BALLADA O GRODZISKU





ALEKSANDER KACZOROWSKI



1.

Najciekawszym budynkiem Grodziska Mazowieckiego jest polozony tuz przy torach kolejowych, niedaleko stacji, palacyk. Wiezyczka na przodzie nadaje mu ksztalt lokomotywki i chyba stad wzielo sie przekonanie, ze w budynku tym miescila sie pierwsza grodziska stacja kolejowa. Nie ma jednak co do tego pewnosci, choc od 1845 roku, kiedy otwarto kolej warszawsko-wiedenska, minelo zaledwie 155 lat. Dokumenty zaginely, ci, ktorzy przy tym byli, od dawna nie zyja, a ich potomkowie w wiekszosci nie mieszkaja juz w Grodzisku. W polowie XIX wieku miasto liczylo sobie kilka tysiecy mieszkancow, niemal 80 proc. z nich bylo wyznania mojzeszowego. Totez do dzis mieszkancy sasiednich miejscowosci nazywaja Grodzisk "zydowskim miastem", a grodziszczan - Zydami.




Gwoli scislosci: pierwsza grodziska stacja kolejowa miescila sie nie w Grodzisku, lecz w Jordanowicach, dawnym majatku Mokronowskich, na ktorego gruntach, po pozniejszej parcelacji, powstala znaczna czesc dzisiejszego centrum. W latach 70. XIX wieku w tamtejszym parku zalozono znany zaklad leczniczy dr. Bojasinskiego, do ktorego przyjezdzali na kuracje nerwow i zoladkow obywatele stolicy Przywislanskiego Kraju. Dzis Jordanowice to czesc miasta tak integralna, ze nie przetrwala nawet jej nazwa. Kojarzy sie z nia co najwyzej miejscowy ogrodek jordanowski, ale to oczywiscie mylne skojarzenie. Tak naprawde resztka dawnych Jordanowic jest polozony przy stacji kolejowej park im. Skarbka, o ktorym Boleslaw Prus pisal, ze "jakis hr. 'S' po kazdej niedzieli musi wynajmowac 2-och silnych ludzi, aby oczyscic park swoj z kawalkow papieru, ilosci skorek chleba itp. szczatkow, ktorymi wdzieczni warszawiacy za goscine upiekszaja mu trawniki i klaby".

Zostal tez jeszcze jordanowicki palac Mokronowskich. W nim to w maju 1781 roku goscil "mlody francuski kawaler, nazwiskiem Falquier" (jak zapisal w swym Dzienniku Ernst von Lehndorf, rowniez w tym czasie korzystajacy z gosciny Mokronowskich).

Autor powiesci historycznych z tej jednej notatki zrobilby cala powiesc, w ktorej znalazlaby sie i historia rodu Mokronowskich, i ich Jordanowic, i Grodziska, ich miasta prywatnego, ktore nabyli w XVI wieku od rodziny Okuniow. Bylaby w niej historia grodziskich Zydow, ktorzy sciagneli do miasta po rozbiorach, bylaby historia mieszkancow parafii rzymskokatolickiej (wielka pomoca dla autora moglaby byc praca ks. Mikolaja Bojanka Kosciol i parafia w Grodzisku, Warszawa 1917), bylyby dzieje miejscowych rzemieslnikow zrzeszonych w cechach dekarzy, bednarzy, zdunow i slusarzy, a takze bandazownikow, bialoskornikow i szmuklerow. Byloby cale ich zycie, skupione wowczas w kilku zaledwie domach murowanych i kilkudziesieciu drewnianych, rozrzuconych wokol wiecznie tonacego w blocie rynku.

W dziejach miasta nie brakowalo dramatycznych wydarzen. "Wielkie calamites temporum nastapily i roznych wojsk inskursye: przechodzili Sasi, Kozacy, Polacy, Litwa, Moskale, Tatarzy, Kalmucy i inne narody, ktore szkody wielkie czynily" - pisal grodziski proboszcz Franciszek Rogowski w pierwszych latach XVIII wieku. Byla tez powszednia nedza, ktora nierzadko prowadzila do desperackich czynow, jak w przypadku pewnego piwowara, ktory w 1715 roku "utopil swa 4-letnia coreczke, gdyz nie mial jej co dawac jesc" (Jolanta Choinska-Mika, "Dzieje Grodziska Mazowieckiego od XIII do XVIII wieku" w: Dzieje Grodziska Mazowieckiego, Warszawa 1989).




To wszystko moglby szczegolowo opisac autor powiesci historycznych. Na przyklad ktos taki jak Stanislaw Rembek. Choc jednak akcja jego ksiazek rozgrywa sie w mniej lub bardziej odleglej przeszlosci, nie jest to proza historyczna. Nie jest nia nawet Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawedy styczniowe, jego ostatnia wydana za zycia ksiazka (1956), choc opisane w niej wypadki maja miejsce podczas powstania 1863 roku. To utwory na wskros wspolczesne. A przynajmniej mnie sie tak wydaje, bo za wspolczesnosc uwazam tych ostatnich sto pare lat, kiedy zyli juz moi pradziadowie, pierwsi czlonkowie mojej rodziny, o ktorych cokolwiek wiem i ktorzy dzieki przechowanym w rodzinnej pamieci nazwiskom, zawodom, kilku anegdotom, pozwalaja mi myslec o sobie jako o kims, kto nie wzial sie calkiem znikad, lecz z czastki tej bezimiennej, niepismiennej masy czy to chlopstwa, czy to schlopialej mazowieckiej szlachty.


