Poniżej zamieszczam (z zachowaniem oryginalnego stylu i pisowni) opis wybuchu Powstania Listopadowego w Warszawie, pochodzący z jednego z najlepszych opracowań, książki Michała Sokolnickiego pt. Wojna Polsko-Rosyjska w roku 1831, Poznań 1919. (AMK)


Tak nadeszła naznaczona przez spiskowych do wybuchu noc z 29-tego na 30-sty listopada. Dzień był zwykły w Polsce w tej porze: bez słońca choć i bez deszczu, dojmujący wiatrem, przenikliwy, bliski zimy. Najkrótsze to dni roku: o trzeciej zachód i zaraz też pod ołowianą pokrywą chmur stężały mrok zapada; zaraz zaświecają naftowe kaganki na poplątanych ulicach śródmieścia i w wielkiej perspektywie Nowego Świata. Termin wybuchu był przewidziany nie od wczoraj; jednak, kiedy się zbliżał, dopiero wówczas ludzie śniący o zamachach, gotujący przewroty pomyśleć zostali zmuszeni o rozmaitych rzeczywistościach nocnego na ulicach boju. Wzbierały jedna za drugą zgorączkowane oczekiwaniem obawy. Dopiero teraz, na samym końcu, pomyślano o armatach; wprawdzie nie mieli ich Rosyanie, a użycie przez powstańców tej broni nie było wcale przewidziane; cóżby się jednak stało przy niespodziewanem wyzyskaniu ich przez przeciwnika? Co, jeśliby część garnizonu, a wraz i armaty, zostały przy Konstantym? Takie obawy nie były płonne; pospieszono ze spóźnionem zawiadomieniem poczciwego kapitana szkoły bombardyerów, Wincentego Nieszokocia i, jak w wielu innych, wmówiono weń fałsz o kierowaniu powstania przez wysokich generałów. Nastał też rozdźwięk w sprawie napadu na Belweder; o skutkach rzeczywistych podobnego przedsięwzięcia nie mogła istnieć wątpliwość: życie Wielkiego Księcia Konstantego w rękach wieczornego zamachu ludzi zbrojnych było już tylko kruchą trzciną w ręku szalonego jeźdźca. Powstanie napadem belwederskim, targnięciem się na życie władcy kraju, stawiało wszystko na kartę; a nużby się wszystko nie udało, zamach by zawiódł, a wojsko stanęło w obliczu przełamania przez żołnierzy najwyższych nakazów dyscypliny i karności? Serca zdjęła niepewność w obliczu olbrzymiej odpowiedzialności: Wysocki odmówił udziału podchorążych w napadzie na Belweder, na najwyższą stawkę ryzyka nie dał rzucić wojskowych. W pośpiechu należało formować oddział cywilny; zajął się nim Bronikowski, zebrał zapaleńców młodych, mających odwagę, lecz bez znajomości czynów; w ostatniej chwili przyłączył się do nich podchorąży Trzaskowski na ochotnika; podchorążowie mieli dla nich broń. Lecz zaraz dalsza nasunęła się trudność: nie pomyślano o ostrych ładunkach do bitwy; ich otrzymanie bez wtajemniczenia wyższych szarż było problematem; a przecie już zanim się zajęło arsenał, lub składy na Pradze, trzeba było strzelać. Więc "w dzień jeszcze, Dąbrowski Floryan, porucznik z pułku 7-go, wraz z Józefem Przyborowskim, porucznikiem z pułku 1-go strzelców piechoty, wziąwszy każdy z nich furgon i dwóch żołnierzy, przybyli do obozu (za Powązkowską rogatką), uwięzili podoficera od weteranów, który miał dozór nad ładunkami, zmieniwszy wprzód wartę niby z rozkazu gubernatora Warszawy, a pytani na rogatkach, co wiozą w pakach, odpowiedzieli, że mundury nowe dla wojska, i tym sposobem przybyli do miasta i porozwozili po pułkach na sam czas". To wszystko działo się "godzinę pierwej naznaczonej do wybuchu, o 5-tej, było więc pomysłem i dziełem przypadku z ostatniej chwili.
