

Został też jeszcze jordanowicki pałac Mokronowskich. W nim to w maju 1781 roku gościł "młody francuski kawaler, nazwiskiem Falquier" (jak zapisał w swym Dzienniku Ernst von Lehndorf, również w tym czasie korzystający z gościny Mokronowskich).
Autor powieści historycznych z tej jednej notatki zrobiłby całą powieść, w której znalazłaby się i historia rodu Mokronowskich, i ich Jordanowic, i Grodziska, ich miasta prywatnego, które nabyli w XVI wieku od rodziny Okuniów. Byłaby w niej historia grodziskich Żydów, którzy ściągnęli do miasta po rozbiorach, byłaby historia mieszkańców parafii rzymskokatolickiej (wielką pomocą dla autora mogłaby być praca ks. Mikołaja Bojanka Kościół i parafia w Grodzisku, Warszawa 1917), byłyby dzieje miejscowych rzemieślników zrzeszonych w cechach dekarzy, bednarzy, zdunów i ślusarzy, a także bandażowników, białoskórników i szmuklerów. Byłoby całe ich życie, skupione wówczas w kilku zaledwie domach murowanych i kilkudziesięciu drewnianych, rozrzuconych wokół wiecznie tonącego w błocie rynku.
W dziejach miasta nie brakowało dramatycznych wydarzeń. "Wielkie calamites temporum nastąpiły i różnych wojsk inskursye: przechodzili Sasi, Kozacy, Polacy, Litwa, Moskale, Tatarzy, Kałmucy i inne narody, które szkody wielkie czyniły" - pisał grodziski proboszcz Franciszek Rogowski w pierwszych latach XVIII wieku. Była też powszednia nędza, która nierzadko prowadziła do desperackich czynów, jak w przypadku pewnego piwowara, który w 1715 roku "utopił swą 4-letnią córeczkę, gdyż nie miał jej co dawać jeść" (Jolanta Choińska-Mika, "Dzieje Grodziska Mazowieckiego od XIII do XVIII wieku" w: Dzieje Grodziska Mazowieckiego, Warszawa 1989).

"Ciągle myślę o moim zmarłym ojcu. Urodził się on w Piotrkowie w 1876 roku, akurat gdy dziadka brano na wojnę turecką. O ile mi wiadomo, dziadek był wtedy stolarzem. Później został gajowym gdzieś nad granicą śląską. Ojciec lubił mi opowiadać, jak w tych czasach chodził z pielgrzymkami do Kalwarii Śląskiej i do Częstochowy. Później oddano go do tzw. aleksandrówki w Piotrkowie. Stał wtedy na stancji na Krakówce, którą zawsze bardzo lubił. Zaraz po ukończeniu tej szkoły musiał zarabiać na siebie jako rysownik. Mimo to do końca życia nie przestawał się kształcić sam, zdając już za mojej pamięci z sześciu klas, a w 1914 roku maturę w Kaliszu. Przed samą wojną zdał egzamin na uprawnionego budowniczego. Do końca życia pracował i nigdy nie chorował, poza nerwami. Posiadał fenomenalną pamięć i zdumiewający zapas wiadomości jak na samouka. Poza budownictwem najbardziej interesował się muzyką, malarstwem i spółdzielczością" (16 czerwca 1941).Lubię ten zapis w Dzienniku okupacyjnym Rembeka. Może dlatego, że i mój dziadek był stolarzem, i także za mojej pamięci mój ojciec zrobił papiery mistrzowskie i pracował na budowach. To jeden z tych nielicznych zapisów w Dzienniku, które przypominają najlepsze fragmenty prozy autora W polu. Dziennik okupacyjny powstawał bowiem na marginesie właściwej aktywności pisarskiej Rembeka.
