PRZASNYSKIE YIZKORY





WALDEMAR KONTEWICZ



Wieczór baśni na błoniach

Wspomnienia Icka Mondersteina z Tel-Avivu

Przy końcu ulicy Warszawskiej
na zielonym stelażu łąk
rozciągały się Przasnyskie Błonia
ziołem wszelakim
pachnące w letni dzień

Tam wieczorami
opuszczony rosyjski dom
użyteczności publicznej
wprowadzał nas młodych
w rudymenta wiary i obyczajów
jako że siadaliśmy
wzdłuż odrapanych ścian
i opowiadaliśmy sobie
chasydzkie baśnie:


Sposób na krnąbrnego konia

Reb Beryl
miał dorożkę z upartym koniem
którego stary furman
obłaskawiał modlitwą
z mocno wytartej i pożółkłej
Księgi Psalmów
modlił się z niej tak długo
aż koń ruszył z miejsca


Święte prawo... kupieckie

Rabin Menachem Mendel Lewkowicz
zawsze stał pochylony
nad Świętym Zwojem Tory
jego sława sięgała
Ciechanowa i Warszawy
skąd przybywali mędrcy
by się od niego uczyć...
praw kupieckich


Bolszewicy w mieście

W 1920 roku
do Przasnysza wkroczyli bolszewicy
wywołując panikę u starszych ludzi
jednakże nie zabili nikogo
tylko pili tańczyli i przemawiali
na środku Rynku
Ostatni bolszewik opuszczał miasto
bujając się na koniu kompletnie pijany
z papierosem w zębach i za uchem
Wzięli oni z sobą aptekarza Szerańskiego
którego później rozstrzelali


Ballada o dwóch Aniołach

Mleczarka Deborah
której ser sławili wszyscy
sekutnicą była a kto wie
może nawet czarownicą
bo uciekł od niej mąż
Mówiono że nie starała się
aby na czas Szabasu
obłaskawiać Dobrego Anioła
kochającym sercem i uśmiechem
to Zły Anioł odpowiadał 'Amen'
jej mężowi wracającemu w piątek
z wieczornych modłów w synagodze


Teatr w mieście

Kilka dziewcząt
założyło mały teatr
przygotowały sztukę
i rozprowadziły bilety
tylko pośród kobiet
Jakim-że szokiem dla miasta
wydać się była sensacja
że złapano mężczyznę
pośród widowni
przebranego za kobietę
Plotki chodziły że to był
bogobojny Chasyd


Insurekcja w 1863 roku

Na przasnyski Rynek
zajechali zbuntowani polscy książęta
galanci na białych koniach
w czapkach z orlim piórem
i śpiewem "Jeszcze Polska nie zginęła..."
rosyjscy żandarmi jeno się przyglądali
Nazajutrz podczas jarmarku
ze wszystkich stron Rynku
napadli na ludzi Kozacy na koniach
wyjąc i strzelając na oślep
Bogaty kupiec Goldenwasser
handlował z Ruskimi
to go Polacy rozstrzelali
a pomoc powstańcom
kończyła się zwykle
na suchej gałęzi
i kozackim arkanie






Fałszywy Baal Shem Tow


Deborah
twój mąż jest wśród dębów
olch topoli i brzóz kilku rzędów
a może za morzem
któż to wie

Deborah córko Samsona
mleczarko z Mazowsza
samotna w każdy Szabat
nie płacz już więcej
weź z sobą wszystkie srebrniki
bochenek sera w owczym pęcherzu
i woskowych świec tuzin
jam jest Baal Shem
który przepędził diabła epilepsji
córki ogromnego Żyda
podobnego do ruskiego mużyka
jam jest Baal Shem
który liczył opadające liście
z przydrożnego drzewa
na oczach Berrela - woźnego z bóżnicy
i upadających braci Izraela

Deborah odważna Żydówko
wejdź do gęstych borów
i słuchaj mojego szofaru
bo ja idę szukać twego męża
twoje świece oświetlą mi drogę
pośród korzeni bagien i uroczysk
srebrnikami przekupię diabły
tylko słuchaj mojego szofaru

Deborah zawiedziona żono
to nie jest moja wina
że coraz słabiej słyszysz
mój smutno grający róg
że coraz słabiej widzisz
płomień woskowych świec
twój mąż jest daleko
zajęty szukaniem Jeruzalem

Deborah córko Izraela
wracaj do Przasnysza
i więcej już nie płacz






Filologiczny surowiec

Sewek Ruda - gimnazjalista z Przasnysza
w drodze do szkoły w roku 1937


"Kiedy rano zbiegałem ze schodów kamienicy
pana Góralskiego w kotłach mieszała się słonina i rąbanka

po kilku krokach skręcałem w lewo koło aromatów gałek muszkatałowych
Sklepu Kolonialnego Fajersztajna - jednym słowem egzotyka

po drodze buchało naftaliną z łokciowego geszeftu
Urenfelda z balami zleżałego sukna i gabardyny

no cóż u pana Blumszatajna zawsze było skromnie
wieczne mieszanie otrąb mąki i bakalii

