Poniżej przytaczamy w całości jeden rozdział książki Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi. Rozdział ten, pt. "Mord", na podstawie relacji ocalałych świadków i zeznań niektórych sprawców złożonych w śledztwie w roku 1949, opisuje przebieg wymordowania przez Polaków około 1600 Żydów, mieszkańców miasteczka Jedwabne w Łomżyńskiem, w dniu 10 lipca 1941.

Dziękuję Profesorowi Janowi Tomaszowi Grossowi, autorowi książki, jak również Panu Krzysztofowi Czyżewskiemu, jej wydawcy, za Ich zgodę na zamieszczenie tych fragmentów w Zwojach.

Pełny tekst książki Sąsiedzi można przeczytać jako .pdf   file na internetowych stronach Wydawnictwa Pogranicze, pod adresem URL:

http://pogranicze.sejny.pl/jedwabne/index.html

Andrzej Kobos





MORD

(rozdział z książki Sąsiedzi)





JAN TOMASZ GROSS


Zaczęło się, jak wiemy, od wezwania Polaków z Jedwabnego rankiem 10 lipca do magistratu. Ale ponieważ już, wcześniej krążyły pogłoski o planowanej tego dnia rozprawie z Żydami, to i okoliczna ludność ściągała od samego rana furami do miasteczka. Byli wśród nich, przypuszczam, weterani kilku pogromów, które dopiero co miały miejsce w tych stronach. Tak to zazwyczaj wyglądało, że kiedy fala pogromów przetaczała się po jakiejś okolicy to częściowo ci sami ludzie brali w nich udział, przemieszczając się z miejsca na miejsce [73]. "Pewnego dnia na polecenia Karolaka i Sobuty przed Zarządem Miejskim w Jedwabnym zebrało się kilkadziesiąt mężczyzn, których żandarmeria niemiecka, Karolak i Sobuta zaopatrzyli w baty, kije i drągi. Następnie Karolak i Sobuta polecili zebranym mężczyznom spędzić wszystkich żydów Jedwabnego na plac przed Zarządem Miejskim". We wcześniejszym zeznaniu świadek Danowski dodaje jeszcze, że wydano przy tej okazji ludziom wódkę, ale nikt inny tego szczegółu nie potwierdza [74].

W tym samym czasie mniej więcej, kazano Żydom zebrać się na rynku do sprzątania (z miotłami, dodaje Rywka Fogel). Żydów już przedtem zmuszano do różnych upokarzających robót porządkowych, więc można się było w pierwszej chwili łudzić, że to powtórka już przedtem doświadczanych szykan. "Mój mąż i dwoje dzieci tam poszli, a ja na chwilę jeszcze zostałam aby zrobić trochę porządku i zamknąć porządnie okna i drzwi" [75]. Ale bardzo prędko połapano się, ze tym razem sytuacja wygląda jakoś szczególnie niebezpiecznie. Rywka Fogel już nie poszła na rynek w ślad za dziećmi i mężem tylko ukryła się wraz z sąsiadką w ogrodzie majątku ziemskiego tuż obok. I tam chwilę później usłyszały "okropne krzyki młodego chłopca, Józefa Lewina, którego goje zatłukiwali na śmierć" [76].

Jak się dowiadujemy z relacji Karola Bardonia, który dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie tamtędy przechodził, Lewina dosłownie zatłuczono na śmierć kamieniami. Z podwórka posterunku żandarmerii, gdzie naprawiał samochód, Bardoń udał się tego rana po narzędzia do warsztatu, który znajdował się w "majątku ziemskim" (to tam siedziała ukryta Rywka Fogel). "[Z]a rogiem kuźni przyległej do warsztatu ośrodka stał mieszkaniec miasta Jedwabne Wiśniewski [dwa słowa nieczytelne]. Wiśniewski mnie zawołał, podeszłem i Wiśniewski wskazując na obok leżącego zmasakrowanego zabitego młodego człowieka lat około 22 nazwiskiem Lewin wyzn.[ania] mojż.[eszowego] mówił do mnie patrz pan tego sk.-syna zabiliśmy kamieniami. [...] Pokazał Wiśniewski kamień wagi 12 do 14 kg i mówił tem kamieniem mu przyfasowałem i teraz już nie wstanie" [77]. To było od razu na początku spędzania Żydów na rynek. Jak pisze Bardoń, idąc do warsztatu widział na rynku grupę około stu Żydów, zaś wracając skonstatował, że grupa ludzi znacznie się powiększyła.

