas swietosc." Ta "swietosc" - to podswiadome pragnienie, aby ukazac sie sobie samemu takim, jakim chcialoby sie byc, tzn. soba idealnym; to prosba, aby nie sprzeniewierzac sie sobie, ani swej poezji, ktora przeciez zbyt czesto juz zdradzal dla urokow wielkiego swiata.
- POEZJA
Ogrod, z ktorego jesien wszystkie zdarla wdzieki,
Drzew wierzcholki strzaskane, bielejace kosci,
Marmurowy Apollo bez glowy i reki
I podarte sztandary szumiace w ciemnosci.
Milosc, ktora jak wicher przez dusze przewiala,
Lzy pila, jak zwierz byla, co krew nasza chleptal,
Wiarolomne przysiegi, ktores mi szeptala,
Zaklecia, w ktorem wierzyl i sam je podeptal.
A nad owa otchlania, gdzie sie razem stacza
Zlo i dobro i w trupiej rozklada sie plesni,
Glos sie wznosi, co wszystko wskrzesza i przebacza:
"Ach! musi umrzec w zyciu, co ma powstac w piesni.
(1952)
Marmur i roza, 1954
|
* * *
Mimo pozorow normalnosci zycie Poety stawalo sie coraz bardziej skomplikowane. Nieprzejednany wobec rezimu komunistycznego w Polsce - tych "sowieckich zaborcow", zbulwersowany podpisaniem przez przyjaciol poetow, Slonimskiego i Tuwima (ktorzy wrocili do kraju), czolobitnosci dla dekretu Stalina z roku 1949 o literaturze tzw. realizmu socjalistycznego, wreszcie odnalezione po wojnie i sprowadzone z Paryza, po prawie dziesieciu latach, pamiatki, ksiazki i plotna - wszystko to ugruntowalo decyzje pozostania w Nowym Jorku, w miescie, ktore go fascynowalo, a zarazem draznilo. Poeta czesto powtarzal, ze: "Nowy Jork nie jest moim domem." Zdawal sobie sprawe z niemozliwosci powrotu, wiedzial, ze "emigranci nie wracaja".
Jan Lechon i Kazimierz Wierzynski, Long Island, NY, ok. 1955.
Przyjaznie nawiazane jeszcze w mlodosci, za czasow Skamandrytow, przetrwaly dlugie lata, szczegolnie z Kazimierzem Wierzynskim, ktory pozostal mu wierny przez 37 lat, a w Nowym Jorku otaczal go szczegolna troska, a w koncu zajal sie jego pogrzebem.
Chociaz bardzo dluga przyjazn Lechonia z Julianem Tuwimem skonczyla sie za sprawa socrealistycznych wierszy Tuwima pisanych po jego powrocie do komunistycznej Polski i chociaz nastapilo miedzy nimi bolesne rozdarcie, Lechon zdawal sie rozumiec dramat wyborow Tuwima, zalowal go i nigdy go otwarcie nie potepil. W dwa dni po smierci Tuwima, Jan Lechon 29 grudnia 1953 rozpoczal pisac wiersz Tuwim - bolesny i wzruszajacy - ktory ukonczyl dopiero po roku.
- TUWIM
Widze wlosy Twe siwe i twarz Twoja ostra,
I reke, co jak wioslo odbija od jawy.
Snujesz oto sie noca, nieszczesny Cagliostro,
Pustymi ulicami nie Twojej Warszawy.
Od wichury wiecznosci porwanymi zmysly
Chcesz wchlonac z nowych ulic czas zmarlych zapachow,
Wsrod swiatel nowych latarn, co na nich rozblysly.
Wznosisz wzrokiem szalonym cienie dawnych gmachow.
I placzesz, bo deszcz, slyszysz, ciecze z starej rynny,
I sam jeszcze nie wierzac, ze nikt Ci nie wzbroni -
Wyciagasz dlon swa w mroku, przestepco niewinny,
Do podanej z daleka znowu bratniej dloni.
