
W swym niezbyt długim i tylko z pozoru spokojnym i uładzonym życiu był kolejno grzecznym, posłusznym i wielce obiecującym synem zacnego senatora Józefa Michałowskiego i bogobojnej Tekli de domo Mrosztynówny, uczniem najtępszych i najbardziej prowincjonalnych malarzy swej epoki, wzorowym studentem uniwersytetów w Krakowie i Getyndzie. Był znakomitym urzędnikiem Rządowej Komisji Przychodów i Skarbu. Był reformatorem i uzdrowicielem krajowego hutnictwa, który z ręką na sercu, ale nie bez dumy, mógł o sobie powiedzieć: "Za mnie dopiero hutnictwo krajowe przybrało postać prawdziwej krajowej administracji i za mnie zaczęła się młodzież krajowa w tej części odznaczać...". A po powstaniu listopadowym mógł dodać: "Jeżeli fabryki przez czas trzechletni znacznie produktów przemysłowi i wojsku dostarczyły, jeżeli na obronę kraju tak znacznie broni dostarczyły, nie ślepemu trafowi, ale mnie przypisać można."
Był wytwornym polskim hrabią, zwiedzającym Europę, bardziej przyjacielem niż uczniem wyrobnika epopei napoleońskiej, Mikołaja Charleta, zapaleńcem zgłębiającym w paryskich rzeźniach anatomię konia i zdziwaczałym samotnikiem, który odrzucał zaproszenie samego ministra Thiérsa. Był zawołanym rolnikiem i hodowcą. Był taktownym, zrównoważonym i wytrwałym mediatorem między ludnością Krakowa i władzami austriackimi. Był postrachem urzędników Rady Administracyjnej, którzy narzekali, że zbyt był drobiazgowy. Sprawdzał bowiem raporty i wyliczenia, a na marginesie wygotowanych już brulionów zaznaczał trafne uwagi szybkimi rzutami ołówka i pióra. Sam minister Bach w przypływie dobrego humoru mówił o nim: "der erste Staatesmann in Österreich", a w przypływie bardzo dobrego humoru bardziej filuternie: "Er ist kein Beamter, Er ist nur ein Staatesmann". Ale coś tam było nie tak w tym wzorowym urzędniku, który nie był biurokratą, w tym spokojnym i lojalnym obywatelu, który podejmował Miłościwie Panującego z królewską godnością, na jaką nie zdobyłby się żaden z c.-k. dygnitarzy, skoro spłoszony i nieco zbity z pantałyku Bach po chwili konstatował z odrobiną żalu: "Leider riecht Er nach dem polnischen Edelmann". Tak, to była prawda. Nic dodać, nic ująć.
Był wreszcie Piotr Michałowski opiekunem i dobrodziejem krakowskich sierot i głodujących galicyjskich chłopów, a także atrakcją dobroczynnych rautów i loterii fantowych w swojej sferze. Był szczerym patriotą i gorącym wielbicielem Napoleona i Księcia Józefa, jak całe jego pokolenie "płomienne, blade, nerwowe, poczęte między dwiema bitwami, wychowane wśród warczenia bębnów".
Współcześni nie bardzo chcieli w to wierzyć, nie bardzo mogli to uznać. Malarz? Nie uchodzi, nie uchodzi. Ot, uczył się pan Piotr u Brodowskiego, Peszki, Lampiego nawet, rozwijał swe talenta, w które natura tak go hojnie uposażyła i stąd na całe życie została mu ochota do bawienia się pędzlem. Gdy już nie można było inaczej, nazywano go malarzem, ale tak jakoś z zażenowaniem, półgębkiem, po cichutku, dodając zaraz bardzo głośno, że to obywatel wielkich zasług i w ogóle człowiek, jakiego ze świecą szukać i jeszcze można być pewnym, że się zupełnie, ale to zupełnie drugiego takiego nie znajdzie.
