Najwieksza slawe przynioslo mu organizowanie pionierskich zimowych wypraw w Himalaje i Karakorum.
Zabrala go nieuleczalna choroba, ktora przedwczesnie zabiera tylu wspanialych ludzi. Podobno zanim stracil przytomnosc powiedzial z usmiechem: "W odwiecznej walce ducha z materia w moim przypadku zwyciezyla materia."
W Internecie, w archiwum Rzeczpospolitej znajduje sie obszerny artykul o Andrzeju Zawadzie, piora Moniki Rogozinskiej.
Ponizej, zamieszczamy mowione wspomnienie Ryszarda Szafirskiego (z Calgary, AB, Canada) o wyprawach w Himalaje, w szczegolnosci o wyprawie zimowej na Mount Everest w roku 1980, ktorej kierownikiem byl Andrzej Zawada. Podczas tej wyprawy, Ryszard Szafirski i Andrzej Zawada wyszli na Przelecz Poludniowa, a w cztery dni pozniej, 17 lutego 1980, Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy dokonali pierwszego zimowego wejscia na szczyt Mount Everestu. (AMK)

Uderza czesto chaotyczny styl tych rozmow, brak chronologicznie jednolitej akcji i powracanie do watkow opowiadanych wczesniej. Dlatego nie denerwuj sie czytelniku i pamietaj, ze piwko bylo tego powodem. Sprobuj przeczytac wszystko uwaznie, jeszcze raz, od poczatku.

Spytalem Ryska, czy nie za wiele "kurew" wojuje w jego opowiadaniu. Przypomnial mi, co wszystkim mlodszym taternikom dedykuje, ze tutaj to wcale nie jest przeklenstwo, ani nawet wulgaryzm. W naszych czasach bowiem "kurwa" byla prawie ze patronka taternikow. Gdy, na przyklad, zdarzalo sie, ze taternik odpadal, a chodzilismy wtedy jeszcze na linach sizalowych, to nie wzywal "imienia Pana Boga swego nadaremno," lecz wolal: "O kurwa!, lece!!!".
Tym nie mniej, postanowilismy ten tekst "odkurwic," choc nie wszedzie bylo to mozliwe. Niejednokrotnie, usuniecie jakiegos "meskiego" slowa pozbawialoby tekst autentycznosci.
Andrzej Skupinski

Moi koledzy, z ktorymi sie wspinalem, byli przewaznie wspanialymi ludzmi. Andrzej Zawada byl na pierwszym miejscu. To, ze mowie o nim, o jego bledach i czasem slabosciach, to gwoli sprawiedliwosci, a zarazem prawdy o naszych wspolnych akcjach.
Nieodzalowany Andrzej, ktory - niestety, "minon sie", byl moim przyjacielem. To, co opowiadam o Nim, przy piwku, jest prawda, ktorej nikt nie zna. Opowiadalem to wszystko, gdy Andrzej jeszcze zyl i mial sie dobrze. Andrzej Zawada byl wspanialy i dumny. Nigdy, nigdzie nie wspomnial, ze zostawilem go jako partnera przy zejsciu z Przeleczy Poludniowej. On wiedzial doskonale, ze to nie mialo miejsca.
Andrzej byl tak dobry technicznie, ze zostawienie go, w moim pojeciu, na ciagu poreczowek, nie bylo "zostawieniem partnera," jakby to chcieli interpretowac niektorzy moi "przyjaciele." Bardzo mi zal, ze Andrzeja juz nie ma miedzy nami. Bedzie zyl w mojej pamieci na zawsze. Andrzej byl wielki i pozostanie takim.
Ryszard Szafirski

Andrzej Skupinski: Czy Piotrowski mial za to jakies formalne klopoty klubowe? Byl zawieszony jako czlonek w klubie, o ile mnie pamiec nie myli.
RS: Nie, nie bylo czegos takiego. To byly tylko moralne konsekwencje. Zaczelo sie od tego, ze on po smierci Staszka byl prawie nie tolerowany przez cala wyprawe. Mnie juz tam nie bylo, bo ja z Wisniewskim poszedlem wczesniej. Zachorowalem i bylem w Katmandu. Jak tam sie dowiedzialem, to amoku dostalem. No, ale trudno, stalo sie.
