Ponizszy artykul pierwotnie ukazal sie w Przegladzie Polskim, literacko-spolecznym tygodniowym dodatku do Nowego Dziennika w Nowym Jorku z dnia 19 stycznia 2001.




SPALONA   NIEWINNOSC





ANDRZEJ M. KOBOS



Od kilku tygodni pytam siebie czy jest roznica miedzy plonaca stodola a komora gazowa, jezeli obie uzyte sa do masowego wymordowania ludzi.

Do tego drastycznego pytania mozna sprowadzic problem, przed ktorym, chcac czy nie, stoja obecnie Polacy, nie tylko ci moralnie wrazliwi, czlonkowie cywilizowanej nacji, ktora niespodziewanie musi uporac sie z koszmarem pewnego fragmentu swojej niedawnej zbiorowej przeszlosci. Nagle, z szafy zbiorowej swiadomosci o postawie Polakow w okresie okupacji niemieckiej wypadl szkielet. Szkielet Jedwabna, przerazajacy nie tylko zbiorowa zbrodnia na niewinnych i bezbronnych, ale powaznie niweczacy zarowno wizerunek owczesnej "pomocnej z zagrozeniem zycia wiec i przewaznie bezsilnej" postawy Polakow wobec Zaglady Zydow, jak i etos moralnie prawie poprawnego spoleczenstwa, ktory dawal powody do pewnej dumy, ze "my nie pomagalismy Niemcom". Co prawda, tu i owdzie wspominalo sie o wydarzeniach temu zaprzeczajacych, ale przyjmowalismy je za odosobnione, albo za dzielo marginesu spolecznego, ktory przeciez istnieje w kazdej wspolnocie ludzkiej. Kto analizowal to glebiej, naglasnial, uchodzil za uogolniajacego pojedyncze incydenty, chcacego z takich czy innych wzgledow, powiedzmy, "obrzydzic" obraz Polakow w oczach swiata.

Tymczasem, po raz juz ktorys w naszej historii, okazalo sie, ze najgorszymi niszczycielami dobrego obrazu Polakow, czesto prawdziwie zasluzonego, sa sami Polacy.


Wydarzenia

W ogromnym skrocie:

10 lipca 1941 roku, po przejsciu niemieckiej ofensywy na wschod przez miasteczko Jedwabne pod Lomza, polska ludnosc tego miasteczka, zwykli ludzie – rolnicy, rzemieslnicy i zarzad miasta – za niemieckim pozwoleniem, ale bez czynnego niemieckiego udzialu, wymordowali praktycznie wszystkich Zydow, mieszkancow Jedwabna; okolo 1600 osob: dzieci, kobiety, mezczyzn, starcow. Kilkudziesieciu zabito na ulicach i cmentarzu orczykami, kijami nabitymi gwozdziami, nozami, siekierami, kamieniami, pozostalych zagoniono do stodoly i spalono zywcem.

Pierwsza fala pogromu w Jedwabnem miala miejsce 23 czerwca 1941. W dniu tym Polacy bestialsko zamordowali kilkunastu Zydow, mezczyzn, kobiety i dzieci. Po czym zapadl zlowrogi spokoj. 10 lipca 1941 nastapilo w Jedwabnem ludobojstwo.

Wedlug relacji, tego dnia (lub wczesniej) w Jedwabnem przebywalo kilku (pieciu?) gestapowcow. Byl tez staly posterunek jedenastu zandarmow niemieckich. Ani gestapowcy ani zandarmi nie brali czynnego udzialu w pogromie 10 lipca. Ktorys z nich ponoc chcial wyciagnac kilka rzemieslniczych rodzin z kolumny Zydow pedzonych do stodoly. Kilkoro Zydow uratowalo sie na... posterunku zandarmerii niemieckiej. I stamtad chcieli ich Polacy wyciagnac. Siedmioro ukryla i pozniej przechowala Polka, Antonina Wyrzykowska.

