Dziekuje Profesorowi Janowi Tomaszowi Grossowi, autorowi ksiazki, jak rowniez Panu Krzysztofowi Czyzewskiemu, jej wydawcy, za Ich zgode na zamieszczenie tych fragmentow w Zwojach.
Pelny tekst ksiazki Sasiedzi mozna przeczytac jako .pdf file na internetowych stronach Wydawnictwa Pogranicze, pod adresem URL:
Andrzej Kobos

W tym samym czasie mniej wiecej, kazano Zydom zebrac sie na rynku do sprzatania (z miotlami, dodaje Rywka Fogel). Zydow juz przedtem zmuszano do roznych upokarzajacych robot porzadkowych, wiec mozna sie bylo w pierwszej chwili ludzic, ze to powtorka juz przedtem doswiadczanych szykan. "Moj maz i dwoje dzieci tam poszli, a ja na chwile jeszcze zostalam aby zrobic troche porzadku i zamknac porzadnie okna i drzwi" [75]. Ale bardzo predko polapano sie, ze tym razem sytuacja wyglada jakos szczegolnie niebezpiecznie. Rywka Fogel juz nie poszla na rynek w slad za dziecmi i mezem tylko ukryla sie wraz z sasiadka w ogrodzie majatku ziemskiego tuz obok. I tam chwile pozniej uslyszaly "okropne krzyki mlodego chlopca, Jozefa Lewina, ktorego goje zatlukiwali na smierc" [76].
Jak sie dowiadujemy z relacji Karola Bardonia, ktory dziwnym zbiegiem okolicznosci wlasnie tamtedy przechodzil, Lewina doslownie zatluczono na smierc kamieniami. Z podworka posterunku zandarmerii, gdzie naprawial samochod, Bardon udal sie tego rana po narzedzia do warsztatu, ktory znajdowal sie w "majatku ziemskim" (to tam siedziala ukryta Rywka Fogel). "[Z]a rogiem kuzni przyleglej do warsztatu osrodka stal mieszkaniec miasta Jedwabne Wisniewski [dwa slowa nieczytelne]. Wisniewski mnie zawolal, podeszlem i Wisniewski wskazujac na obok lezacego zmasakrowanego zabitego mlodego czlowieka lat okolo 22 nazwiskiem Lewin wyzn.[ania] mojz.[eszowego] mowil do mnie patrz pan tego sk.-syna zabilismy kamieniami. [...] Pokazal Wisniewski kamien wagi 12 do 14 kg i mowil tem kamieniem mu przyfasowalem i teraz juz nie wstanie" [77]. To bylo od razu na poczatku spedzania Zydow na rynek. Jak pisze Bardon, idac do warsztatu widzial na rynku grupe okolo stu Zydow, zas wracajac skonstatowal, ze grupa ludzi znacznie sie powiekszyla.
W innym punkcie miasteczka Wincenty Goscicki wrocil akurat do domu z nocnej warty. "Rano gdy polozylem sie spac przyszla do mnie zona i kazala mi wstac i powiedziala ze mnie sie nie dobrze robi gdyz blisko mego domu bili palkami zydow. Wteczas ja wstalem i wyszlem na dwor z mieszkania. Wteczas ja zostalem zawezwany przez Urbanowskiego ktory powiedzial mi zobacz co sie robi pokazujac mi czterech trupow zydowskich, byli to: 1. Fiszman 2. Styjakowskich [?] dwoch i Blubert. Ja wteczas to ja schowalem sie do domu".
Tak wiec niemal od pierwszej chwili tego dnia Zydzi zrozumieli, ze sa w smiertelnym niebezpieczenstwie. Wielu probowalo ratowac sie ucieczka w pole. Ale udalo sie tylko nielicznym, bo wyjsc za miasto nie zwracajac na siebie uwagi nie bylo jak, a poza tym wokolo krazyly grupki miejscowej ludnosci i wylapywaly Zydow. Nielawickiego, ktory juz byl na polu kiedy sie zaczynal pogrom, schwytalo kilkunastu chlopakow, pobili go i doprowadzili na rynek. Tak samo zlapano, obito i przyprowadzono z powrotem do miasta Olszewicza. Jakies sto, moze dwiescie osob zdolalo sie tego dnia uratowac od smierci - a wsrod nich w koncu takze Nielawicki i Olszewicz. Ale wielu innych, ktorzy usilowali uciekac przez pola, zabito od razu. Wspomniany juz Bardon w drodze do warsztatu widzial "po lewej stronie szosy na polu majatku w zbozu ludzi na koniach cywilow [podkreslenie autora] z grubymi palami czy orczykami w rekach..." [79]. Konno latwo bylo wypatrzec w polu i dogonic ukrywajacego sie czlowieka.