Nawiasem mowiac, Piotrowski mial z powrotem jechac samochodem. Czesc wyprawy wracala "Jelczem" i ja bylem szefem tej grupy. Reszta miala wracac samolotem. On byl zadeklarowany na liscie, ze wraca samochodem. Powiedzialem Andrzejowi Zawadzie: "Mowy nie ma!,... ja go nie chce widziec w samochodzie." Wlasnie za smierc Staszka Latally.
Ale potem sobie glowkowalem, ... czas plynal... Na tych wysokosciach kazdy walczy o siebie, a on nie byl desygnowany jako opiekun Staszka Latally. No to sobie poszedl do przodu. Staszek poszedl za nim. Wszystko wygladalo praktycznie i teoretycznie perfect. Wszystko bylo zaporeczowane, tylko sie wpinac, i po linach isc w dol do obozu drugiego.
Jak to sie stalo? Po prostu stalo sie. On wogole nie powinien tam byl isc. A jak poszedl do obozu trzeciego, to jest prawie siedem dwiescie, to jedna noc i jest sie through ... powinien schodzic na dol. A oni tam przeczekiwali pogode, w trojke: Jurek Surdel, Staszek Latallo i Piotrowski. A w koncu pogoda sie nie poprawila, wiec nie bylo wyjscia.
AS: A gdzie sie wtedy Jurek Surdel podziewal?
RS: Oni mieli zaczac schodzic wszyscy w tym samym momencie. Przygotowali sie do zejscia. Piotrowski poszedl pierwszy. Staszek Latallo za nim a Surdel jako trzeci na koncu. Staszka wzieli w srodek. Zaczeli schodzic. Nagle okazalo sie, ze Surdelowi rak nawalil. Odpial mu sie. W tych warunkach, minus trzydziesci, co z tym rakiem zrobisz? A poniewaz to bylo blisko obozu, wiec Surdel wrocil z powrotem do namiotu i tam wszystko naprawil. A ci dwaj poszli w dol. Piotrowski, ... no oczywiscie, kondycyjnie pod kazdym wzgledem lepszy od Latally, pognal jak glupi w dol. Ja bym to samo zrobil, wiedzac ze tam z tylu jest Surdel. W koncu doswiadczony facet. Jurkowi zajelo, z tego co nam mowil, okolo czterdziestu pieciu minut, zeby ten rak jakos przypiac do buta. Potem zaczal schodzic na dol po poreczowkach. No i nadzial sie gdzies tam nizej na Staszka, w polowie drogi chyba, miedzy obozem trzecim a drugim. Drugi oboz byl w kotle Western Cwm. A Piotrowski pognal. Trudno mu sie dziwic. Gdyby byl sam z Latalla, to moze by sie nim zajmowal, opiekowal. Wiadomo bylo, ze facet nigdy w zyciu nie byl na takiej wysokosci, nigdy nie byl alpinista, ani nigdy sie nie wspinal. To moze by jakies moralne obowiazki go ruszyly, zeby choc spogladac co sie ze Staszkiem dzialo. Ale skoro wiedzial, ze Surdel idzie tam na koncu - rutyniarz stary... Tym bardziej, ze wielkich trudnosci tam nie bylo, a wszystko bylo zaporeczowane... No i Jurek dochodzi, patrzy, ... a Staszek wisi... Wszystko,... jumar, lina w porzadku. On przeciez nigdzie nie spadl. Po prostu szedl, szedl, szedl ... i padl.
AS: To sluchaj, gdyby nawet Piotrowski byl przy nim, to co by mu pomogl?
RS: Nie wiem. Prawdopodobnie by mu nic nie pomogl. Po prostu, Staszek mogl byc juz tak wyniszczony po tych biwakach. Dwie noce to oni tam na pewno spedzili.
AS: To ja bym za to Piotrowskiego tak ostro nie osadzal, bo widze ze to nie mialo zwiazku z tym, ze on poszedl szybciej. To tylko tyle, ze Latallo nie mial towarzystwa wtedy gdy przyszedl na niego ostateczny kryzys.
