Ponizej, za Plusem-Minusem, dodatkiem do Rzeczpospolitej, zamieszczamy tekst wystapienia Czeslawa Milosza, poswieconego pamieci o Wilnie. Tytul i srodtytuly pochodza od redakcji Plusa-Minusa. (AMK)

Poniewaz mamy tutaj dyskutowac o pamieci zbiorowej, musze wyznac, ze prawde historyczna uwazam za mozliwa, w pewnych granicach, i ze jest ona bardzo potrzebna.
Niestety, ustalic, "jak to naprawde bylo", jest bardzo trudno. Ludzie, ktorzy niegdys zyli, i ich sprawy nie sa zostawione w spokoju raz na zawsze, ale bez ustanku dostarczaja materialu przerobkom i swiadomym albo nieswiadomym manipulacjom w interesie ludzi zywych. W takim miescie jak Wilno sa to w pierwszym rzedzie interesy grup etnicznych czy jezykowych.
Mam osiemdziesiat dziewiec lat, wyroslem tutaj, w tym miescie i przyznaje sie, ze Wilno jest dla mnie ciezarem. Oczekuje sie tu ode mnie, ze bede mowic same mile rzeczy, nie urazajace nikogo. Ja natomiast nie jestem dyplomata, choc oczywiscie zalezy mi na dobrych stosunkach pomiedzy Polska i Litwa.
Niestety, przyjezdzajac do Wilna zawsze mam wrazenie, ze trzeba tu chodzic jak po cienkim lodzie i ze nie wystarcza tutaj byc czlowiekiem, bo kazdego natychmiast zapytaja, czy jest Litwinem czy Polakiem, Zydem czy Niemcem, jakby ponury wiek dwudziesty, wiek etnicznych podzialow, trwal tu dalej w najlepsze.
Poniewaz bronilem nieraz interesow niepodleglej Litwy, polscy demagodzy nie maja do mnie sympatii i rozpowiadaja, ze tak postepuje, poniewaz jestem Litwinem. Z musu wiec poswiece pare slow tej kwestii. Urodzilem sie w samym srodku Litwy i mialbym wieksze prawo napisac "Litwo, ojczyzno moja" niz moj wielki patron Adam Mickiewicz. W ciagu wielu lat spedzonych w Ameryce sila mojej poezji bylo przywiazanie do moich prowincjonalnych korzeni w powiecie kiejdanskim. Jednakze moja rodzina juz w szesnastym wieku mowila po polsku. Do szkol chodzilem polskich. Kiedy w roku 1940 otrzymalem w Wilnie litewski dowod osobisty, w rubryce "narodowosc" stalo "Lenkas" (Polak). Jako poeta polski musialem wybierac pomiedzy opcjami ofiarowanymi przez kulture polska i wczesnie wybralem niechec do polskiego nacjonalizmu. Nie znaczy to, ze litewski nacjonalizm podobal mi sie, tyle ze odnosilem sie do niego z wiekszym zrozumieniem i tolerancja. Ale umieszczenie w dowodach osobistych rubryki "narodowosc" bylo niewatpliwie dowodem nacjonalizmu przedwojennej Litwy ze stolica w Kownie. Ideologia tamtego panstwa byl mit litewskiego Wilna i mlode pokolenia Litwinow byly poddane odpowiedniej propagandzie. Kiedy po rozbiorze Polski przez Hitlera i Stalina mlodzi Litwini zaczeli przyjezdzac do Wilna, przekonali sie, ze lekcje w szkole o litewskosci Wilna nie byly prawda, bo miasto mialo jedynie nikly procent Litwinow, a ludnosc skladala sie z Polakow i Zydow.

Dzisiaj moja wiedza o Wilnie zydowskim pochodzi glownie z ksiazek, nawet jezeli dotyczy spraw dziejacych sie tuz obok, w zasiegu reki. Choc trzeba przyznac, ze nasza grupa literacka "Zagary," probujac przezwyciezyc nacjonalizm, utrzymywala przyjazne stosunki z lewicowa grupa poetow piszacych w jidysz "Jung Wilne". Z tej grupy przezyli Zaglade poeci Abram Sutzkever, Szmerl Kaczerginski i Chaim Grade - ten ostatni pisal po wojnie w Nowym Jorku proza opowiesci o zyciu malych miasteczek zydowskich na Wilenszczyznie. Zdaniem wielu czytelnikow znajacych jezyk jidysz, Nagroda Nobla nie nalezala sie Bashevisowi Singerowi, ale Chaimowi Grade.

Zydowskie Wilno mowilo i pisalo glownie w jidysz. Celem przechowywania i badania kultury ludowej Wilna i okolicznych shtetl, zalozono w Wilnie Zydowski Instytut Historyczny. Niejako dalszym jego ciagiem jest w Nowym Jorku JIVO, instytut, ktory przechowuje ocalone wilenskie archiwa swego poprzednika.