Tego dnia zapanowala w miasteczku swoista kakafonia przemocy - wiele nieskoordynowanych ze soba, rownoczesnych dzialan, nad ktorymi Karolak i magistrat sprawowali ogolna piecze dbajac tylko, aby sprawy posuwaly sie w pozadanym kierunku. Ale mnostwo, jak sadze, bylo inicjatyw indywidualnych. Bardon w jakis czas pozniej bedzie jeszcze raz szedl do warsztatu. I w tym samym miejscu znowu spotka Wisniewskiego nad trupem Lewina. "Zrozumialem, ze Wisniewski tu [j]eszcze na cos czeka. Zabralem z warsztatu mi potrzebne czesci i w drodze powrotnej spotkalem tych samych dwoch mlodych mezczyzn ktorych spotkalem pierwszy raz idac do warsztatu. [Pozniej zorientuje sie, ze byli to Jurek (tak o nim wszyscy mowia, musial chyba bardzo mlodo wygladac) Laudanski i Kalinowski]. Szli oni teraz jak sie orientowatem do Wisniewskiego na miejsce juz zabitego Lewina i prowadzili drugiego czlowieka wyz.[nania] mojz.[eszowego] nazwiskiem Zdrojewicz Hersz, zonaty, wlasciciel mlyna motorowego w Jedwabnym u ktorego ja pracowalem do marca 1939 r. Prowadzili go pod rece z glowy Zdrojewicza ciekla krew jemu po szyji na piersi. Zdrojewicz odezwal sie do mnie: panie Bardon niech mnie pan ratuje. Ja bojac sie sam tych mordercow, odpowiedzialem: nic ja panu nie moge pomoc i minalem ich [80].
Tak wiec w jednym punkcie miasta Laudanski z Wisniewskim i Kalinowskim kamieniowali po kolei Lewina i Zdrojewicza; pod domem Goscickiego kamieniami zatluczono czterech innych mezczyzn; w stawie przy ulicy Lomzynskiej niejaki "Luba Wladyslaw [...] utopil dwoch Zydow kowali"; jeszcze gdzie indziej Czeslaw Mierzejewski najprzod zgwalcil a potem zamordowal Judes Ibram [81]; corce nauczyciela chederu, ktora wszyscy znali, bo uczyli sie u niej w domu czytac po hebrajsku, slicznej Gitele Nadolny, obcieto glowe i zabawiano sie potem kopiac ja jak pilke [82]; na rynku "Dobrzanska prosila o wode, zemdlala, nie pozwolili ratowac, matke zabili, bo chciala wode podac; Betka Brzozowska zginela z dzieckiem na reku" [83]; bito Zydow nieludzko przez caly czas, no i rabowano zydowskie domy [84].


"Szelawa Stanislaw mordowal hakiem zelaznym, nozem w brzuchy. Zeznajacy [Szmul Wasersztajn, cytuje jego druga relacje przechowywana w ZIH-u] byl w krzakach. Slyszal jak krzycza. Wymordowali 28 mezczyzn w jednym miejscu i to najsilniejszych. Szelawa zabral jednego Zyda. Jezyk mu wycieli. Pozniej dluga cisza" [87].
Podekscytowani mordercy pracowali bardzo energicznie - "ja stalam na ul. Przytulskiej," mowi starsza kobieta, Bronislawa Kalinowska, "to lecial ulica Laudanski Jerzy, zam.[ieszkaly] Jedwabne, ktory to powiedzial ze juz dwoch czy trzech zydow zabil, byl bardzo zdenerwowany i polecial dalej" [88] - ale przeciez zorientowali sie wkrotce, ze tymi metodami nie uda sie do zmierzchu zabic poltora tysiaca osob. Postanowiono wiec spalic wszystkich Zydow na raz w stodole. Nie byl to specjalnie oryginalny pomysl, bo w ten wlasnie sposob rozprawiono sie z Zydami w koncowej fazie pogromu radzilowskiego kilka dni wczesniej. Ale, jak wolno nam sie domyslac, inicjatywa nie byla chyba omowiona i przygotowana z gory, bo nie ustalono w czyjej stodole mialo do tego dojsc. I najprzod zwrocono sie do Jozefa Chrzanowskiego: "kiedy ja zaszlem na rynek to oni [Sobuta i Wasilewski] mnie powiedzieli zebym ja oddal swoja stodole na spalenie zydow. Wiec ja zaczalem prosic zeby mojej stodoly nie palili, wtedy oni zgodzili sie na to i moja stodole zostawili, tylko mnie kazali zeby pomoc im zagnac zydow do stodoly Sleszynskiego Bronislawa" [89].
Ale zanim jeszcze wypedzono Zydow z rynku w ich ostatnia droge do stodoly Sleszynskiego, Sobuta z kolegami urzadzili maly spektakl. Za czasow okupacji sowieckiej postawiono w rniasteczku tuz obok rynku pomnik Lenina. Wiec "grupe mezczyzn Zydow wzieto do rozwalania pomnika Lenina ktory stal na skwerku. Gdy Zydzi rozwalili ten pomnik wiec kazali im wziac czesci pomnika na kolki i niesc, a rabinowi isc na przedzie niosac swoja czapke na kiju i wszystkim, spiewac 'przez nas wojna za nas wojna'. W trakcie niesienia pomnika wszystkich Zydow z rynku zagnali do stodoly jak rowniez tych niosacych pomnik, stodole te oblali benzyna i zapalili w ktorej to stodole w ten sposob zginelo okolo poltora tysiaca ludnosci zydowskiej" [90].