RS: Poczekaj, poczekaj. Wiesz, jesli chodzi o Piotrowskiego, to on juz mial przeszlosc i swoj record tez mial. On, jak byl w zejsciu, uwielbial zostawiac partnerow i grzac do przodu. Wszystkich zostawiac. W Pamirze, czy gdzies tam w Pamiro-Alaju, wszyscy na niego narzekali. Wszystkich zostawial.
AS: Sluchaj, w obecnych czasach wiekszosc tych dzisiejszych zdegenerowanych alpinistow tak robi, wiec...
RS: Ale wtedy jeszcze nie bylismy tak zdegenerowani. I wtedy jeszcze dzialaly te klasyczne pojecia: "partner," "lina," "towarzysza nie mozesz zostawic" itd.
O czym to mowilismy? Aha, juz powiedzialem, ze dlugo myslalem. Najpierw Piotrowskiego potepilem. Powiedzialem Zawadzie: "On nie pojedzie samochodem z moja grupa." I od tego czasu, praktycznie juz nie mielismy kontaktu ze soba... Az do jego smierci na K2. [1] Ale tak sobie analizowalem to wszystko. Czas plynal, i zrehabilitowalem go... Mozliwe, ze gdybym byl na jego miejscu, zrobilbym to samo. Poszedlbym sobie do obozu drugiego.
AS: Stary, gdyby Zawada zostal wtedy tam, gdy schodziliscie Zebrem Genewczykow... Na szczescie nie zostal, ale, gdyby..., to bys sie znalazl w identycznej sytuacji.
RS: Ach, prawie sie znalazlem, bo na walnym zjezdzie, niedlugo potem, "Wilk" przyszedl do mnie i mowi,... Wiesz o kim mowie? O Wilczkowskim z Lodzi. Przychodzi i mowi: "Rysiek powiedz cos!." Ja pytam: "Co mam powiedziec?". On: "Sluchaj, jest taka opinia, ze zostawiles partnera". Mowie: "Kurwa!, Wilku, co ty pierdolisz? Ja zostawilem partnera? Jak mozna zostawic partnera, gdy jest ciag sznurkow od obozu czwartego, od przeleczy, az do obozu trzeciego?"
Ja Zawadzie tlumaczylem i namawialem go, "schodzmy, schodzmy, schodzmy." A on... Kiedy Heinrich wyszedl z Pasangiem na przelecz, to tam gledzili i gledzili.. Ja mowie: "Andrzej, Andrzej, opamietaj sie,... czas. Trzeba schodzic, bo jest tylko jeden namiot, w ktorym beda spali Heinrich z Pasangiem, a my musimy schodzic do obozu trzeciego." A on tak tam, ... o wszystkim. Nie znasz Zawady? On przeciez ma gadke taka..., a tam, o wszystkim. Ja mu mowilem "schodzmy, kurwa", i schodzmy, i schodzmy, i schodzmy, i... Zaczelismy schodzic... pozno!
Jak ja moglem byc odpowiedzialny za to? Jak mu krzyknalem, poprzedniego dnia na podejsciu: "Andrzej, wszedles w zle poreczowki," to on to zignorowal... no i wiesz? Po paru wyciagach, oczywiscie okazalo sie...
Ja pierwszy wyszedlem z obozu trzeciego, i po sladach patrze, gdzie chlopcy szli, tam poszedlem i wpialem sie w poreczowki. A tam tych lin bylo od groma, peki cale!
A on wyszedl chwile potem. Poszedl swoja sciezka i tez znalazl jakas poreczowke. No to wpial sie w nia i poszedl do gory. Ja wolam: "Andrzej, zle idziesz." A on juz byl iles tam, piecdziesiat, sto metrow , juz w tych poreczowkach.
Ja mu wolam: "Wroc sie i idz za mna!".
- "Nie!"
No i w koncu mu te poreczowki wrosly w lod. Skonczyly sie. Mial piecdziesiat metrow trawersu po lodzie! Nachylenie piecdziesiat piec stopni. Szczery lod,... taki jak to lustro!
Wolam: "Jak ty to zrobisz... bez asekuracji?". A ja juz bylem sto metrow wyzej. Zamknalem oczy. Nie chcialem na to patrzec. No..., ale zrobil to jakos,... uff! Przetrawersowal,... ale mial juz z poltorej godziny spoznienia do mnie.