Po wojnie, ocalaly z pogromu Szmul Wasersztajn zlozyl zeznania przed Zydowska Komisja Historyczna. W roku 1949 odbyl sie proces 22 uczestnikow pogromu. Proces szybki, bez podloza politycznego, bez powiazania z antykomunistycznym podziemiem. Zapadl jeden wyrok smierci (nie wykonany), 11 osob skazano na kary wiezienia, 10 uniewinniono.


Ksiazka

Jan Tomasz Gross, w ksiazce Sasiedzi. Historia zaglady zydowskiego miasteczka (Wyd. Pogranicze, Sejny, 2000), opisal, udokumentowany licznymi relacjami i zeznanami w sledztwie i procesie w roku 1949, przebieg masowej zbrodni. Zasygnalizowal rowniez szereg problemow dotyczacych swiadomosci i historiografii, ktore wynikaja z polskiego ludobojstwa w Jedwabnem: problem, jakie polskie spoleczenstwo podczas okupacji naprawde bylo i jak to rzutuje nie tylko na historie, ale i na dzisiejszych Polakow, problem zbiorowej pamieci, rownoczesnosci bycia przesladowca i ofiara, kolaboracji, chciwego chlopstwa wsi i lumpenproletariatu miasteczek i miast, spolecznego zaplecza stalinizmu w Polsce.

Przeczytalem niedawno Sasiadow. Chociaz wczesniej sporo juz wiedzialem o tej ksiazce i spodziewalem sie co przeczytam, zostalem przywalony, zdruzgotany. Moje poczucie czlowieczenstwa zostalo porazone. Pamietam, ze podobne wrazenie mialem po ksiazce Henryka Grynberga Drohobycz, Drohobycz. Moge to sprowadzic do pytania samego siebie: "Gdzie ja zylem? Do kogo ja przynaleze?".

Choc gorzka i straszna, Gross na 115 stronach napisal ksiazke wielka, wazna, odwazna, ktora powinien przeczytac kazdy, ktora winna stac sie szkolna lektura. Za to nalezy mu sie uznanie i szacunek.

Nie zamierzam streszczac tej ksiazki, drugie polskie wydanie ukaze sie z poczatkiem stycznia 2001, mozna ja w calosci przeczytac w Internecie pod adresem URL: http://pogranicze.sejny.pl/jedwabne/index.html

Ponizej podziele sie moimi wielowatkowymi refleksjami po przeczytaniu Sasiadow. Beda to refleksje gorzkie i bolesne, nie ograniczone do Jedwabna.


Dyskusja

Szczegolowa ksiazka Jana Tomasza Grossa o ludobojczym pogromie Zydow w Jedwabnem (z mniej szczegolowo udokumentowanym opisem pogromu w Radzilowie kilka dni wczesniej) wywolala w Polsce zrozumialy wstrzas, dyskusje i polemiki dziennikarzy, historykow i czytelnikow. We wrzesniu 2000, prokuratora Instytutu Pamieci Narodowej w Warszawie rozpoczela sledztwo w sprawie masowego mordu w Jedwabnem. Dzienniki Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita poswiecily tym polemikom wiele miejsca. Bibliografia tych publikacji (w wiekszosci dostepnych teraz w Internecie) obejmuje, jak dotad (grudzien 2000), okolo 50 pozycji. Odbyly sie spotkania historykow, z ktorych jedno, w Instytucie Historii PAN w Warszawie 24 listopada 2000, bylo burzliwe. Profesor Tomasz Szarota, autor waznej ksiazki pt. U progu zaglady, najpowazniejszy polski historyk zaangazowany w dyskusje o Jedwabnym, wycofal sie juz z kilku swoich wczesniejszych zarzutow pod adresem Grossa (m. in. o pominiecie nie zweryfikowanych informacji prokuratora Monkiewicza) i z niefortunnego (jak sam przyznal do mnie) zarzutu, ze Gross nie wyjasnia "dlaczego 1500 zdrowych, bedacych w pelni sil osob ... nie probowalo sie bronic". Obecnie obstaje juz tylko przy tym, ze "nie wiemy jeszcze wszystkiego o Jedwabnem."