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Coraz czestsze trudnosci w pracy tworczej sprawily, ze Lechon pisal zamowiony esej o Tuwimie przez prawie caly rok. W posmiertnie opublikowanych rozwazaniach o poezji Tuwima (Wiadomosci, Londyn, 28 pazdziernika 1956), Poeta napisal w zakonczeniu:
"... wierzymy gleboko iz na nadziemskim sadzie rozwazana bedzie przede wszystkim klasa Tuwima jako poety i ze ostateczny na niego wyrok zalezec bedzie tez od tego czy przyzna mu sie tylko rowne miejsce wsrod rymujacych pisarzy czy tez odnajdzie sie w jego wierszach znamiona laski, czyniacej go poeta jedynym i niepowtarzalnym."
* * *
Niestety, z biegiem czasu nawiedzaly Poete coraz silniejsze stany depresyjne; bedac pod stala opieka lekarzy, uczeszczal na seanse psychiatrycze i byl leczony "zielonymi pigulkami", ktorych skladu mozemy sie tylko domyslac. Do poglebiajacych sie zalaman psychicznych doprowadzala go swiadomosc niemoznosci kontrolowania swojej sfery intymnej, co bylo przyczyna wielu dramatycznych sytuacji i stalego konfliktu uczuciowego.
- BIOGRAFIA
Z mych marzen niespelnionych, z mej dumy dzieciecej,
Z lez wylanych ukradkiem, o ktorych nikt nie wie,
Ze wszystkiego, com kochal - zostanie nie wiecej
Niz imie, scyzorykiem wyryte na drzewie.
Wiec czegom nie powiedzial - niech bedzie ukryte,
Mych listow i pamiatek niech splonie stos caly!
I tylko jeszcze wytne me serce przebite
I przy moim imieniu - twoje inicjaly.
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Mozna przypuszczac, ze inicjalem tym byly: "NO" - "Najdrozsza Osoba" - Aubrey Johnston, z ktorym laczyla Jana Lechonia wielka przyjazn i zwiazek uczuciowy, trwajacy az do smierci. W Dzienniku pod data 2 V 1951 jest taki zapis: "Jest to uczucie weszle mi juz w krew, wysublimowane do szczytow idealizmu i poswiecenia, a ukrywajace na dnie pieklo milosci."
* * *
W 1955 roku spelnilo sie marzenie Lechonia. Zostal aktorem; w polskim amatorskim teatrze Ziemowita Karpinskiego w Nowym Jorku zagral role Astolfa w Odludkach i poecie Fredry. W komediowej roli pozostal Lechoniem. Pisal Karpinski:
"Ciarki mi przechodza po skorze. To nie Astolf, a Lechon zionie jadem, oczy krotkowidza zawezily sie do cienkich szparek, rysy zaostrzyly sie, nabraly diabolicznego wyrazu, jest grozny, wypluwa z siebie jakby latami nagromadzona gorycz. (...) W scenie z mlodym poeta Edwinem jest szyderczy, zaczepny, napastliwy, studzi jego nadzieje ze zjadliwym sceptycyzmem."
Jan Lechon w roli Astolfa, Nowy Jork, 1955
Wbrew pozorom czy towarzyskim sukcesom , pomimo przebywania w "wielkim swiecie", na wspanialych balach, rautach, przyjeciach i proszonych kolacjach, od lat "swietujac w pieknym stylu" 19 marca, dzien sw. Jozefa (imiona Leszek nie wymieniano w kalendarzu), Jan Lechon byl w rzeczywistosci czlowiekiem "straszliwie samotnym". Przez wiele kart Dziennika przewijaja sie te dwa slowa: "Modle sie cala dusza na kolanach, abym wyszedl z tej straszliwej samotnosci." Przesladowalo go przeczucie zblizajacej sie smierci i obsesyjna mysl, ze pozostaje we wladzy "jakichs demonow wewnatrz".
Z wierszy Sad Ostateczny i Choralu Bacha slysze dzwieki... mozna przypuszczac, ze Poeta przygotowywal sie na "ostateczny rozrachunek z zyciem" juz w roku 1951, na piec lat przed tragiczna smiercia.