2.

"Ciagle mysle o moim zmarlym ojcu. Urodzil sie on w Piotrkowie w 1876 roku, akurat gdy dziadka brano na wojne turecka. O ile mi wiadomo, dziadek byl wtedy stolarzem. Pozniej zostal gajowym gdzies nad granica slaska. Ojciec lubil mi opowiadac, jak w tych czasach chodzil z pielgrzymkami do Kalwarii Slaskiej i do Czestochowy. Pozniej oddano go do tzw. aleksandrowki w Piotrkowie. Stal wtedy na stancji na Krakowce, ktora zawsze bardzo lubil. Zaraz po ukonczeniu tej szkoly musial zarabiac na siebie jako rysownik. Mimo to do konca zycia nie przestawal sie ksztalcic sam, zdajac juz za mojej pamieci z szesciu klas, a w 1914 roku mature w Kaliszu. Przed sama wojna zdal egzamin na uprawnionego budowniczego. Do konca zycia pracowal i nigdy nie chorowal, poza nerwami. Posiadal fenomenalna pamiec i zdumiewajacy zapas wiadomosci jak na samouka. Poza budownictwem najbardziej interesowal sie muzyka, malarstwem i spoldzielczoscia" (16 czerwca 1941).
Lubie ten zapis w Dzienniku okupacyjnym Rembeka. Moze dlatego, ze i moj dziadek byl stolarzem, i takze za mojej pamieci moj ojciec zrobil papiery mistrzowskie i pracowal na budowach. To jeden z tych nielicznych zapisow w Dzienniku, ktore przypominaja najlepsze fragmenty prozy autora W polu. Dziennik okupacyjny powstawal bowiem na marginesie wlasciwej aktywnosci pisarskiej Rembeka.

Ta ksiazka burzy wyobrazenia o okupacji, jakie moze miec ktos, kto jej nie przezyl. Znakiem szczegolnym tych lat okazuje sie potworna mieszanina grozy i nudy. Egzystencja, ktora uplywa na codziennych zabiegach o jedzenie i wyprzedawaniu majacych jeszcze jakakolwiek wartosc przedwojenych dobr: obrazow, mebli, ksiazek, wreszcie obraczek slubnych; zycie sprowadzone do podstawowych funkcji biologicznych: zaspokojenia glodu, zapewnienia prowiantu choc na jeden dzien naprzod, zima ogrzania domu, a tak naprawde, dla oszczednosci, jednego pomieszczenia, w ktorym wszyscy jedza, spia, spedzaja wiekszosc czasu.

Rembek zaczal prowadzic swoj Dziennik zima 1940 roku. Nie mogl wiedziec, ze wojna potrwa jeszcze piec zim i ze spedzi je wszystkie w podwarszawskim Grodzisku, gdzie wlasnie zamieszkal. Nie mial jeszcze czterdziestki: najlepszy wiek dla pisarza, ktory zebral juz pierwsze laury, a w glowie ma mnostwo swiezych pomyslow, ktore czekaja tylko, by przeniesc je na papier. Wrzesniowa kleska 1939 roku nie odwiodla go od pracy nad nowa powiescia, nazwana roboczo Przemoc i szabla. Zreszta poczatkowo wydawalo mu sie, ze wojna nie potrwa dlugo; dopiero upadek Francji w lipcu 1940 roku sprawil, ze zaczal gromadzic zapasy zywnosci i opal, by przetrwac nastepna zime. Od tej pory liczyl juz tylko na to, ze Hitler zaatakuje Rosje. Ani on, ani nikt sposrod jego znajomych nie mial watpliwosci, ze tak wlasnie sie stanie: przez caly rok kazdy transport wojskowy, przejezdzajacy przez Grodzisk na Wschod, wydawal sie im zwiastunem nowej "wojny zaborcow".

Widok takich transportow byl wtedy czyms powszednim (takze i dzis przez Grodzisk przejezdza kazdy pociag zmierzajacy z Berlina do Warszawy i dalej, do Moskwy). Rembek slyszal je w nocy; mijal je podczas codziennych marszow z domu na peryferiach miasta do centrum. To tam byl kosciol, w ktorym codziennie rano sie modlil. To tam miescila sie niemiecka komendantura, w ktorej jako byly zolnierz WP musial regularnie sie meldowac. To w Grodzisku mozna bylo zrealizowac kartki na chleb i kupic cos do chleba od handlarzy. A przede wszystkim byla tam knajpa Dabkowskiego, w ktorej spotykali sie przy kieliszku miejscowi inteligenci, urzednicy, ludzie pieniadza. Grodziska elita. Po wojnie Rembek opisal te spotkania w powiesci Wyrok na Franciszka Klosa (1947). To moze jej najlepsze, najbardziej sugestywne fragmenty. Okupacyjne Polakow rozmowy, prowadzone do poznego wieczora, dotyczyly wciaz tych samych tematow: sytuacji na frontach, cen artykulow spozywczych, ostatnich represji ze strony Niemcow, wspomaganych przez polskich kolaborantow. Ci ostatni wyrozniali sie zwlaszcza podczas wyszukiwania kryjowek Zydow w pobliskich miejscowosciach. Czasem zdarzaly sie im pomylki: "Walcha, tlumacz policji w Grodzisku, ktory chwali sie, ze wlasnorecznie zastrzelil juz 48 osob, a jeszcze dwie ma jutro zastrzelic w Jaktorowie, ma nieprzyjemnosci z powodu zabicia Brylowny i jej lokatorow w Milanowku. Podobno jakas komisja stwierdzila, ze nie byli to Zydzi. Wydaje mi sie to bajka" (6 czerwca 1943).