Prasowe dyskusje maja wyraznie dwa kierunki. Pierwszy, to niedowierzanie i szukanie okolicznosci lagodzacych (jakie to moga byc okolicznosci lagodzace dla 8-godzinnej, kierowanej, metodycznej, dokonanej na zimno, zbiorowej zbrodni na Zydach, w tym malych dzieciach? ) oraz mozliwego udzialu Niemcow w tej zbrodni. Drugi, rzadszy, to przyjecie za ponura rzeczywistosc tego co wydarzylo sie w Jedwabnem 10 lipca 1941 i, powiedzmy ogolnie, wyrazanie zalu i skruchy, szukanie domniemanych motywow.

Nad dlugofalowymi problemami podniesionymi przez Grossa, wielu dyskutantow nie zastanawia sie, przeslizguja sie nad nimi, uwazaja je za niebezpiecznie wymyslone przez autora.

Dla pelnosci obrazu wspomne rowniez o publikacjach w polskiej prasie prawicowo-nacjonalistycznej, ktore mozna sprowadzic do przedstawiania pogromu Zydow w Jedwabnem jako nieomal zasluzonej kary za ich rzekoma kolaboracje z Sowietami oraz do prymitywnych atakow na Grossa. Czytalem tylko dwie publikacje z pisma Nasza Polska, ktore podsumuje tak: w moim odczuciu, Zydow Jedwabna wymordowala "nasza" Polska (nasza z malej litery!).

Polskim dosyc rozpowszechnionym, hipokrytycznym stereoptypem (wyciaganym nawet w kontekscie Jedwabnego) jest przypisywanie Zydom zbiorowej odpowiedzialnosci za komunizm. Jakze latwo mozna by teraz uzyc polskiego ludobojstwa w Jedwabnem do przypisania Polakom zbiorowej odpowiedzialnosci za wspoludzial w Zagladzie.

Nie jest rowniez celem mojego artykulu streszczenie dotychczasowych dyskusji. Dyskusje z pewnoscia nasila sie na wiosne 2001, gdy ukaze sie amerykanskie wydanie ksiazki Sasiedzi Jana Tomasza Grossa. Profesor Szarota powiedzial mi przez telefon: "mam juz dosyc dyskusji o Jedwabnem" (co ja jestem w stanie zrozumiec). Odpowiedzialem mu, "to sie jeszcze nie zaczelo..."


Odpowiedz na pytanie

Rozpoczalem ten artykul od dramatycznego pytania. Oto odpowiedz do jakiej doszedlem w moich rozwazaniach.

Polska ludnosc miasteczka Jedwabne pod Lomza, kierowana przez polskiego burmistrza, uzyla stodoly, dobrowolnie zaofiarowanej przez jednego z mieszkancow (wszak ktos inny odmowil i wlos mu za to glowy nie spadl) dla spalenia okolo 1600 Zydow, od malenkich dzieci po starca rabina. Podpalona stodola byla narzedziem ludobojstwa, rozniacym sie od niemieckiej komory gazowej tylko tym, ze byla bardziej pojemna, technicznie sprawniejsza i uzyta jednorazowo do mordowania Zydow o pol roku roku wczesniej, niz pierwsze samochodowe komory gazowe w nazistowskim obozie zaglady w Chelmnie/Kulmhof. To, ze zaden inny Zyd nie zginal juz potem w tej samej wypalonej stodole, nie byla zadna pociecha dla 1600 ofiar jedwabninskiej orgii mordowania.

Odpowiedz na moje pytanie jest – nie ma roznicy. Bylo to ludobojstwo dokonane na Zydach z Jedwabna, tylko dlatego, ze byli Zydami – dokladnie takie samo bylo podstawowe nazistowskie zadanie Holocaustu – wykonane w Jedwabnem dobrowolnie, zorganizowanie i raczej entuzjastycznie przez polskie spoleczenstwo tego miasteczka. Roznice widze w tym, ze Niemcy mordowali Zydow w komorach gazowych systematycznie realizujac Endlösung - "ostateczne rozwiazanie", tj. zgladzenie wszystkich Zydow, jako podstawowy element polityki ich nazistowskiego panstwa. Ludobojstwo w Jedwabnem nie bylo czescia polityki panstwa polskiego, niezaleznie nawet od tego, ze takie panstwo wowczas nie istnialo w formie jawnej i zorganizowanej. To jest jedyne filozoficzne pocieszenie, z jakim moge myslec o tej tragedii.