Przedtem umowilismy sie, ze z "depozytu" zabieramy namiot "turnie." Polski namiot legionowski. Chlopcy, ktorzy tam [na Przeleczy Poludniowej] spedzili pierwsza noc - Wielicki z Fiutem, spali w plachcie "pana kierownika" - jeden maszcik taki i cztery scianki tylko. Nie mogli tego kretynskiego namiotu, amerykanskiego "omnipotenta" rozstawic. Ja go nazywalem "impotent," bo w zaden sposob nie dalo sie go postawic. On juz tam byl wyniesiony, na przelecz, ale nie mogli go rozstawic. W tej plachcie przetrzymali noc. Cala noc czekali kiedy im to rozwali wszystko, ten wiatr na Przeleczy Poludniowej.
No wiec, juz bylem wsciekly na Andrzeja. Po pierwsze za to, ze nie chcial mnie posluchac, zeby we wlasciwe poreczowki wejsc. Po drugie umowilismy sie, ze ten namiot, ktory byl zdeponowany, juz nie pamietam przez kogo. Holnicki, Cichy, Wielicki i Zurek chyba, zostawili go, gdzies tam miedzy obozem trzecim a Przelecza Poludniowa, na poreczowkach powieszony. Umowilismy sie z Zawada, ze podzielimy sie tym namiotem. Juz nie pamietam jaki to byl podzial. Mniej wiecej rowny, albo stelaz, albo plachta. To tak mniej wiecej bylo wagowo podobne. Doszedlem tam, wzialem swoje i reszte zostawilem dla Andrzeja. Jak przyszlismy na przelecz... Ja tam czekalem na niego dosc dlugo. W koncu, jak doszedl, ja mowie: "dawaj swoja czesc tej turni." Bo to sie "turnia" nazywala, ten namiot.
AS: My te namioty mielismy w Mongolii, w Tabun Bogdo. Bardzo dobrze sie je uzywalo, nie byly ciezkie.
RS: No nie, szesc kilo wazyly. Ale wiesz, to byl namiot dopracowany przez nas. To byl swietny namiot i material byl taki, ze zaden sztorm himalajski...
Ja tam czekalem, chodzilem po tej przeleczy, juz butle posprawdzalem, cisnienie, tego smego...
Ja mu mowie: "Dawaj swoje, rozstawiamy namiot."
On: "Ja nie mam."
- "Jak to nie masz? Przeciez umowilismy sie w obozie trzecim, ze ja zabieram szmate, a ty stelaz. Ja zabralem, to co mialem wziac, ale to jest nieuzyteczne bez tej drugiej czesci."
On na to: "Rysiek, ja juz nie mialem sily, dlatego nie wzialem."
Ja amoku dostalem. Na osmiu tysiacach, rozumiesz, na Przeleczy Poludniowej, nie mamy namiotu!!!... A jest pozne popoludnie! No nie ma wyjscia, trzeba sie zajac tym "omnipotentem," czyli "impotentem," ktorego chlopcy nie mogli rozbic - Wielicki z Fiutem. No wiec, zaczynam obgryzac paznokcie, skoncentrowalem sie i dawaaj za ten namiot. A tam te kablaki z fiberglasu, minus chyba czterdziesci i to wszystko nie chce wchodzic w te kieszenie. Nie moge tego rozpiac! Tych kablakow bylo chyba z piec. To byla konstrukcja oplywowa, specjalna na wiatry. Wszystko jedno... W koncu, jakos uksztaltowalem ten namiot przy pomocy fiberglasowych maszcikow. Dwoch nie zlozylem. Nie dalo sie, nie bylo ludzkiej sily zeby je zamknac, tylko tak zostaly, na krzyz. No,... ale namiot stanal i w tym namiocie przespalismy noc.
Andrzej byl strasznie bierny na przeleczy. Faktem jest, ze nie zastanawialem sie, ze on mogl byc w bardzo zlym stanie ze wzgledu na wysokosc. Ja tez bylem pierwszy raz na przeleczy, tylko ze ja bylem nieco aktywniejszy w akcjach nizej. Nie wiem...