Ostatnia powstała kwestya: o jakiej godzinie naznaczyć wybuch i na jakie hasło powstać? Zamierzano przedtem wybrać południową godzinę przeglądu wojsk, a napaść W. Księcia w przejeździe na ulicy Brackiej; wieczorna godzina i napad na Belweder przemówiły jednakże największą łatwością zadania. Po obiedzie Konstanty kładł się na dłuższy spoczynek, wybrano więc godzinę 6-tą. Rozpoczęcie tak wczesne nocnego boju zastawało ludność w gotowości połączenia się z rewoltą wojskową; aleć i wojska, które mogły pozostawać wiernemi, gotowe były wtenczas do odparcia; warty pałacowe, służba w Belwederze dawały zwykłą dzienną czujność: wyrzeczono się niektórych korzyści zaskoczenia. Prócz tego, wszystkim wydało się koniecznem hasło: po co hasło? Czy dla jednoczesności wybuchu? W tym celu wystarczą na jedną minutę nastawione zegarki; widocznie w ostatnich już chwilach powstała wątpliwość: A nuż coś w samym końcu zawiedzie? A może trza będzie odłożyć, wstrzymać całe przedsięwzięcie? Lecz przecie gotowość spisku była powszechną; poczynione przygotowania, jeżeli nie wystarczające, to przecież bardzo rozlegle, ani ci ludzie, raz przygotowani do wybuchu, mogli się dać wstrzymać, albo li cofnąć. Zakrzątnięto się około zapalenia pożarów: jeden nie mógłby być dostrzeżonym na krańcach rozległego miasta; wybrano więc browar na Solcu, nad Wisłą, w położeniu nizinnem, w bliskości koszar i Belwederu, oraz inną ruderę drewnianą na położonem na zachodzie Nowolipiu. Przy dojrzalszem rozważeniu pożar zdawałby się najmniej właściwem hasłem do powstania; bowiem pod rządami lubującego się w militarnych sztuczkach Konstantego i straż pożarna miała funkcye na wpół wojskowe, i wojsko miało oddzielne na wypadek pożarów pogotowie, i sam wódz naczelny wreszcie lubił gnać, co koń wyskoczy do pożaru. A iż na ogół częste były wieczorem lub nocą alarmy warszawskiego garnizonu, więc powstańcy od rana w dniu owym szerzyli wieść wśród żołnierzy o mającym nastąpić wielkim alarmie tej nocy; jednakowoż, jednocześnie wywołując pożarami alarm wojskowy istotny, nie ryzykowaliż oni zamiany powstańczego wybuchu w pogotowie urzędowe? A już co najmniej, czyż nie zaprzepaszczali samej możności zaskoczenia? A że się to wszystko działo w pośpiechu na ostatnią chwilę, więc poprzedniego dnia niedzieli niepodobna było nagromadzić palnych materyałów, a w poniedziałek już nie zdążono. Przy czem po tak wyszukanych przygotowaniach poczynionych dla hasła, zapomniano bodaj naregulować zegarki - co przecież już i dla samej jednoczesności dwóch pożarów na dwóch krańcach miasta było koniecznem. Tak myśl często gubi się w gromadzonych drobiazgach, gdy przed najważniejszem nieświadomie się cofa: i wskaźnik czasu, znak przeznaczeń, gotów odmienić chwilę działania. Ostatni dzień zeszedł ludziom w gorączce; myśl się wtedy trapi niepomiernie i wyobraźnia tworzy sobie szalone obrazy. Przed czynem olbrzymim, kiedy już ma wybuchnąć, ileż niespodzianych wątpliwości powstaje w duszy! Ileż jeszcze rzeczy niezrobionych, nieprzygotowanych jest naokoło! Czyn - to cały świat życia, zdaje się tedy, że całe życie trzeba by drugi raz przeżyć, wszystek świat przepracować, na to, aby powzięte postanowienie całą łamigłówką przygotowań przeszło bez szwanku. Lecz czyn ludzki nie jest zadaniem arytmetycznem, rozwiązanem składnie, i zawsze w niem wielu liczb będzie brakować. Niecierpliwa żądza tłumu, niezwarte popędy jednostek nie ogarną całości przedsięwzięcia. Tylko kierownik, odpowiedzialny za wszystko, porównuje wagę różną działań i znaleźć zdolen jest spokój. Tak na przygotowaniu dzieła nocy belwederskiej raz jeszcze bezwzględny mus wszelkich wojskowych działań się wyraża: potrzeba kierownictwa. "Insurekcya nie miała naczelnego dowódcy. Dowodził każdy niemal podporucznik, każdy spiskowy w swem stanowisku" [Mochnacki]. Nie ustalono nawet komend dzielnicowych i nie wiadomo było, kto odpowiada za łączność działań -w ich obrębie. Autorytet Wysockiego był natury czysto moralnej, Zaliwski nie posiadał żadnego.
