JULIA HARTWIG






PO COZ


Te zmarszczki na twarzy slonca
ten siwiejacy ksiezyc coraz bardziej zamglony noca
i ofiara z lisci skladana przez drzewa
wciaz jeszcze meznie potrzasajace wyblaklym pioropuszem
lsniace ciala grabow postrzelane piorunem czarne wierzby
w chorobie w ponizeniu w kalectwie polamanych galezi
I ten deszcz uparty zawsze tak samo apelujacy do nas:
Poddaj sie po coz opierac sie temu co nieuniknione

(fot. Andrzej Kobos)






DRZEWO TO DOM


ktoz temu zaprzeczy

Wystarczy wspiac sie wzrokiem po pietrach jego galezi
i posluchac jarmarku ptakow ktore schronily sie w jego cieniu
Drzewo to dom Malutcy i podobni ptakom przysiadamy we snie na jego konarach
i powaga bezruchu drzewa przypomina teraz kosciol zywy
pelen szeptow i szelestow
Wszystko jest mozliwe dla tego kto mieszka w galeziach drzewa
bo ku drzewom przylatuje z wlasnej woli wiatr
od ktorego umysl staje sie czysty i gotowy na kazda niespodzianke
pozegluje do jego portu zaglowiec obloku
i nie ominie go ciezki pancernik gradowej chmury
slonce poszuka ochlody wsrod jego lisci
O ciezkie stopy drzewa lapy dobrotliwego smoka
unieruchomione w ziemi i wychylajace sie z niej
by ukazac swa gladkosc o pelna zmarszczek koro
i polyskujace cialo pni grabowych
bo jakze smiem mowic do ciebie tylko: drzewo
kiedy masz tyle imion
Ty lipo kulista ty topolo podobna do gesiego piora
ty debie starych bogow i piorunow sypiacych zoledzmi
rozlozysta jablonko tujo z wyspy umarlych
cisie klonie jesionie akacjo wierzbo i olcho,
a takze wszystkie inne drzewa nie znane mi i pelne magii
z ktorymi czlowiek tak czesto utozsamia swoj los
Nauczcie nas pogodzic sie z miejscem gdzie zyjemy
nauczcie nas poznac je do glebi i pokochac do konca
Byc drzewem zakorzenionym

(fot. Andrzej Kobos)






JARZAB


Juz z daleka slychac na morskim nadbrzezu
spiew mechanicznej pily spiew niewatpliwie zalobny
W trawie leza porabane galezie korony sedziwego jarzebu
do wczoraj jeszcze krola tutejszych drzew
Przyjrzawszy sie z bliska jego ucietym konarom
widac ze smierc byla mu pisana Brazowy zaciek wilgoci
wskazuje na dlugotrwala i beznadziejna chorobe
Wprawni chirurdzy w zielonych kombinezonach
odpoczywaja teraz siedzac na ziemi
pod nagim kikutem operowanego drzewa
Nad nimi nie oswojona jeszcze z nieobecnoscia galezi
pusta przestrzen powietrza
a pod drzewem skarlaly gotujacy sie do odejscia cien






STAN


Znikasz i jestes i znow i znow
miedzy swiatlem i cieniem miedzy przerwami drzew
Stan zatrzymaj sie poloz mi reke na sercu
ty jestes doskonalym instrumentem milosci
nie ma we mnie zgody na twoja zdolnosc odchodzenia
W cieniu nie jestes soba chce cie znow w jasnosci
bolu moj moja radosci tak uchwytna nawet w pamietaniu






SNY SPRAWIEDLIWYCH


Zbudzony, nie wiedzial Piotr, czy to prawda, czy widzenie.
A przeciez Aniol zbudzil go, tracajac w bok, jak to czynia ludzie,
i powiedzial: Wez plaszcz i sandaly i przepasz sie.
Znal bowiem rzeczy tego swiata.
Wyprowadzony na ciemne ulice miasta
szedl Piotr dalej juz samotnie
ku domowi, gdzie zebrani byli jego przyjaciele.
A kiedy dziewczyna imieniem Rode, wspolwyznawczyni,
oznajmila zebranym, kto czeka pod drzwiami,
odpowiedzieli jej: Szalejesz! - i otworzywszy zdumieli sie.

