Z KURNIKA W HIMALAJE





z   RYSZARDEM SZAFIRSKIM

taternikiem - alpinistą - himalaistą

rozmawiają Antoni Wolak i Andrzej Żurek



"High Park" (HP): Ryszard, w Twórczości, z maja 1998 roku, znaleźliśmy sympatyczny tekst, w którym wiele o tobie. Autor zatytułował go Himalaje, Świerszcze i Poezja, a zaczyna się tak:

Było to w Zakopanem; razem z Ryśkiem Szafirskim, himalaistą (tudzież awanturnikiem i poszukiwaczem przygód), przymierzaliśmy się do wielkich interesów, które w przyszłości miały nam umożliwić kupno upatrzonej willi w lesie. Żona Ryśka była w ciąży, a on wyjechał w Himalaje, by zdobywać szczyt o bardzo trudnej do wymówienia nazwie. Wiadomość o urodzinach córki dopadła Ryśka w momencie, gdy zatykał biało-czerwoną flagę na nie zdobytym dotąd szczycie. Wysłuchał przez radiotelefon radosnej nowiny, a robiąc panoramę fotograficzną ze szczytu, zwrócił uwagę na pobliski, wielkiej i rzadkiej urody szczyt o nazwie Laila. Zadecydował, że jego córka tak będzie miała na imię, a jej rękę obiecał temu, kto pierwszy zdobędzie dziewiczy szczyt o nazwie Laila. Kilka lat później na Laili stanęli himalaiści japońscy (... ).
Ryszard Szafirski (RS): To ci historia... Z drobnym poplątaniem faktów i czasów. Napisana przez Pawła Zawadzkiego?

HP: Zgadłeś. Teraz wasze wille stoją obok siebie w lesie, gdzieś pod Zakopanem?

RS: Z willi nic nie wyszło, a Paweł zajął się metaloplastyką. A tak naprawdę, interesowały go tylko książki. Siedział w nich zanurzony po uszy.

HP: Domyślamy się, że Laila wyszła za mąż za Japończyka.

RS: Niedawno ukończyła prawo, w Polsce, i jest jeszcze panną. Za żadnego z himalaistów, którzy zdobyli ów szczyt pewnie nie wyjdzie, ale może za jakiegoś biznesmana z Japonii... Pełno ich w kraju.




HP: Cofnijmy się do odległej przeszłości. Ile lat minęło od twojego pierwszego zimowego przejścia filaru Kazalnicy - wyczynu, którym szturmem wszedłeś do czołówki polskich taterników.

RS: Ponad ćwierć wieku. Filar Kazalnicy zrobiliśmy z Luckiem Sadusiem w marcu 1963 roku. Ale moja tatrzańska nobilitacja odbyła się wcześniej. Z Markiem Brodzkim zrobiliśmy 10-te przejście "Wariantu R" na Mnichu. Tam wtedy, w 61., było gęsto. Dało o sobie znać "Pokolenie 60": Heinrich, Kurczab, Saduś, Zdzitowiecki, Chrobak, Łaukajtis, Mróz, no i ja. Uważaliśmy się za grupę, razem spędzaliśmy wolny czas, razem się wspinaliśmy. W Tatrach rozwinęło się ogromne współzawodnictwo, począwszy od nieco starszego od nas pokolenia "Palanta" - Jana Długosza . Ale tak naprawdę to rywalizacja ta weszła w najostrzejsze stadium na przełomie lat 60. Najlepiej zilustruje to historia Wariantu R". Piąte albo szóste przejście zrobili Maciej "Sprężyna" Gryczyński i Jerzy Michalski z Łodzi. Andrzej Heinrich i Lucjan Saduś poprosili ich o radę, jakie haki zabrać na "R-a". Pokazali im wszystkie swoje haki, a tamci, jak się później okazało, odrzucili te najbardziej potrzebne. No i jeszcze Gryczyński zaznaczył, że to przejście dla doświadczonych taterników, a nie dla amatorów. Zrobiła się chryja na całego. Po tym wszystkim Andrzej Heinrich rzucił hasło żeby utrzeć nosa zarozumialcom - "Teraz będzie dziesięć przejść R-a". Powstała dosłownie kolejka na Mnicha. Numer wykręcony przez Gryczyńskiego i Michalskiego doprowadził w efekcie do zdeklasowania "Wariantu R". Zagotowało się w środowisku. Zaczęło się zdobywanie tych nietkniętych i tych zdobytych już ścian, na których szukano ekstremalnych przejść. No, a ja po powrocie do Katowic, w tym pamiętnym 61 roku, chodziłem cały dumny ze zdobycia "R-a".

HP: Ha! To my ci przypomnimy słowa partnera wielu twoich wypraw, Adama Zyzaka, z Optymisty z września 1994 roku: "Jesienią chodziłem cały dumny z sukcesów sezonu. Niespodziewanie w pracy przedstawiono mi nowego pracownika, który rzekomo miał zrobić dziesiąte przejście 'R-a'. Myślałem, że to kawał - ale nie. Był to Rysio Szafirski, przedstawiciel Pokolenia lat 60-tych. Przypadliśmy sobie do gustu i już wczesnym latem ruszyliśmy na Giewont od północy, a potem na Słowację i dalej".

RS: Do czasu tego przypadkowego spotkania w moim pierwszym miejscu pracy, Głównym Instytucie Górnictwa [GIG] w Katowicach, ani ja nie słyszałem o Zyzaku, zdobywcy "R-a", ani on o mnie. I rzeczywiście, ruszyliśmy razem w góry.

HP: Kiedy po raz pierwszy wybrałeś się w Tatry?