Franciszek Klos, podobnie jak Walcha, istnial naprawde. ("Z trudnoscia kupilem pol kilo sloniny, gdyz Klos z Walcha rozganial sprzedajacych. Nazywaja to oni 'nalotami'". 5 stycznia 1942). Przedwojenny policjant po przyjsciu Niemcow zglosil sie do policji granatowej i zrobil w niej kariere. Wyroznial sie gorliwoscia w sluzbie nowym panom, mscil sie na rodakach, ale z najwieksza pasja scigal Zydow, bo wlasnie wtedy mogl przez chwile poczuc sie jak Niemiec.

W lipcu 1943 roku znaleziono jego zwloki w poblizu torow kolejowych. Niczyja smierc nie wywolala takiej sensacji w Grodzisku jak smierc Klosa. Pamiec o nim nie przetrwala jednak konca wojny (owszem, wspominano przedwojennych stojkowych, jak przed wojna ganiali po miescie paru miejscowych komunistow, ktorzy rok w rok 1 maja usilowali przemaszerowac glowna ulica z czerwonym sztandarem, czesciej budzac wesolosc niz oburzenie mieszkancow).

Mieszkalem w Grodzisku 20 lat, ale o Klosie dowiedzialem sie nie od sasiadow, lecz od Stanislawa Rembeka.


3.

A tak naprawde od Marka Nowakowskiego. Kilka lat temu wpadl mi w rece jego Karnawal i post w starym, drugoobiegowym wydaniu "Nowej". Tam wlasnie znalazlem tekst poswiecony zmarlemu wowczas Rembekowi.

Ku swemu zdumieniu dowiedzialem sie, ze byl jakis pisarz polski, ktory w czasie wojny mieszkal w moim rodzinnym miescie. I ze napisal powiesc, ktorej akcja rozgrywa sie na tych samych ulicach, ktorymi przez 12 lat chodzilem do szkoly, w tych samych miejscach (stacja kolejowa, kosciol sw. Anny, parki, knajpy, przystanki EKD), ktore znam do znudzenia. Jak to mozliwe, ze nigdy o nim nie slyszalem?




Gdybym jeszcze nie szukal sladow przeszlosci tego miasta. Ale ja wlasnie szukalem ich: chcialem dowiedziec sie czegos o miejscu, w ktorym zylem, o jego dawnych mieszkancach i o tym, jak ono wtedy wygladalo. Marzylem, ze przeczytam kiedys ksiazke, ktorej autor opisze moje rodzinne miasto tak, jak Izaak Babel opisal Mikolajow w Historii mojego golebnika albo rodzinne miasto w Opowiadaniach odeskich. Moze dlatego, ze odkad nauczylem sie czytac, mialem poczucie zycia w dwu wymiarach rzeczywistosci: tej z ksiazek i tej wokol mnie. Ta pierwsza byla nieskonczenie bogatsza, ciekawsza, porywajaca. Z czasem rozziew miedzy nimi powiekszal sie coraz bardziej. Zrozumialem, ze musze w tej beznadziejnie nudnej, prowincjonalnej, peerelowskiej rzeczywistosci polowy lat 1980. znalezc cos, co korespondowaloby z tym ciekawszym, lepszym swiatem - swiatem literatury.

Latwiej niz znalezc bylo samemu cos stworzyc. Poznalem Tomka, ktory myslal podobnie. Poza tym wiedzial wiecej o Grodzisku, bo jego rodzina mieszkala tam juz przed wojna. I to wlasnie dzieki niemu zaczelo do mnie docierac, ze i Grodzisk ma swoja historie.

Ktoregos razu wybralismy sie na miasto uzbrojeni w kamere osmiomilimetrowa, wlasnosc miejscowych zakladow, gdzie ojciec Tomka byl chyba kims w rodzaju kronikarza. Dzieki temu pierwszy i ostatni raz w zyciu zdarzylo mi sie zagrac w filmie, bo ktos przeciez musial trzymac kamere, i padlo na Tomka.

Krecilismy w starych kamienicach, na podworkach, na ktorych chyba nikt przed nami nie pojawil sie z kamera. Poszlismy za tory kolejowe, na stary cmentarz zydowski. Bylem tam pierwszy raz w zyciu; niewiele wczesniej pierwszy raz o nim uslyszalem. Trudno bylo go znalezc: zarosniety krzakami, ktore trzeba bylo odgarniac, zeby odkryc poprzewracane nagrobki. Przypomnialem sobie wtedy, ze takie nagrobki juz kiedys w Grodzisku jako dziecko widzialem, na posesji przy pewnym domu, otaczajace studnie, zeby woda wychlapywana z wiader nie wsiakala w ziemie. Zeby sie nie blocilo.