W innym punkcie miasteczka Wincenty Gościcki wrócił akurat do domu z nocnej warty. "Rano gdy położyłem się spać przyszła do mnie żona i kazała mi wstać i powiedziała że mnie się nie dobrze robi gdyż blisko mego domu bili pałkami żydów. Wtęczas ja wstałem i wyszłem na dwór z mieszkania. Wtęczas ja zostałem zawezwany przez Urbanowskiego który powiedział mi zobacz co się robi pokazując mi czterech trupów żydowskich, byli to: 1. Fiszman 2. Styjakowskich [?] dwóch i Blubert. Ja wtęczas to ja schowałem się do domu".

Tak więc niemal od pierwszej chwili tego dnia Żydzi zrozumieli, że są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wielu próbowało ratować się ucieczką w pole. Ale udało się tylko nielicznym, bo wyjść za miasto nie zwracając na siebie uwagi nie było jak, a poza tym wokoło krążyły grupki miejscowej ludności i wyłapywały Żydów. Nieławickiego, który już był na polu kiedy się zaczynał pogrom, schwytało kilkunastu chłopaków, pobili go i doprowadzili na rynek. Tak samo złapano, obito i przyprowadzono z powrotem do miasta Olszewicza. Jakieś sto, może dwieście osób zdołało się tego dnia uratować od śmierci - a wśród nich w końcu także Nieławicki i Olszewicz. Ale wielu innych, którzy usiłowali uciekać przez pola, zabito od razu. Wspomniany już Bardoń w drodze do warsztatu widział "po lewej stronie szosy na polu majątku w zbożu ludzi na koniach cywilów [podkreślenie autora] z grubymi pałami czy orczykami w rękach..." [79]. Konno łatwo było wypatrzeć w polu i dogonić ukrywającego się człowieka.

Tego dnia zapanowała w miasteczku swoista kakafonia przemocy - wiele nieskoordynowanych ze sobą, równoczesnych działań, nad którymi Karolak i magistrat sprawowali ogólną pieczę dbając tylko, aby sprawy posuwały się w pożądanym kierunku. Ale mnóstwo, jak sądzę, było inicjatyw indywidualnych. Bardoń w jakiś czas później będzie jeszcze raz szedł do warsztatu. I w tym samym miejscu znowu spotka Wiśniewskiego nad trupem Lewina. "Zrozumiałem, że Wiśniewski tu [j]eszcze na coś czeka. Zabrałem z warsztatu mi potrzebne części i w drodze powrotnej spotkałem tych samych dwóch młodych mężczyzn których spotkałem pierwszy raz idąc do warsztatu. [Później zorientuje się, że byli to Jurek (tak o nim wszyscy mówią, musiał chyba bardzo młodo wyglądać) Laudański i Kalinowski]. Szli oni teraz jak się orientowałem do Wiśniewskiego na miejsce już zabitego Lewina i prowadzili drugiego człowieka wyz.[nania] mojż.[eszowego] nazwiskiem Zdrojewicz Hersz, żonaty, właściciel młyna motorowego w Jedwabnym u którego ja pracowałem do marca 1939 r. Prowadzili go pod ręce z głowy Zdrojewicza ciekła krew jemu po szyji na piersi. Zdrojewicz odezwał się do mnie: panie Bardoń niech mnie pan ratuje. Ja bojąc się sam tych morderców, odpowiedziałem: nic ja panu nie mogę pomóc i minąłem ich [80].

Tak więc w jednym punkcie miasta Laudański z Wiśniewskim i Kalinowskim kamieniowali po kolei Lewina i Zdrojewicza; pod domem Gościckiego kamieniami zatłuczono czterech innych mężczyzn; w stawie przy ulicy Łomżyńskiej niejaki "Łuba Władysław [...] utopił dwóch Żydów kowali"; jeszcze gdzie indziej Czesław Mierzejewski najprzód zgwałcił a potem zamordował Judes Ibram [81]; córce nauczyciela chederu, którą wszyscy znali, bo uczyli się u niej w domu czytać po hebrajsku, ślicznej Gitele Nadolny, obcięto głowę i zabawiano się potem kopiąc ją jak piłkę [82]; na rynku "Dobrzańska prosiła o wodę, zemdlała, nie pozwolili ratować, matkę zabili, bo chciała wodę podać; Betka Brzozowska zginęła z dzieckiem na ręku" [83]; bito Żydów nieludzko przez cały czas, no i rabowano żydowskie domy [84].