Zaraz więc w samym zmierzchu nocy belwederskiej wszystko zdanem było bezwiednemu bóstwu poczynań niezcalonych: przypadkowi. Pożar nie zajął się o naznaczonej godzinie szóstej, lecz wcześniej i zagasł nagle; widzieli go zbierający się pod pomnikiem Sobieskiego w Łazienkach belwederczycy: dopisali wojskowi w liczbie pięciu, z pośród 32 umówionych cywilnych przybyło 11-tu; widzieli alarm, spowodowany w całej dzielnicy pożarem. Wieczór przed samą pełnią, stawał się jasny; spiskowcy, po paru, skryli się w gąszczach. W godzinę po terminie zebrali się znowu; odnaleźli Wysockiego, przybywającego teraz dopiero na południowy teren walki. Otrzymali karabiny, przyniesione na gwałt ze szkoły podchorażych - ale w większości nie umieli z nich strzelać; wtedy już ruszyli naprzód i podzieleni na dwa oddziały po dziewięciu, z odwagą straceńców, szałem zawadyackim istnych zabijaków rzucili się na panujący nad Polską Belweder. Jedni nie trafili tam wcale, zatrzymani nieprzewidzianym murem gankowym pałacu; drudzy, od frontu, przelecieli huraganem pokoje, zakłuli Lubowidzkiego, Gendre'a, dwóch warty; Konstanty "miał ledwie czas ratować się" na pokojach Księżny Łowickiej, kędy dyskrecya zabroniła młodzieńcom o godzinie wieczornej docierać. Tak też uszli w sam czas, zaszyli się przed docwałującym szwadronem kirasyerów w łazienkowskie gąszcza, niesfornymi strzałami dawszy pobudkę powstania Warszawie i Polsce. Odpowiedziały im wystrzały od Ujazdowa, którymi alarmował się Wysocki w pochodzie na Solec w stu sześćdziesięciu uczniów podchorążych. Ta nieopatrzna przegrywka boju dopełniła już tylko rozpoczętego pożarem alarmu trzech pułków gwardyi: trzystu zastano w gotowości, na koniach; zajęli podchorążowie jeden z dwóch mostów do opasanego szerokim kanałem budynku koszarowego; nie wiadomo, kto miał obsadzić drugi most od miasta; tamtędy wymykały się szwadrony, przerażone niewiadomością sił w nocy, odcięciem jednej z dróg; nikomu z dowódców rosyjskich nie nasunął się najprostszy wniosek - spieszenia części tego wojska. Zwarte formacye tego półtora tysiąca jazdy, w nocy, w labiryncie parku, nie mogły nigdzie, ani w ulicach, ani koło W i e j s k i e j K a w y, ani przy budujących się koszarach Radziwiłłowskich, ani natrzeć na broniącą się w tyralierce, ani zamknąć drogę otoczonej, lecz chcącej się przedrzeć kompanii pieszej. Kędyś w czasie tej bezładnej strzelaniny nocnej, połączyli się z podchorążymi belwederczycy. Odtąd w sto osiemdziesiąt ludzi szli na zdobycie Warszawy. Ale pierwsze zetknięcie było lodowatem. Generał Stanisław Potocki, stojący już wtedy na placu Aleksandra, zawrócił był niedawno kompanie, maszerujące z koszar ordynackich na pomoc podchorążym przez Ujazdów i skierował je na sukurs Belwederu; był więc częściowym sprawcą nieudanego dotychczas powstania; teraz odmówił błaganiom i pozostał sługą carewicza. Dobrzy młodzieńcy uczcili starą zasługę i włos siwy, a niedawne ciągłe okłamywanie się wzajem o kimś wysoko dostojnym, naczelnym w spisku, posiało trującą niepewność w dusze. Szli dalej podchorążowie i towarzysze cywilni budzić tę dziwnie wcześnie uśpioną Warszawę. Zimny strach powiał przez ulice; jak zamarłe było miasto. O kamienice Nowego Świata próżnem echem odbijał się krzyk "do broni!" Wiedzeni naturalnym instynktem boju, żołnierze tej pierwszej nieudanej walki poszli ustanowić tę nieprzygotowaną przedtem łączność z innymi. Poszli sami w drogę ku Arsenałowi, na teren przymusowo dokonywanej koncentracyi. Tą drogą wiodła ich rozpacz, budząca wielką dźwignię tłumowych zdarzeń - nieopętany gniew. Zanim przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Trębacką i Bielańską dotarli do Arsenału, pod ciosami, zadanymi przez namiętność zbudzonej rewolucyi padli z ich ręki generał Hauke, pułkownik Męciszewski, generał Trębicki za stoicką wierność Rosyi; generał Nowicki przez omylenie jego nazwiska z Lewickim. "Śmierć uderzyła na głośną trwogę w Warszawie". Dochodziła dziewiąta godzina wieczoru.

