

Sama też kiedyś należałam do grona przyjaciół Herlinga, choć oczywiście nasza znajomość rozpoczęła się znacznie później niż jego przyjaźń z Jerzym Giedroyciem czy Zofią Hertz, bo dopiero w listopadzie 1969. Znalazłam się wówczas, młoda emigrantka, w Rzymie. Byłam zupełnie załamana (dziś pewnie nazwałabym ten stan depresją) i pamiętam doskonale troskliwe zrozumienie jakie okazał mi wówczas Herling. Spotkaliśmy się na stacji kolejowej Termini, i nie wiem już dziś czy jechał on właśnie z Neapolu do Paryża na swe regularne robocze pobyty w Kulturze, czy też z Paryża wracał. Przywiózł na to nasze pierwsze spotkanie i podarował mi dwie książki: "Inny świat" i świeżo wtedy wydane "Upiory rewolucji". Obie miały dedykacje a pod spodem jego charakterystycznym drobnym pismem umieszczona była data: "21.11.69."
Trudno mi tu wyrazić wdzięczność jaką winna jestem Herlingowi za tamto spotkanie, książki i późniejszą pomoc w nawiązaniu kontaktów z włoskimi pismami, z którymi rozpoczęłam współpracę. To pierwsze spotkanie miało dla mnie znaczenie przełomowe. Wyśmiał mój fatalistyczny nastrój, wypytał szczegółowo o wszystko co wiedziałam na temat "wydarzeń marcowych", nakazał sporządzenie notatek, wyznaczył jakieś inne zadania i daty ich wypełnienia. Choć spotkanie to nie mogło oczywiście przegnać moich własnych wewnętrznych upiorów, przerwało pasywność szoku emigracji i niewątpliwie uratowało mnie od długiego okresu psychicznej degrengolady.
Opowiadam tu dość nieskromnie tę historię, bo jest ona, z tego co słyszałam, raczej typowa. Herling-Grudziński był w swej twórczości osobą ostrą i trudno wybaczającą, ale w życiu potrafił być dobry, życzliwy, uczynny i pomocny. Nie piszę więc o tym, co, jak rzesze czytelników, zawdzięczam jego książkom, poczynając od "Innego świata". Należę do niezliczonego grona osób, którym Gustaw Herling-Grudziński pomógł i których pocieszył. Wydaje mi się ważne podkreślenie tego osobistego ciepła i troski, bo nie to jest treścią obrazu, jaki Herling pozostawił po sobie. Trudno bowiem ten aspekt jego osobowości zauważyć w opowiadaniach czy, tym bardziej, w "Dzienniku". Już w swej pierwszej książce, wspomnianym tu "Innym świecie - zapiskach sowieckich" Herling odmawia rozgrzeszenia, a nawet wypowiedzenia słowa "rozumiem" człowiekowi, który zdradził w obozie Gułagu. Choć wśród cytatów (nielicznych), które wówczas zakreśliłam podczas lektury znajdowało się zdanie mówiące, że "człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach, i uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby sądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich - tak jakby wodę można było mierzyć ogniem, a ziemię piekłem", to głównym wrażeniem z tej lektury było uczucie, że grzechów nigdy nie można wymazać i oceny moralne są nieodwołalne.
Ta postawa Herlinga, ten ton jego pisarstwa, obecny jest we wszystkim co wyszło spod jego pióra. Wyróżnia go to zasadniczo wśród polskich pisarzy. Nikt spośród bardziej znanych autorów drugiej połowy dwudziestego wieku nie mówił takim głosem. Narrator w literaturze tego okresu jest, by tak rzec, uwikłany, wątpiący, ironiczny. Inaczej u Herlinga. W jego opowiadaniach występuje narrator, jakże podobny (z czasem coraz bardziej) do narracyjnego "ja" z "Dziennika". Ten narrator, którego można nazwać "Gustawem", jest kronikarzem, niemalże detektywem, rozplątującym tajemnice jakiegoś występku. I choć on także ma swoje tajemnice (szczególnie w ostatnich opowiadaniach, w których pojawiają się otwarcie elementy życia osobistego autora), w podziale na dobro i zło zawsze znajduje się po stronie dobra.
