
Ja jednak zawsze, nawet w obozie, mialem jakas nadzieje. Poczatkowo zylem nadzieja wyjscia na wolnosc, kultywowalem ja. Spalalem sie, robilem wszystko to, przed czym ostrzega Szalamow. Kiedy wiec okazalo sie, ze jestem tak zwanym "dochodiaga", to znaczy, ze juz nie moglem pracowac, i poslano mnie do baraku zwanego "trupiarnia", mialem glebokie poczucie, bardzo gorzkie, ze zostalem oszukany. Byc moze umarlbym w obozie sowieckim w stanie skrajnej rozpaczy, ale pomogl mi los. Zostala ogloszona amnestia dla polskich wiezniow i, po glodowce, wyszedlem jednak na wolnosc. W tej "trupiarni" lezeli ludzie starzy i mlodzi, ktorzy byli "dochodiagami" i wiedzieli doskonale, co ich czeka. Mieli twarze ludzi oszukanych. Nie bede sie spierac o to, czy mysleli, ze oszukal ich Bog, czy los, czy tez moze system pracy w lagrach - bo znajdowali sie wsrod nich i tacy, ktorzy byli przekonani, ze zostana nagrodzeni za gorliwosc. I w ten sposob sami sie zniszczyli.
Nadzieja moze byc blogoslawienstwem, ale w pewnych okolicznosciach nadzieja moze byc przeklenstwem. Tadeusz Borowski byl dokladnie tego samego zdania co Szalamow. Mnie natomiast blizsze jest slynne zdanie Dostojewskiego: "Nie mozna zyc bez nadziei".
Okazuje sie jednak, ze wlasnie w szczegolnych okolicznosciach, a mowie tu o lagrach i sowieckich, i hitlerowskich, nadzieja jest, tak jak mowi o niej Szalamow, rodzajem kajdan krepujacych wieznia, zniewalajacych go. Wlasnie tak! Szalamow posuwa sie nawet do uzycia slowa "zniewala". Natomiast Borowski w swoich wstrzasajacych opowiadaniach z Oswiecimia pisze po prostu tak: "Nigdy w historii ludzkosci nadzieja nie byla tak silna, ale i nigdy nie wyrzadzila tyle zla, ile w tej wojnie, w tym obozie. Nie nauczono nas wyrzekac sie nadziei i dlatego giniemy w komorach gazowych." Czyli: ludzie, ktorzy nadziei nie maja, ktorzy sa w rozpaczy, w stanie ciaglej desperacji, sa bardziej sklonni do gestow oporu, chocby bezsensownego, ale oporu.
Tymczasem wiemy doskonale z opisow nie tylko Borowskiego, ale i innych, ze wiezniowie, czy nawet Zydzi wywozeni z gett, szli potulnie na pewna smierc, i jest bardzo prawdopodobne, ze nawet ci, ktorzy juz wiedzieli, dokad ida, jednak szli z jakas iskierka nadziei. Totez ja rozumiem, o co chodzi Borowskiemu.
Te moje rozwazania o nadziei oglosilem w Dzienniku pisanym noca i wywolaly one reakcje profesor Barbary Skargi, autorki znakomitej ksiazki o jej przezyciach w obozach sowieckich, pt. Po wyzwoleniu. Barbara Skarga spedzila w nich kilka lat i sprzeciwila sie mojej refleksji ogloszonej na lamach "Dziennika," twierdzac, ze ja wprowadzilem zbyt duzo moralnosci do pojecia nadziei jako cnoty. Dla profesor Skargi nadzieja nie jest zjawiskiem moralnym, tylko po prostu aktem odwagi, i taka nadzieje nazywa ona nadzieja heroiczna. Twierdzi, ze ci, ktorzy sie uratowali z lagrow sowieckich czy z lagrow niemieckich, mieli nadzieje heroiczna. To jest jednak w duzym stopniu spor nominalistyczny, bo czy nazwiemy nadzieje heroiczna, czy ja okreslimy jako cnote, to jest, moim zdaniem, nieistotne. Chodzi mi o to, ze bywaja okolicznosci, gdy nadzieja moze byc przeklenstwem. Akceptuje punkty widzenia Szalamowa na Kolymie i Borowskiego w Oswiecimiu, poniewaz bedac wiezniem obozow sowieckich, stwierdzilem, ze jesli w pierwszym okresie zylem nadzieja i realizowalem ja w gorliwej pracy, sadzac, ze taka postawa mi pomoze, to pozniej czulem, ze to nie jest wyjscie. Bylem mlody, zdrowy i silny, wiec moglem ciezko pracowac, ale odkrylem, ze rozumowalem absolutnie falszywie, poniewaz sposobem na przezycie w lagrze sowieckim bylo wlasnie oszczedzanie wlasnych sil za pomoca wszelkich mozliwych podstep6w - oczywiscie w sposob godny, aby nie krzywdziic tym nikogo ze wspolwiezniow. Tak przezyl na Kolymie Warlam Szalamow siedemnascie lat. Az trudno uwierzyc, ze az tyle. Nie zrobil nikomu krzywdy, zachowywal sie godnie, ale uwazal nadzieje za kajdany, za zniewolenie wieznia. To sa przeciwstawne poglady na sens nadziei w lagrze - Szalamowa i Skargi.