- SAD OSTATECZNY
Szczytne cnoty, dla ktorych gwarny swiat nas chwali,
Czyny, ktorych przykladem przyszlosc ma sie cwiczyc
I nasz honor kamienny, i wola ze stali
Na Sadzie Ostatecznym nie beda sie liczyc.
Odpadna z nas, pokryte przez tlumu oklaski
Uczynki milosierne, co slawe nam szerza,
I tylko pozostana te mroki i blaski,
O ktorych nikt z nas nie wie, czy od nas zaleza.
Wtedy wyda glab nasza, nareszcie odkryta,
Grzech, ktory cie przeraza, cnote, co cie wstydzi.
Gdy wokol szumi zycie, nikt o nie nie pyta.
Tylko milosc w nie patrzy, tylko Bog je widzi.
(1951)
Marmur i roza, 1951
|
- CHORALU BACHA SLYSZE DZWIEKI...
Choralu Bacha slysze dzwieki,
Na niebo ciagna szare mgly,
I wszystko mi juz leci z reki:
Milosc i rozkosz, prawda sny.
I w ktorakolwiek pojde strone,
Wszedzie jesienny chrzesci chrust.
A jeszcze nic nie zalatwione
I nie odjete nic od ust.
Patrz! Dzikiej rozy krzak serdeczny
W wichurze zeschly traci lisc.
Ach! I Sad jeszcze Ostateczny,
Na ktory trzeba bedzie isc.
(1952)
Marmur i roza, 1954
|
Im blizej bylo do tragicznej samobojczej smierci, tym wyrazniej Poeta jakby rozliczal sie ze swoja przeszloscia, wiedzac, ze przyszlosci juz nie zobaczy, jakakolwiek by ona byla...
- OSTATNIA MILOSC
Dawno zmarli mych marzen wierni towarzysze:
Poeci romantyczni, zapatrzeni w ciemnie,
Egerie w czarnych lokach - teraz noca slysze,
Bez zbytecznych pozegnan odchodza ode mnie.
Juz wczoraj mnie opuscil Wajdelota stary,
Ostatnim dylizansem odjechal Fantazy,
Na dziedzincu ulani zwijaja sztandary,
Ksiaze Jozef juz wydal odmarszu rozkazy.
Ksiezycowa poezji niech Was noc pochlania!
Za wszystko Wam dziekuje, lecz na nic tu placze,
Choc z nowa ma Maryla nie bedzie spotkania,
Bo teraz kocham przyszlosc, ktorej nie zobacze.
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Siedem miesiecy przed smiercia napisal ten oto piekny wiersz:
- ROZMOWA Z ANIOLEM
Dzis we snie mnie nawiedzil aniol polskiej doli
I plakal, szumiac w mroku skrzydlami srebrnemi,
Jak gdyby chcial powiedziec: "Umierasz powoli,
Samotny, tak daleko od rodzinnej ziemi".
- "Daleko? Co ty mowisz? Mnie wszystkie zapachy
Ogrodow i pol naszych codzien niosa wiatry,
We mnie, we mnie jest wszystko: mazowieckie piachy,
I jeziora litewskie, i Wisla, i Tatry!".
(1955)
Z wierszy rozproszonych
|
Obsesja milosci i smierci towarzyszyla Poecie przez wszystkie lata jego zycia [4].
* * *
Trudno to wszystko zrozumiec, te sprzecznosci jego osobowosci obdarzonej szczodra natura o niezwyklym temperamencie, czlowieka czarujacego, o niewyczerpanym dowcipie, z ktorym obcowanie rownoznaczne bylo z wyroznieniem towarzyskim. Trudno wyobrazic sobie Poete, ktory za niegdysiejszych czasow uchodzil za wzor elegancji i wykwintnych manier, a ktory na kilka miesiecy przed smiercia robil wrazenie "prawie widma" z pospiechem przemykajacego ulicami Manhattanu w staromodnym okryciu i w kapeluszu nasadzonym na rogowe okulary.