na kocich łbach Święto-Michalskiej pachniał żywiczny
świat sośniny i dębiny z Zakładu Trumniarskiego
pana Sikory radnego magistratu i członka Bundu

natomiast u Eisenbada czyli Srulka lał się sok poziomkowy
na pożerane rajskie lody śmietankowo kakaowe

po drugiej stronie Święto-Michalskiej był skład farb
Fiszla Bramsona i drobny kramik ultramaryny Goldmachera

do wytwornych delikatesów zamorskich win i wódek
Kaszubowskiego gimnazjalistom wchodzić nie wypadało

natomiast pan Bergson był gościem z Ciechanowa
ożenionym z córką pana Lwa kantora z bóżnicy
prowadził on kram ? 'Soki plus Gastronomia'

nie było jednak jak w piekarni Berla
cieplutki chleb i bułki zjadały się same
zanim jeszcze dotarło się do szkoły
i zakąsiło śledzia u pana Gerlica

tuż przed schodami mojego Liceum
przystawałem czasem przed składem desek pana Grzyba
i jak zwykle byłem spóźniony na godzinę wychowawczą"...

...Ja zresztą też - o całe pokolenie






Pochyłe Drzewo

Wspomnienia Mosze Kopackiego z Montrealu


W Przasnyszu
było jedno zaczarowane miejsce:
Pochyłe Drzewo
nad Węgierką
które sterczało za oknem naszego chederu

Kiedy tylko reb Sochar
zapadał w drzemkę
przy czytaniu Psalmów
uciekaliśmy ze szkoły
by się wykąpać w rzeczce
a później bawić w chowanego

Suszyły się w słońcu na pniu
nasze ciała i portki
do późnego popołudnia
albo przerwanych majaków melameda

Często zabawa
przekształcała się
w prawdziwe ukrywanie
przed ścigającymi nas
gojami z miasta

We wrześniu 1939 roku
ostatni raz widziałem
Pochyłe Drzewo
w niemieckiej ciężarówce
unoszącej w niebyt
naszą chasydzką baśń






Niedaleko przasnyskiego Liceum


z którego Obłudzyner Śłamak
i Ester Kolczyńska powędrowali
do gazowych komór
jest mały i brzydki rynek
z jedyną toaletą publiczną w mieście
i starą lipą oklejoną grubą warstwą klepsydr
(wydaje się że sama lipa ma się dobrze
i służyć będzie następne pięćdziesiąt lat
mającym się już nie tak dobrze
beneficjantom tamtego świata)

Jak wynika z pamiętników
odnalezionych po sześćdziesięciu siedmiu latach
zupełnie niedaleko Liceum
w 1932 roku na ulicy Orlika 7 stał drewniany dom
gdzie mieszkała Maria Kaczyńska
z ojcem i duchem matki - Konstancji
której "oznajmiła" że zobaczy ją za dziesięć lat
- tak bardzo za nią tęskniła

Pod samym nosem NSDAP
w ich kwaterze w Liceum
konspirowała Maria w ZWZ - AK
wraz z kilkoma przyjaciółmi
od samego początku wojny
aż do 17 grudnia 1942 roku
kiedy to wyprowadzono ich
zupełnie niedaleko...
bo do zbitych szybko szubienic
na brzegu przasnyskiego rynku
nie opodal klepsydrowej lipy

Zimno i ponuro było tego dnia -
trzech mężczyzn oddawało swe życie
w obecności przypędzonych żon i dzieci:
"My już szczęśliwi, bo wolni. Niech żyje Polska!"
"Ty też wychowaj syna na dobrego Polaka."
a Maria nie wiedzieć czemu powiedziała:
"Tak pięknych korali jeszcze nie miałam na szyi"
pocierając brodą o gruby juchtowy sznur

Toronto ? Wszystkich Świętych 1999







Numerus clausus


Liceum w Przasnyszu
nie zrodziło Herberta ani Miłosza
gdyż nie miało takiej potrzeby
wystarczyło sześć tysięcy uczniów
przez siedemdziesiąt lat
dziesięć miesięcy w roku

długa i ciężka brzemienność
zważywszy że sam akt poczęcia
to był gwałt co się
gwałtowi odcisnął

Nie szczędziło wstydu nikomu
w obwieszczeniach woźnego:
"Z powodu nieuiszczenia czesnego
zawieszam w nauce Bęcwalskiego."

I już nie marki czy ruble płacił ojciec
ale żywe 50 złotych z orłem w koronie
albo korzec pszenicy lub dwa żyta

Nie posadziło Saula Bellowa
samego w koziej ławie
tak jak Obłudzynera Śłamaka
i Ester Kolczyńską
którzy znaleźli później
niepoliczalne towarzystwo
w komorze gazowej
(a ileż zapachów ślazowych cukierków
wzięli oni z sobą na zawsze)
Bellow zajęty był pisaniem
"Planet Pana Sammlera"

Nie zamknęło się samo
Podmioty nawet tak szlachetne
jak Liceum w Przasnyszu
nie mają na tyle sił witalnych
których nie brakło Niemcom

po sześciu latach
faszystowskiego eksperymentu
na przasnyskiej tkance licealnej
można było zobaczyć
ile wśród pozostałych komórek
było martwych a ile zwyrodniałych

najważniejszym jednak zadaniem
było odminowanie kaflowych pieców
za pomocą ognia i ucieczki
na drugą stronę korytarza