RS: Było to w roku 1956, po pierwszym roku studiów na Politechnice Gliwickiej. Siedziałem u rodziców w Sosnowcu i nie bardzo wiedziałem, co zrobić z wolnym czasem. Aż tu nagle wpada mój przyjaciel Antoś Oziębło i woła: "Jedziemy na obóz". I pojechaliśmy na obóz do Nowego Targu. Nigdy wcześniej nie byłem w Nowym Targu, nie mówiąc o Zakopanem. Stamtąd pojechaliśmy raz i drugi na wycieczkę do Zakopanego: Gubałówka, Kasprowy, Czerwone Wierchy, spanie na sianie. Spłukaliśmy się z pieniędzy, piechotą wracaliśmy do Nowego Targu. Następnym razem wybraliśmy się na Orlą Perć. Niestety za każdym razem mieliśmy podłą pogodę, więc niewiele mogliśmy zobaczyć. Tego samego lata wybrałem się ponownie w Tatry, tym razem z Piotrem Tabakowskim. Mieszkaliśmy u państwa Rojów na Skibówkach. Poszliśmy na Wołowiec. I tym razem złapała nas mgła i deszcz. Dopiero kiedy zaprowadziła nas na Łysanki Marysia Rojówna, wyszło cudowne słońce i zakochałem się po uszy.

HP: W Marysi?

RS: W Marysi też. Od tego czasu Tatry nie dawały mi spokoju. Po powrocie do Gliwic zapisałem się na kurs wspinaczkowy prowadzony przez Gliwicki Klub Wysokogórski w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. To, że teraz siedzę z wami i opowiadam o górach zawdzięczam w jakimś sensie Staszkowi Minasiewiczowi, który, mieszkał potem w Calgary. Starszy ode mnie o kilka lat, Staszek był instruktorem w Skałkach. Pewnego razu usiłowałem zrobić jakiś cholerny trawers. Nie mogłem się z nim uporać. Akurat dołem Minasiewicz prowadził grupę kursantów, w tym dziewczęta. I usłyszałem jego głos: "Chodźcie, ten palant nigdy tego nie zrobi". Zawziąłem się i, pokonując strach, zrobiłem ten piekielny trawers. Nigdy nie miałem okazji powiedzieć mu, że jemu zawdzięczam swoją taternicką karierę... Kursu w Skałkach nie ukończyłem. O ile pamiętam, instruktor nie przyjechał na egzamin. Ale począwszy od roku 1957 zacząłem co roku jeździć w Tatry z Markiem Brodzkim i Piotrem Tabakowskim. W małym pokoju w mieszkaniu Marka powbijaliśmy gwoździe i haki w ścianę i trenowaliśmy wspinaczkę.

HP: Gdzie i kiedy po raz pierwszy wybrałeś się na wspinaczkę ze znanymi taternikami?

RS: Zimą roku 1960 taternicy pełną gębą zabrali mnie na Filar Szczuki na Małym Kozim. Niby nic wielkiego, ale zimą to nie takie proste. Wtedy byłem już ostry. Właściwie to ja szedłem pierwszy. Potem w schronisku moi partnerzy wyprawy, Andrzej Dyczek i Witold Piech, dowiedzieli się, że wspinali się z żółtodzióbem. W 1961., Henio "Long", czyli Furmanik, Danuta Topczewska i Jurek "Mefisto" Czerczuk zabrali mnie na wspinaczkę do Doliny Hlińskiej na Zadnią Bednarzową Turnię. Zrobiliśmy pierwsze zimowe przejście północno-wschodniej grzędy. Oni też nie wiedzieli, że zabierają na trudną wyprawę taternika bez większego doświadczenia.

HP: Ryszard, zanim pójdziemy z Tobą na dalsze wyprawy, Kaukaz, Andy i Antarktydę będziemy musieli sobie darować, ale przecież z Alp i Himalajów nie zrezygnujemy - chcemy cię zapytać, jak wyglądało wasze życie towarzyskie w Tatrach. Bo przecież spędzaliście tam wiele czasu z sobą, nie tylko się wspinając.

RS: To prawda. Nasze życie towarzyskie koncentrowało się przede wszystkim w Morskim Oku. Jeszcze w okresie wyjazdów w Alpy czy w Kaukaz dalej zjawialiśmy się w Tatrach, żeby spotkać starych przyjaciół, potwierdzić swoją klasę robiąc jakąś spektakularną drogę. Drugim takim miejscem było schronisko w Dolinie Pięciu Stawów oraz Murowaniec na Hali Gąsienicowej ze słynną Betlejemką. W Morskim Oku obok głównego schroniska był tak zwany Kurnik - rządził w nim Wielki Kogut, np. Długosz albo ktoś inny z Wielkich. Kursanci nie mieli wstępu do Kurnika. Lokowali się w stajni przy garażu. Dość prędko dostałem się do Kurnika.

HP: A z Kurnika w Alpy i Himalaje... Twój kumpel Adam Zyzak, w cytowanym już wcześniej Optymiście, tak pisał o tamtych czasach:

...Funkcjonowała orkiestra, były też mecze hokeja blaszanego. Grano na podwórzu drągami, a za krążek służyła puszka. Bramki były ze skrzynek po butelkach. Raz rozegrano nawet mecz międzynarodowy z NRD-owcami. (... ) W długie dni deszczowe, gdy znudziły się chóralne śpiewy, wymyślano najdziksze, idiotyczne zabawy. Do bardziej zwyczajnych należało trawersowanie na rękach 'galerii ganku' po górnych belkach (wisząc nad wejściem na werandę). [Mowa o schronisku przy Morskim Oku].
RS: To wszystko prawda. Byliśmy młodzi i robiło się różne szalone rzeczy.