"Było się na kim oprzeć, było, mówiąc po naszemu, przed kim czapkę zdjąć. ... Piękna to była gwiazda na polu sztuki, ale jaśniejsza jeszcze na polu obywatelskim, na którym sprawowaniem urzędu Prezesa Rady Administracyjnej (zastępującej Rzeczpospolitą) zasługi położył. Charakterem swoim był dla wszystkich wzorem. Jako ziemianin był doświadczonym rolnikiem i gospodarzem; jako wszechstronnie wykształcony, najprzykładniejszym ojcem rodziny; jako niezłomny i prawy był jedynym w urzędowaniu; łącząc w sobie wszystkie przymioty obywatelskie, krajowi bezinteresownie służył. Pensję do urzędu przywiązaną na założenie i utrzymanie ochronki dla zaniedbanych moralnie chłopców przeznaczył. A grosz zapracowany rolą był jeszcze za wielki na skromne jego potrzeby - mógł być wszędzie i zawsze dobroczynnym. Jedną tylko miał wadę: był za dumnym, aby się sprawami swymi cieszyć. Zdawało się, iż nie rad był z siebie. Pragnął czegoś więcej. I malarstwo nie zaspokajało go wcale. Nigdy o nim nie mówił. W młodości był nieco przykrym. Czas go wyrobił. Był od wszystkich kochanym i wielbionym. Bóg domowi jego błogosławił."Jeśli uświadomić sobie, że ów niezwykły tekst napisany został przez Wojciecha Kornelego Stättlera, łatwo można dojść do wniosku, że jest to niemal wzorzec na okoliczność psychologicznego łamania przeciwnika. Niby wszystko ładnie i pięknie - kryształowy człowiek, złote serce i w ogóle co za umysł, ale tak naprawdę to malarzem byłem i jestem tylko ja, Wojciech Korneli Stättler. Wybaczmy staruszkowi (tekst pochodzi z roku 1874, opublikowany został w Kłosach, nr 562, t. XVIII, str. 295). Historia i tak oddała mu sprawiedliwość. Bo i gdzież Machabeuszom do Somosierry.
"Dziś żyjący pan Michałowski wielkością talentu i artystycznością w zdumienie wprawia, mówiono mnie, że obrazki jego małe, z przygód życia potocznego, w Paryżu oczy znawców na się zwróciły. Dwie tylko robótki udało mi się widzieć lekko i od niechcenia na papierze rzucone, ale co za artystyczność, czucie ręki, śmiałość form i te wszystkie zalety, które tylko genialnych mistrzów charakteryzują. Rysunek pana Michałowskiego przechodzi wszelkie pochwały, ubolewamy tylko, że nam tu swoich robót nie nadsyła".(Niezapominajki, Warszawa, 1847
- autor tekstu, niestety, pozostaje nieznany, a szkoda, bo cóż to za urzekający styl...)
"Możemy z niejaką dumą poszczycić się tak genialnym artystą, jakim jest pan Michałowski. Zagranicą imię jego znane, a utwory chwytane skwapliwie i zapewne, gdyby ten zawód był jego wyłącznym zawodem, zgasiłby bez pochyby niejedną zagraniczną sławę."(Czas, 3 marca 1849.)
"Podziwiać prawdziwie należy, z jakim zamiłowaniem rzucono się na te arcypłody znakomitego pędzla. Ofiara ta p. Michałowskiego najhojniej wzbogaciła loterię: zebrano z niej bowiem sumę niezmierną na te czasy i na ubogi Kraków, bo wynoszącą ok. 9000 zł."(Czas, 28 marca 1850.)
Jeszcze inaczej potraktował zagadnienie Tygodnik Ilustrowany (nr 403, Warszawa, 15 czerwca 1867.) Co prawda, Franciszek Maksymilian Sobieszczański przyznaje, że "śmiały i szeroki pędzel, znawstwo i zamiłowanie koni, konnej jazdy i wszelkich ćwiczeń ciała" dowodzi podobieństwa z Gericault, ale "najzacniejszą pamiątką" po Michałowskim pozostanie Zakład im. św. Józefa, więc "cześć jego imienia przetrwa niewątpliwie długie lata, chociażby o dziełach jego artystycznych z czasem zapomniano". Doskonałe.
