
|
Zebym wreszcie powiedziec mogl, co siedzi we mnie. Wykrzyknac: ludzie, oklamywalem was Mowiac, ze tego we mnie nie ma, Kiedy TO jest tam ciagle, we dnie i w nocy. Chociaz wlasnie dzieki temu Umialem opisywac wasze latwopalne miasta, Wasze krotkie milosci i zabawy rozpadajace sie w prochno, Kolczyki, lustra, zsuwajace sie ramiaczko, Sceny w sypialniach i na pobojowiskach. Pisanie bylo dla mnie ochronna strategia Zacierania sladow. Bo nie moze podobac sie ludziom Ten, kto siega po zabronione. Przywoluje na pomoc rzeki, w ktorych plywalem, jeziora Z kladka miedzy sitowiem, doline, W ktorej echu piesni wtorzy wieczorne swiatlo, I wyznaje, ze moje ekstatyczne pochwaly istnienia Mogly byc tylko cwiczeniami wysokiego stylu, A pod spodem bylo TO, czego nie podejmuje sie nazwac. TO jest podobne do mysli bezdomnego, kiedy idzie po mroznym, obcym miescie. I podobne do chwili, kiedy osaczony Zyd widzi zblizajace sie ciezkie kaski niemieckich zandarmow. TO jest jak kiedy syn krola wybiera sie na miasto i widzi swiat prawdziwy: nedze, chorobe, starzenie sie i smierc. TO moze tez byc porownane do nieruchomej twarzy kogos, kto pojal, ze zostal opuszczony na zawsze. Albo do slow lekarza o nie dajacym sie odwrocic wyroku. Poniewaz TO oznacza natkniecie sie na kamienny mur, i zrozumienie, ze ten mur nie ustapi zadnym naszym blaganiom. |

|
Nie poznajesz mnie, ale to ja, ten sam, Ktory wycinal na luki twoje brunatne prety, Takie proste i smigle w biegnieciu do slonca. Rozroslas sie, ogromny twoj cien, hodujesz pedy nowe. Szkoda, ze tamtym chlopcem juz nie jestem. Chyba kij sobie bym wycial, bo widzisz, chodze o lasce. Kochalem twoja kore, brazowa z bialym nalotem, Koloru najzupelniej leszczynowego. Raduja mnie te, co przetrwaly, deby i jesiony, Ale ty ucieszylas mnie najbardziej, Jak zawsze czarodziejska, z perlami twoich orzechow, Z pokoleniami wiewiorek, ktore w tobie tanczyly. Jest cos z heraklitejskiej zadumy, kiedy tutaj stoje, Pamietajacy siebie minionego I zycie, jakie bylo, a tez jakie byc moglo. Nic nie trwa, ale trwa wszystko: ogromna stalosc. I probuje w niej umiescic moje przeznaczenie, Ktorego, tak naprawde, przyjac nie chcialem. Bylem szczesliwy z moim lukiem, skradajac sie brzegiem basni. Co stalo sie ze mna pozniej, zasluguje na wzruszenie ramion I jest tylko biografia, to znaczy zmysleniem. |
|
Biografia, czyli zmyslenie albo wielki sen. Obloki ulozone warstwami na skrawku nieba miedzy jasnoscia brzoz. Zolte i rdzawe winnice pod wieczor. Na krotko bylem sluga i wedrowcem. Odpuszczony, wracam droga niebyla. |
Szetejnie - Napa Valley, jesien 1997

|
Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludzmi przekonanie, ze n i e j e s t e m s t a d. Jakbym byl poslany, zeby wchlonac jak najwiecej barw, smakow, dzwiekow, zapachow, doswiadczyc wszystkiego, co jest udzialem czlowieka, przemienic co doznane w czarodziejski rejestr i zaniesc tam, skad przyszedlem. |

|
To jasne, ze nie mowilem, co naprawde mysle, poniewaz na szacunek zasluguja smiertelni, i nie wolno wyjawiac, w mowie ani na pismie, sekretow naszej wspolnej cielesnej mizerii. Chwiejnym, slabym, niepewnym wyznaczona praca: Wzniesc sie dwa centymetry nad swoja glowa i moc powiedziec komus, kto rozpacza: "Ja tez tak samo plakalem nad soba." |

|
Wydobyc sie z mysli o swojej osobie, to pierwsza rada w depresji. Przenosze sie dlatego w rok 1900. Ale jak porozumiec sie z panstwem umarlych? Wpatruje sie w lustra, w korytarze luster odbitych w lustrach. Tam mignie kapelusz z rajerem, falbany, albo biel nagosci w polmroku, Mariona, Stefania, Lilka czeszace dlugie wlosy. Jezeli wypadly poza czas i przestrzen, powinny byc tam, gdzie cesarz Tyberiusz, albo lowcy bizonow sprzed lat dwunastu tysiecy. Ale one ciagle blisko i tylko oddalaja sie, powoli, rok za rokiem, jakby dalej braly udzial w naszym nieczystym balu. |

|
To nieprawda, ze jestesmy mieso, ktore przez chwile gada, rusza sie, pozada. Mylne sa plaze z mrowiem obnazonych cial i tlumy na ruchomych schodach metra. Na szczescie nie wiemy, kim jest ten czlowiek obok. Moze byc bohaterem, swietym, geniuszem. Poniewaz rownosc ludzi jest urojeniem i klamia tablice statystyk. Na mojej wlasnej potrzebie uwielbienia opieram przekonanie o co dzien odnawianej hierarchii. Stapam po ziemi chroniacej wybrane popioly, choc nie beda trwac dluzej niz popioly innych. Przyznaje sie do wdziecznosci i podziwu, poniewaz brak powodu, zeby wstydzic sie szlachetnych uczuc. Obym okazal sie godny wysokiej kompaniji i szedl z nimi, niosac pole krolewskiego plaszcza. |

|
Tak zwane zycie: wszystko, co dostarcza tematow operze mydlanej, nie wydawalo mu sie godne opowiesci, czy tez chcialby mowic, ale nie umial. Dziwily go poplatane historie mezczyzn i kobiet, ciagnace sie az po migotliwa niepamiec. Sam umial tylko zaciskac zeby i znosic, czekajac, az starosc odbierze dramatom znaczenie i prysnie opera mydlana milosci, nienawisci, pokus i zdrad. |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||