Pisze "jedyne pocieszenie", bowiem zadnym pocieszeniem nie jest to, ze pogromy na taka skale nie byly liczne, albo ze np. 25-29 czerwca 1941, Litwini w Kownie bestialsko wymordowali kilka tysiecy Zydow. Niech Litwini sami uporaja sie ze swoja niedawna przeszloscia, a dwa wielkie polskie pogromy w Radzilowie i Jedwabnym sa dla mnie "liczne." Poza tym, w problemie "Polacy-Zydzi podczas okupacji" Jedwabne i Radzilow sa tylko czescia ciezaru na polskim sumieniu. Istnieje szereg swiadectw, nie tylko pochodzacych od Zydow, o mniejszych pogromach (chocby w Warszawie w marcu 1940), wydawaniu Zydow, szmalcownictwie, mordowaniu Zydow przez Polakow. Zeby wymienic tylko trzy takie swiadectwa: okupacyjny protest-apel Zofii Kossak-Szczuckiej potepiajacy postawe Polakow, przede wszystkim chlopow, wobec Zydow; wspomnienia doktora Zygmunta Klukowskiego ze Szczebrzeszyna Dziennik z lat okupacji Zamojszczyzny (LSW, Lublin 1958); oraz rozdzial o Warszawie z ksiazki Tomasza Szaroty U progu zaglady (Sic, Warszawa 2000).


Brzydsza czesc polskiej swiadomosci

Nie trzeba nawet szukac zrodel pisanych. Twierdze, ze nieomal kazdy kto przezyl okres okupacji w Polsce, pamietal lub jeszcze pamieta, albo opowiedzial swoim dzieciom, jakies potworne zdarzenia zwiazane z wydawaniem Zydow. Takie zdarzenia opowiedziano i mnie.

Znam opowiadanie o wydaniu w Wadowicach rodziny zydowskiego lekarza, Dr. Jakuba Taffeta, powszechnie szanowanego przed wojna za dobroczynnosc. Ukrywali sie w cieplarni. Wydala ich dziewczyna pracujaca u owego ogrodnika. Niemcy wyprowadzili ich, czekali chwile i wywiezli prosto do Auschwitz, 40 km na polnoc. Taffetowie plakali, ich coreczka pocieszala ich, modlila sie.

W latach 1960. p. Zdzislaw Duda, ktory wowczas pracowal w Proszowicach niedaleko Krakowa, opowiedzial mi wstrzasniety, ze pod Proszowicami byly jeszcze wowczas slady jakiegos pieca chlebowego, w ktorym chlopi palili zwloki malych zydowskich dzieci. Zydzi, za spora zaplata, zostawiali dzieci na przezycie u chlopow. A chlopi mordowali te dzieci. Ja nigdy w Proszowicach nie bylem, ale Pan Duda twierdzil, ze wielu w Proszowicach o tym wiedzialo. Historia podobna, tyle ze bez happy-end'u, jak ta w Witanowicach (pod Wadowicami), opowiedziana przez Grossa w przypisie na stronie 108.

Powie ktos... odosobnione zdarzenia. Byc moze tak, tylko ze jezeli wielu slyszalo chocby tylko o dwoch takich potwornych zdarzeniach, to rosnie z tego ogromna, przerazajaca statystyka. Nie mowiono jednak o tym, panowala samoistna zmowa milczenia, bo i ktoz chcialby takie rzeczy wspominac, rozglaszac.