Nawet sam wielki Władysław Łuszczkiewicz strzelił ogromną gafę: "Dziś możemy o jego (Januarego Suchodolskiego - przyp. K.M.) obrazach zapomnieć, ale nie zapomni się Piotra Michałowskiego, artysty-amatora, dzielnego męża stanu. Jego szarże ułanów, jego utarczki posiadają energię rysunku, połączonego z prawdą i tą brawurą pędzla, która chyba da się porównać z francuskim Gericaultem. Szkoda, że amator i bogaty pan." Zgoda na Suchodolskiego, ale na Michałowskiego nie ma zgody. Bo trzeba postrzegać rzeczy w ich właściwych proporcjach. Wspaniale rozwiązał problem Paweł Popiel (Pamiętniki, Kraków, 1927): "Piotr od lat najmłodszych odznaczał się szczególną do nauk pracą i zdolnością, ale odznaczał się także oryginalnością i ostrością dowcipu, która objawiała się nie tylko słowem, ale i ołówkiem. Obok zdolności wszelkiego rodzaju górowała zdolność do rysunku, który od razu zdradzał genialność. Kiedyś historyk sztuki polskiej osobny Michałowskiemu poświęci rozdział: po co bym się silił charakteryzować, że główną jego właściwością było chwytać naturę w ruchu, w całej swej oryginalności, że żadna humorystyczna strona życia nie uszła jego oka i ołówka. Mnie tu obchodzi człowiek publiczny". I słusznie, słusznie - bo lepiej wychwalać cnoty prezesa Rady Administracyjnej, niż robić z Michałowskiego Kostrzewskiego.
Istotę talentu Piotra Michałowskiego najwcześniej trafnie ocenił Józef Kremer, pisząc w Listach z Krakowa w roku 1841:
Ale Michałowski - malarz narodził się dopiero w 1894 roku. Rodzicami chrzestnymi byli Jan Bołoz-Antoniewicz i Jerzy Mycielski. Wielka wystawa polskiej sztuki XVIII i XIX wieku zorganizowana we Lwowie wyciągnęła na światło dzienne i oczom publiczności ukazała niezwykłe obrazy, skrzętnie dotąd chowane przez rodzinę. W świetnie opracowanym katalogu (J. Bołoz-Antoniewicz, Katalog wystawy polskiej 1764-1886, Lwów, 1894) można było przeczytać m.in.:
W dwadzieścia kilka lat później o "zakładzie dla osieroconych w Krakowie chłopców", o Białogonie, Suchedniowie i rasowych bykach z Bolestraszyc zapomniano zupełnie, a jeśli pamiętano, to tylko w sensie negatywnym, nigdy pozytywnym.
(Mieczysław Sterling, Piotr Michałowski, Warszawa, 1932).
- grzmiał Tytus Czyżewski, sam przecież niezły malarz. ("Malarstwo Michałowskiego", Głos Plastyków, Kraków, 1934.) ("Piotr Michałowski", Głos Plastyków, Kraków, 1934.)
- stwierdzał Mieczysław Sterling. ("Piotr Michałowski", Warszawa, 1932.)
Jednak dla Piotra Michałowskiego i jego sztuki wesoły dzień nastał na fali wzmożonego zainteresowania romantyzmem w związku z Rokiem Mickiewiczowskim 1955. Wówczas przeanalizowano jego twórczość systematycznie i naukowo. Przede wszystkim podzielono ją na okresy (poprzednio zrobił to już nieoceniony Feliks Kopera w swych monumentalnych Dziejach malarstwa w Polsce, Kraków 1929, t. III, roz. IV - ale był to podział nieścisły):
Chociaż czasem dochodziło nawet do swoistych przedobrzeń, bo oto profesor Dobrowolski w uniesieniu wołał: "Różnice, zachodzące między Michałowskim a Stättlerem, potwierdza jeszcze analiza ich pisma, zgodnego jak najbardziej z charakterem obu malarzy. Przeciwstawia się nieśmiałej kaligrafii energiczne, pełne charakteru, pospieszne i trudno nieraz czytelne pismo Michałowskiego, bujne i równie indywidualne, jak jego brawurowe malarstwo". A w innym miejscu: "Malował wprawdzie wodzów, lecz uwagę swoją koncentrował przede wszystkim na motywie bezimiennego żołnierza". W tym miejscu mała dygresja - jeszcze nikt nie zadowolił wszystkich, bowiem właśnie ów motyw "bezimiennego żołnierza" nie przypadł do serca i gustu Profesorowi Wyce. Zdarza się.
