
|
Transport dzieci w bydlecych wagonach, z kromka czarnego chleba i tobolkiem wypelnionym bagazem dziecinstwa. W nieustajacej podrozy, przez zakratowane okno powoli przeciska sie swit nadchodzacego dnia. Zatrzymujacy sie pociag wywoluje krzyk wystraszonych, wyrwanych z ramion matek dzieci. Podroz znana w nieznane. Dokad i dlaczego? Bez matki, ojca i Boga. Listopad 1969 |


|
Mezczyzna w ciemnym kapeluszu przypominal mi dziadka Szymona z fotografii. Dojrzalam odbicie jego twarzy w szybie dudniacego pociagu. Lza zatrzymala sie na policzku pokrytym zmarszczkami zycia. W dloni zaciskal niewielki kamien. Nagle przypomnial sobie jak odplywalo cieplo z chlodniejacej raczki jego malej corki. Zamarzla zima roku 1942 w zaplombowanym wagonie w drodze do komory gazowej, razem ze swoimi siostrami. Listopad 1973 |

|
Transport trwal dnie i noce, pociagiem wypelnionym wyczerpanymi kobietami, dzierzacymi przy sobie resztki dobytku. Krzyk i lament dobywal sie z przepelnionych wagonow. Pociag powoli zatrzymal sie na srodkowym torze. Byla to docelowa stacja. Auschwitz-Birkenau. Listopad 1974 |


|
Nie konczace sie kolczaste ogrodzenie w kilku rzedach, wieze, reflektory. Dlugie kolumny ludzkich postaci w drewniakach, w popielatych pasiastych lachmanach, o tym popielatym zmierzchu powoli przesuwaja sie opustoszalymi sciezkami obozu. Slychac tylko przesladujacy glos, ostre okrzyki komendy, brzmiace jak ostatni krzyk mordowanego, a jednak inaczej. Nikt nie wie dokad. Na prawo, na lewo, do baraku? Do natrysku wody, czy natrysku gazu? Nikt nie wspomnial o Bogu. A Bog dokad? Listopad 1974 |


![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||