
Śmierć drzewa porusza nas. Drzewa są paradoksalnym połączeniem istoty żywej i martwej. Martwe jest zakorzenienie w jednym miejscu, ożywia je wzrost, ramiona gałęzi, mowa szumu liści. I ta długowieczność, która uczy nas pokory. Zwalone drzewo ujawnia swoje wstydliwie ukryte korzenie, które po wypadku przypominają ludzkie wnętrzności. W miejscu złamania krwawi żywica, a kora niepokojąco przypomina skórę starego człowieka. Powalone drzewo leżało przez cały dzień w swoim dramatycznym i ostatecznym geście, obejmując ramionami konarów całe podwórko. W środku nocy nie mogłem się powstrzymać, by nie brodzić w jego upadku, chodziłem wśród rozpostartych i zwykle niedostępnych ramion, starając się nie deptać po liściach i gałęziach. Nazajutrz przyjechali grabarze drzew, lipę pocięli i złożyli z niej
niepokojąco małą kupkę. Po kilku dniach wszyscy już przyzwyczaili się do nieobecności drzewa, moje okno przywykło do braku cienia, a zmieniony wygląd podwórka osadził się w naszej świadomości jako naturalny. Czy nie jest podobnie z ludźmi, których znałem przez lata, a którzy coraz częściej zaczynają znikać z podwórka mojej pamięci?
"Z ukosa" (fragment) - Kultura, 7/634-8/635, Paryż 2000

fot. Andrzej Kobos

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||