Można więc powiedzieć, że te opowiadania są jednocześnie gorące i zimne, z pasją przeciwko złu, ale z ogromnym dystansem autorskim. Ten dystans właśnie, połączony z pasją, był jedną z podstaw autorytetu moralnego jakim stał się dla Polaków Gustaw Herling-Grudziński. Był on pisarzem zaangażowanym, ale opowiadania jego zawierały ten chłodny dystans, który sprawia, że czytelnik odnosi się do głosu autorskiego z szacunkiem. Do tego należy dodać życie pisarza, które także stanowiło podstawę autorytetu moralnego jakim go obdarzano.
Gustaw Herling-Grudziński przemawiał z dalekiego wygnania. Ożeniony z córką wybitnego włoskiego filozofa, odcięty od Polski przez wiele dziesiątków lat, pisał nawet nie z Paryża, ale z jeszcze bardziej odległego (geograficznie i kulturowo) Neapolu. Brzmiało to jak gdyby głos jego dochodził nie tyle z odległości co z wysokości: znajdował się powyżej, ponad to, co kłębiło się w polskim światku. A głos ten zawierał w sobie ostry, nieustępliwy osąd moralny, bo Herling był sędzią bardzo surowym. Nie było drugiego takiego głosu na polskiej scenie literackiej.
Ta postawa widoczna była najdobitniej w jego "Dzienniku pisanym nocą". Jeśli pominąć tak ważne (i wspaniałe) fragmenty prozy, na "Dziennik" składają się trzy główne wątki. Jedna nić, która przeplata się przez "Dziennik" od samego początku czyli od wczesnych lat siedemdziesiątych, to tematyka włoska. Zaliczam do niej opisy malarstwa, sztuki, wizyty w różnych miastach, spotkania z włoskimi przyjaciółmi. Herling we Włochy wrastał coraz bardziej, coraz bardziej się godził z tym, że los go osadził na surowym południu tego pięknego kraju. Drugi wątek, to wątek osobisty, opis własnego wyobcowania, niesprawiedliwości jakich w swoim odczuciu doświadczył od krytyków, komunistów, lewicy. Ta nić wiąże się z trzecim wątkiem, który można by nazwać antykomunistycznym: walka przeciw Rosji sowieckiej, komunistom w Polsce i wszelkim ich sojusznikom na Zachodzie. Ta uporczywa, indywidualna walka mało była znana w Polsce sprzed 1989 roku, bo książki Herlinga dochodziły tylko do tych, którzy mieli dostęp do wydawnictw "Kultury". Została ona jednak doceniona zaraz potem, gdy pisarz przyjechał z pierwszą wizytą do kraju, w maju 1991 roku. Otaczająca go wówczas atmosfera autorytetu moralnego oparta była już na lekturach rozchwytywanych książek.
Ale zmianie systemu politycznego w Polsce nie towarzyszyła zmiana zainteresowań pisarza. Jak poprzednio, zwalczał komunistów i ich sojuszników, opowiadał się przeciw kompromisom z post-komunistyczną lewicą. Nie wierzył w jej ewolucję ku demokracji, domagał się kar, zadośćuczynienia pokrzywdzonym, ostracyzmów. Na dobrą sprawę, ton jego wypowiedzi zaostrzył się raczej niż złagodniał. Stał się głosem tych, których Polska post-komunistyczna rozczarowała i zawiodła.
Jego także ta Polska rozczarowała. A przecież wrócił do niej w triumfie, którego nie mógł się za swego życia spodziewać. Po to by taki powrót był możliwy, musiało upaść całe imperium sowieckie! Oczywiście, on się do tego upadku walnie przyczynił, zarówno przez to, co pisał w "Dzienniku", jak i, przede wszystkim, przez "Inny świat". Była to z pewnością jedna z najlepszych i najbardziej wpływowych książek o Gułagu. Jestem przekonana, że była ona odpowiedzialna za to, że moje pokolenie, "pokolenie 1968", nie miało co do komunizmu i Związku Radzieckiego żadnych złudzeń. (Tu znów pozwolę sobie na akcent osobisty: ponieważ książka ta opisywała obóz, w którym więziony był również młodszy brat mojego ojca, była przechowywana - a było to wówczas przestępstwem - u nas w domu. Stała się więc pierwszą książką "Kultury", z którą się zetknęłam, a raczej na którą natknęłam się, poszukując jakichś skarbów u rodziców w szafie z bielizną, gdzie trzymali ją schowaną także przed dziećmi).