Ostatnim swoj wiersz, Poeta niemodny, Jan Lechon, napisal w listopadzie 1955. To bolesny rozrachunek ze swoja tworczoscia i samym soba.
- POETA NIEMODNY
Mowia mi: "Nic nie wskrzesi czasu co przezyty,
Wkrotce o nim i pamiec wsrod mlodych sie zatrze.
Zabieraj sobie swoje stare rekwizyty,
Bo nowa beda grali sztuke na teatrze".
Coz robic? Trzeba upic ambrozji sie flacha,
Co jeszcze mi zostala z mlodzienczych bankietow.
Wychodze z roza w reku, z ksiezycem pod pacha.
A reszte pozostawiam dla nowych poetow.
(1955)
Z Wierszy rozproszonych
|
W ostatnim tygodniu zycia Poeta robil wrazenie zupelnie roztargnionego, nie sypial u siebie w domu, nie odbieral telefonow i unikal spotkania z przyjaciolmi. Nie przyszedl do teatru na przedstawienie Czekajac na Godota [Samuela Becketta] mimo, ze mial bilety w kieszeni. Marian Hemar napisal z Montrealu dla Wiadomosci (Londyn, 22 lipca 1956) artykul - wspomnienie List o Lechoniu (datowany 13 czerwca 1956):
"We wtorek dostal dwa bilety na 'Waiting for Godot' (?) Pojechalem tam, na Broadway, zastalem go z Kaziem Wierzynskim. Zlapal sie za glowe, mowil, jak mu przykro, przeprasza wszystkich, ale wczoraj nie byl w teatrze i bilety sie zmarnowaly. Powiedzialem: nic sie nie stalo, bilety sa przecie na dzis! Leszek zmieszal sie, zaczal mnie prosic abym go wytlumaczyl, bo dzis tez nie pojdzie, nie moze. Musi wstac nazajutrz o szostej rano, nie moze przedtem zarywac nocy. (?) Bylismy w teatrze na tej wstrzasajacej, bezlitosnej sztuce, dwa miejsca obok naszych byly puste. Po przedstawieniu powiedzialem moim przyjaciolom: Wiecie, moze to lepiej, ze Lechon dzis z nami nie przyszedl. On, w swoim nastroju, po tej sztuce, popelnilby samobojstwo. (?) We srode mielismy wspolna audycje radiowa dla Kraju (?) Lechon, ktory prowadzil audycje wciaz mylil sie, mieszal, trzeba bylo przerywac nagranie, wracac, poprawiac (?). Po tej meczacej audycji znalazlem kilka minut na rozmowe z nim, na korytarzu (?) Spytalem szeptem czy czuje sie lepiej. Powiedzial: Tak, tak, tak (?) Objal mnie za szyje, pocalowal w policzek i krotko, skrzekiem jakims, zaszlochal. Pobiegl ku drzwiom windy." (...)
* * *
We srode, dwa dni przed tragicznym finalem - desperackim skokiem w objecia smierci z 14-go pietra hotelu Henry Hudson w Nowym Jorku - Jan Lechon wczesnym rankiem wyspowiadal sie. "Najciezszego grzechu" jednak nie wyjawil.
Ostatni zapis w Dzienniku jest z dnia 30 maja 1956, na tydzien przed smiercia: "Mozna zawsze znalezc w swej inteligencji, woli, sercu cos, co pomoze nam w walce z zyciem, ludzmi. Ale na walke z soba - jest tylko modlitwa."
Jozef Wittlin, blisko zaprzyjazniony z Janem Lechoniem przez 37 lat wspominal w Radiu Wolna Europa i w Wiadomosciach (29 VII
1956):
"Odkad nas opuscil w tak straszny sposob, jak gdyby spotegowala sie jego obecnosc wsrod nas. (...) I czyjaz to krew, do ktorej tlocza sie moje bezladne wspomnienia? To przeciez wlasna krew Leszka Serafinowicza, ktory w poezji byl Janem Lechoniem. To jego krew na nowojorskim asfalcie, tak daleko od [warszawskiego] Przyrynku nr. 4, tak strasznie daleko."
