Wyklad Gustawa Herlinga-Grudzinskiego z okazji nadania mu Doktoratu Honoris Causa Uniwersytetu Marii Curie-Sklodowskiej w Lublinie 20 maja 1997.




BYC. I PISAC.





GUSTAW HERLING-GRUDZINSKI





Magnificencjo, Dostojny Senacie,
Panie i Panowie, Mlodzi Przyjaciele!

Po raz drugi otrzymuje w niepodleglej Polsce zaszczytny doktorat honoris causa. W roku 1991, dokladnie w tym samym dniu 20 maja, ktory dzisiaj jest dniem moich 78-mych urodzin, ten wysoki honor spotkal mnie na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Na wstepie mojej poznanskiej prelekcji padly slowa: "Przestalem byc pisarzem emigracyjnym, stalem sie po prostu pisarzem polskim zamieszkalym w Neapolu." Te slowa, po polwieczu pobytu na emigracji, nadaly ton calemu mojemu przemowieniu. W szesc lat pozniej brzmia tak, jakby dochodzily slabym echem z bardzo daleka. Wiec dziekujac Uniwersytetowi Marii Curie-Sklodowskiej w Lublinie za przyznany mi doktorat honorowy, calkowicie juz odwracam sie od owczesnej, waznej dla mnie problematyki, aby podjac probe pobieznego chocby naszkicowania obrazu mojej tworczosci i mojej drogi pisarskiej.

Gdy wybuchla wojna, mialem dwadziescia lat i dwa lata studiow polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Mialem tez na otwartym koncie zycia, zwanego przez Jerzego Stempowskiego "czernieniem papieru," kilka drukowanych drobiazgow krytyczno-literackich: jest pewnym powodem do dumy, ze jako dziewietnastoletni student z podziwem pisalem o Gombrowiczu, Schulzu i Miloszu, oraz szerzej omowilem tom opowiadan Marii Dabrowskiej ku wielkiemu ukontentowaniu autorki. Wszystko zdawalo sie wskazywac na to, ze pojde w slady mojego mistrza Ludwika Frydego, najciekawszego, obok Kazimierza Wyki, krytyka literackiego z pokolenia trzydziestolatkow; i ze, byc moze, dam sie skusic uniwersyteckiej polonistyce, czyli tzw. karierze naukowej.

Wojna rozstrzygnela za mnie, jak rozstrzygnela za wszystkich ukladajacych za mlodu plany zyciowe na przyszlosc. W moim szczegolnym wypadku rozstrzygnelo NKWD, kladac brutalnie kres moim pierwszym krokom konspiracyjno-wojskowym. Na dwa lata - tyle, ile trwaly moje studia polonistyczne w Warszawie - miejsce stolika do pisania zawalonego ksiazkami zajely kraty wiezienne w Grodnie, Witebsku i Leningradzie, oraz druty kolczaste obozu nad Morzem Bialym.

Zastanawialem sie, czy na pryczach wieziennych i obozowych, lub podczas tzw. pracy poprawczej, 'isprawitielnego truda', w sowieckim gulagu zdarzaly mi sie ulotne przeblyski mysli o moich pisarskich aspiracjach. Nie jest to wykluczone, skoro w najciezszych nawet chwilach fizycznej, morderczej udreki staralem sie usilnie - pamietam dobrze - utrzymac w stanie ciaglego napiecia moj zmysl obserwacyjny, skierowany zarowno w strone otoczenia, jak w glab samego siebie. Co byloby dowodem, ze podswiadomie postepowalem jak pisarz "gromadzacy materialy" (ze posluze sie tym wytartym okresleniem) do przyszlego opisu, jezeli los pozwoli mi ocalec. A zatem drzemal we mnie, w bardzo rudymentalnej postaci, instynkt pisarski, lecz daleki juz od moich przedwojennych zainteresowan. Krotko mowiac, gdzies gleboko dojrzewalem powoli do pisarstwa kreacyjnego, porzucajac dawne projekty i zamiary.