HP: To trawersowanie ganku to była zabawa i trening. Opowiadałeś nam kiedyś, że "zachorowawszy na góry", wykorzystywałeś każdą chwilę na ćwiczenia sprawności dłoni, a zwłaszcza palców.

RS: Do GIG-u woziłem w teczce kawałek metalowej płyty. Stojąc w ścisku - dojeżdżałem pociągiem z Sosnowca - ściskałem ją palcami, na przemian lewej i prawej ręki, trzymając ją aż do bólu, do omdlenia palców.

HP: Jaki był w owym czasie sprzęt wspinaczkowy?

RS: Sprzęt?... . Pierwsze raki zrobił mi stryj, kowal. "Wariant R" zrobiliśmy przy pomocy niemieckiej asekuracyjnej liny perlonki i czeskiej liny nylonowej. A zaczynałem posługując się liną sizalową, jeszcze wcześniej stosowano konopne. Obie nieelastyczne, teraz już zupełnie zapomniane. Stosując tego typu liny, raczej nie należało odpadać od ściany. Pierwszą porządną linę - skręcaną nylonową, angielskiej firmy "Mamoth" - przysłano mi z Anglii. Haki i karabinki... Przez długi czas posługiwaliśmy się stalowymi. O duraluminiowych karabinkach mogliśmy tylko marzyć. Jeden kosztował prawie tyle co jedna czwarta mojej miesięcznej pensji. Tak więc na "R-a" taszczyliśmy każdy po 15 kilogramów.

HP: A z jakimi linami porwaliście się na filar Kazalnicy zimą 63?

RS: Już z dobrymi linami nylonowymi.

HP: Mogłeś już odpadać od ściany...

RS: Bez względu na sprzęt jakim się posługiwaliśmy, staraliśmy się trzymać jak najbliżej ściany.

HP: Jak doszło do zimowej wyprawy na Kazalnicę?

RS: Siedziałem w Morskim Oku i czekałem na Heinricha, Chrobaka i Łaukajtisa, żeby pójść z nimi na Kazalnicę. A tu po schronisku krąży rozgorączkowany Saduś i szuka partnera na tę drogę. A moich kumpli nie ma. W końcu obawiając się, że ta wielka droga - był to już okres szalonego wyścigu w Tatrach, przy czym niewiele zostało już w nich do zrobienia - umknie mi sprzed nosa, poszedłem z Sadusiem. Mieliśmy szczęście, pogoda dopisała, poszło nam znakomicie. Miałem tylko problem z przyjaciółmi, którzy w końcu zjawili się w Morskim Oku. Boczyli się na mnie, ale kiedy zrobili "Momatiukówkę" - było to pierwsze zimowe przejście tej niezwykle trudnej drogi - to mi odpuścili.

HP: Po Kazalnicy byłeś za pan brat z największymi?

RS: Już wcześniej ich znałem. Każdą wolną chwilę spędzało się w górach. Jeździło się do Zakopanego, wysiadywało w schroniskach.

HP: I tak poznałeś Jana "Palanta" Długosza?

RS: Długosza poznałem w 1961 roku. Miałem wtedy niemiecki motor Avo. Siedzieliśmy w Morskim Oku, ktoś rzucił hasło: "Jedziemy do łaźni w Zakopanem". No i pojechaliśmy. Zabrał się z nami "Palant" Długosz. Zapytałem go, czy zechciałby poprowadzić. Siadł za kierownicę i ostro ruszyliśmy w dół do Zakopanego... Za nami, w pewnej odległości, na Junaku jechał Furmanik ze Zbyszkiem Jurkowskim. W pewnym momencie zobaczył na drodze wielką pryzmę piachu, przez którą jakiś szaleniec przedarł się motocyklem. "To, k...., na pewno Palant" - krzyknął do Zbyszka.

HP: Skąd ten "Palant"?

RS: Nie wiem, podobno - mówił mi to Jerzy Pilitowski, były taternik, którego niedawno spotkałem w Calgary - przylgnęło do niego to przezwisko w latach 50. Taternik, prozaik i poeta, Długosz lubił włóczyć się po krakowskich klubach, współpracował z "Piwnicą pod Baranami". Razu pewnego pojawił się w którejś z piwnic z typową dla siebie groźną, buntowniczą miną. Ktoś, widząc go, zapytał: A to kto?" A na to jakaś dziewczyna: "A, to taki palant". I tak już zostało.

HP: Postąpilibyśmy bardzo brzydko, gdybyśmy zostawili "takiego palanta" Długosza w którejś z krakowskich piwnic. Sam wiesz najlepiej, że była to postać wyjątkowa. W książce W górach wysokich, [zbiorowe dzieło pod redakcją Kazimierza Saysse-Tobiczka, Wiedza Powszechna, Warszawa 1985] przeczytaliśmy:

"Pokolenie powojenne dowiodło swej całkowitej samodzielności, jednak jego wielkie dni przyjść miały dopiero w latach 1955-1957. Pojawił się w Tatrach Jan Długosz - młody taternik o wybitnej indywidualności, którego inicjatywa i konsekwentnie realizowany program otworzyły w taternictwie nowy etap.
RS: Długosz z "Momo" [Czesławem Momatiukiem] zrobili, to w lipcu 1955, lewą Kazalnicę używając nieznanej jeszcze wówczas w Tatrach techniki wiercenia otworów w skale.

HP: Wkrótce - cytujemy znowu z książki W górach wysokich - też rozwiązane zostają nowe problemy zimowe. W czterodniowej wspinaczce Długosz i Pietsch przechodzą filar Mięguszowieckiego Szczytu (... ) Zimą 1957 roku pokonana zostaje droga Łapińskiego i Paszuchy na Kazalnicy. Przy przejściu tym Jan Długosz, Czesław Momatiuk, Andrzej Pietsch i Marian Własiński po raz pierwszy w Tatrach stosują na większą skalę metodę rozpinania lin poręczowych z powrotami do schroniska". - Metodę kontrowersyjną, przez wielu wówczas krytykowaną.