* * *
- TO, W CO TAK TRUDNO NAM UWIERZYC...
To, w co tak trudno nam uwierzyc,
Kiedys sie przeciez stanie jawa.
Wiec pomyslalem: chcialbym lezec
Tam gdzie moj ojciec - pod Warszawa.
Niech ci ta mysl sie nie wydaje
Ani maloscia, ni znuzeniem,
Z najwiekszym kocha upojeniem,
Kto sie z miloscia swa rozstaje.
I nagle widzisz: jest noc chmurna
I niebo polskie ponad nami,
I stary ogrod. A w nim urna
Z naszego zycia popiolami.
(1941)
Lutnia po Bekwarku, 1942
|
11 maja 1991 na cmentarzu Calvary w dzielnicy Queens na Long Island ekshumowano prochy Leszka Serafinowicza. Pochowano je - zgodnie z zyczeniem Poety - pod Warszawa, w Laskach. Jan Lechon spoczywa w rodzinnym grobie, obok ojca, matki i brata Zygmunta.
* * *
Dorobkiem poetyckim nowojorskiego okresu zycia Lechonia sa nastepujace zbiory wierszy, wydane na emigracji:
- Lutnia po Bekwarku ( Londyn,1942), 17 wierszy;
tytul nawiazuje do slow Jana Kochanowskiego: "Niech kazdy wezmie po Bekwarku lutnie" (wegierskim nadwornym lutniscie krola Zygmunta Augusta);
- Aria z kurantem (Nowy Jork, 1945), 26 wierszy;
tytul nawiazuje do arii Stefana z opery Straszny Dwor Stanislawa Moniuszki;
- Cykl Marmur i roza ( Londyn, 1954, Poezje zebrane), 33 wiersze z lat 1950-1953;
tytul nawiazuje do slow Poety z odczytu o Mickiewiczu: "wiersze Mickiewicza, to marmur pachnacy rozami";
- 38 wierszy rozproszonych, ktore drukowane byly w pismach literackich, przede wszystkim w londynskich Wiadomosciach.
Jedna z wielu stron brulionow z rysunkami Jana Lechonia.
Wielka i roznorodna spuscizna literacka i publicystyczna Jana Lechonia, w wiekszosci nadal czekajaca na opublikowanie, znajduje sie w archiwum Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce, ktorego Lechon byl jednym z wspoltworcow. Kolekcja nowojorska zawiera: liczne artykuly i felietony publicystyczno-polityczne; krytyki teatralne; szkice literackie; eseje o malarstwie, muzyce i sztuce - w tym awangardowej, ostro przez Poete krytykowanej; prace redaktorskie Tygodnika Polskiego; ?dowcipy? i konferansjerki, m.in. dla aktorki Marii Modzelewskiej (1903-1997); odczyty; audycje i pogadanki literackie w radiu Glos Ameryki i w Radiu Wolna Europa, w ktorym poeta pracowal od roku 1952 do ostatnich dni przed smiercia. Znajduja sie rowniez w tej kolekcji: olbrzymia korespondencja; manuskrypt rozpoczetej powiesci Bal u senatora; fragmenty dramatu Pogrzeb Pilsudskiego; refleksje o cywilizacji amerykanskiej Aut Caesar aut nihil, znane pod tytulem American transformations; rozne szkice i przeklady z literatury obcej; adaptacja powiesci George'a Orwell'a Rok 1984; szkice dramatu Godzina przestrogi, szkice olowkowe; bruliony i wiersze dla dzieci; liczne notatniki; prywatne i urzedowe dokumenty. Wiele z pracy tworczej Lechonia doczekalo sie juz publikacji zagranicznych i krajowych; wymienic tu trzeba szkice O literarurze polskiej (Interim, Warszawa, 1993) oraz Ksiege gosci Jana Lechonia w opracowaniu Beaty Dorosz (Wydawnictwo ALGO, Torun, 1999). Ostatnio, ze szczegolna troska zajeli sie "spuscizna Lechoniowa" Beata Dorosz z Polskiej Akademii Nauk w Warszawie oraz publicysta, pisarz i prozaik Maciej Patkowski z Nowego Jorku. W roku 1999, w setna rocznice urodzin Poety, opublikowali oni ksiazke pt. Lechon nowojorski.
