PIEKNE SLOWO JEDWABNE

LUCJAN FELDMAN
Jest cos niepokojaco zwodniczego w slowie
Jedwabne, nazwie miejscowosci, ktora w przeciagu kilku
tygodni obiegla cala Polske.
Obiegla, co nie oznacza jeszcze ze zaistniala, ze
jej znaczenie dotarlo do powszechnej swiadomosci. Nic niestety
nie wskazuje, ze predko dotrze, a haslo zakotwiczy sie na
stale w polskiej pamieci narodowej. Toczacy sie od pieciu
tygodni na lamach Gazety Wyborczej "spor" wokol, jak to
pierwotnie okreslil Jacek Zakowski, "fenomenu" Jedwabnego, zdaje
sie bowiem po raz kolejny prowadzic na historiozoficzne
manowce.
Dobrze to wyrazil Dariusz Czaja w eseju "To
nie 'oni', niestety" (Gazeta Wyborcza, 15 grudnia 2000),
nazywajac artykuly Zakowskiego sprzed miesiaca - te, od ktorych
wszystko sie zaczelo - "dyskursem rozwadniajacym." Dyskusja niby
na temat, ale z roznych powodow samonawracajaca sie na
bezpieczne tory poboczne.
Podobnie bowiem jak w kwestii "dialogu
polsko-zydowskiego" (cudzyslowy umyslne), rowniez tu zabierajacy
glos "polscy Polacy" probuja znalezc odpowiedzi na bledne pytania,
dociekuja spraw metodologicznie waznych, ale jednak
drugoplanowych, incydentalnych dla celow odklamywania historii;
wzglednie takich natury wysoce filozoficznej; nigdy zas aspektow
prozaicznych, przyziemnych, czy takich odzwierciedlajacych dno
jego sedna: a mianowicie, ze kazdy dialog "polsko-zydowski",
rowniez "kontrowersje" wokol Jedwabnego, jest w gruncie
rzeczy dialogiem polsko-polskim.
W samym bowiem uznaniu podzialu stron na
(narodowa) polska, i (etniczna, narodowa i/albo religijna)
zydowska, tkwi zalazek niemoznosci osiagniecia jakiegokolwiek
porozumienia, czy chociazby ZROZUMIENIA odmiennych grupowych
doswiadczen historycznych w lonie jednej i tej samej
nacji, tez takich "doznanych" z rak innych rodakow. Mowie
oczywiscie o nacji Polakow definowanych nie przez
indywidualna przynaleznosc do jakiejs specyficznej religii,
ideologii, czy stopien "czystosci rasowej", a kultury
i poczucia tozsamosci z ojczyzna. Ten brak podstaw
zrozumienia nie jest bynajmniej nieznanym wymiarem sprawy dla tych
w ten dialog zaangazowanych: biedni Polacy mogli wprawdzie
patrzec na getto, ale czy widzieli tam innych Polakow?
Dla polskiego czytelnika, od kilkudziesieciu lat
przyzwyczajonego do wrecz "automatycznego" rozrozniania Zydow od
Polakow, moze byc trudne do przyjecia, ze byl taki czas, nie tak
znowu dawno temu -- jeszcze zyja liczni przedstawiciele tego
pokolenia --, kiedy kazdy urodzony i wychowany w Polsce
bezapelacyjnie byl Polakiem (powracajac na chwile do tematu tego
komentarza: byli nimi rowniez mieszkancy Jedwabnego; a wiec
tyle samo Zydzi, co Polacy). W pewnym jednak momencie, na
jakims szczegolnym zakrecie historii, prawa tego odmowiono
niektorym.
"Odmawiajacymi" zas byli ci, ktorych "norme"
polskosci nazwac mozna jedynie "eliminacyjna na gruncie etnicznym
i eugenicznym". Narod, ktory od zarania dziejow byl
multietniczny i wielowyznaniowy, od wiekow wchlaniajacy
i asymilujacy rowniez diaspore zydowska, nagle mial byc
jednoetnicznie katolicki (zeby bylo smieszniej, ta proskrybowana
etnicznosc zdefiniowana byla glownie przez mityczna czystosc
genetyczna: kazda wiec domieszka "krwi zydowskiej" automatycznie
negowala I NADAL NEGUJE prawo do polskosci).
Ci, ktorzy znalezli sie poza nawiasem tego nowego
narodu, wszystkie mniejszosci kresowe oraz Zydzi, automatycznie
stali sie "obcymi." A kiedy nastala wojna i okupacja,
nastala rowniez "licencja" na nierozroznianie miedzy
obcym-napastnikiem-z-lewa, obcym-napastnikiem-z-prawa
i obcym-"bylym-Polakiem".