RS: Widzę, że naczytaliście się tego.

HP: Nie wyobrażamy sobie, żebyśmy mogli bez tej minimalnej wiedzy prowadzić z tobą tę rozmowę. Pozwól, że zapytamy cię jeszcze o Długosza. Krótko po tym jak go poznałeś, zginął. Czy pamiętasz w jakich okolicznościach?

RS: W głupi sposób. Prowadził szkolenie żołnierzy z dywizji powietrzno-desantowej na Zadnim Kościelcu. Idąc granią prawdopodobnie potknął się i spadł.

HP: Tragedii w górach było wiele, a mimo to żadna nie powstrzymała alpinistów od pięcia się coraz wyżej, na coraz trudniejsze drogi. Czy myśleliście już wówczas o większych górach?

RS: No jasne. Chociaż sporo znakomitych taterników, choćby mój przyjaciel Andrzej "Maharadża" Skupiński, nasz wspólny kumpel z Calgary, nigdy nie dało się porwać sportowym rywalizacjom. Uprawiali taternictwo i alpinizm dla czystej frajdy.

HP: Czyli w pewnym momencie większości z was Tatry już nie wystarczały. A teraz i Himalaje nie wystarczają. Co poczną himalaiści, kiedy zrobią wszystkie możliwe drogi prowadzące na najwyższe szczyty świata?

RS: Zaczną uprawiać coś, co można by nazwać alpinizmem himalajskim albo himalaizmem sportowym. Już to robią. Z polskich alpinistów od dawna robi to Wojtek Kurtyka. Kiedy w Himalajach były jeszcze do zrobienia podstawowe rzeczy, on zrobił z szwajcarskim partnerem Trango Tower - ponad 1000-metrową ścianę w 14 dni i nocy w stylu alpejskim. (1)




HP: Tak w ogóle to zaczyna być coraz śmieszniej w Himalajach. Robi się tłok, amatorzy pchają się na Mount Everest.

RS: Tak, tyle że ci amatorzy to krzepkie cepry z forsą. Na Namche Bazaar na wysokości czterech tysięcy metrów powstało lotnisko, a obok schronisko.

HP: Z dansingiem?

RS: No, bez dansingu, za to z maskami tlenowymi w pokojach. Coraz powszechniejsze sa wyprawy komercyjne. Z polskich himalaistów prowadzi je np. Ryszard Pawłowski. Dziś żeby wejść z przewodnikiem na któryś z najwyższych szczytów w Himalajach trzeba zapłacić i 50 tysięcy dolarów. Amerykańskich.

HP: Wspomniałeś Wojtka Kurtykę. Posłuchaj [w tłumaczeniu], co napisał w Mountain Review, listopadowo/grudniowym numerze z 1993 roku (2):

W ramach dziwnej, stosunkowo tolerancyjnej polskiej wersji komunizmu, w latach 1950/60 nastąpił wielki przełom w wspinaniu się w Tatrach, najpierw dokonany przez pokolenie Jana Długosza i Stanisława Biela, a zaraz potem przez generację Eugeniusza Chrobaka, Andrzeja Heinricha, Janusza Kurczaba, Ryszarda Szafirskiego i innych.
I kawałek dalej:
Pokolenie Kunyang Kish, przede wszystkim A. Heinrich, E. Chrobak, J. Kurczab i R. Szafirski, stało się żywą legendą polskiego alpinizmu.
No proszę, szanowna Legendo... I to żywa Legendo!

RS: Z martwą to byście se nie pogadali.

HP: Mówiliśmy wcześniej o pokoleniu Jana Długosza. Długosz zginął w Tatrach, tak wcześnie. A co z Momatiukiem? Bielem?

RS: "Momo" - najsprawniejszy w skale taternik, człowiek o małpiej zręczności, który mając dwadzieścia kilka lat miał już na swym koncie fantastyczne przejścia, też zginął tragicznie. Ale nie w górach, nie w Himalajach, w które zresztą nigdy nie dotarł - dotarł, podobnie jak Długosz, w Alpy - tylko na budowie w Nowym Jorku, ponad trzydzieści lat temu. Harował tam, aby zarobić na sprzęt fotograficzny i filmowy i potem ruszyć w odległe zakątki świata i robić zdjęcia i filmy dla National Geographic ... Spadł z rusztowania do wielkiego zbiornika z cementem. Staszek Biel mieszka w Krakowie, jest w dobrej formie.

HP: Należysz do pokolenia szczęśliwców. Kiedy zaczynałeś w Tatrach były jeszcze ważne rzeczy do zrobienia, w Alpach też było co robić, no i w Himalajach były jeszcze "dziewice", choćby wymieniony przed chwilą Kunyang Kish (7852 m).

RS: Polacy już dużo wcześniej pojawili się w Himalajach. Jeszcze przed drugą wojną światową (3). Ale tak na dobre zadomowili się w nich dopiero grubo po wojnie.

HP: Mówiąc o twoich Himalajach - zacznijmy może od wyprawy z roku 1969 na Malubiting.

RS: Zrobiliśmy wprawdzie tylko jego północny szczyt - ponad 6800 m. Nagle załamanie pogody, silna wichura, do tego wyjątkowa śnieżyca przy temperaturze minus 30 oC uniemożliwiły nam pójście wyżej. Zrobiliśmy jeszcze 300 metrów i trzeba było się poddać. Droga na szczyt była stosunkowo łatwa, ale wymagała długiego podejścia.