Przespalismy te noc. Nastepnego dnia jakos tam sie pozbieralem. Marzylo mi sie wyjsc na poludniowy wierzcholek. Mialem dwie butle. Ale gdzie tam. Przeszedlem sto piecdziesiat, moze dwiescie metrow w gore i ani rusz dalej. Zostawilem butle dla kolegow, dla potomnych. Zszedlem, a Zawada dalej lezal tam w tym namiocie.
Oczywiscie, teraz z perspektywy czasu, to tak sobie patrze na to, ze trzeba sie bylo od razu zwinac i powiedziec: "Schodzimy na dol." Ja powinienem przejac inicjatywe. Ale on byl leader, zawsze byl taki najlepszy. Wiesz, to jakos tam zostaje w psychice. On zawsze uwazal, tja, tja, tja, ze wszyscy wysiadaja a on jeden jest nie do zdarcia.
No wiec jak sie wrocilem z tej proby podejscia na poludniowy wierzcholek, jakies tam gotowanko, cos tam, jedzonko... W miedzyczasie przyszedl Heinrich z Pasangiem, Szerpa. No i zaczely sie dyskusje i plany i snucie itd. Mowiac krotko, strasznie pozno...
AS: Ktora byla godzina jak oni przyszli?
RS: Ja juz nie pamietam. Oni przyszli dosc wczesnie. Cos kolo poludnia przyszli. Potem bylo ze trzy, czy wiecej godzin gadek i planowania. Bo Andrzej Heinrich oficjalnie byl zastepca kierownika do spraw sportowych. Wiec oni sobie tam rozmawiali, a ja gotowalem jedzenie, herbatki, zupki i powtarzalem: "schodzmy, kurwa," i schodzmy, i schodzmy, i schodzmy. I w koncu zaczelismy schodzic [2].
To bylo wystarczajaco czasu, bo ja dotarlem jeszcze za dnia do obozu trzeciego, z Przeleczy Poludniowej, po poreczowkach. Bo to wiesz, waliles jak burza, tam nie ma zadnych trudnosci. Oprocz tych "Yellow Band," tych "zoltych skal," ktorych tam jest dziesiec metrow, gdzie musisz troche ostrozniej, bo to jest stromy lod. Zima tam jest stromy lod, nawet nie ma sniegu. Tylko lod! Sluchaj, Andrzej, to byla gehenna. Mysmy mieli jeszcze te buty, przeze mnie w Zakopanem projektowane. Miekkie, nie trzymaly kostki. I masz caly czas piecdziesiat piec stopni nachylenia lodu. Twardo tak, ze bez rakow wogole zapomnij, nie masz zadnych szans. Przez caly czas wykreca ci nogi, kostki. Nie mozesz nawet sekundy odpoczac, stanac na sniegu, udeptac sobie platforemke, odpoczac! Od samej przeleczy, to naprawde jest ciezka praca. No, ale ja bylem w jakiej takiej formie.
Wyszlismy razem w dol z przeleczy. Zebrem Genewczykow, jak sie wpielismy w liny, no to co? No to lecimy! Ja przebieglem to zebro blyskawicznie a Zawada gdzies tam sie snul. Nie wiem dlaczego. Zgodnie z opiniami tradycjonalistow... zostawilem partnera. No tak, ale jest na sznurkach i sznurki sa od obozu do obozu.
AS: No to w czym problem?
RS: Niestety, byl jeden odcinek, ze sto piecdziesiat metrow, gdzie sznurki z Zebra Genewczykow sie konczyly i potem bylo wyplaszczenie do "Yellow Band", ktore byly ponizej. Tam trzeba bylo tak skosnie, pod katem, przejsc prawie po rownym. Nachylenie moze z dziesiec stopni. To tam nie bylo poreczowek, no nie? Ale ja, idac do gory, gdy wyszedlem ponad te "zolte skaly" to zaczalem kukac po sladach. Przeanalizowalem sobie, ze jak beda schodzic w dol, to jak mi sie skoncza gorne poreczowki, bede musial pojsc w lewo jakies sto metrow, pod katem czterdziestu pieciu stopni, zeby znalezc nastepne poreczowki, ktore doprowadzaja az do obozu trzeciego. Jak sie pozniej okazalo, Zawada tego odcinka nie przeanalizowal, o czym ja nie pomyslalem.