|
|
W. Ks. Konstanty stał na ów czas w Alejach Ujazdowskich. Za nim, opodal, formowały się szeregi przybywających wiernych mu wojsk: więc najprzód trzy pułki jazdy gwardyi, dalej zdemoralizowane przez Stanisława Potockiego sześć kompanii wyborczych piechoty z koszar ordynackich; pułk konnych strzelców gwardyi, przyprowadzony wypróbowaną w ślepej uległości Rosyi ręką Krasińskiego i Kurnatowskiego: wszystkiego, z górą dywizya jazdy, niespełna pułk piechoty - około 4000 ludzi. Powstańcy między Senatorską a Placem Saskim, Krasińskich i Muranowem i Wisłą mieli w swem rozporządzeniu około pięciu batalionów piechoty, ca. 4000 ludzi, 13 dział; ale za nimi, z tyłu, na placu Broni stały jeszcze 4 bataliony piechoty wołyńskiego i litewskiego pułków, oraz niepewny, raczej cesarzowiczowi wierny, batalion Żymirskiego: razem około 4 tys. ludzi; Wielki Książę rozporządzał, jeszcze przed północą, dwukrotną przewagą ogólnej liczby; nie rozporządzał artyleryą, miał za to zbywającą powstańcom jazdę i tem więcej uśmiechać mu się mogła śmiała, zdecydowana ofensywa. W wojsku trwało ociągające się na dwie strony wahanie; wszak kompanie z Ordynackiej wyszły, aby czynić rewolucyę, tymczasem jedna za drugą przeszły do obozu carewicza; jakaż smutna i charakterystyczna historya zacnego kapitana Nieszokocia! Przedarł się po to przez sto trudności, przeszedł sto niebezpieczeństw, aby dobrodusznie popaść w pułapkę patrolu szaserów; wszak pułk tejże gwardyi konnej, na którym spoczywały nadzieje powstańców, przeszedł z taką łatwością na stronę Rosyan, iż snać byli spiskowcy uważający wszystko nieudanem, rezerwujący sposoby na przyszłość. Wszak jeżeli z pośród kompanii z Ordynackiej, lub z batalionu Żymirskiego dezercyi nie brakło, tem nie mniej znaleźli się i Polacy, ochotnicy służby cesarzewicza, a kilkogodzinne usiłowania Potockiego, najprzód w punkcie panującym nad pierwszem, południowem zamierzeniem podchorążych, placu Trzech Krzyży, następnie tuż obok drugiego centru powstańczego działania, na placu Bankowym, działanie to, wykazujące dziwne obznajmienie z zamysłami ruchu, działanie prowokacyjne na wskroś, nie pozostawało bez poważnych skutków; chwiała się wszakże szkoła podchorążych konnych, również oddziały piechoty, ku Bankowi, rzekomo dla jego ochrony przesuwane. Dobrą też radę dawali Konstantemu wodzowie polscy, Potocki przedewszystkiem: szwadronami przecwałować miasto, pod osłoną zdemoralizowanego, skupionego do obrony, a nie roznoszącego rewolucyę tłumu, zaskoczyć pomięszane z tłumem i zdemoralizowane wojsko przy Arsenale. W wojsku polskiem wciąż zresztą nie stało gotowości w bojach, atak zaś na Arsenał mógł być koncentrycznie prowadzony z trzech stron. Polskim pomocnikom W. Księcia nie brakowało jeszcze inicyatywy; ale trzeba było się spieszyć: minuta za minutą, godzina po godzinie opadała energia w duszach pozostałych przyjaciół Rosyi w Polsce.