Naszym celem był główny szczyt - 7453 m. Nam się nie udało, ale dwa lata później Austriacy z Graz, kierując się sporządzonym przeze mnie opisem drogi i praktycznymi wskazówkami - powiedziałem im między innymi, żeby zabrali z sobą narty, przydatne przy długich podejściach - osiągnęli szczyt. Te wszystkie informacje przekazał im Jerzy Hajdukiewicz, który był lekarzem ich wyprawy. Wdzięczni nam Austriacy uhonorowali nas odznakami oraz zaproszeniem do najbardziej ekskluzywnego klubu wysokogórskiego H.G. Bergland. Dla nas Malubiting był ważnym rekonesansem przed Kunyang Kish.

HP: To pójdźmy teraz na Kunyang...




RS: Była to pierwsza polska narodowa wyprawa. Wielkie przedsięwzięcie. Tragarzy, którzy wnosili wielotonowy ładunek do bazy na wysokości ponad 4,000 m., było stu sześćdziesięciu. [Ostatni atak na Kunyang Chhish, Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1973.]




Główny atak poszedł ścianą Ice Cake, czyli Lodowego Ciastka - tak nazwali tę turnię w grani Anglicy, którzy próbowali wejść na Kunyang w roku 1962.




Potem próbowali Japończycy. Doszli wyżej od Anglików, ale im też się nie powiodło. Obie wyprawy były tragiczne - zginęli ludzie. Na Ice Cake stanął nasz obóz II - na wysokości 6500 m. Dalej była ostra i przepaścista lodowa śnieżna grań. Dała nam popalić, ale w końcu stanął, tragiczny skądinąd, obóz III.




HP: Kiedy znaleźliście się - mówimy o Heinrichu, Stryczyńskim, Zawadzie, kierowniku wyprawy, i o tobie - 70 metrów od szczytu, złapała was noc. Zostaliście pod szczytem do rana - bez namiotów i śpiworów. 26 sierpnia o godzinie 8. rano stanęliście na Kunyang Kish - górze wcześniej nie zdobytej, uchodzącej za jeden z najtrudniejszych, wówczas dziewiczych jeszcze szczytów w Karakorum.




RS: Pod szczytem znaleźliśmy się przed zmrokiem. Po horyzoncie włóczyły się chmury burzowe, niebo rozświetlały błyskawice. Istniało zagrożenie, że mogą dotrzeć do nas. Zawada chciał iść w nocy, byle jak najprędzej na szczyt. Byłem za tym, żeby doczekać dnia. Dźwigałem kamerę "Bolex" i, począwszy od Ice Cake, kręciłem film... Jak do jasnej cholery - krzyczałem - udokumentuję nocą nasze wejście?".




HP: Kiedy czyta się relacje z wypraw w Himalaje pełno w nich opowieści o różnego rodzaju trudnościach, dramatach, na jakie napotykają himalaiści podczas wspinaczki. Was też, przypuszczamy, nie ominęły zanim stanęliście na tej niebosiężnej górze?

RS: Oczywiście, że nie. Trudno tu mówić o wszystkich szczegółowo. Zresztą nie o wszystkich da się mówić interesująco. Każda wyprawa jest inna i za każdym razem coś innego wyskakuje. Pamiętam ile godzin, z lornetkami przy oczach, kosztowały mnie i Andrzeja Heinricha same oględziny wschodnich i południowych zboczy Kunyanga opadających na lodowiec Pumarikish, zanim dojrzeliśmy możliwość ataku od naszej strony. Andrzej Zawada przeprowadzał taki sam rekonesans po drugiej stronie lodowca. A ile później wątpliwości, czy wybór był dobry i co powiedzą chłopcy, gdy podejdą z karawaną na taką wysokość, gdzie nie będzie już możliwości odwrotu. Ice Cake, przeszło 2,000 metrów trudnej ściany lodowej, i tylko jeden obóz pośredni.




I nie dlatego, że popełniliśmy jakiś błąd w sztuce - nie było po prostu gdzie go rozbić. Około 1,000 metrów lin poręczowych, lawiny śnieżne, których częstotliwość udawało się nam przewidzieć, i lawiny kamienne, spadające o każdej porze.




To była oczywiście tylko część problemów, z którymi musieliśmy się uporać. Nie tylko po to, by stanąć na czubku Ice Cake i dalej, żeby wejść na szczyt Kunyanga, ale żeby z południowej ściany zrobić drogę transportową. Jedna z takich śnieżnych lawin dopadła mnie w namiocie, kiedy go porządkowałem. Usłyszałem charakterystyczne dudnienie i zdrętwiałem ze strachu. Więc to koniec? Nie, to niemożliwe! - pomyślałem. I w tej samej sekundzie, uderzony w głowę bryłą śniegu, straciłem na chwilę przytomność. Kiedy ją odzyskałem, powiedziałem sobie: "Więc żyję". Ale co z nimi, chłopakami? Czemu mnie nie odkopują? Brakowało mi już powietrza. Najpierw usłyszałem chrobotanie i głosy dochodzące jakby przez warstwę wody. Zdążyli mnie odkopać.

HP: Wspomniałeś o tragicznym Obozie III...

RS: Zginął najmłodszy z nas - Jasiu Franczuk. Załamał się pod nim most śnieżny i wpadł do szczeliny lodowej. Pochowaliśmy go przy Obozie III. O mało nie doszło do załamania się wyprawy.

HP: Pójdźmy jeszcze wyżej. 17 lutego 1980 roku obiegła świat wiadomość o pierwszym zimowym wejściu na Mount Everest.