Ale najlepiej o Piotrze Michałowskim mówią jego obrazy. Ciemnoorzechowe oczy patrzą ze spokojnym
smutkiem i łagodną powagą. Na twarzy maluje się melancholijna pewność siebie. Kim był Piotr Michałowski? Był malarzem. 2 lipca 2000 roku minęła dwóchsetna rocznica jego urodzin.
Artykuł ten ukazał się w kwartalniku kulturalnym List Oceaniczny, 1 (82), Toronto, listopad 2000.
Dziękuję wydawcy Listu Oceanicznego Dr. Danielowi Karpińskiemu i redaktorowi Aleksandrowi Rybczyńskiemu za Ich zgodę na zamieszczenie tego artykułu w Zwojach. Szczegóły o Liście Oceanicznym i warunkach prenumeraty można otrzymać pod adresem e-mail: locean@interlog.com . (AMK)
Piotr Michałowski: Seńko
Autor obdarzony był niewątpliwie wyjątkowym instynktem artystycznym, choć poza tym był wielbicielem nazareńczyków.
"... prawdziwy i chyba pierwszy geniusz w rozwoju sztuki polskiej. Stanowisko i znaczenie Piotra Michałowskiego w sztuce polskiej jest absolutne, nie historyczne. Kto tego mistrza sądzi jak wielkiego realistę, ten poznał ledwie połowę tej wielkiej natury artystycznej. Dążenia jego, nie tylko społeczne, ale i artystyczne, są czysto idealne, a rzadko z jakich dzieł przemawia tak czysta, tak gorąca, tak świeża miłość ojczyzny, miłość ludu, kraju i wszystkich jego objawów, jak z genialnych jego szkiców i dzieł na pół wykończonych, płynących z gwałtowną, niepohamowaną łatwością z jego pędzla, ołówka i dłuta."
Piotr Michałowski: Stefan Czarnecki
Słuszne to i trafne, choć czasem może razić zbyt staroświecka terminologia - owe "dążenia idealne", a i z "dziełami na pół wykończonymi" rzecz się nie zupełnie tak miała. Zastanawiające efekty daje wszakże zestawienie tego tekstu z uwagami Kazimierza Wyki, który wręcz potępia sztukę Piotra Michałowskiego w imię "romantycznego realizmu" i w dodatku odczytuje ją dość absurdalnie w kontekście społecznym. Pisze, że Somosierra Michałowskiego nie jest realistyczna, lecz wizyjno-reprezentatywna, bo "ani jeden ze szwoleżerów nie zostaje w niej zindywidualizowany". Józef Kremer rozstrzygnąłby rzecz lepiej. Wobec takich kryteriów można dojść do wniosku, że taki January Suchodolski to był malarz - ho, ho. Dalej pisze Wyka: "Hiszpańskie skały wyraża Michałowski tak samo jak końskie zady. Końskie zady - jak ludzkie kształty i gesty. System ten sprowadza człowieka tylko do roli jednego z kształtów natury."
Czy naprawdę można to uznać za zarzut? Wreszcie dochodzi do zdumiewającej konkluzji: "Polacy są to odważni ludzie, bardzo dzielni ułani i żołnierze. Dlatego, że są dzielnymi ludźmi, a nie dla jakichś względów demagogicznych, trwają pamięcią przy cesarzu Napoleonie i urządzają powstania. Klaso wyższa, nie obawiaj się ludzi bitnych i niepolitycznych. Syntetyczny romantyzm sztuki Michałowskiego wyraźnie taki posiadający adres społeczny i w kraju, i poza krajem, jest przeto oparty nie na fundamencie realizmu romantycznego, który by stanowił przekład politycznej i ideologicznej analizy psychiki i gestu człowieka, lecz na ich analizie biologiczno-witalistycznej." (Kazimierz Wyka, Matejko i Słowacki, Warszawa 1953.) Cóż - okrutna sprawa.