Równocześnie z inicjatywami indywidualnymi poszczególnych złoczyńców miały miejsce prześladowania bardziej systematyczne, obejmujące całe grupy ofiar. Zanim odebrano im życie, Żydów upokarzano. "Widziałem jak Sobuta i Wasilewski wybrali sobie kilkunastu z pośród będących Żydów i w ośmieszający sposób urządzali z nimi gimnastykę." [85] I wyprowadzano ich grupami na cmentarz, gdzie już zabijano hurtowo. "Wybrali zdrowszych mężczyzn i zagnali na cmentarz i kazali im wykopać rów, po wykopaniu rowu przez żydków wzięli ich pozabijali bili kto czym [tak w tekście] kto żelazem, kto nożem, kto kijem" [86].

"Szelawa Stanisław mordował hakiem żelaznym, nożem w brzuchy. Zeznający [Szmul Wasersztajn, cytuję jego drugą relację przechowywaną w ŻIH-u] był w krzakach. Słyszał jak krzyczą. Wymordowali 28 mężczyzn w jednym miejscu i to najsilniejszych. Szelawa zabrał jednego Żyda. Język mu wycięli. Później długa cisza" [87].

Podekscytowani mordercy pracowali bardzo energicznie - "ja stałam na ul. Przytulskiej," mówi starsza kobieta, Bronisława Kalinowska, "to leciał ulicą Laudański Jerzy, zam.[ieszkały] Jedwabne, który to powiedział że już dwóch czy trzech żydów zabił, był bardzo zdenerwowany i polecial dalej" [88] - ale przecież zorientowali się wkrótce, że tymi metodami nie uda się do zmierzchu zabić półtora tysiąca osób. Postanowiono więc spalić wszystkich Żydów na raz w stodole. Nie był to specjalnie oryginalny pomysł, bo w ten właśnie sposób rozprawiono się z Żydami w końcowej fazie pogromu radziłowskiego kilka dni wcześniej. Ale, jak wolno nam się domyślać, inicjatywa nie była chyba omówiona i przygotowana z góry, bo nie ustalono w czyjej stodole miało do tego dojść. I najprzód zwrócono się do Józefa Chrzanowskiego: "kiedy ja zaszłem na rynek to oni [Sobuta i Wasilewski] mnie powiedzieli żebym ja oddał swoją stodołę na spalenie żydów. Więc ja zacząłem prosić żeby mojej stodoły nie palili, wtedy oni zgodzili się na to i moją stodołę zostawili, tylko mnie kazali żeby pomóc im zagnać żydów do stodoły Śleszyńskiego Bronisława" [89].

Ale zanim jeszcze wypędzono Żydów z rynku w ich ostatnią drogę do stodoły Śleszyńskiego, Sobuta z kolegami urządzili mały spektakl. Za czasów okupacji sowieckiej postawiono w miasteczku tuż obok rynku pomnik Lenina. Więc "grupę mężczyzn Żydów wzięto do rozwalania pomnika Lenina który stał na skwerku. Gdy Żydzi rozwalili ten pomnik więc kazali im wziąć części pomnika na kołki i nieść, a rabinowi iść na przedzie niosąc swoją czapkę na kiju i wszystkim, śpiewać 'przez nas wojna za nas wojna'. W trakcie niesienia pomnika wszystkich Żydów z rynku zagnali do stodoły jak również tych niosących pomnik, stodołę tę oblali benzyną i zapalili w której to stodole w ten sposób zginęło około półtora tysiąca ludności żydowskiej" [90].

Wokół stodoły, jak pamiętamy, krążył gęsty tłum naganiaczy, który zmaltretowanych Żydów zapędzał i upychał do środka. "Przygnaliśmy żydów pod stodołę", powie Czesław Laudański, "i kazali wchodzić, co i żydzi byli zmuszeni wchodzić" [91]. Miał miejsce jeszcze swoiście korczakowski epizod. Woźnica, Michał Kuropatwa, za czasów okupacji sowieckiej ukrywał polskiego oficera. I wyciągnięto go z tłumu już pod samą stodołą oświadczając, że w nagrodę za ten czyn darują mu życie. Kuropatwa odmówił, i wybrał wspólną śmierć ze wszystkimi Żydami [92].