Mount Everest i Lhotse.
fot. Ryszard Szafirski

Jak napisał Andrzej Zawada w książce W górach wysokich, "(... ) była to wyprawa bezprecedensowa. Nikt wcześniej nie próbował zdobyć Everestu zimą". A tu nagle weszli nań dwaj młodzi polscy alpiniści - Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Ty brałeś udział w tej wyprawie...




RS: Wystąpiliśmy do władz Nepalu o zgodę na wejście zimowe na któryś, powtarzam - któryś z ośmiotysięczników. Ku naszemu zdumieniu dostaliśmy zgodę na sam Mount Everest. Chyba dlatego, że nikt nie wierzył, że nam się uda. Ale my mieliśmy za sobą świetne zimowe przygotowanie, przede wszystkim z wypraw na Noshaq - 1972/1973 i na Lhotse - 1974/1975.


W serakachLodowca Khumbu (idzie Jerzy Surdel)
fot. Ryszard Szafirski

HP: To zatrzymajmy się na chwilę na, a ściślej - pod Lhotse.


Nuptse
fot. Ryszard Szafirski

RS: Ta wyprawa była prawie, prawie naszym wielkim sukcesem. Skończyło się na "prawie", a nie obyło bez tragedii. Zginął, a właściwie zasnął i zamarzł na śmierć na wysokości około 6,500 metrów Staszek Latałło, operator filmowy. No i ja przeżyłem osobisty dramat. Byłem wówczas w życiowej formie, wierzyłem, że wejdę na szczyt. Ale przyplątało się jakieś cholerne zapalenie gardła. Zszedłem z bazy do wioski leżącej powyżej Namche Bazaar, w której stoi ufundowany przez Edmunda Hillary'ego maleńki szpitalik. Tam rozpoznano bezwirusowe zapalenie strun głosowych, po czym w ciągu tygodnia postawiono mnie na nogi. Dotarłem z powrotem do bazy, niestety ponowie się rozchorowałem. W tej sytuacji wolałem wrócić do Katmandu, gdzie zostawiliśmy naszego Jelcza. Później, znacznie później dowiedziałem się, że wystarczyłoby wtedy zejść na kilka dni niżej, w zielone lasy, gdzie panuje wilgoć, i byłbym w pełni sprawny. Mieliśmy trzech lekarzy w wyprawie na Lhotse, ale żaden nie wiedział, co ze mną począć. Sam się diagnozowałem, sam leczyłem.

HP: Z wyprawy na Lhotse musiałeś się wycofać, ale w zimowym szturmie na Mount Everest odegrałeś - obok Andrzeja Heinricha i Andrzeja Zawady - kluczową rolę.

RS: No, na szczyt weszli Cichy i Wielicki.

HP: Ale ty... Zresztą posłuchaj: "13 lutego przełęcz [Południową] osiągnęli Szafirski i Zawada, którzy rozstawili specjalny namiot, gdyż poprzedni był niewygodny i nie wytrzymywał silnych wiatrów". To słowa z książki Himalaje, Zbigniewa Kowalewskiego i Andrzeja Paczkowskiego. Zaś Andrzej Zawada napisał w Górach wysokich: "Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy na rozległe siodło Przełęczy. (...) Ruchy jakie wykonywaliśmy w strugach mroźnego powietrza przypominały sceny z lądowania na Księżycu". W cytowanym fragmencie mowa jest o założeniu najwyżej położonego obozu, z którego miał być zaatakowany szczyt. I cytujemy dalej, bo sam byś się nie pochwalił: "Po noclegu na przełęczy, Szafirski wyniósł butlę tlenu na wysokość 8150 m."

Cichy i Wielicki weszli na szczyt, bo akurat byli w najlepszej formie, tak się złożyło. Ale ty byłeś cichym bohaterem tej wyprawy.



RS: No, panowie, zdaje się chcecie, żebym wam coś postawił... Bohaterów było wielu. To była piętnastosobowa grupa, nie licząc czterech ludzi obsługi, lekarza, radio-operatora, dwóch filmowców oraz pięciu Szerpów. Spośród tej 15-tki najbardziej doświadczeni byli Heinrich, Zawada i niejaki Szafirski.


Ratowanie Szerpy wyciągniętego ze szczeliny w polu lodowym.
fot. Ryszard Szafirski


Andrzej Heinrich w szczelinie lodowej po akcji ratowania Szerpy, który wpadł do tej szczeliny.
fot. Ryszard Szafirski

HP: Zdaje się Reinhold Messner, najsłynniejszy himalaista, głośno poddawał w wątpliwość wasz sukces.


RS: Zezwolenie na wyprawę zimową wydane przez władze nepalskie opiewało na okres do 15 lutego. A Wielicki i Cichy weszli na szczyt 17 lutego, tyle że wcześniej uzyskaliśmy drogą radiową zgodę na przedłużenie wyprawy o dwa dni. Tak więc wszystko odbyło się gucio... Ale Messnerowi i kilku jeszcze innym osobom chodziło o to, że oryginalne zezwolenie na wyprawę zimowę na Everest wygasło 15 lutego, a więc że Everest zdobyliśmy w okresie po-zimowym.

HP: Nie jesteśmy "propagandystami sprawy polskiej", ale jest oczywiste, że Messner plótł bzdury.

RS: No pewnie, że plótł bzdury. 17 lutego to również zima, i to ostra. Dlaczego władze nepalskie wydały "zezwolenie na wejście zimowe na Mount Everest" do 15 lutego? Posługiwaliśmy się karawaną, dużo było naszego luda w okolicach Everestu. Chodziło o to, żebyśmy zeszli z gór przed końcem lutego, ustępując drogi wyprawom wiosennym.

HP: I tak zawsze czyniły władze Nepalu?

