ELZBIETA   BINSWANGER-STEFANSKA






Przepowiednia


Urodzisz sie i bedziesz zyc
az do ostatniego tchnienia.

Dziecinstwo miec bedziesz szczesliwe
a mlodosc trudna. To zwykla kolej rzeczy.

Pewnego razu obejrzysz sie za siebie
i zobaczysz, ze tamta to juz nie ty.

Bedzie to znaczylo, ze osiagnelas wiek
swojej matki, gdy bylas dziewczyna.

Masz wtedy dwie drogi do wyboru:

Lapac smiech w siatke ze zmarszczek,
albo ryc smutek w bruzdach kolo ust.

Jezeli wybierzesz smiech, zobaczysz
w odbiciu mieniace sie pawie oczy.

Jezeli smutek, spojrzysz gleboko
w oczy przeznaczeniu. Wybor jest twoj.

Jednym spojrzeniem uwolnisz Prawde
z siatki po drugiej stronie zrenic.






czeresnie


czeresnia rosla blisko cmentarza
cmentarz ginal w lesie
las pokrywal wzgorze

na cmentarzu lezeli wylacznie mezczyzni
do wojny dozyli najpiekniejszych lat
zaskoczyla ich tajemnica smierci

wiec na tej czeresni na skraju wsi Zakliczyn
siedziala moja mloda ciotka
i rwala czerwone kuleczki

czasami pstryknela pestka w strone grobow
ladowaly miedzy rowno wbitymi krzyzami
a rozbuchanym zielskiem

na takim nasieniu rosna piekne owoce
smiala sie ustami pelnymi krwawej miazgi
powietrze drzalo od brzeczenia pszczol

z zadarta glowa wchlanialam zapach popoludnia
i slowa o dziwnym znaczeniu
pokrzywy pachnialy cierpko

dzis korzenie czeresniowych drzew ciotki
splataja sie z mlodymi mezczyznami
z dawno pogrzebanej wojny






sznur perel


gdy czas zaczyna zabawe w brak
i usmiech jest zle skrywanym wykrzywieniem twarzy

wtedy wiem ze oto zaczyna sie sezon
polowu perel klamstw

w wielkim oceanie plynnym i bezdennym
jest takie jedno miejsce tajemne

zatoka perlowo mieniacych sie spraw

tam

z przypadkiem porzuconych prawd
usluzne wargi tocza szlachetne lgarstwa

trzeba tylko zlapac na dlugo oddech
nieustraszenie zanurzyc sie w potoku zdan

i tak

wylawiam pierwsza doskonala perle
twarda i gladka i lsniaca jak stal

zrobienie dziurki wymaga duzej precyzji borowania

bo potem

wystarczy juz tylko przeciagnac sznur
zawiazac supel
i powiesic sobie na szyi

o ilez takie perly sa piekniejsze

niz

ziarnka prawdy, ktore w nich tkwia

tylko rozsypac ich nie wolno
kazda z osobna to nie do splacenia

lza






kwestia wyobrazni


pewnego jesiennego przedpoludnia
Leonardo da Vinci zapomnial nawet
zjesc swoje zwykle colazione

tak bardzo zajal mu wyobraznie

maly koci klebek

w okraglym wzgorku z futra
wyrazniej dopatrzyc sie mozna bylo
szpickow uszu
ogon zlewal sie z reszta zwierzecia

kot drzemal leniwie
w wloskim swietle sprzed wiekow
pomrukujac i poruszajac wasami

wasy sterczaly zawadiacko

i to byl caly temat do narysowania

Leonardo wytezyl swoj slynny geniusz
(dzis wiemy ze to byl geniusz
Leonardo myslal ze ciekawosc swiata)

rysikiem stwarzal wlos obok wlosa
baczac na zachowanie perspektywy
(niewykluczone ze wtorowaly mu cykady
bo od zawsze wtoruja jesli to Italia)

"mistrzu, to tylko kot"
zajrzal mu przez ramie ktos wspolczesny

"to nie kot, to kwestia wyobrazni"
("e una questione di fantasia"),
mruknal da Vinci

lyknal lyk vino rosso (to mozliwe)
i wniosl do swiatowej kultury
swoje kolejne dzielo









sen psa


obdarzony fenomenalnym nosem
i niezawodnym instynktem lowczego
sledzi w skupieniu lot muchy
jedno klapniecie zebami: jest!

pusto bez muszego brzeczenia

sen   a w snie:

przedziera sie leszczynami, drze siersc,
plynie nad bagnami, uszy tuli,
sni sarnie smiganie,
krople krwi migaja miedzy poziomkami

puchnie z wrazen psie serce

z bukietem hormonow do oferowania
tropi slady wsrod ulicznych latarn
zakochany w tej jednej jedynej woni

a na jawie:

lez! do nogi! jedz! zostan!

pani wychodzi!

gdyby wiedzial, ze tez do nicosci,
nie byloby miejsca na zazdrosc

w duszy psa






epitafium dla plytki CD


tu lezy mala plytka CD
z utraconym skrawkiem boku
zrzadzeniem losu wbita
w ten wlasnie klebek traw

przechodniu, nie nadepnij,
nie mow: zasmieca park!
pomysl, jaki korowod glow,
ile mam... ojcow... mam... i ich mam...

jaki geniusz na to sie zlozyl
by mogl ja wydac swiat
i ile nagrala sie nim ja ktos
(niechcacy, och, niechcacy)
tak nieszczesliwie zlamal

i nie to ile slow i nut
i kto spiewal i kto gral
ale ile milosci, ile uczuc
z muzyka w tle - wygralo

tu lezy mala plytka CD
z okragla dziurka w srodku
raz na zawsze przegrana
pod nieskonczona plyta nieba

i tylko slonce jeszcze czasem
gama kolorow na niej gra
zielony zolty... czerwien fiolet
srebrny niszczenia zal






wybor spod znaku Centaura


bylismy jednym moj kon i ja
mielismy wszystko co niezbedne
ludzkiego ducha i ped zwierzecia

gnalismy razem przez nocny pejzaz
przez wioski bez jednego swiatla
przez geste lasy i mroczne bagna

a swiat spal

ruchliwe cienie krzyzowaly sie pod nami
rzucane przez dwa ksiezyce
walczace i milujace sie na zmiane

lagodna rzymska Lune
i dziki germanski Monat
splecione z soba w jedna strone

a swiat spal i spal

raz woda bryznela spod kopyt
przekroczylismy rzeke przebaczenia
czasami glowa dotykala nieba

nie bylo ani zimno ani cieplo
byla noc i bylo lato
szeptaly cicho ziola dojrzewaly zboza

podczas gdy swiat spal

zatrzymywalismy sie na popas
po smak traw i znaki tylko dla nas
kapalismy sie we mglach

mialam kiedys meza, kochanka i psa
psa juz dawno nie ma
a moj rumak wybral inna droge

zbliza sie wschod slonca



Wiersze i artykuly Elzbiety Binswanger-Stefanskiej zamieszczone w Zwojach:


Copyright © 1997-2000 Zwoje