Wokol stodoly, jak pamietamy, krazyl gesty tlum naganiaczy, ktory zmaltretowanych Zydow zapedzal i upychal do srodka. "Przygnalismy zydow pod stodole", powie Czeslaw Laudanski, "i kazali wchodzic, co i zydzi byli zmuszeni wchodzic" [91]. Mial miejsce jeszcze swoiscie korczakowski epizod. Woznica, Michal Kuropatwa, za czasow okupacji sowieckiej ukrywal polskiego oficera. I wyciagnieto go z tlumu juz pod sama stodola oswiadczajac, ze w nagrode za ten czyn daruja mu zycie. Kuropatwa odmowil, i wybral wspolna smierc ze wszystkimi Zydami [92].
Nafte, ktora oblano stodole, wydal z magazynu Antoni Niebrzydowski Eugeniuszowi Kalinowskiemu i swojemu bratu, Jerzemu. "W/w zaniesli te nafte ktora ja wydalem osiem litrow obleli stodole gdzie byla pelna stodola zydow i podpalili, jak bylo dalej tego ja niewiem" [93]. Ale my wiemy - Zydzi sploneli zywcem. W ostatniej chwili wyrwal sie jeszcze z tego piekla Janek Neumark. Podmuch goracego powietrza otworzyl drzwi stodoly, obok ktorych stal z siostra i jej piecioletnia coreczka. Staszek Sielawa z siekiera w reku zagrodzil im droge, ale Neumark zdolal wyrwac mu te siekiere i uciekli na cmentarz. I tylko zdazyl jeszcze przedtem zobaczyc jak ojciec jego stanal w plomieniach [94].
Najgorszym morderca ze wszystkich byl chyba niejaki Kobrzyniecki. On tez, jak mowi kilka osob, podpalal stodole. "Potem jak ludzie opowiadali to najwiecej zydow zabil ob. Kobrzyniecki imie nie wiem," zeznaje swiadek Edward Sleszynski, syn wlasciciela stodoly, "ktory to mial osobiscie zabic 18 Zydow i najwiekszy bral udzial w morderstwie przy paleniu" [95]. Gospodyni domowa Aleksandra Karwowska slyszala nie "od ludzi" tylko od samego Kobrzynieckiego, ze "zarznal nozem osiemnascie zydow, mowil on to w moim mieszkaniu kiedy stawial piec" [96].
Mysle, ze w miasteczku, ktorego mieszkancy maja sobie do opowiedzenia kto z nich ilu ludzi zamordowal i w jaki sposob, trudno bylo w ogole rozmawiac na jakis inny temat. W ten sposob jedwabnianie, wzorem krola Midasa, zostaliby skazani za swoj wystepek na nieustajace rozmowy o Zydach i o mordercach. Antosia Wyrzykowska, jak tam przyjezdza juz wiele lat po wojnie, to mowi, ze ja strach ogarnia.
Byl sam srodek upalnego lipca, wiec nalezalo ciala pomordowanych i popalonych czym predzej usunac, ale juz nie bylo Zydow, ktorych moznaby zagonic do tej roboty. "[P]ozno wieczorem," wspomina Wincenty Goscicki, "zostalem przez niemcow wziety do roboty zakopywac tych popalonych trupow. Lecz ja nie moglem tego czynic gdyz jak to zobaczylem bralo mnie na wymioty i zostalem zwolniony od zakopywania trupow" [97]. Widocznie nie on jeden, skoro "[d]rugiego dnia czy juz trzeciego dnia wieczorem po morderstwie", jak relacjonuje Bardon, "stalem z burmistrzem Karolakiem w rynku nie daleko posterunku tu podeszed komendant zand.[armerii] post.[erunku] Jedwabne Adamy i mowil do burmistrza z naciskiem: zamordowac ludzi i spalic scie potrafili co? ale pogrzebac niema komu co? do rana zeby byli wszyscy pogrzebani! zrozumieliscie?" [98].
Po 10 lipca nie wolno juz bylo Polakom mordowac Zydow w Jedwabnem wedle wlasnego uznania i troche niedobitkow nawet wrocilo do miasteczka. Snuli sie przez jakis czas po okolicy, kilkoro pracowalo na posterunku zandarmerii, az ich w koncu zapedzono do getta w Lomzy. Przezylo wojne ledwie kilkanascie osob, z tego az siedem przechowanych w Janczewie przez panstwa Wyrzykowskich [99].
Jan Tomasz Gross: Sasiedzi. Historia zaglady zydowskiego miasteczka.
Wyd. Pogranicze, Sejny 2000.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||