KSIEGA   RAJU

(fragment)





ITZIK   MANGER


[...]   Poszlismy dalej. Prawie, prawie, ze nadepnalem na biedronke. Szczesciem dla mnie, aniol Laibl szarpnal mnie do tylu. Biedronka odmowila dziekczynna modlitwe za ujscie smierci i odbiegla, szybko znikajac za kopczykiem ziemi.

Aniol Laibl zatrzymal sie przed gesta, szeroko rozgaleziona jablonka. My, to znaczy moj przyjaciel Piszerl i ja, tez zatrzymalismy sie. Laibl wyszeptal: "Zobaczcie, chlopcy, to jest Drzewo Madrosci. To jest drzewo, z ktorego Ewa zerwala jablko, a ten duren Adam dal sie przekonac zeby je sprobowac. Znacie przeciez te historie, jest opisana w Biblii.

Stalismi i gapilismy sie. Wydalo mi sie, ze Drzewo Madrosci bylo drzewem jak kazde inne w Raju; a jednak bylo w nim cos innego. Przez to drzewo, Adam i Ewa zostali wygnani z Raju. Wiatr szumial w jego galeziach, ale chociaz jablka trzesly sie, zadne z nich nie spadalo.

Ksiezyc, ktory przez caly czas szedl za nami, rzucal na to drzewo swoj srebrzysty blask. Bylo to cudowne widowisko. Aniol Laibl wyszeptal: "Ukryjmy sie w poblizu. Zobaczycie cos ladnego."

"Co, na przyklad?" zapytalismy, ale on nie odpowiedzial. Wskazal na krzak, i skrylismy sie za nim. Lezelismy bez ruchu i czekalismy. Nie pamietam juz, jak dlugo tam lezelismy. Nagle, aniol Laibl nadstawil uszu. Uslyszelismy kroki.

"Psst..." Laibl przylozyl palec do swoich warg. "Psst... nadchodza."

"Kto? Kto, Laibl?"

"Adam i Ewa."

Dostrzeglismy dwie postaci zblizajace sie do Drzewa Madrosci. Jedna z nich byla ubrana w surdut i cylinder, druga miala na sobie krynoline i kapelusz z dlugim strusim piorem.



"To jest to, to tu wlasnie" powiedzial wskazujac mezczyzna w cylindrze...
Ilustracja Mendela Reifa do wydania warszawskiego Ksiegi Raju, 1939.
Mendel Reif zginal w nazistowskim obozie koncentracyjnym.


"To jest to, to tu wlasnie" powiedzial wskazujac mezczyzna w cylindrze, "To jest to drzewo, dokladnie tu, w tym miejscu, dalas mi to przeklete jablko do ugryzienia."

Kobieta w krynolinie westchnela. Przylozyla rece do serca. W jej oczach dostrzeglem lzy. "Ah oui. To tu, Adamie. Ten przeklety waz namowil mnie do tego.

"I a cause de toi, utracilismy nasze szczescie, Ewo. Ten niezrownany Raj."

"Dobrze sie nam zylo w Raju, Adamie, ale ten ... ten przeklety..."

"Prawda... prawda", Ewo," odpowiedzial Adam, wskazujac palcem na zone. "Ona, ta przekleta..."

"Mialam na mysli weza, Adamie, a ty pokazujesz palcem na mnie."

"Mnie tez chodzi o weza, Ewo. I ... wskazuje palcem na ciebie."

Zaczeli sie klocic. Obrzucali sie wszystkimi przezwiskami pod sloncem. Ewa schwycila Adama za wlosy. Sama tez nie wyszlaby z tego bez szwanku, gdyby nie zdarzyl sie cud. Z Drzewa Madrosci spadlo jablko i odbiwszy sie od cylidra Adama, upadlo na trawe.

"Nie tykaj tego, Ewo." Adam krzyknal przerazliwym glosem. "Nie tykaj sie, zaklinam cie na Boga.