Z faktami o zbiorowym mordzie w Jedwabnem, dokonanym nie az tak dawno temu przez ich znajomych i krewnych, miejscowi ludzie sa oswojeni – o makabrze bylo zawsze wszystko wszystkim wiadomo. Powtorze pytanie Jana T. Grossa, pozostajace bez odpowiedzi: "Gdzie jest bariera przez ktora taka historia musi sie przebic aby zostac wreszcie niebotycznym skandalem?" Ile pogromow, oby nie na skale Jedwabna czy Radzilowa, mialo miejsce na ziemiach polskich podczas okupacji hitlerowskiej, o ilu jeszcze kiedys sie dowiemy? Teraz to wraca do nas jako czesc naszego dziedzictwa, ktore musi sie stac czescia polskiej zbiorowej swiadomosci, bo jest czescia polskiej historii, tej niechwalebnej.

We wsiach chlopi wydawali Zydow. Bylo to raczej regula niz wyjatkiem. Przeciez, mimo wszystko, Niemcy w miastach, a juz szczegolnie na wsiach, nie wchodzili do kazdego domu z rewizjami. Iluz Zydow by ocalalo, gdyby ich nie wydano!

A bylo niestety tak, ze podczas gdy ukrywajacy sie Polacy mogli zakladac, ze najprawdopobniej nikt ich nie wyda (a dzialal w dodatku strach przed konspiracyjnymi wyrokami), ukrywajacy sie Zydzi musieli zakladac, ze jesli ktos przypadkowy ich rozpozna, to na pewno ich wyda. Najwieksza troska tych, ktorzy ukrywali Zydow, bylo to, zeby nikt z sasiadow owych Zydow nie zobaczyl.

W miastach szmalcownicy z roznych klas spolecznych szantazowali ukrywajacych sie Zydow. W Warszawie i wojewodztwie szmalcownicy to co bylo najmniej 1000 osob. Od lipca 1943 do Powstania Warszawskiego, a wiec przez 13 miesiecy, Cywilne Sady Specjalne wydaly tam na szmalcownikow okolo 20 wyrokow smierci, nie wiadomo ile z nich wykonano. Jest zrozumiale, ze to nie bylo i nie moglo byc priorytetowe w zbrojnej konspiracji, ale pamietac trzeba, ze prawdopodobnie wiekszosc tych, ktorzy wydali zolnierzy Polski Podziemnej zostalo wowczas straconych. Organizacja pomocy Zydom Zegota zwracala sie do Delegatury Rzadu o akcje przeciwko szmalcownikom. Przed szmalcownikami niekiedy ostrzegano, pietnowano ich, oglaszano niektore nazwiska, nielicznych zabito, reszta szmalcowala dalej.


Jak do tego doszlo

Jedno z wielu pytan, ktore kazdy zastanawiajacy sie nad tragedia w Jedwabnem musi sobie zadac brzmi "jak moglo do tego dojsc?", szczegolnie w sytuacji, kiedy najwyrazniej nie bylo przed wojna w Jedwabnem powaznych napiec miedzy ludnoscia polska i zydowska, mimo dosc powszechnego wowczas w Polsce quasisankcjonowanego antysemityzmu endecji i wiekszosci kleru w szczegolnosci. Prob odpowiedzi jest wiele. Zarzut kolaboracji Zydow z wladzami sowieckimi i wydania Sowietom w roku 1940 przez Zydow miejscowej konspiracyjnej organizacji nie mial oparcia w faktach i zostal wymyslony jako pretekst. Zadna zreszta kolaboracja jednostek (ani tym bardziej tylko przypuszczenie o niej) nie moze w oczach nawet prostego czlowieka dac powodu do bestialskiego zamordowania kilkudziesieciu Zydow na ulicach i cmentarzu, tropienia konno Zydow ukrywajacych sie w zbozu, a pozniej spalenia wszystkich pozostalych w stodole. Morderczy pogrom trwal 8-10 godzin, byl przeprowadzony stopniowo, w sposob sterowany, zorganizowany. Zadna psychoza tlumu, ani zdziczenie wojna nie wchodzily w gre. Masowe mordowanie bylo dobrowolne, z zimna krwia, bez przymuszania ze strony Niemcow. Co do tego swiadectwa sa zgodne. Wedlug mnie, dwa powody byly najistotniejsze.