Polityczna historia tej czesci Europy nie moze obyc sie bez podkreslenia wybitnej roli Bundu. Zydowska partia socjalistyczna Bund zostala zalozona w roku 1897 i w carskim imperium wspolzawodniczyla w walce o wplywy z bolszewikami i eserami.
Dla mnie slowo "Bund" nie kojarzy sie z odlegla juz przeszloscia, ale z postaciami jeszcze zyjacymi jak Marek Edelman, bundowiec i jeden z przywodcow powstania w getcie warszawskim, ktory pozostal wierny ideologii swojej partii i po wojnie nie wyemigrowal do Izraela. Przez znaczna czesc mego zycia Bund istnial w mojej swiadomosci jako partia socjalistyczna, ale tak znienawidzona przez Stalina, ze ten kazal aresztowac i rozstrzelac jej przywodcow. [2] Podczas drugiej wojny swiatowej bundowcy organizowali czynny opor w gettach Wilna, Bialegostoku i Warszawy, we wspolpracy z polskimi socjalistami. Jednym z bohaterow mojej mlodosci w Wilnie byl student i dzialacz socjalistyczny Leszek Raabe, ktory mial zostac rozstrzelany przez hitlerowcow dlatego, ze, choc nie byl Zydem, dzialal jako lacznik pomiedzy Bundem w getcie wilenskim i Bundem w getcie warszawskim.
Mysle, ze uporanie sie z przeszloscia Wilna jako "Jerozolimy polnocy" jest trudne i bolesne, ale nieuniknione, jezeli chcemy, zeby duchy umarlych zostawily nas w spokoju.
Chcialbym zwrocic uwage na pewna szczegolna ceche Wilna. Jest to miasto semantycznego nieporozumienia. Kiedy nazywaja Wilno historyczna stolica Litwy, nie jest to scisle, bo w w ciagu kilku stuleci bylo stolica Wielkiego Ksiestwa Litewskiego, a byl to organizm polityczny zupelnie inny niz panstwa narodowe. Zwazywszy, ze ludnosc tego olbrzymiego panstwa byla przewaznie prawoslawna i poslugiwala sie jezykiem nie litewskim, ale starobialoruskim czy staroukrainskim, nie moglo to pozostac bez konsekwencji dla jego stolicy. Wydaje mi sie, ze historycy maja pewna trudnosc w przedstawieniu sobie Wilna jako osady prawoslawnych kupcow, z wielka liczba drewnianych prawoslawnych cerkwi. U historykow zarowno polskich jak litewskich mozna zauwazyc chec pomniejszenia elementu wschodniego, czemu trudno sie dziwic, skoro propaganda rosyjska lubila podkreslac odwieczna slowianskosc miasta. Ale nie ulega watpliwosci, ze sila przyciagania elementu wschodniego byla znaczna, skoro kalendarz wschodni regulowal zycie i handel wilenskich kupcow, i dopiero w siedemnastym wieku Rada Miejska sklada sie w polowie z prawoslawnych i w polowie ze zwolennikow kalendarza zachodniego, czyli katolikow oraz protestantow.
Wilno jako miasto graniczne: zbudowano je na granicy cywilizacji Bizancjum i Rzymu.
Wielkie Ksiestwo, a nastepnie polsko-litewska Rzeczpospolita dlugo opieraly sie skutecznie Moskwie, az do przelomu, ktory moim zdaniem nastapil w roku 1655. Wtedy terytorium Polski najechali Szwedzi, natomiast od wschodu ruszyla armia rosyjska i zajela Wilno. Rosjanie podpalili miasto i dokonali masowej rzezi jego mieszkancow. Dopiero w 1661 zostali z Wilna wyparci. Mozna te wydarzenia uznac za poczatek ekspansji rosyjskiego imperium, ktorego kolejne dzialania w Wilnie wprowadzily pojecie rusyfikacji. Niestety, jestesmy w tym punkcie Europy, w ktorym przerzucano sie pojeciami: polonizacja, rusyfikacja, litwinizacja. Pamietam opowiesci mego ojca, ktory chodzil do gimnazjum w Wilnie. Wszystkie lekcje byly w jezyku rosyjskim, lacznie z lekcjami religii, ale ksiadz sie do tego nie stosowal, jedynie na wypadek inspekcji kazal nauczyc sie na pamiec kilku zdan historii swietej i wywolany uczen wstawal, gladko recytujac zawsze to samo: "Abraham sidel w swajej palatkie...".
