
|
Urodzisz sie i bedziesz zyc az do ostatniego tchnienia. Dziecinstwo miec bedziesz szczesliwe a mlodosc trudna. To zwykla kolej rzeczy. Pewnego razu obejrzysz sie za siebie i zobaczysz, ze tamta to juz nie ty. Bedzie to znaczylo, ze osiagnelas wiek swojej matki, gdy bylas dziewczyna. Masz wtedy dwie drogi do wyboru: Lapac smiech w siatke ze zmarszczek, albo ryc smutek w bruzdach kolo ust. Jezeli wybierzesz smiech, zobaczysz w odbiciu mieniace sie pawie oczy. Jezeli smutek, spojrzysz gleboko w oczy przeznaczeniu. Wybor jest twoj. Jednym spojrzeniem uwolnisz Prawde z siatki po drugiej stronie zrenic. |

|
czeresnia rosla blisko cmentarza cmentarz ginal w lesie las pokrywal wzgorze na cmentarzu lezeli wylacznie mezczyzni do wojny dozyli najpiekniejszych lat zaskoczyla ich tajemnica smierci wiec na tej czeresni na skraju wsi Zakliczyn siedziala moja mloda ciotka i rwala czerwone kuleczki czasami pstryknela pestka w strone grobow ladowaly miedzy rowno wbitymi krzyzami a rozbuchanym zielskiem na takim nasieniu rosna piekne owoce smiala sie ustami pelnymi krwawej miazgi powietrze drzalo od brzeczenia pszczol z zadarta glowa wchlanialam zapach popoludnia i slowa o dziwnym znaczeniu pokrzywy pachnialy cierpko dzis korzenie czeresniowych drzew ciotki splataja sie z mlodymi mezczyznami z dawno pogrzebanej wojny |

|
gdy czas zaczyna zabawe w brak i usmiech jest zle skrywanym wykrzywieniem twarzy wtedy wiem ze oto zaczyna sie sezon polowu perel klamstw w wielkim oceanie plynnym i bezdennym jest takie jedno miejsce tajemne zatoka perlowo mieniacych sie spraw tam z przypadkiem porzuconych prawd usluzne wargi tocza szlachetne lgarstwa trzeba tylko zlapac na dlugo oddech nieustraszenie zanurzyc sie w potoku zdan i tak wylawiam pierwsza doskonala perle twarda i gladka i lsniaca jak stal zrobienie dziurki wymaga duzej precyzji borowania bo potem wystarczy juz tylko przeciagnac sznur zawiazac supel i powiesic sobie na szyi o ilez takie perly sa piekniejsze niz ziarnka prawdy, ktore w nich tkwia tylko rozsypac ich nie wolno kazda z osobna to nie do splacenia lza |

|
pewnego jesiennego przedpoludnia Leonardo da Vinci zapomnial nawet zjesc swoje zwykle colazione tak bardzo zajal mu wyobraznie maly koci klebek w okraglym wzgorku z futra wyrazniej dopatrzyc sie mozna bylo szpickow uszu ogon zlewal sie z reszta zwierzecia kot drzemal leniwie w wloskim swietle sprzed wiekow pomrukujac i poruszajac wasami wasy sterczaly zawadiacko i to byl caly temat do narysowania Leonardo wytezyl swoj slynny geniusz (dzis wiemy ze to byl geniusz Leonardo myslal ze ciekawosc swiata) rysikiem stwarzal wlos obok wlosa baczac na zachowanie perspektywy (niewykluczone ze wtorowaly mu cykady bo od zawsze wtoruja jesli to Italia) "mistrzu, to tylko kot" zajrzal mu przez ramie ktos wspolczesny "to nie kot, to kwestia wyobrazni" ("e una questione di fantasia"), mruknal da Vinci lyknal lyk vino rosso (to mozliwe) i wniosl do swiatowej kultury swoje kolejne dzielo |


|
obdarzony fenomenalnym nosem i niezawodnym instynktem lowczego sledzi w skupieniu lot muchy jedno klapniecie zebami: jest! pusto bez muszego brzeczenia sen a w snie: przedziera sie leszczynami, drze siersc, plynie nad bagnami, uszy tuli, sni sarnie smiganie, krople krwi migaja miedzy poziomkami puchnie z wrazen psie serce z bukietem hormonow do oferowania tropi slady wsrod ulicznych latarn zakochany w tej jednej jedynej woni a na jawie: lez! do nogi! jedz! zostan! pani wychodzi! gdyby wiedzial, ze tez do nicosci, nie byloby miejsca na zazdrosc w duszy psa |

|
tu lezy mala plytka CD z utraconym skrawkiem boku zrzadzeniem losu wbita w ten wlasnie klebek traw przechodniu, nie nadepnij, nie mow: zasmieca park! pomysl, jaki korowod glow, ile mam... ojcow... mam... i ich mam... jaki geniusz na to sie zlozyl by mogl ja wydac swiat i ile nagrala sie nim ja ktos (niechcacy, och, niechcacy) tak nieszczesliwie zlamal i nie to ile slow i nut i kto spiewal i kto gral ale ile milosci, ile uczuc z muzyka w tle - wygralo tu lezy mala plytka CD z okragla dziurka w srodku raz na zawsze przegrana pod nieskonczona plyta nieba i tylko slonce jeszcze czasem gama kolorow na niej gra zielony zolty... czerwien fiolet srebrny niszczenia zal |

|
bylismy jednym moj kon i ja mielismy wszystko co niezbedne ludzkiego ducha i ped zwierzecia gnalismy razem przez nocny pejzaz przez wioski bez jednego swiatla przez geste lasy i mroczne bagna a swiat spal ruchliwe cienie krzyzowaly sie pod nami rzucane przez dwa ksiezyce walczace i milujace sie na zmiane lagodna rzymska Lune i dziki germanski Monat splecione z soba w jedna strone a swiat spal i spal raz woda bryznela spod kopyt przekroczylismy rzeke przebaczenia czasami glowa dotykala nieba nie bylo ani zimno ani cieplo byla noc i bylo lato szeptaly cicho ziola dojrzewaly zboza podczas gdy swiat spal zatrzymywalismy sie na popas po smak traw i znaki tylko dla nas kapalismy sie we mglach mialam kiedys meza, kochanka i psa psa juz dawno nie ma a moj rumak wybral inna droge zbliza sie wschod slonca |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||