Powstaje pytanie, dzieki czemu przezyli ci, ktorzy sie uratowali? Profesor Skarga powiada, ze dzieki nadziei heroicznej, a ja twierdze, ze w Szalamowie, mimo ze byl ateista, tkwilo cos, co Kafka nazywal "twardym jadrem", a co on sam nazwal w jednym ze swych najpiekniejszych opowiadan kolymskich, zatytulowanym Protezy - "dusza". W tym opowiadaniu nadzorcy odbieraja jakiejs grupie wiezniow wszystkie ich protezy: zeby sztuczne, nogi sztuczne, rece, itd. A potem zwracaja sie do niego i pytaja: "A ty co oddasz?", a on mowi: "Ja nie mam nic do oddania". I nadzorca powiada: "No to dusze oddaj!", a na to Szalamow z nieslychana determinacja odpowiada: "Duszy ci nigdy nie oddam!" Ten ateista opieral sie na pojeciu duszy, ktore jest synonimem jakiejs ukrytej, glebokiej religijnosci, nie majacej nic wspolnego z wyznaniem. Mial poczucie, ze jest w czlowieku cos boskiego.
Byli tez tacy, ktorzy patrzac na to, co sie dookola nich w obozach dzieje, calkowicie sie wypalili. Historia Borowskiego po powrocie do Polski, to, co pisal, i to, co przezywal, zakonczona samobojcza smiercia, dowodzi, ze on w gruncie rzeczy przegral. Ale byli tacy, ktorzy uratowali cos ze swojego "ja". W Polsce czesto zestawia sie mnie z Borowskim - ze jestesmy przykladami dwoch roznych postaw. Slusznie, bo ja jednak w lagrze zachowalem jakas nadzieje, minimalna, ale jednak nadzieje. Taki jest sens zakonczenia Innego swiata. A Borowski sie po prostu wypalil i jego reakcje jako publicysty czy felietonisty komunistycznego po powrocie do Warszawy z Zachodu byly reakcjami czlowieka nieprzytomnego, oszalalego z nienawisci. A pisal rzeczy niewyobrazalnie fanatyczne, ktorych nawet nowi wladcy Polski nie oczekiwali od niego. Musial zdawac sobie z tego sprawe, az pewnego dnia otworzyl gaz.
Cos podobnego wydarzylo sie z wloskim wiezniem Oswiecimia, Primo Levim, ktory napisal wiele ksiazek i zyl bardzo dlugo po powrocie z obozu. Pracowal, byl chemikiem z zawodu, mial rodzine. Zdawalo sie, ze w jakis sposob sie z tych przezyc wyleczyl i ze mu ulzylo, gdy je opisal. Ale on sam kiedys powiedzial, ze ten znak wypisany na rece to jest istota jego upokorzenia, jakie przezywal, bedac w obozie. Zdawalo sie, ze Levi pisze ksiazki, pracuje dalej jako chemik, ma rodzine, zone, dzieci, a tymczasem pewnego dnia ten Primo Levi staje przed drzwiami na najwyzszym pietrze kamienicy w Turynie i nieoczekiwanie dla wszystkich po prostu rzuca sie w dol. I tu powstaje pytanie - dlaczego to zrobil?
Zgadzam sie z teoria Camusa - samobojstwo to bardzo dlugi proces, to jest jak z roslina, ktorej wzrost trudno przesledzic, nie wiemy, gdzie sie zaczela i kiedy wykielkowala. I u Leviego przyszedl w koncu moment ostateczny.
Uwazam, ze w zadnych warunkach bez nadziei zyc nie mozna. I choc moze sie komus wydawac nonsensem miec jeszcze nadzieje, to jednak jezeli chce sie cos zrobic, to bez nadziei jest to niemozliwe. Czlowiek, cokolwiek robi, nic moze zyc bez nadziei, a jezeli naprawde odbierze mu sie wszelka nadzieje, wowczas wystepuje przeciwko sobie. I to jest stan skrajnej rozpaczy, o ktorej pisal Kierkegaard.


![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||