Ta książka burzy wyobrażenia o okupacji, jakie może mieć ktoś, kto jej nie przeżył. Znakiem szczególnym tych lat okazuje się potworna mieszanina grozy i nudy. Egzystencja, która upływa na codziennych zabiegach o jedzenie i wyprzedawaniu mających jeszcze jakąkolwiek wartość przedwojenych dóbr: obrazów, mebli, książek, wreszcie obrączek ślubnych; życie sprowadzone do podstawowych funkcji biologicznych: zaspokojenia głodu, zapewnienia prowiantu choć na jeden dzień naprzód, zimą ogrzania domu, a tak naprawdę, dla oszczędności, jednego pomieszczenia, w którym wszyscy jedzą, śpią, spędzają większość czasu.
Rembek zaczął prowadzić swój Dziennik zimą 1940 roku. Nie mógł wiedzieć, że wojna potrwa jeszcze pięć zim i że spędzi je wszystkie w podwarszawskim Grodzisku, gdzie właśnie zamieszkał. Nie miał jeszcze czterdziestki: najlepszy wiek dla pisarza, który zebrał już pierwsze laury, a w głowie ma mnóstwo świeżych pomysłów, które czekają tylko, by przenieść je na papier. Wrześniowa klęska 1939 roku nie odwiodła go od pracy nad nową powieścią, nazwaną roboczo Przemoc i szabla. Zresztą początkowo wydawało mu się, że wojna nie potrwa długo; dopiero upadek Francji w lipcu 1940 roku sprawił, że zaczął gromadzić zapasy żywności i opał, by przetrwać następną zimę. Od tej pory liczył już tylko na to, że Hitler zaatakuje Rosję. Ani on, ani nikt spośród jego znajomych nie miał wątpliwości, że tak właśnie się stanie: przez cały rok każdy transport wojskowy, przejeżdżający przez Grodzisk na Wschód, wydawał się im zwiastunem nowej "wojny zaborców".
Widok takich transportów był wtedy czymś powszednim (także i dziś przez Grodzisk przejeżdża każdy pociąg zmierzający z Berlina do Warszawy i dalej, do Moskwy). Rembek słyszał je w nocy; mijał je podczas codziennych marszów z domu na peryferiach miasta do centrum. To tam był kościół, w którym codziennie rano się modlił. To tam mieściła się niemiecka komendantura, w której jako były żołnierz WP musiał regularnie się meldować. To w Grodzisku można było zrealizować kartki na chleb i kupić coś do chleba od handlarzy. A przede wszystkim była tam knajpa Dąbkowskiego, w której spotykali się przy kieliszku miejscowi inteligenci, urzędnicy, ludzie pieniądza. Grodziska elita. Po wojnie Rembek opisał te spotkania w powieści Wyrok na Franciszka Kłosa (1947). To może jej najlepsze, najbardziej sugestywne fragmenty. Okupacyjne Polaków rozmowy, prowadzone do późnego wieczora, dotyczyły wciąż tych samych tematów: sytuacji na frontach, cen artykułów spożywczych, ostatnich represji ze strony Niemców, wspomaganych przez polskich kolaborantów. Ci ostatni wyróżniali się zwłaszcza podczas wyszukiwania kryjówek Żydów w pobliskich miejscowościach. Czasem zdarzały się im pomyłki: "Walcha, tłumacz policji w Grodzisku, który chwali się, że własnoręcznie zastrzelił już 48 osób, a jeszcze dwie ma jutro zastrzelić w Jaktorowie, ma nieprzyjemności z powodu zabicia Brylówny i jej lokatorów w Milanówku. Podobno jakaś komisja stwierdziła, że nie byli to Żydzi. Wydaje mi się to bajką" (6 czerwca 1943).
Franciszek Kłos, podobnie jak Walcha, istniał naprawdę. ("Z trudnością kupiłem pół kilo słoniny, gdyż Kłos z Walchą rozganiał sprzedających. Nazywają to oni 'nalotami'". 5 stycznia 1942). Przedwojenny policjant po przyjściu Niemców zgłosił się do policji granatowej i zrobił w niej karierę. Wyróżniał się gorliwością w służbie nowym panom, mścił się na rodakach, ale z największą pasją ścigał Żydów, bo właśnie wtedy mógł przez chwilę poczuć się jak Niemiec.