Nastepnym razem poszlismy wzdluz torow kolejowych w kierunku Warszawy. Minelismy z lewej strony wiadukt nad torami, zaczely sie laki, potem lasek. Stal tam opuszczony dom, wlasciwie same sciany, bez dachu. Tym razem bylo nas czterech czy pieciu. Zaczelismy krecic, gdy z oddalonej o jakies sto metrow posesji wybiegl wlasciciel z kijem i zaczal wykrzykiwac cos w nasza strone. Dalismy noge.

Sadzac z opisow w Dzienniku okupacyjnym, Rembek w czasie wojny mieszkal chyba wlasnie gdzies tam.


4.

Urodzil sie w Lodzi w 1901 roku. Walczyl w wojnie polsko-bolszewickiej. Studiowal historie, pracowal jako nauczyciel w Radomiu i Piotrkowie Trybunalskim. Zadebiutowal w 1928 roku ( Nagan). W 1937 roku wydal nastepna powiesc - W polu. Obydwie opowiadaly o wojnie 1920 roku i to dzieki nim w 1940 roku nawet w prowincjonalnym Grodzisku znalazlo sie kilku ludzi (byly burmistrz, oficer rezerwy, przedsiebiorca, kamienicznik i wlasciciel knajpy), ktorzy wiedzieli, ze ich nowy znajomy przed wojna byl jednym z najbardziej obiecujacych rodzimych prozaikow.

Rembek publikowal w prasie podziemnej, ale o tym w jego Dzienniku nie ma najmniejszej wzmianki. To zapiski zwyklego Polaka, ktory chce tylko przezyc, doczekac konca koszmaru, swiadomy, ze niebezpieczenstwa czyhaja z kazdej - nawet z polskiej - strony: "Gdy bandyci w Moszczenicy zabili wojta volksdeutscha i oficera policyjnego, rozstrzelano 80 wiezniow kryminalnych i 20 politycznych. Co sie stalo z aresztowanym dyrektorem ubezpieczalni Jakubowskim i innymi, nie wiadomo, gdyz wywieziono ich razem z Zydami. Podobno zadenuncjowal ich moj szkolny kolega Szymanski, ktorego nazywalismy 'Oferma'" (10 listopada 1941).

Zwyrodnienie nie ma narodowosci: "Medek opowiadal mi o swoich wyczynach frontowych w taki sposob, ze poczulem do niego wstret. (...) Jas ogromnie sie przejal, gdy mu opowiedzialem o sadyzmie Medka, ktory byl jego ulubionym uczniem w Radomiu" (kwiecien 1940).

Wsrod rodakow pojawiaja sie samo- zwanczy sedziowie: "Na naszym terenie dziala jakas organizacja komunistyczna Gwardii Ludowej podpisujaca sie 'Kuba'. (...) Bodaj 9 maja spalono w bialy dzien wies Kalen za to, ze w Wielki Piatek dozorcy tamtejsi, wyznaczeni przez Niemcow, zabili bolszewickiego spadochroniarza" (6 czerwca 1943).

Pomoc w trudnej chwili moze przyjsc z najmniej oczekiwanej strony. Dwaj bandyci, udajacy Niemcow, zatrzymuja Rembeka i probuja odebrac mu worek z kartoflami. Nagle z pobliskiego domu nadbiega dwoch mezczyzn: "Jakis siwy jegomosc i drugi mlodszy w mundurze jakby kolejarza. Wzieli oni opryszkow w obroty tak, ze niedlugo jeden lezal pokrwawiony, a drugi wdal sie w pertraktacje" (21 grudnia 1941).

Dwa dni pozniej Rembek notuje: "Podobno ci, co mnie ratowali w niedziele, byli to volksdeutsche".

Zdarza sie tez, ze pomoc przychodzi od Niemcow. Znajomy Rembeka, ktory wydostal sie dzieki lapowce z niewoli niemieckiej, opowiada mu, jak na dworcu we Wroclawiu poznani przy wodce gestapowcy pomogli mu obronic kolege przed zolnierzem Wehrmachtu (31 lipca 1940).

Rembek, mimo ciaglych lapanek w Warszawie, czesto jezdzi do stolicy. Zalatwia interesy, handluje wodka, uczy na nielegalnych kursach, wyszarpuje liche zapomogi z kasy literatow, pozycza pieniadze od krewnych i przyjaciol. Notuje w Dzienniku: "Na ulicach pelno orkiestr i spiewakow, przewaznie bardzo dobrych, sa to bowiem najlepsze nasze sily. Zarabiaja podobno niezle, ale wszystko, co graja, musi przechodzic przez cenzure, za ktora sporo sie placi. Mowil mi o tym Stefan Kisielewski, ktory rowniez grywa po roznych kawiarniach. Spotkalem go, jak szedl wlasnie do takiej cenzury" (4 sierpnia 1940).