- W zakonczeniu
W 45. rocznice tragicznej, samobojczej smierci raz jeszcze wyobrazmy sobie Poete, ktory czyta swego Mochnackiego, ow legendarny debiut poetycki Pod Picadorem, ktory przyniosl mu rozglos, powodzenie i slawe. "Warszawski, najznakomitszy, wspanialy, kabaretowy", tak wlasnie utrwalony zostal z niezmierna brawura na portrecie przez Romana Kramsztyka w roku 1919.
W londynskich Wiadomosciach (6 czerwca 1954) ukazal sie artykul Witolda Mieczyslawskiego Spotkanie z Poeta, oparty na wywiadzie z Janem Lechoniem. Artykul ten konczy sie nastepujacym paragrafem:
"Byla to chwila na ktora czekalem, aby wyludzic chociazby krotka chwile recytacji jakiegos fragmentu przez samego Poete. Zgodzil sie w koncu Lechon, aby dac mi przyklad samych wewnetrznych rymow, ale skorzystal przy tym z okazji by dowcipnie zakpic z samego siebie, z tego znanego glebokiego i smutnego glosu jakim czyta poezje.
Otoz jego przyjaciel, znany pisarz francuski prosil go kiedys aby mu przeczytal ktorys z swoich wierszy, tak aby nawet nie rozumiejac jezyka mogl przynajmniej posluchac muzyki utworu.
Marcel Achard - on bowiem to byl - wysluchal fragmentu z Srebrnego i czarnego i powiedzial z komiczna powaga:
- Lechek, je n'ai jamais pense que tu as tant souffert!
[ Leszku, nigdy nie sadzilem, ze tak bardzo cierpiales!]
Smial sie Lechon glosno i dlugo nim rozlozyl wyciagnieta karte papieru. Po czym glowe z lekka podniosl i zaczal swoim glebokim glosem:
Kazdy wolant pedzacy i kazda kolumna,
Dumna parku aleja, schodzaca ku Wisle,
Coz dopiero fortepian - moga byc jak trumna,
Z ktorych wyjrza ich twarze - wiec o nich nie mysle.
Zapomnien ani wspomnien nie szukajac wcale,
Bawiac sie laski galka, lub chodzac na bale,
Prozne zale dla innych zostawiajac ludzi,
Mijalem owe trumny - bo nic ich nie zbudzi.
Wsrod szumow karnawalow, sniac, co kryja maski,
Wsrod szalow, co z salonow wiodly w grobu ciemnie,
Wsrod wystrzalow w teatrze, krytych przez oklaski
Siebie szukalem i tego, czego nie ma we mnie.
|
Z palcem wzniesionym do gory tak wygladal jakby zszedl z dawnego portretu, tego pod ktorym jego tworca Roman Kramsztyk polozyl jedno slowo: "Poeta."
Roman Kramsztyk: Poeta (Portret Jana Lechonia), 1919.
- Notka edytorska:
Slowa i zwroty w tekscie ujete w cudzyslowiu "..." pochodza albo z pisarskiej spuscizny Poety, albo ze wspomnien jego przyjaciol, przede wszystkim Kazimierza Wierzynskiego. (LOA)
- Przypisy:
- Dziennik Jana Lechonia opublikowany zostal posmiertnie najpierw w Londynie, kolejno w trzech tomach w latach 1967, 1970, 1973, a nastepnie w Polsce przez Panstwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1992-1993.
- Oczywiscie, Jan Lechon - poeta emigracyjny - nie mial szczescia za zycia ani do publikacji w Kraju calosci swego dorobku poetyckiego, powstalego za granica, ani do cenzury PRL.