Piotr Michałowski: Szarża pod Somosierrą, 1837
Zapóźnionym głosem XIX-wiecznym była sławna monografia Celiny Michałowskiej, córki artysty (Piotr Michałowski - rys życia, zawód artystyczny, działalność w życiu publicznym, Kraków, 1911.), która obok egzaltowanej gadaniny bez znaczenia ("Cóż dziwnego, że naród nasz, tak zżyty z koniem arabskim, powołany do wiekuistych harców na kresach Europy, by ją zasłaniać od wszelkiego rodzaju barbarzyńców, że taki naród wydał malarza posiadającego w najwyższym stopniu intuicję konia?"), przynosi nadzwyczaj cenne, obszerne fragmenty korespondencji prywatnej i urzędowej. W sumie książka jest na pewno mniej hagiograficzna i panegiryczna od Rysu życia, skreślonego przez ks. Łętowskiego (Józef Łętowski, Rys życia Piotra Michałowskiego, "Biblioteka Warszawska", 1858, t. II). Poza tym wydana jest ładnie i starannie, a dochód ze sprzedaży przeznaczony był na rzecz "Zakładu św. Józefa dla osieroconych w Krakowie chłopców fundacji Piotra Michałowskiego w roku jubileuszowym 1848-1908", o czym mówiła informacja podana na stronie tytułowej.
"Być może, że ludzi do górnictwa, do prowadzenia fabryk broni, nawet do dyplomacji nie było nadto wielu. Ale sztuka polska była wówczas bez talentów. Michałowski wiedział o tym. I wiedział, jak wielką wagę w życiu narodów ma kultura. Musiał przecież wiedzieć o tym człowiek, który przekładał nad wszystko czytanie autorów starożytnych, muzykę i zwiedzanie muzeów. Niestety - tradycja, obowiązki powstrzymały istotny rozkwit największego talentu malarskiego Polski".
Gorzkie to słowa, bolesne, ale prawdziwe, trafiające w sedno, w lapidarnym skrócie ujmujące sytuację polskich wielkich ludzi. W dwudziestoleciu międzywojennym rodził się Michałowski-malarz genialny, prekursor i arcymistrz.
"Główną cechą życia Michałowskiego było wyprzedzenie swej epoki. Wyprzedzał ją inteligencją, instynktem konstrukcji, jasną obserwacją, widzeniem bez ogródek świata zewnętrznego i pozbywaniem się z wolna fałszywego romantyzmu - realistycznym patrzeniem i zrozumieniem idei plastycznej. Temperament Michałowskiego różni się zasadniczo od temperamentu malarskiego Gericault. Wpływ sztuki hiszpańskiej, a nade wszystko Velasqueza, jest bardzo widoczny w obrazach Michałowskiego, a szczególniej w jego technice olejnej. (...) W obrazach swych Michałowski dużą wagę kładł na materiał tj. na powierzchnię farby na obrazie, na charakter uderzeń pędzla, który u wielkich mistrzów malarstwa tak daje indywidualną materię, z której budowany jest obraz. Wszyscy marszandzi są zdania, że każdy wielki malarz ma swój oryginalny i szlachetny sposób traktowania materiału, który można wyczuć pod palcami. Forma malarska Michałowskiego, jego poszukiwania i eksperymenty w dziedzinie formy i koloru, uważane były za niedokończone i niedołężne próby malarskie. Zrozumienie malarstwa Michałowskiego polega na zrozumieniu odwiecznego instynktu barwy malarskiej, który stopniowo przez dobre malarstwo oczyszcza i oczyści się zupełnie w przyszłości czystą świadomością barwy, podobnie jak nowoczesna muzyka staje się czystą świadomością tonów muzycznych."
A Tymon Niesiołowski dodawał z powagą:
"Obrazy Michałowskiego to masy radośnie kładzionej farby o głębokich tonach, doskonale skomponowane całości."