Latem to on podejmuje gosci ze stolicy w Grodzisku. Opalaja sie, kapia w stawie - "calkiem jak przed wojna". Mimo to po kilku latach przychodzi zalamanie; Rembek rzuca pisana z mysla o "po wojnie" Przemoc i szable, przerywa tez swoje dziennikowe zapisy. Wroci do nich po kilku miesiacach, ale nie bedzie juz prowadzil ich tak regularnie, niemal dzien po dniu, jak dotychczas.

Nietrudno zrozumiec dlaczego. Jak dlugo mozna opisywac wciaz nowe represje, codzienna udreke bez nadziei na odmiane losu? Te zapisy sa porazajaco jednostajne, czyta sie je z coraz wiekszym przygnebieniem i znuzeniem, nieraz ma sie ochote przerwac lekture i, na szczescie, w kazdej chwili mozna to zrobic. Rembek nie mogl jednak przestac dostrzegac tego, co dzialo sie wokol niego. Mogl tylko przestac o tym pisac.


5.

Dziennik okupacyjny to takze niezwykle swiadectwo obcosci dzielacej Polakow i Zydow. W tych zapiskach, prowadzonych przeciez na wlasny uzytek, nie przeznaczonych do druku, Rembek nie sili sie na udawane wspolczucie. Poczatkowo zreszta los Zydow wydaje mu sie nawet lepszy niz Polakow: "Od Chmielnej do Krolewskiej wszystkie wschodnie bocznice Marszalkowskiej sa zagrodzone wysokim szczelnym murem, na wierzchu ktorego sterczy potluczone szklo. Przypuszcza sie ogolnie, ze sa to prace przedwstepne do utworzenia getta. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, bo jednak w Warszawie, jak i gdzie indziej, Niemcy obchodza sie z Zydami o wiele lepiej niz z Polakami" (4 maja 1940).

Groza wojny zamiast zblizac, jeszcze bardziej oddala, a do starych uprzedzen dolaczaja nowe: "Rano zdarzyla sie wielka sensacja, bo powrocila z Lidy majorowa Seniszynowa. (...) Uciekla od rodzicow, gdyz bolszewicy przesladuja Polakow w straszliwy sposob. Zydzi tamtejsi bija i pastwia sie za kazde slowo wymowione po polsku" (5 kwietnia 1940).

Okazuje sie, ze nawet restrykcje okupanta moga miec swoje "dobre strony": "Wyparzylismy sie o tyle porzadnie, ze obecnie wstep do lazni Zydom jest przez Niemcow wzbroniony" (18 kwietnia 1940).

Wiadomosci o utworzeniu getta w Warszawie jednak sie potwierdzaja:

"Musialem dwa razy przejezdzac przez getto w przededniu zamkniecia. Byly tam takie tlumy ludzi na chodnikach i na jezdniach, jakby sie odbywala bezustanna demonstracja. Przy przechodzeniu przez ulice wszyscy Zydzi obnazali glowy. Tramwaj dwukrotnie byl rewidowany przez zandarmerie w poszukiwaniu artykulow spozywczych. Podobno juz kilku przekupniow chrzescijan zastrzelono. Na jednym polozono chleb i maslo dla odstraszenia innych. Smierc poniesli bodaj ci, ktorzy odmowili wypelnienia upokarzajacych praktyk. Schwytanym przekupniom kazali bowiem Niemcy calowac Zydow w obnazone posladki. Jednej babie kazano lizac Zyda w wysmarowany jej smietana zadek" (25-27 listopada 1940).
Czy te praktyki bylyby mniej upokarzajace dla przekupniow, gdyby zadki byly chrzescijanskie, a nie zydowskie? Trudno oprzec sie wrazeniu, ze autor tej notatki tak wlasnie myslal.

Nawet po tym, jak "komisarz wiejski Lissberg wydal zarzadzenie, ze Zydom nie wolno opuszczac miasta i ze wszelkie patrole maja rozkaz strzelac do kazdego Zyda napotkanego poza miastem" (7 lutego 1941), los wysiedlonych do warszawskiego getta grodziskich Zydow wydaje sie Rembekowi lepszy niz Polakow: "Na ulicach pusto, a na targu cicho jak w kosciele, gdyz juz prawie wszyscy Zydzi wyniesli sie do Warszawy. (...) Wieczorem sciagnieto rezerwe policji i urzadzono oblawe na pozostalych Zydow, zeby ich sciagnac wszystkich na jedno podworko. Na ich miejsce ma przybyc do Grodziska szesc tysiecy wysiedlonych Polakow z Dabrowy Gorniczej. Tych oczywiscie wypuszcza bez niczego, podczas gdy Zydzi zdolali wywiezc lub sprzedac wszystko bardziej wartosciowe" (7 lutego 1941).

Wysiedlenie Zydow okazuje sie jednak uciazliwe takze dla Polakow: "W Grodzisku panowal nieopisany chaos w zwiazku z przesiedlaniem sie Zydow do Warszawy. Maja oni prawo zabierac z soba rzeczy do 14 bm. Wyprzedaja wiec rzeczy za bezcen. Kupuja glownie chlopi, ktorzy w tym celu zjezdzaja do miasteczek. W zyciu gospodarczym wywolalo to taki chaos, ze u Dabka nie bylo w restauracji nic do zjedzenia" (4 lutego 1941).