Choć wybitny, "Inny świat" nie odegrał przy upadku komunizmu tak widocznej roli jak "Archipelag Gułag" Sołżenicyna. Dwie były po temu przyczyny. Powodem podstawowym była jego data powstania i ukazania się w druku. Początek lat pięćdziesiątych był okresem, w którym świat postanowił zapomnieć o wojnie: był to moment umacniania się nowego porządku. Choć wydanie anglojęzyczne poprzedzone było przedmową Bertranda Russella, ani lewica ani nawet prawica nie chciały "patrzeć wstecz", bo musiałyby również spojrzeć na swą własną zdradę i słabość: na Jałtę, na to co się stało z więźniami zwróconymi Rosji, na niemieckich cywilów przepędzonych wówczas za zgodą Zachodu z terytoriów oddanych Polsce, na Polskę wreszcie, oddaną pod kontrolę sowiecką. Łatwiej przychodziło odwrócić głowę i zatkać uszy.
Drugim powodem była różnica, jakże często występująca w sytuacji polskich ostrzeżeń rzucanych Zachodowi a dotyczących Rosji: różnica autorstwa. Choć arcydzieło, "Inny świat" napisany został przez Polaka i był świadectwem jednej osoby. "Archipelag Gułag" powstał w wyniku współpracy około sześćdziesięciu osób, które z narażeniem wolności a być może życia udokumentowały ogrom zjawiska Gułagu [Gławnogo Uprawlienia Łagieriej]. Byli to Rosjanie - o to było dla Zachodu tak ważne, piszący o rosyjskich zbrodniach, często także o swoim w nie uwikłaniu. Każdy z nas znał wówczas część tego fenomenu, ale tu po raz pierwszy przedstawiony on został w całej swej, by tak powiedzieć, panoramicznej potwornej ogromności. Także i moment był inny: po inwazji na Czechosłowację, która zakończyła raz na zawsze wszelkie mrzonki na temat socjalizmów o ludzkich twarzach. Komunizm się wyczerpał, nadszedł czas na podniesienie kurtyny, która zasłaniała Gułag.

Fakt, że "Inny świat" urodził się "za wcześnie" nie oznacza, że bez niego kurtyna ta uniosłaby się tak samo, czy w tym samym momencie. Trudno przecenić rolę tej książki, trudno przecenić rolę twórczości i egzemplarycznego życia Herlinga-Grudzińskiego. I wydaje mi się, że nie ma dziś ludzi ani w Polsce, ani w innych krajach, w których jest czytany, którzy nie doceniają jego niezwykłego pisarstwa. Życie jego było bardzo trudne, momentami tragiczne, był człowiekiem doświadczonym przez los i historię. Ale nigdy nie był ofiarą. Zawsze walczył, często sam prowokował, nigdy się nie poddał. Myślę, że ostatnie dziesięć lat jego życia było wielkim zadośćuczynieniem. Powrócił do kraju nie tylko osobiście, na spotkania z czytelnikami i przyjaciółmi, ale także "pod strzechy", do lektur szkolnych, na ekrany telewizyjne, do radia, gazet. Był słuchany, cytowany, obsypywany kwiatami. Dostał (i przyjął) wysokie odznaczenia państwowe, nagrody. I przez cały ten okres tworzył: opowiadania, kolejne fragmenty "Dziennika", powieść. Umarł, by tak powiedzieć, w pełnym biegu. I natychmiast wszystkie kłótnie, konflikty i niesnaski, w których uczestniczył, albo których był przedmiotem, straciły na znaczeniu. Z minuty na minutę to co chwilę przedtem absorbowało naszą uwagę, zbladło i znikło. Umarł wielki pisarz, zostały po nim książki, które czytane będą przez wszystkich.
Pokój Jego pamięci.
Pierwodruk: Przegląd Polski, New York, 21 lipca 2000
(dodatek kulturalny do dziennika Nowy Dziennik)
Przedruk za zgodą Autorki i Redakcji Nowego Dziennika. (AMK)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||