RS: No, tośmy się pięknie zrozumieli. Nikt przed nami nie chodził zimą w Himalaje. Po prostu, zimą w Himalaje się nie chodziło. Panowała opinia, że zimą w Himalajach nie sposób przeżyć powyżej 7,000 metrów.


Western Cwm - "Dolina Milczenia".
fot. Ryszard Szafirski

To była pierwsza zimowa wyprawa w Himalaje, nic mówiąc już o Evereście, i pierwsze zezwolenie na taką wyprawę. Nikt wcześniej o takie zezwolenie się nie ubiegał. Z wyjątkiem Polaków. Walczyliśmy o to od roku 1974, choć w oczach większości himalaistów to było szaleństwo. Ta nasza zimowa wyprawa na Everest była czymś więcej niż sukcesem. To był przełom w himalaizmie, nowa epoka.

HP: Wcześniej powiedziałeś, że ta wyprawa udała się, bo mieliście za sobą świetne przygotowanie zimowe z wypraw na Noshaq i Lhotse?

RS: Noshaq jest w Hindukuszu, i ma niewiele ponad 7,000 metrów [7492 m], a na Lhotse zahaczyliśmy o zimę, bo wyprawa planowana w całości na jesień wyruszyła o miesiąc później. Mieliśmy jechać z Polski przez Turcję. Część uczestników wyprawy, m. in. ja, miała jechać do Katmandu Jelczem. Wieźliśmy nim sprzęt i żarcie. Niestety Turcy odmówili nam wizy tranzytowej twierdząc, że nie mogą zagwarantować nam bezpieczeństwa; trwał konflikt turecko-grecki. Jedyna droga, jaka nam pozostała, prowadziła przez ZSSR i Iran. Kilku kolegów czekało już na nas w Nepalu. A my czekaliśmy w Warszawie na zezwolenie na przejazd przez Sowieckij Sojuz. W końcu nie wytrzymaliśmy nerwowo - był sierpień, upał wyjątkowy, samochód ważący 20 ton zapadał się po osie. Nie mogliśmy zaglądnąć pod zaplombowaną plandekę, ale ser, wielki jak stół, podarunek od zakładów mleczarskich na pewno już "chodził". Podobnie jak reszta zapasów. Po krótkiej dyskusji z Andrzejem Zawadą, kierownikiem wyprawy, ruszyliśmy "na lewo", bez stosownej bumażki... Andrzej miał dolecieć do Katmandu. Paradoksalnie, liczyliśmy na rosyjską biurokrację, wszechobecny bajzel. No i - nie zmieścimy w tej rozmowie nawet ułamka naszej przeprawy przez Sojuz, bo to byłaby cała książka - dotarliśmy po tygodniu, przez Ukrainę, Gruzję i Armenię, do Julfy na granicy z Iranem.

HP: Wróćmy na Everest. W tym samym, 1981 roku weszli też na Mount Everest Jerzy Kukuczka i Andrzej Czok.

RS: Tak, w ramach tej samej wyprawy przedłużonej na okres wiosenny. Tak to wcześniej zaplanowaliśmy. W bazie został Kazimierz Olech i jeden Szerpa, aby pilnować sprzętu. Tu powiem wam ciekawostkę - kanadyjska letnia wyprawa na Everest w roku 1982 kosztowała milion dolarów, nasza - 40 tysięcy Oczywiście, wydaliśmy też sporo złotówek, za które kupiliśmy co się dało. Za dolary - sprzęt specjalistyczny, m.in. raki, karabinki, część lin. Ubrania, buty, rękawice szyło się albo kupowało gotowe w kraju. Dla przykładu buty na Lhotse zrobił nam Mieczysław Mucha, właściciel zakładu szewskiego na Krupówkach w Zakopanem. Wspaniały facet. Włożył w te buty całe swoje serce. I głowę. Były świetne. Krośnieńskie buty na Everest były oparte na butach Miecia Muchy. Też świetne, a na dodatek fasoniaste z nadrukiem "Mount Everest". Mam je do dzisiaj, noszę je na ice fishing.

HP: Przypomnijmy, że pierwszym Polakiem, który zdobył Mount Everest... była Polka.




RS: Wspaniała, nieżyjąca już - zginęła w 1992 roku na Kangchenjunga - Wandzia Rutkiewicz (4). W październiku 1978 dołączyła do wyprawy niemiecko-francuskiej i [16 października 1978] weszła na szczyt. Przed nią były na Evereście tylko Japonka i Tybetanka.

HP: W związku z Everestem wspomnieliśmy o Messnerze. Grubo wcześniej, w Alpach, spotkała ciebie i kolegów, przykrość ze strony konkurentów, wśród których był słynny Reinhold.

RS: Messner odegrał wtedy "szczeniacką" rolę. Namieszał "Rekin" Hiebeler. Chodziło o filar Eigeru, o to kto pierwszy go przeszedł - mój czy jego zespół.

HP: Ponieważ mowa jest o twoim największym alpejskim wyczynie, opowiedz. prosimy, rzecz obszerniej.