Wielki Książę rady żadnej nie słuchał, wojska dać nie chciał. Ofuknął burkliwie tych, którzy mu podsuwali myśl wysłania kirasyerów, huzarów; to polska kłótnia - mówił - niechaj się Polacy sami w niej rozsadzą; stał uporczywie do końca swego pobytu w Królestwie na tem stanowisku, że wojsk jego komendy przeciwko polskiemu rozruchowi użyć niepodobna; Mikołaj później w rozmowie z Lubeckim, przypisał ironicznie dawnym, polsko-rosyjskim instrukcyom Aleksandra to postępowanie. Ależ W. Książę miał polskiego wojska pod dostatkiem: Szaserzy byli wierni; piechota szła, wiedziona obowiązkiem i rygorem; dowódcy, owi dziwni Rosyano-Polacy, protoplaści podwójnych ludzi w naszym narodzie, "dwojnicy" polscy, Krasiński, Kurnatowski, Rożniecki, Potocki pałali chęcią rzetelnego wojskowego czynu przeciwko pogardzonym od razu "smarkaczom" i hałastrze. W. Ksiażę wojska nie dał. Wojsko było w jego głębokiem przekonaniu instrumentem od parady, sposobnością dla pokazania się wodza. Wodzem sam nigdy nie był, dawno wewnętrznie z tego zrezygnował. Wojna popsułaby mu tylko właściwy porządek militarny. Przeciwnik kampanii perskiej i tureckiej, odradzał wciąż Mikołajowi wyprawę francuską, sam zarzekał się dowództwa, czuł się niezdolnym, chował skrzętnie wytarte już laury, bez znaczenia zresztą, z kampanii we Francyi. "Wojna - nie moja rzecz, - powiedział kiedyś - nie jestem stworzony do wojny". Nie był on zdolnym wziąć na siebie żadnej wielkiej odpowiedzialności. W jego charakterze brak główny - to brak śmiałości; może nawet kiedyś, w najciemniejszych zaułkach tej skomplikowanej duszy, w labiryncie niepośledniego umysłu czaiła się chwiejna a zawzięta myśl o polskiej koronie; ale sam pierwszy by zadrżał lub rozwściekł się na jej wspomnienie. Nie plan żaden, ani dobroć duszy mogły nim kierować w nocy belwederskiej: decyzyi żadnej wprost nie miał, gnębić zaś, w szczególności tych, których po kryjomu kochał, umiał dobrze, lubił. Ale jego despotyzm i okrucieństwo nawet były trwożliwe. To zewnętrzne opancerzenie woli, które pokryło niezdecydowanego, chwiejnego, wstydliwego, łatwo lękliwego człowieka polegało na pustych formach: formie dostojeństwa, formie rygoru, etykiecie satrapy, jakim był właśnie o wiele więcej w formach przed sobą samym kłamnych, aniżeli w treści. W tę najsłabszą w nim stronę uderzył atak wieczorny na Belweder: uderzył nieudolnie, ale najdotkliwiej. Prysła złuda nietykalności, rozchwiały się wszystkie napowietrzne pałace form, twarzą w twarz zajrzała szczera rzeczywistość i obudziła najciemniejsze wspomnienia rodu. "Przyszli zamordować mnie we własnym moim domu, zabito mego adjutanta", mówił.
