CZESLAW MILOSZ






TO


Zebym wreszcie powiedziec mogl, co siedzi we mnie.
Wykrzyknac: ludzie, oklamywalem was
Mowiac, ze tego we mnie nie ma,
Kiedy TO jest tam ciagle, we dnie i w nocy.
Chociaz wlasnie dzieki temu
Umialem opisywac wasze latwopalne miasta,
Wasze krotkie milosci i zabawy rozpadajace sie w prochno,
Kolczyki, lustra, zsuwajace sie ramiaczko,
Sceny w sypialniach i na pobojowiskach.

Pisanie bylo dla mnie ochronna strategia
Zacierania sladow. Bo nie moze podobac sie ludziom
Ten, kto siega po zabronione.

Przywoluje na pomoc rzeki, w ktorych plywalem, jeziora
Z kladka miedzy sitowiem, doline,
W ktorej echu piesni wtorzy wieczorne swiatlo,
I wyznaje, ze moje ekstatyczne pochwaly istnienia
Mogly byc tylko cwiczeniami wysokiego stylu,
A pod spodem bylo TO, czego nie podejmuje sie nazwac.

TO jest podobne do mysli bezdomnego, kiedy idzie po mroznym,
obcym miescie.

I podobne do chwili, kiedy osaczony Zyd widzi zblizajace sie
ciezkie kaski niemieckich zandarmow.

TO jest jak kiedy syn krola wybiera sie na miasto i widzi swiat
prawdziwy: nedze, chorobe, starzenie sie i smierc.

TO moze tez byc porownane do nieruchomej twarzy kogos,
kto pojal, ze zostal opuszczony na zawsze.

Albo do slow lekarza o nie dajacym sie odwrocic wyroku.

Poniewaz TO oznacza natkniecie sie na kamienny mur,
i zrozumienie, ze ten mur nie ustapi zadnym naszym blaganiom.






DO LESZCZYNY


Nie poznajesz mnie, ale to ja, ten sam,
Ktory wycinal na luki twoje brunatne prety,
Takie proste i smigle w biegnieciu do slonca.
Rozroslas sie, ogromny twoj cien, hodujesz pedy nowe.
Szkoda, ze tamtym chlopcem juz nie jestem.
Chyba kij sobie bym wycial, bo widzisz, chodze o lasce.

Kochalem twoja kore, brazowa z bialym nalotem,
Koloru najzupelniej leszczynowego.
Raduja mnie te, co przetrwaly, deby i jesiony,
Ale ty ucieszylas mnie najbardziej,
Jak zawsze czarodziejska, z perlami twoich orzechow,
Z pokoleniami wiewiorek, ktore w tobie tanczyly.

Jest cos z heraklitejskiej zadumy, kiedy tutaj stoje,
Pamietajacy siebie minionego
I zycie, jakie bylo, a tez jakie byc moglo.
Nic nie trwa, ale trwa wszystko: ogromna stalosc.
I probuje w niej umiescic moje przeznaczenie,
Ktorego, tak naprawde, przyjac nie chcialem.
Bylem szczesliwy z moim lukiem, skradajac sie brzegiem basni.
Co stalo sie ze mna pozniej, zasluguje na wzruszenie ramion
I jest tylko biografia, to znaczy zmysleniem.


POST SCRIPTUM

Biografia, czyli zmyslenie albo wielki sen.
Obloki ulozone warstwami na skrawku nieba miedzy jasnoscia brzoz.
Zolte i rdzawe winnice pod wieczor.
Na krotko bylem sluga i wedrowcem.
Odpuszczony, wracam droga niebyla.

Szetejnie - Napa Valley, jesien 1997







GDZIEKOLWIEK


Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludzmi przekonanie,
ze  n i e   j e s t e m   s t a d.
Jakbym byl poslany, zeby wchlonac jak najwiecej
barw, smakow, dzwiekow, zapachow, doswiadczyc
wszystkiego, co jest
udzialem czlowieka, przemienic co doznane
w czarodziejski rejestr i zaniesc tam, skad
przyszedlem.






TO JASNE


To jasne, ze nie mowilem, co naprawde mysle,
poniewaz na szacunek zasluguja smiertelni,
i nie wolno wyjawiac, w mowie ani na pismie,
sekretow naszej wspolnej cielesnej mizerii.
Chwiejnym, slabym, niepewnym wyznaczona praca:
Wzniesc sie dwa centymetry nad swoja glowa
i moc powiedziec komus, kto rozpacza:
"Ja tez tak samo plakalem nad soba."






ROK 1900


Wydobyc sie z mysli o swojej osobie,
to pierwsza rada w depresji.
Przenosze sie dlatego w rok 1900.

Ale jak porozumiec sie z panstwem umarlych?
Wpatruje sie w lustra,
w korytarze luster odbitych w lustrach.
Tam mignie kapelusz z rajerem, falbany,
albo biel nagosci w polmroku,
Mariona, Stefania, Lilka
czeszace dlugie wlosy.

Jezeli wypadly poza czas i przestrzen,
powinny byc tam, gdzie cesarz Tyberiusz,
albo lowcy bizonow sprzed lat dwunastu tysiecy.
Ale one ciagle blisko i tylko oddalaja sie,
powoli, rok za rokiem,
jakby dalej braly udzial w naszym nieczystym balu.






O NIEROWNOSCI LUDZI


To nieprawda, ze jestesmy mieso,
ktore przez chwile gada, rusza sie, pozada.

Mylne sa plaze z mrowiem obnazonych cial
i tlumy na ruchomych schodach metra.

Na szczescie nie wiemy, kim jest ten czlowiek obok.
Moze byc bohaterem, swietym, geniuszem.

Poniewaz rownosc ludzi jest urojeniem
i klamia tablice statystyk.

Na mojej wlasnej potrzebie uwielbienia
opieram przekonanie o co dzien odnawianej hierarchii.

Stapam po ziemi chroniacej wybrane popioly,
choc nie beda trwac dluzej niz popioly innych.

Przyznaje sie do wdziecznosci i podziwu,
poniewaz brak powodu, zeby wstydzic sie szlachetnych uczuc.

Obym okazal sie godny wysokiej kompaniji
i szedl z nimi, niosac pole krolewskiego plaszcza.






TAK ZWANE ZYCIE


Tak zwane zycie:
wszystko, co dostarcza tematow operze mydlanej,
nie wydawalo mu sie godne opowiesci,
czy tez chcialby mowic, ale nie umial.
Dziwily go poplatane historie mezczyzn i kobiet,
ciagnace sie az po migotliwa niepamiec.
Sam umial tylko zaciskac zeby i znosic,
czekajac, az starosc odbierze dramatom znaczenie
i prysnie opera mydlana
milosci, nienawisci, pokus i zdrad.



Wiersze i teksty Czeslawa Milosza zamieszczone w Zwojach:


Copyright © 1997-2000 Zwoje