W lipcu 1943 roku znaleziono jego zwłoki w pobliżu torów kolejowych. Niczyja śmierć nie wywołała takiej sensacji w Grodzisku jak śmierć Kłosa. Pamięć o nim nie przetrwała jednak końca wojny (owszem, wspominano przedwojennych stójkowych, jak przed wojną ganiali po mieście paru miejscowych komunistów, którzy rok w rok 1 maja usiłowali przemaszerować główną ulicą z czerwonym sztandarem, częściej budząc wesołość niż oburzenie mieszkańców).
Mieszkałem w Grodzisku 20 lat, ale o Kłosie dowiedziałem się nie od sąsiadów, lecz od Stanisława Rembeka.
Ku swemu zdumieniu dowiedziałem się, że był jakiś pisarz polski, który w czasie wojny mieszkał w moim rodzinnym mieście. I że napisał powieść, której akcja rozgrywa się na tych samych ulicach, którymi przez 12 lat chodziłem do szkoły, w tych samych miejscach (stacja kolejowa, kościół św. Anny, parki, knajpy, przystanki EKD), które znam do znudzenia. Jak to możliwe, że nigdy o nim nie słyszałem?

Łatwiej niż znaleźć było samemu coś stworzyć. Poznałem Tomka, który myślał podobnie. Poza tym wiedział więcej o Grodzisku, bo jego rodzina mieszkała tam już przed wojną. I to właśnie dzięki niemu zaczęło do mnie docierać, że i Grodzisk ma swoją historię.
Któregoś razu wybraliśmy się na miasto uzbrojeni w kamerę ośmiomilimetrową, własność miejscowych zakładów, gdzie ojciec Tomka był chyba kimś w rodzaju kronikarza. Dzięki temu pierwszy i ostatni raz w życiu zdarzyło mi się zagrać w filmie, bo ktoś przecież musiał trzymać kamerę, i padło na Tomka.
Kręciliśmy w starych kamienicach, na podwórkach, na których chyba nikt przed nami nie pojawił się z kamerą. Poszliśmy za tory kolejowe, na stary cmentarz żydowski. Byłem tam pierwszy raz w życiu; niewiele wcześniej pierwszy raz o nim usłyszałem. Trudno było go znaleźć: zarośnięty krzakami, które trzeba było odgarniać, żeby odkryć poprzewracane nagrobki. Przypomniałem sobie wtedy, że takie nagrobki już kiedyś w Grodzisku jako dziecko widziałem, na posesji przy pewnym domu, otaczające studnię, żeby woda wychlapywana z wiader nie wsiąkała w ziemię. Żeby się nie błociło.

Sądząc z opisów w Dzienniku okupacyjnym, Rembek w czasie wojny mieszkał chyba właśnie gdzieś tam.
Rembek publikował w prasie podziemnej, ale o tym w jego Dzienniku nie ma najmniejszej wzmianki. To zapiski zwykłego Polaka, który chce tylko przeżyć, doczekać końca koszmaru, świadomy, że niebezpieczeństwa czyhają z każdej - nawet z polskiej - strony: "Gdy bandyci w Moszczenicy zabili wójta volksdeutscha i oficera policyjnego, rozstrzelano 80 więźniów kryminalnych i 20 politycznych. Co się stało z aresztowanym dyrektorem ubezpieczalni Jakubowskim i innymi, nie wiadomo, gdyż wywieziono ich razem z Żydami. Podobno zadenuncjował ich mój szkolny kolega Szymański, którego nazywaliśmy 'Ofermą'" (10 listopada 1941).
Zwyrodnienie nie ma narodowości: "Medek opowiadał mi o swoich wyczynach frontowych w taki sposób, że poczułem do niego wstręt. (...) Jaś ogromnie się przejął, gdy mu opowiedziałem o sadyzmie Medka, który był jego ulubionym uczniem w Radomiu" (kwiecień 1940).