"Boze bron" rzekla Ewa, splatajac dlonie. "Ja ciagle jeszcze czuje smak tamtego jablka."

Usiedli pod drzewem. Adam przypominal jej ich wspaniale czasy w Raju, zanim popelnili ow straszny grzech. Oczy Ewy zaiskrzyly sie. "Ah, Adamie, jak to bylo dobrze. Juz nigdy wiecej nie bedzie nam tak dobrze."

"Bylismy nadzy, bez wstydu i szczesliwi." westchnal Adam.

"Zrzucmy nasze ubrania, Adasiu, i badzmy znowu nadzy, bez wstydu i szczesliwi."

Wstali i zaczeli zdzierac z siebie ubranie. Gwiazdy zamigotaly zlosliwie na niebie. "Adamie, nie moge... ubranie przyroslo mi do ciala." jeknela Ewa.

"Moje takze." Adam pochylil glowe. Stali przez chwile ze spuszczonymi glowami, dwie zagubione postaci w swietle rajskiego ksiezyca. "Blagajmy o przebaczenie naszych grzechow. Bijmy sie w piersi," powiedzial jakajac sie Adam. "Moze 'On' nam wybaczy."

Stali spozierajac na gwiazdy. Mezczyzna w cylindrze i kobieta w krynolinie zaczeli bic sie w piersi, zarliwie szepczac, blagali ich Stworzyciela, zeby im wybaczyl i wskazal na powrot droge do Raju.

Wiatr, ktory przez caly czas tylko lechtal liscie na Drzewie Madrosci, zawial nagle z sila. Adam i Ewa przestraszyli sie i dali noge tak chyzo, jak tylko mogli.

Ewa w pospiechu zapomniala zabrac swoja torebke. Otworzylismy ja i znalezlismy w niej lusterko, puderniczke i liscik milosny podpisany "Twoj kochajacy Maks."

"Widzieliscie, chlopcy?" zapytal Laibl. "Widzieliscie jak modlili sie za swoje grzechy? Co noc przychodza w to miejsce, w ktorym niegdys zgrzeszyli. Zakradaja sie do Raju, wspinaja sie przez plot, tak by nikt ich nie zauwazyl; a potem na najslabszy odglos, pierzchaja jak rajskie zajace."

"Ale jak oni tu wchodza?" Przeciez sa aniolowie, ktorzy pilnuja bram Raju, we dnie i w nocy."

"No, wiecie, aniol jest tylko aniolem," wyjasnil nam Laibl. "Ponadto, straz zmienia sie rzadko... nie czesciej niz raz na trzy lata. Jak tylko ta wygnana para dojrzy, ze jakis aniol ucina sobie drzemke, to zaraz wspinaja sie przez plot.

"Czy to naprawde jest tak, ze nigdy nie bedzie im wybaczone?" zapytalem.

"Na razie, nie bedzie. Powiedziane jest, ze kiedy Mesjasz nadejdzie, to bedzie wielka amnestia. Ale poki co, tych dwoje kreci sie bez przerwy wokol bram Raju.

Zamknalem oczy i wyobrazilem sobie te nieszczesna pare krazaca u bram. A aniolowie tam stoja, trzymajac w dloniach swoje zakrzywione miecze. Machaja tym orezem i odstraszaja kazdego, kto zblizy sie do Raju, krolestwa cadykow, bez zezwolenia.

"Oni zasluguja na zlitowanie boskie," rzeklem. "Gdybym to ja byl Mesjaszem, nadszedlbym w tej sekundzie i otworzylbym im bramy Raju.

"Gdybys ...", mruknal Piszerl, "gdyby babcia miala wasy, to by byla dziadkiem."   [...]


Itzik Manger, The Book of Paradise, Hill and Wang, New York, 1965.

z jidisz na angielski tlumaczyl Leonard Wolf;
z angielskiego tlumaczyl Andrzej Kobos.




Teksty tematycznie zwiazane, zamieszczone w Zwojach:


Copyright © 1997-2001 Zwoje