Gdy we wrzesniu 1984 skladano w Polsce do druku tom Jana Lechonia pt. Poezje w Wydawnictwie Zaklad Narodowy im. Ossolinskich we Wroclawiu (oprac. Roman Loth) z powodu owczesnej cenzury kilka utworow poetyckich Lechonia nie zamieszczono. Do ostatnich korekt, tj. do 1988 r., nie bylo mozliwosci ich rewindykacji. Dopiero po roku 1989 zezwolono na ich publikacje, gdy tom Poezji byl juz gotowy do druku. W tej sytuacji, wiersze te pojawily sie w formie aneksu. Niech to swiadczy o czasach jeszcze nieodleglych, w ktorych trzeba bylo nam zyc.
- Zrodla pseudonimu Leszka Serafinowicza nalezy szukac w jego dzieciecej fascynacji poezja Juliusza Slowackiego, a w szczegolnosci Lilla Weneda. Pierwszy z trzech synow legendarnego krola Lecha nosil imie Lechon. Dopatrywano sie i tego, ze imie Leszek przez matke zdrabniane bylo jako "Lecho".
- Podczas wieczorow muzyki i poezji Jana Lechonia czesto jestem pytana, czy nie napisal on zadnego "wesolego lub lzejszego" wiersza? Z opublikowanych 147 wierszy w tomie Poezje tylko kilka jest w tonie nieco lzejszym. Jeden z nich to "Bajka warszawska", napisana jesienia roku 1955. Poeta opisuje tu "przegadana" przygode Leopolda ("Poldzia") Staffa w toni Wisly z "panna z rybia luska kolo ud".
- Bibliografia:
- Ksiazki:
- Jan Lechon: Dziennik. Red. Roman Loth. Panstwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1992-1993.
- Jan Lechon: Poezje. Red. Roman Loth. Zaklad Narodowy im. Ossolinskich, Wroclaw, 1990.
- Jan Lechon: O literaturze polskiej. Red. Pawel Kadziela. Oficyna Wydawnicza Interim, Warszawa, 1993.
- Jan Lechon: Portrety ludzi i zdarzen. Red. Pawel Kadziela. Biblioteka "Wiezi", Warszawa, 1999.
- Jan Lechon: American Transformations. Ed. Clark Mills. Voyager Press, New York, 1959.
- Ksiega gosci Jana Lechonia. Red. Beata Dorosz. Polski Instytut Naukowy w Ameryce i Wydawnictwo ALGO, Torun, 1999.
- Jozef Adam Kosinski: Album rodzinne Jana Lechonia. Wyd. Czytelnik, Warszawa, 1993.
- Stanislaw J. Kowalski: Jan Lechon jako redaktor i publicysta w okresie nowojorskim. Red. Wydawnictw Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin, 1996.
- Maciej Patkowski, Beata Dorosz: Lechon Nowojorski. Wyd. Piast, Nowy Jork-Warszawa, 1999.
- Maly Slownik Pisarzy Polskich na Obczyznie. Praca zbiorowa pod red. Boleslawa Klimaszewskiego. Wyd. Interpress, Warszawa 1993
- Andrzej Zawada: Dwudziestolecie literackie. Wydawnictwo Dolnoslaskie, Wroclaw, 1998.
- Artykuly:
- Wiadomosci, Londyn:
- Stanislaw Balinski, Mieczyslaw Grydzewski, Kazimierz Wierzynski, Jozef Wittlin, Juliusz Sakowski: "Pamieci Lechonia", Wiadomosci, 31/539, 29 VII 1956.
- Marian Hemar: "List o Lechoniu", Wiadomosci, 30/538, 22 VI 1956.
- Aleksander Janta: "O rysunkach i brulionach Lechonia", Wiadomosci, 3/720, 18 I 1960.
- Ziemowit Karpinski: "Lechon jako aktor", Wiadomosci, 51-52/1394-1395, 17/24 XII 1972.