Wśród rodaków pojawiają się samozwańczy sędziowie: "Na naszym terenie działa jakaś organizacja komunistyczna Gwardii Ludowej podpisująca się 'Kuba'. (...) Bodaj 9 maja spalono w biały dzień wieś Kaleń za to, że w Wielki Piątek dozorcy tamtejsi, wyznaczeni przez Niemców, zabili bolszewickiego spadochroniarza" (6 czerwca 1943).
Pomoc w trudnej chwili może przyjść z najmniej oczekiwanej strony. Dwaj bandyci, udający Niemców, zatrzymują Rembeka i próbują odebrać mu worek z kartoflami. Nagle z pobliskiego domu nadbiega dwóch mężczyzn: "Jakiś siwy jegomość i drugi młodszy w mundurze jakby kolejarza. Wzięli oni opryszków w obroty tak, że niedługo jeden leżał pokrwawiony, a drugi wdał się w pertraktacje" (21 grudnia 1941).
Dwa dni później Rembek notuje: "Podobno ci, co mnie ratowali w niedzielę, byli to volksdeutsche".
Zdarza się też, że pomoc przychodzi od Niemców. Znajomy Rembeka, który wydostał się dzięki łapówce z niewoli niemieckiej, opowiada mu, jak na dworcu we Wrocławiu poznani przy wódce gestapowcy pomogli mu obronić kolegę przed żołnierzem Wehrmachtu (31 lipca 1940).
Rembek, mimo ciągłych łapanek w Warszawie, często jeździ do stolicy. Załatwia interesy, handluje wódką, uczy na nielegalnych kursach, wyszarpuje liche zapomogi z kasy literatów, pożycza pieniądze od krewnych i przyjaciół. Notuje w Dzienniku: "Na ulicach pełno orkiestr i śpiewaków, przeważnie bardzo dobrych, są to bowiem najlepsze nasze siły. Zarabiają podobno nieźle, ale wszystko, co grają, musi przechodzić przez cenzurę, za którą sporo się płaci. Mówił mi o tym Stefan Kisielewski, który również grywa po różnych kawiarniach. Spotkałem go, jak szedł właśnie do takiej cenzury" (4 sierpnia 1940).
Latem to on podejmuje gości ze stolicy w Grodzisku. Opalają się, kąpią w stawie - "całkiem jak przed wojną". Mimo to po kilku latach przychodzi załamanie; Rembek rzuca pisaną z myślą o "po wojnie" Przemoc i szablę, przerywa też swoje dziennikowe zapisy. Wróci do nich po kilku miesiącach, ale nie będzie już prowadził ich tak regularnie, niemal dzień po dniu, jak dotychczas.
Nietrudno zrozumieć dlaczego. Jak długo można opisywać wciąż nowe represje, codzienną udrękę bez nadziei na odmianę losu? Te zapisy są porażająco jednostajne, czyta się je z coraz większym przygnębieniem i znużeniem, nieraz ma się ochotę przerwać lekturę i, na szczęście, w każdej chwili można to zrobić. Rembek nie mógł jednak przestać dostrzegać tego, co działo się wokół niego. Mógł tylko przestać o tym pisać.
Groza wojny zamiast zbliżać, jeszcze bardziej oddala, a do starych uprzedzeń dołączają nowe: "Rano zdarzyła się wielka sensacja, bo powróciła z Lidy majorowa Seniszynowa. (...) Uciekła od rodziców, gdyż bolszewicy prześladują Polaków w straszliwy sposób. Żydzi tamtejsi biją i pastwią się za każde słowo wymówione po polsku" (5 kwietnia 1940).
Okazuje się, że nawet restrykcje okupanta mogą mieć swoje "dobre strony": "Wyparzyliśmy się o tyle porządnie, że obecnie wstęp do łaźni Żydom jest przez Niemców wzbroniony" (18 kwietnia 1940).