Osobliwym potwierdzeniem byl dwuletni okres pobytu i szkolenia wojskowego na Bliskim Wschodzie. Armia Polska na Wschodzie, zorganizowana na terytorium ZSSR po ataku niemieckim na dotychczasowego sojusznika sowieckiego, i po podpisaniu umowy Sikorski - Majski, zostala przeniesiona na Bliski Wschod pod dowodztwo angielskie z roznych powodow; wedlug mnie chodzilo glownie o to, ze Stalin chcial sie jej szybko pozbyc, planujac juz powstanie drugiej, powolnej sobie armii polskiej, na ktorej czele stanal w koncu general Berling, z pewnoscia bardziej dyspozycyjny od generala Andersa.

Pod pretekstem trudnosci w zaopatrzeniu wyproszono nas z "nieludzkiej ziemi," z "innego swiata." Bylismy armia wiezniow i nedzarzy, ktorzy leczyli sie fizycznie i psychicznie pod sloncem Iranu, Iraku, Palestyny, Egiptu, z mysla o udziale w nadchodzacych bitwach. Najczestsza wowczas postawa wsrod zolnierzy, uwolnionych z wiezien i lagrow na mocy tzw. amnestii sowieckiej, bylo milczenie. Nalezy w nim widziec ozdrowiencze przezuwanie wlasnych przezyc.

Moje milczenie oznaczalo prace w myslach nad przyszla ksiazka. Kiedy wreszcie, po wojnie, okolicznosci pozwolily mi w Anglii usiasc do pisania, wystarczyl mi rok zaledwie na Inny swiat, prawie bez skreslen. Zachowujac oczywiscie wszelkie nalezyte proporcje, moglbym moj casus porownac do narodzin Lamparta ksiecia Tomasi di Lampedusa, wspanialej powiesci, wynoszonej w ciezarnej wyobrazni autora przez dwadziescia lat, napisanej jak idealny kaligraficzny czystopis w ciagu mniej nawet niz roku. W kazdym razie nigdy juz wiecej nie doswiadczylem tej niezwyklej latwosci pisania. Naleze do pisarzy, nazwanych niegdys galernikami przez Naczelnego Galernika, Gustawa Flauberta.

Krytycy polscy porownywali czesto moj Inny swiat do oswiecimskich ksiazek Tadeusza Borowskiego (1). Wsrod krytykow wloskich zdarza sie niekiedy zestawienie Innego swiata z klasyczna juz dzis ksiazka oswiecimska Primo Leviego Jesli to jest czlowiek. Obaj wybitni pisarze - Borowski i Levi - zmarli smiercia samobojcza: byly wiezien polski wkrotce po wojnie, byly wiezien wloski w wiele lat potem. Na miesiac przed samobojstwem, Levi musial poddac sie operacji prostaty. Lekarz towarzyszacy mu na korytarzu szpitalnym na sale operacyjna zapytal go zartobliwie, jakie moglby wymienic choroby w swoim zyciu. Levi podniosl rekaw pidzamy, wskazal wytatuowany numer na przedramieniu i odpowiedzial: "To jest moja choroba." Zwykl byl powtarzac, ze nigdy naprawde nie wyszedl z Oswiecimia. Nie wyszedl tez nigdy z Oswiecimia autor Pozegnania z Maria i Kamiennego swiata. Znajac podobienstwa i roznice miedzy niemieckim i sowieckim "wszechswiatem koncentracyjnym," zadaje sobie czasem pytanie: "Czy i twoja choroba jest niewidzialny numer na przedramieniu?" Dopoki oboz nawiedzal mnie i meczyl w snach, a trwalo to do ukonczenia Innego swiata latem 1950, zasniezona rownina nad Morzem Bialym byla i dla mnie czyms w rodzaju kafkowskiego wyroku. Potem - dzien po dniu, tydzien po tygodniu, miesiac po miesiacu, rok po roku - wychodzilem rzeczywiscie, a nie tylko formalnie, za druty, na wolnosc. Mysle, ze pewna role odegral w tym udzial w ostatnich bitwach drugiej wojny swiatowej.