Moge odgadnac, ze Günter Grass, ile razy przyjezdza do Gdanska, czuje to samo, co ja w Wilnie, bo jest to jego miasto i zarazem nie jest. I mysle, ze literaci polscy mieszkajacy w Gdansku i o tym miescie piszacy, sa dla niego jak dla mnie litewscy literaci tu w Wilnie. W naszej czesci Europy zycie wielu ludzi zostalo zmienione wskutek masowych ruchow ludnosci, ktore mialy miejsce przy koncu wojny. Decyzja Stalina Polska zostala przesunieta na zachod, wygnano niemiecka ludnosc calych wielkich miast, Gdanska, Wroclawia, Szczecina, a do domow i mieszkan, jezeli ocalaly, wprowadzili sie wygnancy ze wschodu, z Wilna i Lwowa. Wystarczy troche wyobrazni i wspolczucia, zeby ocenic wyjatkowosc i dramatyzm tych przymusowych wedrowek, w tych rozmiarach, jak daleko wstecz siegala ludzka pamiec, nieznanych. Minelo od tamtego czasu ponad pol wieku, a jednak nadal zyjemy psychologicznymi nastepstwami dekretow, ktore dla nas, nauczonych doswiadczeniem Bosni i Kosowa, nosily wszelkie cechy czystki etnicznej.
Jako obserwator literatury polskiej zauwazylem, zarowno w poezji jak w prozie, jak bardzo trwala jest trauma wygnania z miejsc rodzinnych, chocby to byly miejsca wspominane tylko przez rodzicow albo dziadkow. Zarazem jednak wystepuje zjawisko trudne do teoretycznego ujecia, zlozone i uczuciowo powiklane. Jest to proba znalezienia wlasnych korzeni w nowym miejscu, przez nawiazanie myslowego kontaktu z ludzmi minionymi, kiedys chodzacymi po tych samych ulicach. Polak w Gdansku np. stoi wobec kultury niemieckiej nawarstwiajacej sie w ciagu wielu wiekow i obecnej w kazdym architektonicznym szczegole. Dobrze, jezeli jest on wielbicielem Schopenhauera, bo za igle kompasu prowadzaca w przeszlosc moze obrac dom rodzinny filozofa. Czy tez, jak to zrobil Stefan Chwin w powiesci "Hanneman", wyobrazic sobie pasazerow ostatniego statku opuszczajacego niemiecki Gdansk, zatopionego przez sowiecka lodz podwodna.
Nie wiem, co mysla dzisiaj wilenscy Litwini, a zwlaszcza ich poeci i prozaicy. Sa tutaj, pomijajac nieliczne wyjatki, przybyszami i dlatego nie moga uniknac stawiania sobie pewnych pytan, dotyczacych wlasnej tozsamosci. Swiadomie poruszam teraz sprawe bardzo drastyczna. Sentymentalny patriotyzm sklania ich do radosci i triumfu, bo odzyskana zostala stara stolica Litwy. Szukaja tez sladow litewskosci, zachowanych pod pokostem polonizacji i szczyca sie litewskim pochodzeniem architekta Gucewicza. A przecie wiedza zarazem, ze to tylko powierzchnia, slowa na uzytek publiczny, i ze kazdy z nich musi uporac sie w samym sobie z o wiele trudniejszym problemem: jak uznac to cale dziedzictwo za swoje, jak wlaczyc sie w lancuch nastepujacych po sobie pokolen w tym miescie. Moze to dokonac sie jedynie przez poszukiwanie prawdy, i to nie tylko prawdy o datach i wydarzeniach, ale emocjonalnej prawdy poszczegolnych ludzi, ktorzy tu zyli. Byc moze sprawdzianem bylaby tu zdolnosc empatii i dzieki niej napisania biografii, np. jakiegos prawoslawnego kupca z XVI wieku czy czlonka lozy masonskiej "Gorliwy Litwin" w roku 1820.
I na zakonczenie posluze sie przykladem, ktory wskazuje, jak trudno jest wniknac w prawde, jezeli jest ona cudza prawda, innego czlowieka. Istnieje obraz namalowany przez wilenskiego malarza, dla mnie przejmujacy. Jego autor, Ludomir Slendzinski, byl jednym z najbardziej znanych malarzy Wilna w okresie miedzywojennym. Przez pewien czas nauczal rysunku w mojej szkole, nastepnie prowadzil swoja pracownie na uniwersytecie. Byl rdzennym wilnianinem i synem dynastii malarzy - malarzami byli jego ojciec i dziadek. Otoz Slendzinski, opuszczajac Wilno w roku 1945, namalowal nieco basniowy portret miasta jako feerii wiez koscielnych i oblokow. Nazwal to Oratorium. Obraz jest przechowywany w Galerii im Slendzinskich w Bialymstoku. Ja osobiscie nazwalbym Oratorium hymnem pochwalnym na czesc piekna architektury wilenskiej, a zarazem piesnia zalu. I ten lament wygnanca pozostanie na zawsze w historii miasta, kiedy nikt juz nie bedzie pamietac o podziale na zwyciezcow i zwyciezonych.
Plus-Minus,Warszawa, 7 pazdziernika 2000.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||