A jak jest w getcie? "Rozmawialem ze znajomym Zydem Przytyckim, ktory wrocil z getta i pracuje jako stolarz. Mowi, ze w getcie jest drozyzna, ale jest wszystkiego pod dostatkiem. Tylko wysiedleni biedacy nocuja na ulicach. Maja ich zabrac do barakow" (2 marca 1941).

Nie wszyscy Zydzi moga liczyc na taka troske ze strony Niemcow. Nawet wtedy jednak, gdy spotykaja ich represje, "oczywiscie" najbardziej dostaje sie przy tym Polakom: "Przyszly ponure wiesci z Siedlec, gdzie wojsko mialo urzadzic pogrom zydowski, polaczony z paleniem domow. Miano tam wezwac zandarmerie z Warszawy, ktora oczywiscie zaczela sie zaraz srozyc wsrod ludnosci polskiej, aresztujac jakoby 160 osob" (28 marca 1941).

Nawet o eksterminacji Zydow Rembek pisze lakonicznie, bez cienia wspolczucia dla mordowanych: "W (...) Treblince maja jakoby wykanczac Zydow warszawskich. Przywoza ich tam stloczonych po stu piecdziesieciu w wagonach, wysypanych grubo wapnem niegaszonym i chlorkiem. Trupy wyladowuje sie do olbrzymich dolow, wykopanych przez koparki. Potem sie wszystko zaorywuje. W ten sposob miano juz wywiezc z Warszawy okolo stu tysiecy" (7 sierpnia 1942). Skad ta gradacja cierpienia, dystans wobec losu Zydow, jaki przebija niemal z kazdej notatki Rembeka na ich temat? Bez watpienia szczegolna cecha jego pisarstwa byl "zimny oglad", bezlitosne dociekanie prawdy o ludziach, ktorych uczynil bohaterami swoich ksiazek. Tak przeciez bylo takze w przypadku Franciszka Klosa, przecietnego i w gruncie rzeczy (czy raczej - w normalnych warunkach) poczciwego czlowieka, ktory zbyt pozno zrozumial, ze w okupowanym kraju mozna byc tylko po stronie ofiar - lub wspolnikiem katow. I ze jesli raz zacznie sie samemu zabijac w ich sluzbie, to oni zdecyduja o tym, kim beda nastepne ofiary - nawet jesli poczatkowo mieli nimi byc "tylko" Zydzi. Z czasem bowiem wspolnie popelnione zbrodnie na Zydach coraz silniej wiaza Klosa z Niemcami, az wreszcie naprawde staje sie jednym z nich - proponuja mu podpisanie volkslisty, choc w jego zylach nie plynie kropla niemieckiej krwi. Laczy ich jednak przelana wspolnie krew Polakow i Zydow.




Ale nie dlatego dosiegla Klosa zemsta rodakow. W istocie zginal za to, ze nie potrafil oprzec sie uprzedzeniom, ktore wyniosl z wlasnej narodowej wspolnoty (a okupanci tylko je wykorzystali). To rodzimy antysemityzm pchnal go do kolaboracji i uczynil katem. Takze Polakow.

Polak-kolaborant jest bohaterem jeszcze jednej ksiazki Rembeka, pozniejszej o kilka lat Ballady o wzgardliwym wisielcu oraz dwu gawed styczniowych. Tym razem jest to oficer w sluzbie carskiej, bioracy udzial w dlawieniu powstania 1863 roku. Kaze on powiesic zydowskiego chlopca, w ktorym rozpoznaje lacznika insurekcjonistow.

Nie miesci sie w glowie, ze przejmujaca scena smierci mlodego Zyda, ktory musial zginac z reki polskiego renegata, by dowiesc swojej polskosci, wyszla spod piora tego samego czlowieka, ktory w Dzienniku okupacyjnym pisal: "U Niedzwieckich zastalem wszystkich po pijanstwie z okazji szczesliwego uwolnienia. Siedzialo tam przy stole troje Zydow, ktorych juz u Henka spotykalem. Jedna z Zydowek, zwana panna Hanka, byla szczegolnie powazana. Na mnie zrobila dosc odstraszajace wrazenie ze swoim usilowaniem nasladowania Grety Garbo przy nieumiejetnie maskowanej chciwosci" (4 maja 1940).

Jak wytlumaczyc te sprzecznosc? Byc moze Rembek, piszac Ballade juz po wojnie, probowal odkupic swoja obojetnosc wobec losu tych trojga (i tych trzech milionow) ludzi, w ktorych podczas okupacji widzial tylko Zydow.

Dziennik okupacyjny nie jest jednak dzielem literackim, to bezposredni zapis wydarzen, ktorych autor byl swiadkiem, a czasem uczestnikiem. Wiecej mozna sie z niego dowiedziec o stanie umyslu niz uczuc Rembeka, wydaje sie wrecz, ze cechowal go pewien chlod emocjonalny - przynajmniej wtedy, gdy siegal po pioro. Najzimniej jednak pisal o Zydach.