Ale nie probowalem nigdy wydrzec z korzeniami Innego swiata z mojego umyslu i z mojego serca. Co wiecej - nie chcialem nigdy tego zrobic. Moje przezycia z lat 1940-1942 staly sie pryzmatem, przez ktory pisarz oglada aktualna lub zatajona potencjalnie rzeczywistosc. Doskonaly wloski krytyk i znawca takze literatury polskiej, Francesco Cataluccio, zauwazyl trafnie, ze to, co u Leviego bylo tematem ksiazek napisanych po jego ksiedze glownej, u mnie stalo sie w duzym stopniu pietnem wielotomowego Dziennika pisanego noca, ktory Cataluccio nazywa "powiescia-mozaika w formie dziennika."

Mozna nawet blizej okreslic owo "cos." Uczynil to eseista francuski, pochodzenia bulgarskiego, Cwietan Todorow w niezwyklej ksiazce Facée l'extreme ("W obliczu ostatecznosci"). W ksiazce Todorowa mowa o Levim, o Borowskim, o Warlamie Szalamowie, o Solzenicynie, o mnie. Wszystkich wybranych przez niego pisarzy cechuje ostra swiadomosc Zla, wyzierajacego z ludzkiej Ostatecznosci w roznych postaciach. Roznych? Tak, roznych, jak rozni sa ludzie nawet w podobnych okolicznosciach zyciowych. Lecz w omawianym przeze mnie wypadku - ludzie objeci wspolnym mianownikiem totalitaryzmu.

Prowadzilem od dawna dziennik prywatny, bez impulsu publikacji. Kiedy smierc Gombrowicza i Hostowca [Jerzego Stempowskiego] pozostawila w Kulturze luke, wytracajac z jej stronic autora spiesznych refleksji i spostrzezen oraz niespiesznego przechodnia, zaproponowalem Jerzemu Gieroyciowi wypelnienie tej luki. Moj Dziennik pisany noca liczy juz sobie przeszlo dwadziescia piec lat zycia, zarowno na lamach Kultury i Rzeczpospolitej, jak w rozmaitych wydaniach ksiazkowych, ostatnio w ramach "czytelnikowskich" Pism Zebranych. Jest to dziennik o tyle oryginalny, ze unika normalnej w dziennikach nuty osobistej czy nawet intymnej, dazy natomiast do odmalowania, a raczej uchwycenia, ulamkowego bodaj wizerunku epoki. I w takim wlasnie dazeniu, usilnym i upartym, jest niewatpliwie dzielem autora, ktory ma za soba, i nigdy o nich nie zapomina, totalitarne doswiadczenia naszych czasow.

Nazwalem go, nie bez powodu oczywiscie, dziennikiem pisanym noca; ktos inny nazwal go dziennikiem pisanym pod wulkanem, robiac aluzje i do mojego miejsca zamieszkania, i do mojego duchowego poczucia zagrozenia. Moje duchowe poczucie zagrozenia moglbym okreslic krocej jednym slowem: Zlo. Zlo rosnace i panoszace sie w wymiarach dotad niespotykanych. I to nie Zlo, o ktorym tradycja koscielna kaze mowic jako o "nieobecnosci Dobra." Zlo coraz czesciej opatrzone slowem "tajemnica." O "tajemnicy Zla" wspomnial swiezo kardynal Martini z Mediolanu, a wybitny wloski teolog swiecki i biblista, Sergio Quinzio, zmarly przed rokiem, w imaginacyjnej wizji przyszlosci chrzescijanstwa zatytulowal encyklike ostatniego papieza, Piotra II - Misterium Zla. Nie nalezy tez zapominac filozofa katolickiego Gabriela Marcela, od roku 1925 tropiacego tajemnice Zla w swoim Dzienniku metafizycznym. We wstepie do francuskiego wydania mojego Dziennika pisanego noca Krzysztof Pomian napisal:

Wrazliwosc autora tego dziennika jest manichejska i taka tez jest ukryta metafizyka jego dziela. Manicheizm nie jest jednak kultem Zla. Zaklada istnienie dwoch ostro oddzielonych zasad, ktorych zderzenie wypelnia historie swiata: Dobra i Zla, swiatla i ciemnosci.
Odnajduje sie w tych zdaniach. I jako autor calego dziennika; i, a moze przede wszystkim, jako autor opowiadan przeplatajacych dziennik.