Naftę, którą oblano stodołę, wydał z magazynu Antoni Niebrzydowski Eugeniuszowi Kalinowskiemu i swojemu bratu, Jerzemu. "W/w zanieśli tę naftę którą ja wydałem osiem litrów obleli stodołę gdzie była pełna stodoła żydów i podpalili, jak było dalej tego ja niewiem" [93]. Ale my wiemy - Żydzi spłonęli żywcem. W ostatniej chwili wyrwał się jeszcze z tego piekła Janek Neumark. Podmuch gorącego powietrza otworzył drzwi stodoły, obok których stał z siostrą i jej pięcioletnią córeczką. Staszek Sielawa z siekierą w ręku zagrodził im drogę, ale Neumark zdołał wyrwać mu tę siekierę i uciekli na cmentarz. I tylko zdążył jeszcze przedtem zobaczyć jak ojciec jego stanął w płomieniach [94].

Najgorszym mordercą ze wszystkich był chyba niejaki Kobrzyniecki. On też, jak mówi kilka osób, podpalał stodołę. "Potem jak ludzie opowiadali to najwięcej żydów zabił ob. Kobrzyniecki imię nie wiem," zeznaje świadek Edward Śleszyński, syn właściciela stodoły, "który to miał osobiście zabić 18 Żydów i największy brał udział w morderstwie przy paleniu" [95]. Gospodyni domowa Aleksandra Karwowska słyszała nie "od ludzi" tylko od samego Kobrzynieckiego, że "zarżnął nożem osiemnaście żydów, mówił on to w moim mieszkaniu kiedy stawiał piec" [96].

Myślę, że w miasteczku, którego mieszkańcy mają sobie do opowiedzenia kto z nich ilu ludzi zamordował i w jaki sposób, trudno było w ogóle rozmawiać na jakiś inny temat. W ten sposób jedwabnianie, wzorem króla Midasa, zostaliby skazani za swój występek na nieustające rozmowy o Żydach i o mordercach. Antosia Wyrzykowska, jak tam przyjeżdża już wiele lat po wojnie, to mówi, że ją strach ogarnia.

Był sam środek upalnego lipca, więc należało ciała pomordowanych i popalonych czym prędzej usunąć, ale już nie było Żydów, których można by zagonić do tej roboty. "[P]óźno wieczorem," wspomina Wincenty Gościcki, "zostałem przez niemców wzięty do roboty zakopywać tych popalonych trupów. Lecz ja nie mogłem tego czynić gdyż jak to zobaczyłem brało mnie na wymioty i zostałem zwolniony od zakopywania trupów" [97]. Widocznie nie on jeden, skoro "[d]rugiego dnia czy już trzeciego dnia wieczorem po morderstwie", jak relacjonuje Bardoń, "stałem z burmistrzem Karolakiem w rynku nie daleko posterunku tu podeszed komendant żand.[armerii] post.[erunku] Jedwabne Adamy i mówił do burmistrza z naciskiem: zamordować ludzi i spalić ście potrafili co? ale pogrzebać niema komu co? do rana żeby byli wszyscy pogrzebani! zrozumieliście?" [98].

Po 10 lipca nie wolno już było Polakom mordować Żydów w Jedwabnem wedle własnego uznania i trochę niedobitków nawet wróciło do miasteczka. Snuli się przez jakiś czas po okolicy, kilkoro pracowało na posterunku żandarmerii, aż ich w końcu zapędzono do getta w Łomży. Przeżyło wojnę ledwie kilkanaście osób, z tego aż siedem przechowanych w Janczewie przez państwa Wyrzykowskich [99].

Jan Tomasz Gross: Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka.
Wyd. Pogranicze, Sejny 2000.