Po pierwsze, nie powstrzymana erupcja nienawisci do "innego", zupelne zatracenie poczucia zla, zasad moralnych przeciez wpajanych przez chrzescijanska religie. Inni – to byli Zydzi. Inni obyczajowo, a przede wszystkim religijnie, "nieprawdziwi" Polacy. Kosciol przez stulecia zakorzenil w katolikach pogarde wobec Zydow, przekonanie o ich nizszosci, nie tylko jako innowiercow, ale rytualnych mordercow chrzescijanskich dzieci i "zabojcow Syna Bozego". Nie moze byc ciezszego i potencjalnie bardziej zapalnego oskarzenia niz "Bogobojcy". Endecja zas rozbuchala antysemickie uprzedzenia. Co powstrzymalo ksiedza w Radzilowie przed jakakolwiek proba uzycia swojego autorytetu dla zatrzymania jego parafian, kiedy ci mordowali inne istoty ludzkie?

W skali o wiele szerszej niz jedno mazowieckie miasteczko wynikiem takiego podejscia byla nienawisc, upadek czlowieczenstwa, akceptacja Zaglady, w niektorych przypadkach dobrowolny, indywidualny lub zbiorowy wspoludzial w Zagladzie.

Po drugie, glownie po drugie, byla to chec latwego wzbogacenia sie nagle dostepnym dobytkiem Zydow. Chciwosc i zadza rabunku. Moj znajomy, Lucjan Feldman, postawil niedawno nieretoryczne pytanie:

"Jak tu niepodwazalnie udowodnic, ze, dajmy na to, miedzy czerwcem a sierpniem 1941 roku liczba sztuccow, garnkow, mebli, sztuk poscieli i odziezy w srednim etnicznie polskim domostwie w podlomzynskiej okolicy wzrosla o – przykladowo – 14 procent?"

Zadza wykorzystania okazji latwego i natychmiastowego wzbogacenia sie byla oczywista motywacja bezposrednich mordercow Zydow w Jedwabnem i gdzie indziej. Rowniez szmalcownikow i, pozniej juz, mordercow ocalalych Zydow, powracajacych po wojnie. Pogrom w Kielcach w lipcu 1946 r. byl tylko jednym z epizodow, najglosniejszym. Szacuje sie, ze okolo 1500 Zydow zostalo zamordowanych w Polsce po wojnie. Nie tak dawno temu opowiadala mi pewna Zydowka, ze kiedy jako jedyna ocalala z rodziny, chciala po wojnie wejsc w Lodzi do swojego dawnego mieszkania, nowy lokator zagrozil jej zrzuceniem ze schodow. Nie weszla, uciekla. Ci, ktorzy ukrywali Zydow podczas okupacji, po wojnie woleli dla bezpieczenstwa ukrywac to, ze ukrywali... Zagrozeni Wyrzykowscy z Jedwabna, ktorzy uratowali siedmioro Zydow, musieli opuscic tamta okolice.

Wroce do innego mojego wspomnienia. Okolo roku 1960, w Wadowicach, na skraju dawnego getta, zaczeto budowac pawilon handlowy. Koparka wybierala w ziemi dosc duzy wykop pod fundamenty i piwnice. Przez caly czas, prawie pod szufla koparki, stala kobieta o nazwisku Janik, mieszkajaca od dawna naprzeciwko. Czekala, az ukaze sie zydowskie zloto. Wieczorem tam grzebala. Widzialem to, wielu to widzialo, do mojego ojca przyszedl operator koparki, obawajac sie o wypadek z owa dama. Znali ja prawie wszyscy owczesni wadowiczanie, Chciwosc jeszcze w dwadziescia lat po zagladzie wadowickiego getta!

Warto jeszcze sprobowac odpowiedziec na pytanie dlaczego Zydzi w Jedwabnem nie bronili sie. Stopniowo zganiani na rynek, bezbronni, otoczeni w ciasnym kregu, mieli wdawac sie w walke z Polakami bijacymi ich drewnianymi i zelaznymi dragami, wymachujacymi siekierami i nozami? Nawet. A co potem?