Wiadomości o utworzeniu getta w Warszawie jednak się potwierdzają:
"Musiałem dwa razy przejeżdżać przez getto w przededniu zamknięcia. Były tam takie tłumy ludzi na chodnikach i na jezdniach, jakby się odbywała bezustanna demonstracja. Przy przechodzeniu przez ulicę wszyscy Żydzi obnażali głowy. Tramwaj dwukrotnie był rewidowany przez żandarmerię w poszukiwaniu artykułów spożywczych. Podobno już kilku przekupniów chrześcijan zastrzelono. Na jednym położono chleb i masło dla odstraszenia innych. Śmierć ponieśli bodaj ci, którzy odmówili wypełnienia upokarzających praktyk. Schwytanym przekupniom kazali bowiem Niemcy całować Żydów w obnażone pośladki. Jednej babie kazano lizać Żyda w wysmarowany jej śmietaną zadek" (25-27 listopada 1940).Czy te praktyki byłyby mniej upokarzające dla przekupniów, gdyby zadki były chrześcijańskie, a nie żydowskie? Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor tej notatki tak właśnie myślał.
Nawet po tym, jak "komisarz wiejski Lissberg wydał zarządzenie, że Żydom nie wolno opuszczać miasta i że wszelkie patrole mają rozkaz strzelać do każdego Żyda napotkanego poza miastem" (7 lutego 1941), los wysiedlonych do warszawskiego getta grodziskich Żydów wydaje się Rembekowi lepszy niż Polaków: "Na ulicach pusto, a na targu cicho jak w kościele, gdyż już prawie wszyscy Żydzi wynieśli się do Warszawy. (...) Wieczorem ściągnięto rezerwę policji i urządzono obławę na pozostałych Żydów, żeby ich ściągnąć wszystkich na jedno podwórko. Na ich miejsce ma przybyć do Grodziska sześć tysięcy wysiedlonych Polaków z Dąbrowy Górniczej. Tych oczywiście wypuszczą bez niczego, podczas gdy Żydzi zdołali wywieźć lub sprzedać wszystko bardziej wartościowe" (7 lutego 1941).
Wysiedlenie Żydów okazuje się jednak uciążliwe także dla Polaków: "W Grodzisku panował nieopisany chaos w związku z przesiedlaniem się Żydów do Warszawy. Mają oni prawo zabierać z sobą rzeczy do 14 bm. Wyprzedają więc rzeczy za bezcen. Kupują głównie chłopi, którzy w tym celu zjeżdżają do miasteczek. W życiu gospodarczym wywołało to taki chaos, że u Dąbka nie było w restauracji nic do zjedzenia" (4 lutego 1941).
A jak jest w getcie? "Rozmawiałem ze znajomym Żydem Przytyckim, który wrócił z getta i pracuje jako stolarz. Mówi, że w getcie jest drożyzna, ale jest wszystkiego pod dostatkiem. Tylko wysiedleni biedacy nocują na ulicach. Mają ich zabrać do baraków" (2 marca 1941).
Nie wszyscy Żydzi mogą liczyć na taką troskę ze strony Niemców. Nawet wtedy jednak, gdy spotykają ich represje, "oczywiście" najbardziej dostaje się przy tym Polakom: "Przyszły ponure wieści z Siedlec, gdzie wojsko miało urządzić pogrom żydowski, połączony z paleniem domów. Miano tam wezwać żandarmerię z Warszawy, która oczywiście zaczęła się zaraz srożyć wśród ludności polskiej, aresztując jakoby 160 osób" (28 marca 1941).