Przypisy
  1. Oto, dla ilustracji sposobu zachowania małomiasteczkowej ludności w takiej sytuacji, zapis z Dziennika lat okupacji Zamojszczyzny Zygmunta Klukowskiego z 13 kwietnia 1942 roku: "panika wśród Żydów jeszcze bardziej się wzmogła. Od rana oczekiwali lada godzina zjawienia się żandarmów i gestapowców. [...] Na miasto wyległy wszelkie szumowiny, zjechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku. Z róźnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle" (Dziennik tat okupacji Zamojszczyzny, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Lublin, 1958, str. 255). Jeśli idzie o ilustrację zjawiska mechanizmu fali pogromowej, por. przypis nr 115, na temat pogromów wiosną 1919 roku w okolicach Kolbuszowej. O uczestnictwie tych samych ludzi w kolejnych pogromach mówi też cytowana przez mnie relacja Finkelsztajna na temat Radziłowa.
  2. Dosłowny cytat z Danowskiego pochodzi z zeznań złożonych w sierpniu 1953 roku (GK, SWB, 145/238). Zaś w zeznaniach z 31 grudnia 1952 roku wspomina o rozdawaniu wódki przed magistratem. Wiemy skądinad (a właściwie z uzasadnienia wyroku uniewinniającego Sobutę), że Danowski był alkoholikiem. Może więc ten szczegół utkwił mu akurat w pamięci (GK, SWB, 145/185, 186, 279).
  3. Yedwabne: History and Memorial Book, (Julius L. Baker and Jacob L. Baker, Eds. Jerusalem-New York, The Yedwabner Societies in Israel and the United States of America, 1980, str. 102). Wiedziano już z doświadczenia, że opróżnienie domu z mieszkańców było okazją do rabunków. Nieławicki, na przykład, uciekając w pole tego dnia założył na siebie dwie dobre pary spodni i dwie koszule spodziewając się, że po powrocie do domu zastanie splądrowane mieszkanie. Wiemy również od Laudańskiego, że Żydom kazano się zebrać na rynku rzekomo do sprzątania.
  4. Yedwabne, op. cit., str. 103.
  5. GK, SOŁ 123/503.
  6. GK, SOŁ 123/734.
  7. GK, SOŁ 123/503.
  8. GK, SOŁ 123/503, 504.
  9. GK, SOŁ 123/675.
  10. Yedwabne, op. cit., str. 103.
  11. ŻIH, 301/613.
  12. GK. SOŁ 123/675; ŻIH, kolekcja 301/613 (druga relacja Wasersztajna). Na moje pytanie, co dokładnie zaobserwował na rynku kiedy go tam doprowadzono, Nieławicki odpowiedział, że się za bardzo nie rozglądał tylko przepychał do środka spędzonego tłumu, jako że dookoła stali pierścieniem ludzie z drągami w rękach i bili kogo tylko mogli dosięgnąć (rozmowa, luty 2000 roku). Wspominałem o tym już przedtem słowami świadków, którzy bicie Żydów na rynku właśnie mają na myśli kiedy powtarzają, że "nie można było na to patrzeć."
  13. GK, SOŁ 123/653.
  14. GK, SOŁ 123/681.
  15. ŻIH, 301/613.
  16. GK, SOŁ 123/686.
  17. GK, SOŁ 123/614.
  18. GK, SWB 145/255. Oprócz Adama Grabowskiego dokładnie tak samo opisują te sceny i inni świadkowie - Julian Sokołowski: "Pamiętam jak podczas pędzenia żydów ob. Sobuta dał swój kij rabinowi i kazał mu włożyć na kij nakrycie z głowy i krzyczeć 'przez nas wojna, za nas wojna'. Cały ten kordon żydów pędzony za miasto do stodoły krzyczał 'przez nas wojna, za nas wojna'" (GK, SWB 145/192); Jerzy Laudański (GK, SOŁ 123/665); Stanisław Danowski (GK, SWB 145/186); Zygmunt Laudański (GK, SOŁ 123/667).
  19. GK, SOŁ 123/666.
  20. Yedwabne, op. cit., str. 103.
  21. GK, SOŁ 123/618. Jakąś rolę w transakcji z naftą odegrał również i Bardoń (bo to on prawdopodobnie jako mechanik zawiadywał magazynem), ale, jak twierdzi, dał Niebrzydowskiegu polecenie wydania nafty "do celów technicznych a nie spalenia stodoły z ludźmi" (GK, SOŁ 123/-505).
  22. Yedwabne, op. cit., str. 113.
  23. GK, SOL 123/685; porównaj też zeznania Władysława Miciury: "Z dalszej odległości widziałem tylko Kobrzenieckiego Józefa, który podpalał stodołę" (GK, SOŁ 123/655).
  24. GK, SOŁ 123/684.
  25. GK, SOŁ 123/734.
  26. GK, SOŁ 123/506.
  27. O rodzinie Wyrzykowskich należałoby napisać oddzielną książkę i mam nadzieję, że ktoś się tego podejmie.







Copyright © 1997-2007 Zwoje