Nie wyniosło się Liceum
ani do Szczytna ani do Warszawy
jak chce tego drogowskaz
przed którym i ja kiedyś
stanąłem pierwszy raz bez ojca
w wędrówce z Galicji przez Kurpie
do Kanady

Toronto, czerwiec 1999







Kamień z serca


Sewkowi Rudzie w dowód przyjaźni


Sierpniowa noc dwutysięcznego roku:

na łososiowym niebie
goreje bazaltowy nów
który uciskał dziewiętnastowieczne
serca Chasydów z Mazowsza
uczniów Maimonidesa
i cadyka z Aleksandrowa
oddalonych od siebie nie dalej
niż jeden dzień wędrówki
by móc rabinom nieść
tę oto księżycową wieść:
"Pokój tobie Benjaminie,
pokój tobie Joszke
i tobie też Deborah, Naomi,
Rachel i Dinach!
Pokój tobie rebie Szmul!
Pokój tobie wójcie Janie
Puszczonie z Myszyńca
obrońcy pokrzywdzonego Żyda!
Pokój tobie Proroku Eljaszu,
któryś obiecał przyprowadzić
Mesjasza do synagogi w Przasnyszu!"
To na stodwudziestoletnim dębowym
stole szabasowym leżą okruchy
SPLECIONEGO chleba
w blasku trzygroszowych świeczek
oparach wódki z wyszczerbionej karafki
zapachach Orientu z inkrustowanej tabakierki
i błogosławieństwach Jeruszalaim
Na sękatym blacie
płoną życzenia z tamtego
stulecia wypisane palcami
maczanymi w świątecznej wódce -
trzyletniego Benjamina
sześcioletniego Joszke
i ich trochę starszych sióstr
pogubionych dzieci Izraela:
"Pokój z tobą
słowiański emigrancie,
wędrowco z Kanady,
który kupujesz drożdżowe pępuchy
polane syropem z klonu
na jarmarku w Etobicoke
od Mennonita z Bellville!"

Pokój wam moi przyjaciele z Przasnysza!

"Pokój z TOBĄ KUZYNIE z Treblinki!
Pokój z TOBĄ KUZYNKO z Auschwitz!
Pokój z TOBĄ DZIADKU z Bełżca!
Pokój z TOBĄ CIOTKO z Birkenau!
Pokój z WAMI MATKI I BRACIA I SIOSTRY! "
Taka była księżycowa wieść
Chasydów z Przasnysza


Bruno Schulz: Chasydzi, 1935.



Waldemar Kontewicz mieszka w Kanadzie, w Toronto, jest nauczycielem matematyki w Philip Pocock Catholic Secondary School w Mississauga, ON. Zajmuje się również poezją i jej tłumaczeniem.

Ponieważ będzie on dość często gościć w Zwojach, zatem poprosiłem go aby napisał coś o sobie. Zrobił to:

"Jestem Polakiem, którego rodzice pochodzą z Wileńszczyzny. Urodziłem się w Braniewie, wychowywałem w Nowym Sączu, a młodość spędziłem na Mazowszu. Moje zainteresowanie judaizmem datuje się od pewnego czasu, za sprawą mojego przyjaciela z Przasnysza, Mariusza Bondarczuka, który jako jeden z pierwszych na Mazowszu zauważył, że przed nami byli tam przez kilkaset lat ludzie z innej kultury, którzy byli również tej ziemi gospodarzami. Mariusz Bondarczuk jest autorem książki o Żydach z Krasnosielca, rozstrzelanych przez Niemców na początku wojny. A wcześniej u mnie, to baśniowy świat Izaaka Baszevisa Singera, którego prozę cenię nade wszystko. I oczywiście świat Marca Chagalla...

A jest jeszcze coś o czym i pisać ciężko - Holocaust. Nie potrafię przejść obojętnie obok Shoah. Moja wrażliwość i pojmowanie świata runęły już dawno, kiedy wgłębiłem się w "niezmierzalność ludzkiej diaboliczności" - aby użyć określenia Irvinga Laytona, znakomitego żydowskiego poety z Kanady. Jestem winien tym zatłuczonym na śmierć przynajmniej jakąś małą rekompensatę - moje ubolewanie, wstyd i pamięć, bo cóż więcej mógłbym.

To, że moja poezja jest, jak mówisz, Szuberowska bardzo mi schlebia, gdyż cenię wiersze Janusza Szubera bardzo wysoko. Obracam się w świecie Przasnysza i kultury kurpiowsko-chasydzkiej. Saga chasydzka i "Księga Pamięci" z Ostrołęki, które czytam, wręcz zmuszają do pisania, zniewalają swą szczerością, oczarowują pięknem, emanują bogactwem kulturowym, o którym wiemy tak mało."

(AMK)




Wiersze Waldemara Kontewicza zamieszczone w Zwojach:



Copyright © 1997-2007 Zwoje