Potrafil natomiast, przynajmniej na poczatku wojny, zdobyc sie na wspolczucie dla Niemcow: "Lodz zasiedlana jest obecnie przez Niemcow baltyckich, ktorych tam nazywaja 'Baltykami'. Otrzymuja oni mieszkania i meble po wysiedlonych Polakach. Odbywa sie to podobno w ten sposob, ze taki amator cudzej wlasnosci upatruje sam sobie odpowiednie mieszkanie, ktore potem wladze dla niego rekwiruja. W ten sposob co sprytniejsi zdobywaja czasami umeblowanie z trzech mieszkan naraz, co uczciwsi natomiast pozostaja do dzis dnia w obozach, w warunkach niewiele lepszych niz wysiedleni Polacy. Zreszta rowniez wielu, zwlaszcza dzieci, poginelo od mrozu w czasie samej operacji wysiedlania" (14 kwietnia 1940).

Trzy miesiace pozniej Rembek notuje: "W tramwaju spotkalem niespodziewanie Waclawa Sieroszewskiego. Ucieszylismy sie z siebie nawzajem i wysiadlszy na placu Trzech Krzyzy zaczelismy rozmawiac o naszym polozeniu politycznym. Wyluszczylem mu swoja mysl, na ktora wpadlem dwa dni temu, ze jednak nalezaloby zaczac paktowac z Niemcami, zeby ratowac, co sie jeszcze da z zywiolu polskiego, i zeby miec jaka taka sile zbrojna na wypadek powszechnej rewolucji bolszewickiej, ktora wedlug mnie grozi bardzo w zwiazku ze spustoszeniem calej niemal Europy. Nie udalo mi sie jednak wytlumaczyc mu swojego punktu widzenia. W komitecie zastalem [Ferdynanda] Goetla. Rowniez ucieszyl sie spotkaniem ze mna i zaraz wyszedl do mnie na korytarz. Zaczalem go natychmiast agitowac. Zgadzal sie z moim punktem widzenia, mowil nawet, ze juz sie cos robi w tym kierunku, ale wczesniej nie zacznie sie, jak dopiero na jesieni" (6 lipca 1940).

Hitler nie chcial jednak polskich Quislingow, szykowal Polakom i Zydom podobny los. Dwa lata pozniej nikt na terenie Generalnej Guberni nie mogl juz miec co do tego watpliwosci. Ale Rembek nawet wowczas o Zydach pisze tak: "Podobno wywoza z Dworca Gdanskiego po szesciuset Zydow dziennie w zaplombowanych wagonach. Nikt jednak nie wie dokad. Tymczasem w Piotrkowie getto nadal nie jest szczelnie zamkniete, a w Czestochowie Zydzi podobno maja swobode ruchow. Panuje tam natomiast straszliwy terror w stosunku do Polakow" (31 lipca 1942).

Dwa miesiace pozniej Niemcy zamykaja czestochowskie getto. Rembek notuje: "Przez Milanowek podobno przejezdzal pociag zaplombowany z Zydami z Czestochowy. Dawali 20 zl za szklanke wody, nikt im jednak nie podal z obawy przed Niemcami. W Piotrkowie Zydow nie ruszaja jakos" (4 pazdziernika 1942). W tym jednym zdaniu: "W Piotrkowie Zydow nie ruszaja jakos", jest wszystko o rzekomej wspolnocie polskiego i zydowskiego meczenstwa. Nie oskarzam Rembeka. Gdybym zyl w jego czasach, byc moze myslalbym podobnie, nawet jesli dzis trudno mi to sobie wyobrazic. Bedac, kim jestem, i wiedzac, skad sie wzialem, musze jednak takze te bolesna prawde uznac za czastke mojego polskiego dziedzictwa.


6.

Po wojnie Rembek opublikowal zaledwie dwie nowe ksiazki: Wyrok na Franciszka Klosa (1947) i Ballade o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawedy styczniowe (1956). Od konca lat 50. tylko sporadyczne wznowienia tych dwu tytulow przypominaly czytelnikom o jego istnieniu. Gdy zmarl w 1985 roku w Warszawie, byl wlasciwie autorem zapomnianym.

Kazda z jego ksiazek byla w jakis sposob "trefna" w powojennej Polsce: Nagan i W polu ze wzgledu na temat (wojna polsko-bolszewicka 1920 roku), Wyrok na Franciszka Klosa za sprawa tytulowego antybohatera. Wreszcie Dwie gawedy styczniowe, najlepszy moze z jego utworow, a zarazem jeden z najbardziej sugestywnych (bo kreslony z perspektywy bohatera ksiazki, mlodego rosyjskiego oficera) literackich obrazow powstania styczniowego. Nie kazdego jednak zacheci do lektury fakt, ze ksiazke te autor zadedykowal Boleslawowi Piaseckiemu.

Zaczeto znow o nim mowic i pisac po jego smierci. Na poczatku lat 90. Juliusz Machulski na kanwie Dwu gawed styczniowych nakrecil Szwadron, a niedlugo pozniej telewizja pokazala film dokumentalny o Rembeku. Ukazal sie jego Dziennik z lat 1914-27, jeszcze w tym roku ma wyjsc Przemoc i szabla. Wznowiono W polu.