Nawet o eksterminacji Żydów Rembek pisze lakonicznie, bez cienia współczucia dla mordowanych: "W (...) Treblince mają jakoby wykańczać Żydów warszawskich. Przywożą ich tam stłoczonych po stu pięćdziesięciu w wagonach, wysypanych grubo wapnem niegaszonym i chlorkiem. Trupy wyładowuje się do olbrzymich dołów, wykopanych przez koparki. Potem się wszystko zaorywuje. W ten sposób miano już wywieźć z Warszawy około stu tysięcy" (7 sierpnia 1942).
Skąd ta gradacja cierpienia, dystans wobec losu Żydów, jaki przebija niemal z każdej notatki Rembeka na ich temat? Bez wątpienia szczególną cechą jego pisarstwa był "zimny ogląd", bezlitosne dociekanie prawdy o ludziach, których uczynił bohaterami swoich książek. Tak przecież było także w przypadku Franciszka Kłosa, przeciętnego i w gruncie rzeczy (czy raczej - w normalnych warunkach) poczciwego człowieka, który zbyt późno zrozumiał, że w okupowanym kraju można być tylko po stronie ofiar - lub wspólnikiem katów. I że jeśli raz zacznie się samemu zabijać w ich służbie, to oni zdecydują o tym, kim będą następne ofiary - nawet jeśli początkowo mieli nimi być "tylko" Żydzi.
Z czasem bowiem wspólnie popełnione zbrodnie na Żydach coraz silniej wiążą Kłosa z Niemcami, aż wreszcie naprawdę staje się jednym z nich - proponują mu podpisanie volkslisty, choć w jego żyłach nie płynie kropla niemieckiej krwi. Łączy ich jednak przelana wspólnie krew Polaków i Żydów.

Polak-kolaborant jest bohaterem jeszcze jednej książki Rembeka, późniejszej o kilka lat Ballady o wzgardliwym wisielcu oraz dwu gawęd styczniowych. Tym razem jest to oficer w służbie carskiej, biorący udział w dławieniu powstania 1863 roku. Każe on powiesić żydowskiego chłopca, w którym rozpoznaje łącznika insurekcjonistów.
Nie mieści się w głowie, że przejmująca scena śmierci młodego Żyda, który musiał zginąć z ręki polskiego renegata, by dowieść swojej polskości, wyszła spod pióra tego samego człowieka, który w Dzienniku okupacyjnym pisał: "U Niedźwieckich zastałem wszystkich po pijaństwie z okazji szczęśliwego uwolnienia. Siedziało tam przy stole troje Żydów, których już u Heńka spotykałem. Jedna z Żydówek, zwana panną Hanką, była szczególnie poważana. Na mnie zrobiła dość odstraszające wrażenie ze swoim usiłowaniem naśladowania Grety Garbo przy nieumiejętnie maskowanej chciwości" (4 maja 1940).
Jak wytłumaczyć tę sprzeczność? Być może Rembek, pisząc Balladę już po wojnie, próbował odkupić swoją obojętność wobec losu tych trojga (i tych trzech milionów) ludzi, w których podczas okupacji widział tylko Żydów.
Dziennik okupacyjny nie jest jednak dziełem literackim, to bezpośredni zapis wydarzeń, których autor był świadkiem, a czasem uczestnikiem. Więcej można się z niego dowiedzieć o stanie umysłu niż uczuć Rembeka, wydaje się wręcz, że cechował go pewien chłód emocjonalny - przynajmniej wtedy, gdy sięgał po pióro. Najzimniej jednak pisał o Żydach.
Potrafił natomiast, przynajmniej na początku wojny, zdobyć się na współczucie dla Niemców: "Łódź zasiedlana jest obecnie przez Niemców bałtyckich, których tam nazywają 'Bałtykami'. Otrzymują oni mieszkania i meble po wysiedlonych Polakach. Odbywa się to podobno w ten sposób, że taki amator cudzej własności upatruje sam sobie odpowiednie mieszkanie, które potem władze dla niego rekwirują. W ten sposób co sprytniejsi zdobywają czasami umeblowanie z trzech mieszkań naraz, co uczciwsi natomiast pozostają do dziś dnia w obozach, w warunkach niewiele lepszych niż wysiedleni Polacy. Zresztą również wielu, zwłaszcza dzieci, poginęło od mrozu w czasie samej operacji wysiedlania" (14 kwietnia 1940).