No moglem isc z nim razem. Ale wiesz,... jak tu isc razem? Musisz stale czekac. Tracisz czucie w rekach, w nogach, wszedzie. A wyglada, ze wszystko jest proste. Ja nie moglem mu asystowac, bo zamarzlbym na sopelek.
Zawada nigdy nie skomentowal tego faktu. Nigdy mnie nie potepil, ze go zostawilem, nigdy na ten temat nie bylo slowa. On byl wielki. No, jak jestes wielki, to przyznaj sie rowniez do jakichs swoich bledow i slabosci, bedziesz wtedy jeszcze wiekszy w oczach ogolu.

RS: Sluchaj, on byl tak spozniony za mna, a byl to koniec dnia, ze sie zrobilo ciemno. Jak zszedl i skonczyly sie poreczowki nad "Yellow Band", to nie wiedzial gdzie isc dalej i poszedl w dol na skaly, gdzie poreczowek nie bylo. Nie pamietal, ze od konca poreczowek z Zebra Genewczykow trzeba isc w lewo pod katem czterdziestu pieciu stopni i tam szukac. Trzeba bylo isc skosnie i tam znalezc nastepne poreczowki, ktorymi mogles zejsc przez "zolte skaly". A jak je tam zlapales, to juz cie doprowadzaly do obozu trzeciego. Ale on tego nie zakodowal i do tego sie nie przyznaje...
AS: Kiedy ty sie zorientowales, ze Andrzej byl na zlej drodze?
RS: Nigdy sie nie zorientowalem. Ja zszedlem do obozu trzeciego. Tam mnie chlopcy nakarmili, napoili. Ciemno sie zrobilo, noc juz jest, ja mowie: "Gdzie ten Zawada jest? Chlopaki, wyjdzcie tam i popatrzcie, czy on schodzi, czy nie schodzi". Oni wyszli, i nagle, juz nie pamietam ktory, Wielicki, czy Cichy przychodzi i mowi: "Jest, swiatlo!”. Ja pytam: "Gdzie?" On mowi: "Nad Yellow Band" i to zupelnie w lewo od drogi." Na szczescie, nie probowal nic kombinowac. Fuck! Ja mowie: "Chlopcy, ja juz nie jestem w stanie isc tam do gory. Musicie isc po niego." No i oni poszli.
Poszli. Doszli do niego. Zaniesli mu tam cos cieplego picia. Naprowadzili go na wlasciwa droge, wpieli go w poreczowki, juz ponizej "zoltych skal", i wrocili do obozu. Bo juz tam nie mogl zginac, jak byl wpiety jumarem w liny. Teoretycznie, tez moznaby zakwestionowac: "Jak mozna faceta w takim stanie zostawic?"; on juz tam pare godzin spedzil. Ale Wielicki i Cichy zostawili go. No, a dlaczego nie? Jest na sznurku, ktory prowadzi do obozu trzeciego. To go zostawili, bo on szedl strasznie wolno a oni marzli. Przyszli do namiotu, polozyli sie. Ja czekalem. Caly czas gotowalem herbatke, ciepla strawe. Mialem okropnego kaca, nie? Zawada, po trzech godzinach, w koncu przyszedl.
AS: Tam masz piwko, tam, za plecami...
RS: Ach, wszystko jedno...
Tylko, rozumiesz, Zawada, to jest typ bohatera, ktory musi byc caly czas na swieczniku. On nie moze miec zadnych potkniec! W jego konstrukcji psychicznej, on nie moze miec jakichs tam przegranych.
No, przyznalby sie, ze tam na te Przelecz Poludniowa poszlismy, ... poszlismy na wariackich papierach, co jest wiadome. I to bylo ladne! Bo nie bylo innego sposobu, zeby zmobilizowac ludzi do ostatniego ataku. Wszyscy byli dead, cala wyprawa.
Ja powiedzialem wtedy: "Andrzej, jest jedyny sposob: zakladaj raki i zapierdalamy do gory".
- Po co?
- "Zeby zmobilizowac tych mlodziakow. Bedziemy grac, jesli oni nie moga, to dziadki wyjda na Everest. Ty i ja."
No i tak poszlismy. Oboz pierwszy, drugi, trzeci, Przelecz Poludniowa. Jak bylismy na Przeleczy Poludniowej, to sie zrobil ruch "w izbach" na dole. No, jak to!, Zawada z Szafirskim?