Dopiero czytajac te powiesc, widzi sie, jak zalgana jest Armia konna Babla (bo arcydzielo literatury bywa - a kto wie, czy nie musi byc - genialnym lgarstwem). Dla Babla wojna byla tylko materia, ktora przekuwal w dzielo literackie, podobnie jak opiewani przezen bolszewicy wypalali nowy ustroj spoleczny w ogniu rewolucji. Taki stosunek do rzeczywistosci pozwalal mu czuc sie jednym z nich i nie zwariowac.

Rembek przeciwnie - pisal tylko, jak wojna wyglada naprawde. I jak to jest, kiedy czlowiekowi przychodzi do glowy mysl: "Jakze predko sie umiera i predko wtedy przestaje sie byc podobnym do czlowieka!".

Ci dwaj pisarze spotkali sie na tamtej wojnie. W nocy z 30 na 31 sierpnia 1920 roku oddzial Rembeka wyladowal sie z pociagu na stacji kolejowej w Zawadach pod Zamosciem. Nagly atak bolszewikow zaskoczyl ich: ci sposrod kolegow Rembeka, ktorzy rzucili bron, zostali zmasakrowani przez Kozakow. Pozostali bronili sie do ostatka i zdolali odeprzec atak.

Obydwaj odnotowali to starcie w swych dziennikach; Babel wykorzystal je takze w Armii konnej. Jesli Rembek czytal te ksiazke, z pewnoscia rozpoznal wsrod mordowanych polskich jencow z opowiadania Szwadronowy Trunow swoich kolegow. Przypuszczam, ze musial wowczas doznawac podobnych uczuc, jakie i mnie towarzysza, gdy siegam po Armie konna: zachwytu dla talentu rosyjskiego pisarza i zgrozy wobec przedstawionego przezen barbarzynstwa ludzi, do ktorych swiadomie dolaczyl.

Rembek zaczal prowadzic swoj Dziennik okupacyjny 8 lutego 1940 roku. Babel wowczas od niespelna dwoch tygodni juz nie zyl, zamordowany przez NKWD. Ta smierc kaze widziec go w innym, lepszym swietle. Ale czy slusznie?

Rembek dozyl sedziwego wieku, ale przez ostatnie 30 lat zycia nie pisal. Nie widzial dla siebie miejsca w powojennej polskiej literaturze. Zastanawiam sie, czy przed smiercia nie przyszlo mu do glowy, ze warto byloby jednak napisac jeszcze jedna grodziska ksiazke, powiesc o tych chlopcach z mojego miasta, ktorzy w stanie wojennym smiertelnie postrzelili milicjanta w warszawskim tramwaju. Mysle jednak, ze mial juz dosc zwichrowanych polskich losow, niepotrzebnych cierpien, mrzonek. Bo przeciez ani ci chlopcy nie byli powstancami, ani milicjant - kolaborantem.


7.

Pamietam ten grodziski targ, na ktorym Klos urzadzal "naloty" na przekupniow. Mysle, ze wiem, gdzie byla knajpa Dabkowskiego. Jako dziecko chodzilem na katecheze na stara grodziska plebanie. Wychowalem sie przy jednej z tych przecznic ulicy Nadarzynskiej (pozniej Swierczewskiego, obecnie Okulickiego), gdzie Rembek wiosna 1941 roku roznosil "wezwania platnicze z ubezpieczalni od ognia".




Dzis wszystkie te miejsca wygladaja calkiem inaczej. Grodzisk rozdwoil sie w mojej swiadomosci na dwa miasta: to, ktore czasem odwiedzam, i to zapamietane. Rozziew miedzy nimi wciaz sie powieksza.

Jesli Rembek wracal po wojnie do Grodziska, przez wiele lat nie mial chyba takiego wrazenia. Czas sie tam zatrzymal, do polowy lat 60. niewiele sie zmienialo. Przelomowym wydarzeniem bylo wypchniecie kolejki WKD (dawniej EKD) z centrum miasta na peryferie, w poblize zajezdni. Kiedys dojezdzala az do dworca kolejowego, mijajac cmentarz, kosciol i plac Wolnosci. Zostaly po niej tory, ktorych wydobycie z brukowej nawierzchni odkladano w PRL-u z roku na rok, przez wiele lat.

W III RP glowna ulice miasta, laczaca stacje PKP z oddalonym o 10 minut kosciolem sw. Anny, wladze zamknely dla ruchu kolowego. Wylozona kostka przeksztalcila sie w najwieksze miejskie centrum handlowe miedzy Pruszkowem a Zyrardowem.


Gazeta Wyborcza nr 48, 26-27 lutego 2000





Aleksander Kaczorowski jest dziennikarzem Gazety Wyborczej. Serdecznie Mu dziekuje za zgode na przedruk w Zwojach tego znakomitego i waznego tekstu oraz za wskazanie mi zrodla dawnych fotografii z Grodziska Mazowieckiego na internetowej stronie tego miasta pod adresem http://www.grodzisk.pl

Panu Lucjanowi Feldmanowi ze Stockholmu dziekuje na zwrocenie mojej uwagi na ten tekst.   (AMK)







Copyright © 1997-2000 Zwoje