Ow proces zawezania - faktycznie pomniejszania -
polskosci nie odbyl sie oczywiscie w mgnieniu oka; jest to
proces historyczny zapoczatkowany przed z gory 120 laty przez
Romana Dmowskiego et cohortes szukajacych drog wzmocnienia
charakteru narodowego posrod chetnie wtedy rusycyzujacych sie
Polakow, zwlaszcza inteligencji, na bazie ktorego mozna by potem
odtworzyc Polske w ramach Rossijskowo Impieria (wyzej bowiem
niz prorosyjska autonomia nie siegaly jego aspiracje). Idea
Polski endeckiej, "polskosci bez Zydow," od poczatku stala
w konflikcie z idealem panstwa federacyjnego Jozefa
Pilsudskiego; idealem, trzeba powiedziec, wybrakowanym, niemniej
jednak przez dwie dekady niepodleglosci krajem wszystkich
Polakow.
Zachodzi wiec pytanie, w ktorym szczegolnym
momencie prawo do polskosci przywlaszczone zostalo przez
samozwanczych "prawdziwych" Polakow. A scislej: od kiedy
Polacy "innej masci" stali sie nie-Polakami.
Od tego bowiem nalezy zaczac wszelkie dociekania
o Jedwabnem. W latach wojny stad bowiem niedaleko do
zaklasyfikowania kazdego "nie-Polaka" jako wroga. Wroga, ktorego
wolno, wrecz nalezy tepic. Moze dlatego jakos nikt
z polemistow Grossa nie kwapi sie, by odpowiedziec na glos na
pytanie: co pozwolilo - jak nieopatrznie wyrazil to Zakowski -
"czesci polskiej mniejszosci" (sic!) uznac zydowska wiekszosc
miasteczka Jedwabne za na tyle "niepolska", ze mozna ja bylo
postawic poza nawiasem czlowieczenstwa.
Na takie pytania nie ma oczywiscie zwiezlych
odpowiedzi, i, tak dlugo jak nikt ich nie zadaje, nie ma nawet
potrzeby odpowiedzi. Jest natomiast sporo "wolnego filozofowania
sobie", jak w tekscie polemicznym Marka Beylina "Ja
i my, a nie oni" (Gazeta Wyborcza, 1 grudnia
2000); takze ubolewania nad polwieczna zmowa milczenia historykow
o tych sprawach; zmowa, ktorej - o dziwo! - nie
przerwala dekada pelnej niepodleglosci i, wydawaloby sie, potrzeba
skonstruowania nowego, niezaklamanego obrazu historycznej
rzeczywistosci.
W calym tym jednak filozofowaniu, dorabianiu
teorii do smutnej praktyki, jakos brak u wszystkich
zabierajacych glos na lamach gazet, jakichkolwiek sladow pobudek,
nawet "aluzji" do pobudek zbrodni w Jedwabem innych, niz
(okreslenie robocze) "gleboko-metafizycznych."
O tym bowiem, ze zbrodnia w malym lomzynskim
miasteczku mogla miec zgola inne, bardziej "prozaiczne" podloze,
niz te rozwazane przez filozofow z mandatem, nie znajdziemy
tam ani slowa. W tym potoku slow, obok "przypuszczen"
i "obaw", nagle nie ma miejsca na jakiekolwiek sciezki
poszlakowe mogace prowadzic do "zwyklej ludzkiej" pazernosci,
zawisci, warcholstwa, prywaty - znanych polskich, i nie tylko
polskich, chlopskich, i nie tylko chlopskich, wad
i przywar. Resentymentow klasowych i politycznych,
ktore, swiadome sprzyjajacej sytuacji (bez)karnej, nagle
uwidocznily sie w calej swej morderczej "okazalosci."
Bo przeciez nikt chyba
p r y w a t n i e
nie watpi, ze, gdyby pogromszczycy w Jedwabnem
(i Radzilowie, i...) nie mieli na tym nic do wygrania,
w kazdym pojedynczym przypadku perspektyw jakiegos osobistego
zysku, naglego wzbogacenia sie, czy "taniego nabycia" "niczyjego
mienia", to nadal "potrudziliby sie" sprawiac swym sasiadom taka
Niespodzianke a la Czysciec Etniczny do Niezapomnienia, jak
ta w Jedwabnem. Wzglednie "potrudziliby sie pomimo tak przez
sie kochanym, i diametralnie odmiennym, naukom swego
kosciola." (Pierwsze, nie zabijaj...)
Oczywiscie, mozna takiej mysli do siebie
w ogole nie dopuszczac, trzymac sie tropow "kauzalnych" na
bazie salonowej moralnosci, w imie logicznego zreszta
zalozenia, ze rowniez ludnosc podlomzynska w latach wojny
mogla takowa sie kierowac. Tym samym zgrabnie pomijac wszelkie
watki mogace w jakis sposob nazwac po imieniu problem
bratobojczych walk i powszechnej wojennej demoralizacji.