A tam mlodzi ludzie, rozumiesz: Wielicki, Cichy, Lwow,... wszystko wspaniali wspinacze!. Oni juz nie moga, a my "z piesnia na ustach" idziemy!. Jeszcze z Przeleczy Poludniowej audycje przez radio nadalismy: "czujemy sie perfect i jutro bedziemy probowac dalej"...
A przeciez, taki ... Mysmy nie mieli zadnych szans isc dalej. Zawada lezal oklapniety jak detka. Ja nastepnego dnia sprobowalem i wyszedlem sto piecdziesiat metrow wyzej, z tlenem!
Ale bluff sie udal. Wiara sie ruszyla! Te resztki, ktore mogly. A resztek nie bylo wiele. To byl po prostu bluff, zeby zmobilizowac wyprawe. Zawada poszedl na to, ale przeliczyl sie troche ze swoimi silami.
On jest wielki. Jeden z najwiekszych polskich himalaistow. Zgadza sie. Wspinacz, to on jest taki szesc na dziewiec, ale ma inne zalety. Bardzo cenne. Jest ambitny, dazy do celu i chce. On jest z tym pedem do zdobywania i z ciagiem, zeby wyprzedzac inne nacje. Andrzej ma to, oh yeah!. Ja jego cenie za to. On jest fantastyczny!.
AS: To dzieki temu osiagneliscie sukces i Everest zostal wziety zima.
RS: Ale detalach technicznych czasami nie byl taki dobry. Lubilismy sie... Ja uchodzilem w opinii dookola, za "szara eminencje." Andrzej byl zawsze kierownik. On rzadzil, decydowal, ale jak byly jakies wazne problemy, to przychodzil do mnie: "Rysiek, co z tym fantem zrobic?" Ja mu mowilem: "bang, bang, bang, bang..." i dobra, wszystko wychodzilo pod marke Andrzeja. Ale fajnie! Nawiasem mowiac, nazywalismy go "Kierowniczek," bo on uwielbial kierowanie. A ja wprost przeciwnie, nigdy nie lubilem kierowac, byc bossem, nic z tych rzeczy.

RS: Cichy z Wielickim, gdy wyszli wtedy z obozu trzeciego, to spedzili pol nocy zeby Zawade naprowadzic na poreczowki. Gdy wrocili, to byla Bog wie ktora? Druga nad ranem? Tak, ze nastepnego dnia nie mogli pojsc do gory, bo byli za bardzo umeczeni. Mieli przez to jeden dzien opoznienia. Dopiero dzien pozniej poszli na przelecz. No, ale na szczescie, mieli juz tam namiot i wszystko cosmy zrobili z Zawada. Byl to ostatni zespol i ostatnia szansa. Wiecej mozliwosci nie mielismy.
A poza tym, wladze nepalskie przedluzyly nam czas na dzialanie o dwa dni. Z 15 lutego, zrobili 17 lutego. 17 lutego chlopcy wyszli na wierzcholek Everestu. To co pozniej Messner, ten ... [fragment tekstu usuniety] kwestionowal, ze rzekomo mielismy pozwolenie tylko do 15 lutego, a weszlismy 17 lutego, czyli jego zdaniem, to nie bylo zimowe wejscie. Tu blysnal takim debilizmem, ze sie w pale nie miesci. Bo albo by sie wogole nie odzywal, albo powiedzial, ze zima trwa do 21 marca.
Nepalczycy zrobili nam ograniczenie do 15 lutego tylko dlatego, zeby nastepne wiosenne wyprawy mialy kulisow. Takie byly obiekcje Nepalczykow. A Messner..., zreszta, on sie szybko z tego wycofal. Ale ja sie jeszcze z nim spotkam... Z Eigeru mi sie wymigal. Tam przerzucil odpowiedzialnosc na Hiebelera, ktory juz nie zyje.
Ja go zapytam przy najblizszej okazji, w tym roku na festiwalu w Banff: "Jak to?, to ty, ktory zrobiles czternascie osmiotysiecznikow, zakwestionowales nasze wejscie zimowe na Everest w dniu 17 lutego? Tylko dlatego, ze poczatkowo mielismy pozwolenie do 15-go lutego?"

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||