Zanim zaczalem stopniowo rozbudowywac moj dziennik prywatny, zamieniony w publiczny, bylem autorem kilku opowiadan: Wiezy i Pieta dell Usola w tomiku Skrzydla oltarza, Ksiecia Niezlomnego, napisanego zaraz po osiedleniu sie w Neapolu, opowiesci sredniowiecznej Drugie Przyjscie, opowiesci neapolitanskiej Most i zartobliwej Biografii Diego Baldassara. Ale jednorodny blok pozniejszych opowiadan powstawal w miare rozwoju dziennika i w jego ramach.

Niezapomniany i nigdy nie dosc oplakiwany Konstanty Jelenski zauwazyl natychmiast, dzieki swojemu niezawodnemu wyczuciu literackiemu, ze nie sa to opowiadania wciskane po powstaniu w tekst dziennika zupelnie przypadkowo i mechanicznie, lecz wyrastajace z dziennika naturalna koleja rzeczy, fizjologicznie, jako jego niezbywalna czesc. Tak bylo istotnie. Gdy odczuwalem potrzebe w wysilku szukania i scigania Zla naszej epoki, podbic dosc monotonny wyraz dziennika na wyzszy poziom tonacji narracyjnej, powstawalo opowiadanie organicznie zrosniete z dziennikiem, ktory na obu planach, dyskursywnym i narracyjnym, byl tym, co Anglicy zamykaja w slowach 'work in progress.' Tylko wzgledy czysto wydawnicze (w znacznej mierze komercjalne) zmuszaja mnie do odstepowania od tego planu dziela w przekladach na jezyki obce; to znaczy do wydawania osobno tekstu dziennika i osobno kolejnych tomow opowiadan. Pierwotny pomysl przedsiewziecia pisarskiego zachowany jest jedynie w edycjach polskich, najpierw w "Bibliotece Kultury" (paryskiej), obecnie w Pismach Zebranych postepujacych naprzod staraniem warszawskiego Czytelnika; oraz w trzech wstepnych wyborach obcych - francuskim, wloskim i angielskim.

Konczac, chcialbym wymienic trzy ksiazki o moim pisarstwie. Pielgrzym Swietokrzyski polonisty lubelskiego Zdzislawa Kudelskiego nawiazuje w tytule do mojego opowiadania Wieza i bardzo fortunnie wydobywa sens mojego pol wieku trwajacego "pielgrzymowania" emigracyjnego. Polonista warszawski i teraz rowniez lodzki, Wlodzimierz Bolecki, zatytulowal swoj tom Ciemny staw, wskazujac mlodziencze zrodlo inspiracji moich utworow. (W nawiasie dodam, ze Bolecki jest tez autorem doskonalego studium o Innym swiecie i wspolautorem naszych Rozmow w Dragonei. (2) Wreszcie polonista poznanski Ryszard Kazimierz Przybylski nadal swojej ksiazce o mojej prozie tytul Byc i pisac. Ksiazka Przybylskiego ukazala sie w roku 1991, a ja, dziwnym trafem, przeczytalem ostatnio noblowskie przemowienie poludniowo-afrykanskiej laureatki Nadine Gordimer pod takim samym tytulem. Widocznie powolanie pisarskie czerpie soki zywotne z tego nierozerwalnego sprzezenia.

Byc. I pisac.





  1. Por. np. Jan Blonski: "Borowski i Herling - Paralela", Tygodnik Powszechny 21, Krakow 26 maja 1991.

  2. Wlodzimierz Bolecki jest rowniez wspolautorem drugiego tomu rozmow z Gustawem Herlingiem-Grudzinskim pt. Rozmowy w Neapolu, ktory ukazal sie w Warszawie w lipcu 2000, w dwa tygodnie po smierci Gustawa Herlinga-Grudzinskiego.



Teksty Gustawa Herlinga-Grudzinskiego lub z nim zwiazane zamieszczone w Zwojach:



Copyright © 1997-2000 Zwoje