Trzy miesiące później Rembek notuje: "W tramwaju spotkałem niespodziewanie Wacława Sieroszewskiego. Ucieszyliśmy się z siebie nawzajem i wysiadłszy na placu Trzech Krzyży zaczęliśmy rozmawiać o naszym położeniu politycznym. Wyłuszczyłem mu swoją myśl, na którą wpadłem dwa dni temu, że jednak należałoby zacząć paktować z Niemcami, żeby ratować, co się jeszcze da z żywiołu polskiego, i żeby mieć jaką taką siłę zbrojną na wypadek powszechnej rewolucji bolszewickiej, która według mnie grozi bardzo w związku ze spustoszeniem całej niemal Europy. Nie udało mi się jednak wytłumaczyć mu swojego punktu widzenia. W komitecie zastałem [Ferdynanda] Goetla. Również ucieszył się spotkaniem ze mną i zaraz wyszedł do mnie na korytarz. Zacząłem go natychmiast agitować. Zgadzał się z moim punktem widzenia, mówił nawet, że już się coś robi w tym kierunku, ale wcześniej nie zacznie się, jak dopiero na jesieni" (6 lipca 1940).
Hitler nie chciał jednak polskich Quislingów, szykował Polakom i Żydom podobny los. Dwa lata później nikt na terenie Generalnej Guberni nie mógł już mieć co do tego wątpliwości. Ale Rembek nawet wówczas o Żydach pisze tak: "Podobno wywożą z Dworca Gdańskiego po sześciuset Żydów dziennie w zaplombowanych wagonach. Nikt jednak nie wie dokąd. Tymczasem w Piotrkowie getto nadal nie jest szczelnie zamknięte, a w Częstochowie Żydzi podobno mają swobodę ruchów. Panuje tam natomiast straszliwy terror w stosunku do Polaków" (31 lipca 1942).
Dwa miesiące później Niemcy zamykają częstochowskie getto. Rembek notuje: "Przez Milanówek podobno przejeżdżał pociąg zaplombowany z Żydami z Częstochowy. Dawali 20 zł za szklankę wody, nikt im jednak nie podał z obawy przed Niemcami. W Piotrkowie Żydów nie ruszają jakoś" (4 października 1942).
W tym jednym zdaniu: "W Piotrkowie Żydów nie ruszają jakoś", jest wszystko o rzekomej wspólnocie polskiego i żydowskiego męczeństwa. Nie oskarżam Rembeka. Gdybym żył w jego czasach, być może myślałbym podobnie, nawet jeśli dziś trudno mi to sobie wyobrazić. Będąc, kim jestem, i wiedząc, skąd się wziąłem, muszę jednak także tę bolesną prawdę uznać za cząstkę mojego polskiego dziedzictwa.
Każda z jego książek była w jakiś sposób "trefna" w powojennej Polsce: Nagan i W polu ze względu na temat (wojna polsko-bolszewicka 1920 roku), Wyrok na Franciszka Kłosa za sprawą tytułowego antybohatera. Wreszcie Dwie gawędy styczniowe, najlepszy może z jego utworów, a zarazem jeden z najbardziej sugestywnych (bo kreślony z perspektywy bohatera książki, młodego rosyjskiego oficera) literackich obrazów powstania styczniowego. Nie każdego jednak zachęci do lektury fakt, że książkę tę autor zadedykował Bolesławowi Piaseckiemu.
Zaczęto znów o nim mówić i pisać po jego śmierci. Na początku lat 90. Juliusz Machulski na kanwie Dwu gawęd styczniowych nakręcił Szwadron, a niedługo później telewizja pokazała film dokumentalny o Rembeku. Ukazał się jego Dziennik z lat 1914-27, jeszcze w tym roku ma wyjść Przemoc i szabla. Wznowiono W polu.