Drżał. Musiano go wsadzić na konia. "Ja się do niczego nie mięszam", powtarzał. "Te wojska - wskazywał na pułki przy nim zebrane - służą, by mię ochronić od nowego ataku; lecz jeśliby przyszli, no - to i stąd ustąpią". Tak zdawał się zachęcać powstanie do ataku, wmawiając już w przeciwnika swego z instynktu najsilniejszą wolę, najwyższą miarę energii; "weźcie strzelców - mówił do Kurnatowskiego i Krasińskiego - wejdźcie do miasta, obaczcie, co tam zrobić można"; lecz wiedział z góry, że nic nie zrobią, posyłał ich, jak gdyby po to, aby sobie samemu, wszystkim wokoło dowieść rzeczy, o której do głębi był przekonany: że już się nic nie zrobi, zrobić nie da; wiedział już, że przegrał, był człowiekiem złamanym.
Jego otoczenie wojskowe nie stało nawet na wysokości tej smutnej, zrujnowanej duszy neurastenika władzy despotycznej; powiał w nie ślepy strach. Wśród dowódców Polaków, pomiędzy żołnierzami obowiązku mało było stoickich dusz, co jak Potocki, Trębicki, Siemiątkowski, dwoistość sumień bezsławnym zapłacili skonem. Reszta się ugięła, byli, którzy pod nastawionym bagnetem, wymierzonym rewolwerem, byli miękcy, byli inni, w których się zbudził prastary duch. Paru wysokich generałów rosyjskich wziętych zostało do niewoli, innych wziął niepokój, służbistość postrachliwa; jak smotru na Saskim Placu, dziś przerazili się tego, który okazał przewagę gwałtu. W dziełach zbiorowego czynu imponuje gwałt. Drugi raz w nowych dziejach Polski, niestety na krótko, zbudził się instynkt władzy, która, jeśli nie może inaczej, tedy i tratować potrafi, a jeżeli nie po innej drodze, tedy przez krew; stało się to w duszy młodych podchorążych, gdy naród, uśpiony brakiem pojęcia już nawet tego, czem jest władztwo własne, zwyczajny do siły tylko w obcem ręku, obudzili dziełem polskiego gwałtu. Wyzwolili pierwiastek gwałtu w polskiej naturze. Próżnem jest wdawać się w bezporadne dociekanie sprawiedliwości ich czynów: działali rozmachem; mylili się? Tedy poprawią raz drugi, idąc po tej samej drodze. Bo faktem dziejowym jest tylko, że zabijaniem generałów nieposłusznych nowemu dziełu narodu ułamali szczątki kierowniczych prób wroga, zdusili w nim inicyatywę; na wieść o zabiciu jenerałów, najchętniejszych Rosyanom, sytuacya zdała się z gruntu inną; chwiejne oddziały polskiego wojska, demoralizowane przez Potockiego, przeszły ostatecznie na stronę powstania po śmierci, poniesionej przez tego siwego polskiego żołnierza od własnej polskiej kuli za cudzą sprawę. Wszyscy zobaczyli przepaść odtąd wykopaną pomiędzy Polską a Rosyą. Wszyscy ujrzeli bezradność polskich sług imponującego z wierzchu, pustego w treści despotyzmu. Już reszta wojsk polskich, pozostała przy Konstantym, niezdolną się stała bić za jego upadłą sprawę: wyprawa szaserów poszła mdło i nie nosiła charakteru wojskowego; starczyły strzały w powietrze, aby ją spłoszyć. Już ministrowie rosyjskiej Polski niezdolni się stali służyć swemu panu; Lubecki sformułował po konferencyi z Konstantym: "W. Książę ... do niczego się mięszać nie chce, choć on jeden siłą rozporządza; że zaś my żadnej siły nie posiadamy, zmuszeni będziemy wejść w układy z powstańczym ruchem."
Reszta dziejów nocy 29 listopada i dni następnych zamyka się pod względem wojskowym nową dyslokacyą wojsk, łączy się przeto organicznie ze stanem sił obu stron po wybuchu wojny.
Podchorążowie, wyraziciele politycznego dorobku ruchów narodowych w Polsce Kongresowej, postawili sobie za cel wybuchu powstania strącenie władzy Wielkiego Księcia Konstantego, oswobodzenie od władz rosyjskich Warszawy, przeciwstawienie jej i kraju całego - Rosyi. Cel ten został osiągnięty nocą belwederską. Napad na Belweder strącił W. Księcia z jego władztwa, mord na generałach pchnął kraj na drugi brzeg.



![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||