Ile to razy sen - ale sen tylko - wyprowadzal ich z celi potajemnie
i biegli potem ulica kryjac sie przed zandarmami
i przyszedlszy do znajomej bramy stukali
i otwierala im dziewczyna noszaca imie ich milosci.
Ile razy snili o Aniele, ktory przeniknalby mury wiezienia.
Ale zamiast Aniola byly tylko strzaly i krew
i branie zakladnikow.






MOWCIE NAM TO


Pewni siebie czy pelni wahan? Swiadomi czy poszukujacy?
Zadufani czy watpiacy?
O mowcie do nas bo potrzebujemy tego
Mowcie ze potrafimy uszanowac cudza wole i odmiennosc
ze potrafimy wykonywac sprawiedliwe prawa
Mowcie nam bo zbyt dlugo nekalo nas klamstwo i gwalt
zbyt dlugo upokarzano nas i uczono sluzalczosci
zbyt dlugo skazani bylismy na msciwe i posepne milczenie
Mordowano podstepnie naszych bliskich
a groby ich zadeptano i posadzono na nich las
i las ten podchodzi teraz noca pod nasze sny jak las birnamski
i nocne ptactwo placze w jego galeziach
wzywajaac nas do obrzedow oczyszczajacych
O Boze nie jestesmy przeciez jedynym narodem ktory tak udreczono
nie pozwol wiec bysmy przez to wpadli w pyche






BYC MOZE


Byc moze wlasnie tu i teraz
kiedy pode mna przesuwa sie ziemia i cierpliwy ocean
pozwalajacy patrzec na siebie z gory
byc moze tu wlasnie
na wysokosci dziesieciu tysiecy metrow
nad chmurami ktore zakrywaja wszystko
tak ze leci sie w mroznej pustce
w przestrzeni przezroczystej i niczyjej
byc moze w tym polbycie
dane mi bedzie pojac czym jest ono
to zycie niepowstrzymane
wciaz obrocone plecami do mijajacego czasu
to zycie w ktorym cierpienie
nigdy nie moze sprostac utracie






KODA


Chwiejna zbyt czula i zbyt nieczula
malo wierzaca a pragnaca wiary
z nadzieja ze przeciez cos uszczknie z uczty zycia
choc przekonana ze nic sie nie nalezy
Szukajaca mimo wiedzy ze niedocieczona jest tajemnica
Zachwyt byl jej udzialem
choc kilkakroc odjete jej bylo wszystko
co dawalo zgode na istnienie
Doswiadczyla samotnosci i melancholii
jakby byla jedna jedyna
a wiedziala ze jest tylko jedna z wielu
Dane jej bylo zaznac milosci
i oczy jej byly otwarte na uroki swiata
Pochlaniala ja zagadka odejscia
niemoznosc pogodzenia jej z natura bytu
Usilowala wskrzesic przeszlosc
Wszak to co pozornie skonczone nadal trwa
ale nie da sie czerpac stad codziennej pociechy
Ogladajac sie wstecz mowila:
Badz wdzieczna Bylas hojnie obdarzona






KOT MAURYCY


Wyzywaja go od rabusiow gangsterow oszustow i wyludzaczy
ulicznikow i zabijakow
Przeszkadza w posilkach wskakuje na stol
i buszuje wsrod szklanek i kieliszkow
rozrywa paczki z jedzeniem przynosi w pyszczku zlowionego szpaka
ktory postanowil zwiedzic pieszo trawnik przed domem
i zaplacil zyciem za ten nieostrozny spacer
Zada bezapelacyjnie wejscia lub wyjscia z pokoju czy kuchni
wdaje sie w zazarte bojki z sasiedzkimi kotami
wydajac przy tym przerazajace wrzaski drapieznika z dzungli
Nie schlebia nikomu i jest nieugiety w swoich checiach
obojetny na nakazy i pieszczoty
tak pieszczoty bo nie zwazajac na jego nature
pieszcza go i tula
zachwycajac sie jego miekkim chodem i zrecznymi skokami
podaja mu najlepsze kaski i pozwalaja spac na swoich lozkach
Wiec nie za cnoty i charakter nagroda jest milosc
i nie za posluszenstwo ani lojalnosc
ale za wdziek i niepokornosc
za zycie samo w sobie w calej jego oczywistosci
za uroda i zniewalajace spojrzenie
Wielka jest bowiem w nas potrzeba kochania








Copyright © 1997-2000 Zwoje