
Krzysztof Cedro w ciągu tych długich, kawaleryjskich pochodów, od brzegów Niemna do brzegów Garonny, ogorzał, rozrósł się, przytył i sczerstwiał na duchu. Zginął, jako osoba, w szorstkim grubiańskim tłumie żołnierskim, zamknął się w sobie i umilkł. Był wciąż beztroski, wesół, dobrej myśli, zajęty żołnierskim sprawami. Ale w istocie rzeczy jechał w zupełnej samotności. Pochody były nocne. [...] Oddziały, znużone za dnia czyszczeniem koni, rewizjami wachmistrzów, reparacjami rynsztunku, kuciem koni - spały twardo w siodle. Spali ludzie, od chłodu nocy wiosennej zawinięci w swe płaszcze, i spały wędrujące konie. Noga za nogą szedł senny pułk topolowymi alejami "słodkiej" Francji.
Poznali tu męstwo jeszcze nie widziane, upór stalowy. Rozumieli to już, że nie mają przed sobą oficerów i żołnierzy, nie lud burzliwy i lecący w rozsypkę, gdy natrze ćwiczony batalion, lecz lud potęgą fanatyzmu przeistoczony w armię. Dowódca w tej olbrzymiej gromadzie nie był mianowany z góry. "Góry" nie było.

- Pędem.
W tej samej chwili jeźdźcy ujrzeli jasny piorun lecący po ziemi. Był to strzał linii piechoty ukrytej w rowach, w tyle za jazdą. Tam i sam w cugu Krzysztofa, obok niego i za nim jęknął człowiek. Dzwoniąc zbroją, z krzykiem walił się na ziemię. Chrapały straszliwie osierocone konie. Jedne bez kawalerzystów pędziły w skok, nie wychodząc z szeregów ani na cal, inne, samotne w polu, latały rżąc po kamienistej równinie.
- Bij, zabij! - wołał szef szwadronu, pewny, że teraz, po strzale, roztrąci piechotę i zmasakruje, ilekolwiek by jej nie było.
Puszczono bieguny w przecwał ścigania.
- Bij, zabij! krzyknął Krzysztof uszczęśliwiony, że idzie na czele. Czuł w dłoni pałasz, pałasz swój złoty, ukochany, potężny, mocniejszy od błysku tysiąca zdradzieckich karabinów. Leciał coraz dla siebie wspanialszy, ogromniejszy, niezmierny, jak anioł gromy ciskający.
Znowu złoto-żółty błysk. Błysk długi, migotliwy, pędzący falą zygzakowatą... Ze szczęścia, z uczuć mocy - tchu aż brak... Już, już - karabinierowie! O sto kroków! Widać ich twarze namarszczone, czapy... Nabijają co tchu broń... Tchu brak! W oczach płaty... Płaty krwawe i czarne. Dymy... Krzyże, migotliwe koła, szkarłat i błękit... Ognie koliste buzują się wszędzie, bijąc fontannami czerwonych iskier. Mocny Boże! Gdzie pałasz? gdzie pałasz? Spada jasny pałasz z bezwładnej ręki w ciepły dół... Głowa dokądś leci, jak góra kamienna... Cóż to tak w piersiach zawadza? Co się w piersiach złamało i klekoce?... Tchu brak!
Mocny Boże, co się to dzieje? Ziemia przed oczyma w ogniach, ziemia kamienista, ziemia zryta kopytami, skopana od skoków, zdeptana... Ziemia w ustach, pełna gęba krwi. Ziemia ucieka...
Głowa trzaska w kamienie i w mokre bryły... Z garści konwulsją ściśniętych uciekają kolczaste kaktusy i niskie tarniny... Aż oto pierwsza, przeraźliwa myśl:
- Noga mi została w strzemieniu. Trupa mojego zbiegany włóczy koń...
Wtem cisza, spokojność, błogość. Mokra ziemia naokół. Mrok gęsty. Konie skądś lecą. Rżą i kwiczą. Brzuchy końskie w płatach piany, wierzgające ponad ziemią kopyta. Tętent! Grzmiący tętent dudni po ziemi... Jakie to konie rżą? Stadnina w Stokłosach, czy co? Któż mi spłoszył źrebce? ...
- Panicza nama zabili! - ryczy na cały szwadron. - Panicza zabili! Naści, psiokrew, zwycięstwo! Bodaj was jasne pierony zapaliły...
Zwiotczałe poszeptują wargi:
- Pałasz, złoty mój pałasz...
Stefan Żeromski, Popioły

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||