- Witold Mieczyslawski: "Spotkanie z Poeta", Wiadomosci, 23/427, 6 VI 1954.
- Kazimierz Wierzynski: "Ostatnie dni Lechonia" (list do Mieczyslawa Grydzewskiego), Wiadomosci, 23/1732, 10 VI 1979.
- Przeglad Polski (dodatek spoleczno-kulturalny do Nowego Dziennika), Nowy Jork:
- Marek Baterowicz: "We mnie jest wszystko?", Przeglad Polski, 11 VI 1999.
- Anna Bernat: "Wrzesniowe dramaty pisarzy", Przeglad Polski, 17 IX 1999.
- Beata Dorosz: "Jan Lechon w kregu PIN-u", Przeglad Polski, 2 VII 1999.
- Beata Dorosz: "Pierwszy rok odysei Jana Lechonia", Przeglad Polski, 2 VI 2000.
- M.K. Dziewanowski: ?Kawiarnie literackie przedwojennej Warszawy?, Przeglad Polski, 22 X 1999.
- M.K. Dziewanowski: "Szopka polityczno-obyczajowa w Polsce lat 1918-1939", Przeglad Polski, 14 I 2000.
- Ewa Kara: "Gabinet Lechonia", Przeglad Polski, 25 VI 1999.
- Ewa Kara: "Teatr Niny Polan", Przeglad Polski, 17 XII 1999.
- Marek Klecel: "Ostatni 'Bal u senatora'", Przeglad Polski, 29 X 1999.
- Krystyna S. Olszer: "Lechon zapomniany", Przeglad Polski, 11 VI 1999.
- Maciej Patkowski, Beata Dorosz: Przeglad Polski, "Mazowieckie kapliczki", 2 II 2001.
- Nota o autorce:
Liliana Osses Adams – harfistka. Majac cztery lata wystapila obok rodzicow w filmie zrealizowanym przez jej kuzyna-etnografa Adama Glape pt: "Wieczornica ludowa - Zaslubiny u Jakubowskich", ktory jest unikalnym dokumentem konspiracyjnym z czasow okupacji. W wieku siedmiu lat rozpoczela nauke w Konserwatorium Muzycznym w Poznaniu, nastepnie w sredniej szkole muzycznej i w Akademii Muzycznej w Poznaniu, ktorej jest absolwentka. Kariere harfistki rozpoczela w Filharmonii Poznanskiej pod dyr. Roberta Satanowskiego (w zastepstwie chorej nauczycielki harfy). W latach 1964-1972 byla pierwsza harfistka Filharmonii Szczecinskiej pod dyr. Jozefa Wilkomirskiego, z ktorym odbyla europejskie tournée artystyczne w charakterze solistki. W 1972 r. zostala zaangazowana do Opery Cesarskiej w Teheranie. W 1978 r. z mezem, Amerykaninem Bruce Meredith Adams, opuscila Iran (w przeddzien rewolucji islamskiej) i osiedlila sie w Kalifornii. W latach 1979-1986 przebywala w Riyadh, Arabia Saudyjska, a nastepnie w Wiedniu, gdzie na zamowienie Prof. Dr. Helmuta Riessberger'a dokonala nagran na harfe solo dla Radia Austriackiego ORF. W 1986 r. powrocila do Stanow Zjednoczonych. Mieszka w Kalifornii. Kontynuuje prace w charakterze harfistki i prowadzi prywatne studio muzyczne. Zajmuje sie propagowaniem muzyki i polskiego slowa na obczyznie.
Jest czlonkiem m.in: American Harp Society, American Federation of Musicians, California Music Teachers' Association. Jej biogram ukazal sie w licznych wydaniach Who's Who in the USA, w Cambridge, UK oraz w Polonia 2000, Paryz. Jej prace dokumentacyjne dotyczace historii harfy w Polsce oraz historii opery i baletu w Iranie znajduja sie w US Library of Congress, Washington, DC.

Wiersze Jana Lechonia i teksty o nim zamieszczone w Zwojach:
Copyright © 1997-2001
Zwoje