Tego trzyma sie konsekwentnie Zakowski,
pozwalajac sobie na rozne dywagacje dla pewnosci opatrzone znakami
zapytania. Wybor takiej linii egzegezy przyczyn mordu przez
pryzmat wspolczesnej moralnosci daje tez "ekstra bonus"
w postaci logicznej wrecz-niemozliwosci, ze zbrodni tej mogli
dokonac jacykolwiek katolicy.
A posrednio wzmacnia sie tez watek oprawcow spoza
regionu, Niemcow (choc tez chrzescijan wierzacych w tego
samego Boga - Zyda). Poza tym, kazda teza doszukujaca sie pobudek
innych niz takie obecnie mozliwe do udowodnienia, z naukowego
punktu widzenia jest li tylko teoria, niesprawdzonym
przypuszczeniem bez pokrycia. A jak tu niepodwazalnie
udowodnic, ze - dajmy na to - miedzy czerwcem a sierpniem
1941 roku liczba sztuccow, garnkow, mebli, sztuk poscieli
i odziezy w - PODKRESLAM - srednim etnicznie-polskim
domostwie w podlomzynskiej okolicy wzrosla o -
przykladowo - 14 procent?
Na usprawiedliwienie Beylina trzeba przyznac, ze
gdyby dopuscil do siebie taka mysl, a tym bardziej wypuscil
ja w eter, musialby wyprodukowac zupelnie inny komentarz.
Gdyby bowiem nadal obstawal przy probach zrozumienia tej zbrodni
przez analogie z innymi wypadkami, byc moze odkrylby, ze to,
co zdarzylo sie w Jedwabnem i pobliskim Radzilowie,
bynajmniej nie bylo tak unikalne na polskiej ziemi, jak by sie
wydawalo. Jezeli juz, to unikalnosc tych mordow polega raczej na
tym, ze sa stosunkowo dobrze udokumentowane (gwoli przypomnienia:
istnieja zarowno relacje swiadkow, jak przesluchania oskarzonych
i skazanych za zbrodnie po wojnie, oraz pozniejsze,
popazdziernikowe zeznania, ktore lacznie pozwolily Janowi Grossowi
zrekonstruowac bieg wydarzen.)
Inne "przypadki" nie pozostawily po sobie tak
wiele obszernych swiadectw, nie mialy tez takiego rozmiaru jak te
pod Lomza. Ale z punktu widzenia "typowego" Zyda podczas
wysiedlenczej "Akzion" w byle miasteczku, wyciaganego
z ukrycia i przez miejscowa holote zaganianego na rynek
do deportacji, by moc bezkarnie zrabowac jego mienie, nie
nazywalbym tego duza pociecha.
Takich zajsc bylo zas na terenach okupowanych
calkiem niemalo, i swobodnie mozna rzucic stwierdzenie, ze
istnialy regiony, gdzie byly one regula bardziej niz wyjatkiem; to
przeciw efektom takiej demoralizacji wsi polskiej Zofia
Kossak-Szczucka, bynajmniej jakas filosemitka, siegnela po pioro
i napisala "Protest", z ktorego wylegla sie "Zegota".
Pamiec zas o pomocy "polskich Aryjczykow" udzielanej
samoistnie ("bezinteresownie") Niemcom, zachowala sie NIE TYLKO
w zydowskiej historiografii.
I w tym caly ambaras, bo gdyby tylko tam,
wtedy relacje te mozna by bylo zneutralizowac uznajac je np. za
wyrazy "jaskrawego zydowskiego etnopartykularyzmu," licytowania
sie cierpieniem, albo (latka na wszystko) "antypolonizmu". Mozna
by je kwestionowac jako "jezyk nienawisci", poddawac probom
zrozumienia przez aklamacje, metafore, ideografie. Ale jak tu
uporac sie z takimi jednoznacznymi swiadectwami niewymuszonej
polskiej kolaboracji z jednym okupantem przeciw wlasnym
rodakom, de facto polskim wkladem do Zaglady, jak te
w dzienniku doktora Klukowskiego ze Szczebrzeszyna? [1]
27 grudnia 2000
- Zygmunt Klukowski: Dziennik z lat okupacji Zamojszczyzny, wstep i redakcja Zygmunt Mackowski. Ludowa Spoldzielnia Wydawnicza, Lublin 1958.
Z przypisu do "Swiadkow Szoa" Feliksa Tycha w Midraszu, pazdziernik 1999:
"Dokumentow tej rangi co dziennik Klukowskiego nie zachowalo sie wiele. Jego zapiski dadza sie porownac jedynie z wydana posmiertnie w 1962-63, nieco okrojona z przyczyn cenzuralnych, podobnie jak Dziennik Klukowskiego, Kronika lat wojny i okupacji Ludwika Landaua."

Lucjan Feldman: Ideografia dyskursu publicznego o Jedwabnem (dostepnego w Internecie)
Copyright © 1997-2001
Zwoje