Nie bylo czynnego zydowskiego oporu w czasach przed Zaglada; z wyjatkami, ze wspomne tylko Powstanie w Getcie Warszawskim, rowniez nie bylo podczas Holocaustu. To, po prostu, od wielu stuleci nie lezalo w obyczajowej i religijnej tradycji Zydow. Bolesne doswiadczenie w rozproszeniu nauczylo ich ulegac przemocy. Niebezpieczenstwo probowali zazegnac wczesniej okupem u miejscowych notabli, czesto duchowienstwa; taka proba miala miejsce takze i w Jedwabnem. Zbrojna, obronna walka Zydow o przezycie narodzila sie dopiero w Eretz Israel: Palestynie, a potem w Izraelu.


Opowiedziec sobie wszystko

W przemieszanych ze zweglonymi szczatkami ludzi zgliszczach stodoly w Jedwabnem, metaforycznie mowiac, splonela rowniez niewinnosc Polski, chociaz ogol Polakow dowiedzial sie o tym dopiero po 59 latach. Polsko-zydowski "spor o miejsce w kolejce do smierci" nabral nowego, zlowieszczego, gruchocacego wymiaru – polskiego udzialu w ludobojstwie Zydow. Juz nie tylko mozemy szczycic sie liczba 5503 Polakow Sprawiedliwych Wsrod Narodow Swiata, juz nie tylko mozemy slusznie przypominac, ze miliony Polakow zostalo zamordowanych przez Niemcow, juz nie tylko mozemy probowac zaliczac szmalcownikow i ludzi bezinteresownie wydajacych Zydow do "marginesu spolecznego i moralnego", juz nie tylko musimy z trudem akceptowac, iz dominujaca postawa Polakow wobec Shoah byla obojetnosc, ale musimy rowniez zaakceptowac, ze Polacy mieli swoj wlasny niezaniedbywalny udzial jako ochoczy kaci Zaglady. Musimy wydobyc wiedze o tym z niedostrzeganych, ukrywanych zakamarkow zbiorowej pamieci, rozliczyc sie z ta czescia naszej przeszlosci. Jak napisal mi, w gruncie rzeczy optymistycznie, Jan Gross, "bedziemy musiec dojsc z taka wiedza do ladu. A to znaczy, przede wszystkim, opowiedziec sobie nawzajem jak to bylo. Potem bedzie juz latwiej".


Imperatyw

To nie o obojetnosc czy brak pomocy w okresie Shoah maja Zydzi glowny zal do Polakow. Ogromny zal i gorycz maja do Polakow za wydawanie Zydow, czesto z chciwosci i nienawisci. Maja jeszcze zal za brak wspolczucia, za czesta werbalna aprobate "roboty Hitlera" oraz sluszny, choc juz bardziej metafizyczny, zal o niezrozumienie zydowskiej martyrologicznej wyjatkowosci Zaglady. Tak bylo dotad. Teraz, zrozumiale, dochodzi zal o bezposredni, potworny polski udzial w Zagladzie.

Czasu ani dawnych wydarzen nie mozna odwrocic. Nie ma zbiorowej odpowiedzialnosci Polakow za Jedwabne, chociaz to polska spolecznosc Jedwabnego 59 lat temu dopuscila sie zbiorowej zbrodni ludobojstwa. Powinno byc polskie zbiorowe poczucie winy. Nie wolno nad tym straszliwym faktem przejsc do porzadku – "bylo, stalo sie, takie to byly straszne czasy", ani doszukiwac sie rzekomych okolicznosci lagodzacych. Wymaga to odwagi. Nalezy w milczeniu pochylic glowe i wyrazic zbiorowy zal i skruche wobec ogromu dokonanego zla. Nie moze tego zrobic 40 milionow Polakow. Moga to w Jedwabnem uczynic Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej i Prymas Polski. Niech uklekna w gescie Willy Brandta pod ekspiacyjna tablica od polskiego spoleczenstwa, a potem niech przylacza sie do odmowienia zalobnego Kadyszu. Nie tylko dlatego, ze bedzie to dobre dla Polski i ze pokora jest dowodem sily ducha a nie jego slabosci, lecz dlatego, iz tam ta pokora i ten Kadysz sa imperatywem moralnym.


Grudzien 2000








Copyright © 1997-2001 Zwoje