Piotr Michałowski: Chłop w kapeluszu
"Michałowskich poza Polską posiadała tylko Francja. Postaci jemu równej nie posiadał ani romantyzm niemiecki ani ówczesne Włochy. Michałowski był zbyt zdecydowanie malarzem form, zbyt mało malarzem tematu, by ówczesne malarstwo polskie mogło wchłonąć go w siebie. Impresjonizm Maneta jest często techniką Michałowskiego, przetransponowaną na jasną, słoneczną gamę kolorów. Gdyby Michałowski zechciał wytłumaczyć młodym sens i doniosłość swych niedokończonych prac, to epoka Matejki i Grottgera miałaby, może, inną fizjonomię artystyczną. Michałowski mógł nauczyć artystów i społeczeństwo, czym jest sztuka malarska, mógł pięćdziesiąt lat przed Witkiewiczem zniweczyć hierarchię tematu i wytłumaczyć, że istotą sztuki jest interpretacja artysty, a nie temat. Był malarzem czystej krwi, dla którego interpretacja barwna była istotą zadania malarza i jego stosunku do rzeczywistości."
Daleko, daleko został pełen cnót wszelakich obywatel, urzędnik, gospodarz i ojciec. Usiłowała go wskrzesić, z zapałem godnym lepszej sprawy, Hanna Mortkowicz-Olczakowa (Pan Piotr. Opowieść o życiu i twórczości. Wydawnictwo Literackie, Kraków) w zbeletryzowanej monografii, ale nie bardzo to wyszło. Nie mogła się autorka zdecydować, czy pisać o miękkim i uległym "dużym dziecku", prawdziwym mężczyźnie zawsze w opozycji wobec zastanego porządku, łamiącym wszelkie przeszkody i konwenanse, czy też o romantycznym bohaterze, jednostce szlachetnej i delikatnej, ustawicznie tłamszonej przez brutalne i niczego nie rozumiejące otoczenie. W sumie wyszła rzecz długa, nudna, mdła i niewiele - by nie powiedzieć: nic - do sprawy wnosząca.
Piotr Michałowski: Portret starca
Znaleziono Michałowskiemu, dotychczas tak bardzo osamotnionemu, poprzedników: Velasqueza, Rembrandta, Pottera i Steena, a spośród Polaków - Orłowskiego, a nawet Siemiginowskiego. Znaleziono też kontynuatorów: Juliusza Kossaka, a chwilami także i Józefa Chełmońskiego. Śmiało i trafnie stwierdzono, że pod wieloma względami Michałowski wyprzedza znacznie od siebie młodszych Courbeta, Maneta i Daumiera. Wyliczono te cechy jego malarstwa, które promują go na najświetniejszego polskiego romantyka: diagonalna kompozycja, dynamiczność formy, kinetyka postaci, zjawiskowość scen batalistycznych (oczywiście Somosierra), monumentalność, żywiołowość przedstawienia, szeroka, wirtuozowska faktura, grube nawarstwienie farby, gęste, elastyczne i nerwowe olejne smugi. Uwagę zwrócił fenomen koloru u Michałowskiego - jego błękity np. powstają ze skontrastowania czerni i bieli, bez użycia właściwego błękitu.
Piotr Michałowski: Portret Żyda
Umieszczenie Piotra Michałowskiego na należnym mu miejscu w historii sztuki polskiej pozostaje zasługą Tadeusza Dobrowolskiego (przede wszystkim Katalog wystawy rysunków, akwarel, obrazów Piotra Michałowskiego, Kraków, 1955.), Jerzego Sienkiewicza ("Droga do Michałowskiego", Sztuka i Krytyka, nr 2, 1957, oraz wspaniały album z jego wstępem Piotr Michałowski, Auriga,
Warszawa 1959.) i Jerzego Zanozińskiego ( Piotr Michałowski - życie i twórczość, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1965.)
Nota:
Katarzyna Młynarczyk studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest autorką tekstów o sztuce polskiej oraz opowiadań. Jest również poetką, opublikowała w Polsce tomik swoich wierszy. Mieszka w Katowicach.
* * *

Teksty o malarstwie polskim zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2007
Zwoje