Dopiero czytając tę powieść, widzi się, jak załgana jest Armia konna Babla (bo arcydzieło literatury bywa - a kto wie, czy nie musi być - genialnym łgarstwem). Dla Babla wojna była tylko materią, którą przekuwał w dzieło literackie, podobnie jak opiewani przezeń bolszewicy wypalali nowy ustrój społeczny w ogniu rewolucji. Taki stosunek do rzeczywistości pozwalał mu czuć się jednym z nich i nie zwariować.
Rembek przeciwnie - pisał tylko, jak wojna wygląda naprawdę. I jak to jest, kiedy człowiekowi przychodzi do głowy myśl: "Jakże prędko się umiera i prędko wtedy przestaje się być podobnym do człowieka!".
Ci dwaj pisarze spotkali się na tamtej wojnie. W nocy z 30 na 31 sierpnia 1920 roku oddział Rembeka wyładował się z pociągu na stacji kolejowej w Zawadach pod Zamościem. Nagły atak bolszewików zaskoczył ich: ci spośród kolegów Rembeka, którzy rzucili broń, zostali zmasakrowani przez Kozaków. Pozostali bronili się do ostatka i zdołali odeprzeć atak.
Obydwaj odnotowali to starcie w swych dziennikach; Babel wykorzystał je także w Armii konnej. Jeśli Rembek czytał tę książkę, z pewnością rozpoznał wśród mordowanych polskich jeńców z opowiadania Szwadronowy Trunow swoich kolegów. Przypuszczam, że musiał wówczas doznawać podobnych uczuć, jakie i mnie towarzyszą, gdy sięgam po Armię konną: zachwytu dla talentu rosyjskiego pisarza i zgrozy wobec przedstawionego przezeń barbarzyństwa ludzi, do których świadomie dołączył.
Rembek zaczął prowadzić swój Dziennik okupacyjny 8 lutego 1940 roku. Babel wówczas od niespełna dwóch tygodni już nie żył, zamordowany przez NKWD. Ta śmierć każe widzieć go w innym, lepszym świetle. Ale czy słusznie?
Rembek dożył sędziwego wieku, ale przez ostatnie 30 lat życia nie pisał. Nie widział dla siebie miejsca w powojennej polskiej literaturze. Zastanawiam się, czy przed śmiercią nie przyszło mu do głowy, że warto byłoby jednak napisać jeszcze jedną grodziską książkę, powieść o tych chłopcach z mojego miasta, którzy w stanie wojennym śmiertelnie postrzelili milicjanta w warszawskim tramwaju. Myślę jednak, że miał już dość zwichrowanych polskich losów, niepotrzebnych cierpień, mrzonek. Bo przecież ani ci chłopcy nie byli powstańcami, ani milicjant - kolaborantem.

Jeśli Rembek wracał po wojnie do Grodziska, przez wiele lat nie miał chyba takiego wrażenia. Czas się tam zatrzymał, do połowy lat 60. niewiele się zmieniało. Przełomowym wydarzeniem było wypchnięcie kolejki WKD (dawniej EKD) z centrum miasta na peryferie, w pobliże zajezdni. Kiedyś dojeżdżała aż do dworca kolejowego, mijając cmentarz, kościół i plac Wolności. Zostały po niej tory, których wydobycie z brukowej nawierzchni odkładano w PRL-u z roku na rok, przez wiele lat.
W III RP główną ulicę miasta, łączącą stację PKP z oddalonym o 10 minut kościołem św. Anny, władze zamknęły dla ruchu kołowego. Wyłożona kostką przekształciła się w największe miejskie centrum handlowe między Pruszkowem a Żyrardowem.
Gazeta Wyborcza nr 48, 26-27 lutego 2000
Panu Lucjanowi Feldmanowi ze Stockholmu dziękuję na zwrócenie mojej uwagi na ten tekst.
(AMK)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||