RS: To było w 1968 roku, latem, w czwórkę wyjechaliśmy w Alpy - Tadeusz Łaukajtis, Adam Zyzak, Krzysztof Cielecki i ja, kierownik wyprawy. Cel - najambitniejszy jaki został do zrobienia północno-wschodni filar Eigeru. Marzenie czołówki alpinistycznej Europy. A tu czterech nieznanych Polaków wchodzi w ten filar i czwartego dnia wspinaczki staje na szczycie. Na pierwszym biwaku, dość nisko, dostrzegli nas przez "okna" wentylacyjne wykute w północnej ścianie Eigeru pracownicy kolejki zębatej Kleine Scheidegg na Jungfrau Joch. Głośno krzycząc pytali, co my tam robimy. W swojej polskiej świętej naiwności odkrzyknęliśmy, że usiłujemy zrobić północno-wschodni filar Eigeru. - A wy skąd? - zapytali. A my na to: - My z Polski. I ruszyliśmy dalej. Po biwaku w zejściu i całodziennym lizaniu ran, leżeniu bykiem w naszej namiotowej bazie na łąkach Alpiglen zawitał do nas, jeszcze półprzytomnych ze zmęczenia, umyślny od Fritza von Almena, szefa hoteli na Kleine Scheidegg, z zaproszeniem na obiad. Pojechaliśmy, zębatką, następnego dnia. W restauracji czekało na nas trzech dżentelmenów - dwóch małolatów o imionach Reinhold i Günther oraz rekin biznesu alpinistycznego Toni Hiebeler. Widziałem ich po raz pierwszy, ale o Hiebelerze wcześniej słyszałem. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, sądziliśmy, że chcą nas uhonorować. Rozmowę zaczął Rekin. Pytaniami. Co zrobiliśmy - wiedzieli. Nie znał jednak szczegółów. Hiebeler położył na stole duże zdjęcie eigerowskiego filaru, a my narysowaliśmy na nim naszą drogę, z zaznaczeniem biwaków itp. I wtedy usłyszeliśmy od Rekina, że oni też zrobili północno-wschodni filar Eigeru. Zaniemówiliśmy... - "Was?". "Jak? Kiedy?"

- Zaczęliśmy w dwa dni po was. Zrobiliśmy filar w trzy dni.

- No więc w czym problem? zapytałem. Byliśmy na szczycie dzień przed wami. Na co Rekin: - Ale my zrobiliśmy filar północno-wschodni, a wy zaczęliście wchodzić północną ścianą, weszliście na filar, zrobiliście go w środkowej części, potem przeszliście na wschodnią ścianę, poszliście drogą Laupera i dopiero w górnej części wróciliście na filar. Ponownie zapytałem: - No, to co?

Dyplomata z Monachium, Rekin, zaproponował bardzo dyplomatycznie: - Są dwie nowe drogi na Eiger i trzeba je nazwać. Waszę nazwie się "Polnische Weg", a naszą "Północno-Wschodni Filar Eigeru"... Następnego dnia ktoś podrzucił nam do namiotu szwajcarską gazetę z artykułem o wspaniałym sukcesie Toniego Hiebelera i jego zespołu - o przejściu północno-wschodniego filaru Eigeru. Przeczytaliśmy i wpadliśmy w szał. Ani jednego słowa o nas. Zjechaliśmy kolejką zębatą do Grindelwald. Tam, za spore pieniądze, zrobiłem w zakładzie fotograficznym duże zdjęcia Eigeru. Wskoczyliśmy w samochód, do granicy francuskiej, na "zielono" do Le Pras, tam do Toniego Wowkonowicza, przedwojennego mistrza narciarstwa klasycznego. Kiedy mnie zobaczył, wykrzyknął: - Co ty tu robisz? - Przyjechaliśmy z Grindelwald - mówię. Na co Toni: Tam się dzieją wielkie rzeczy. - Co? pytam. - Filar Eigeru... Hiebeler zrobił filar Eigeru... Jak się okazało w miejscowej gazecie La de Fine wydrukowano na pierwszej stronie artykuł o sukcesie Hiebelera i jego zespołu. Więc ja mu na to, że to nie Hiebeler, tylko my. I opowiedziałem mu całą historię. Skoczył do telefonu, wykręcił numer gazety i zaraz po odłożeniu słuchawki powiedział: "Jedziemy do redakcji". No i pojechaliśmy. Zachłysnęli się usłyszawszy całą historię, obfotografowali nas, jeszcze raz poprosili o szczegóły. Następnego dnia na pierwszej stronie w La de Fine ukazał się artykuł, którego tytuł, wydrukowany wielkimi czerwonymi literami, głosił: "Nieprawdą jest jakoby Toni Hiebeler pierwszy przeszedł północno-wschodni filar Eigeru .. Filar Eigeru pierwsi przeszli Polacy, których gościmy w naszej redakcji"... W prasie francuskiej rozpętała się burza. Hiebeler dostał porządnie w dupę.

HP: Dlaczego Hiebeler nie miał racji? Przecież sam powiedziałeś, że nie cały czas trzymaliście się filaru.

RS: Oba zespoły zrobiły filar północno-wschodni, tyle że nieco innymi wariantami. W wielu fragmentach zespół Hiebelera wspinał się naszą drogą. Sami przyznali, że wchodzili w nasze biwaki, znajdowali pety po papierosach porzucone przez Tadzia Łaukajtisa. Filar w wielu miejscach nie ma wyraźnego ostrza, jest rozległy, wielki i daje możliwość wybrania sobie na nim drogi.




HP: A co mówią "podręczniki" alpinistyczne, fachowcy?

RS: Że filar Eigeru pierwsi przeszli Polacy.

HP: Byłeś kierownikiem wielu wypraw. Jak w tamtych czasach radziliście sobie z ich finansowaniem?

RS: Zwykle poza nielicznymi wyjątkami, kiedy pomagały nam rożnego rodzaju instytucje, w tym rządowe, trzeba było samemu organizować forsę. W tym celu brało się urlop bezpłatny i jechało np. do Szwecji na dwa letnie miesiące. Tam malowało się Stockholm albo, jak dopisało szczęście, pracowało na wysokościach. Inną formą zarobku był handel, żeby nie powiedzieć - przemyt. To długa historia - kolejne książki. W każdym razie w GIG-u pracowałem tylko do 1968, potem już mieszkałem w Zakopanem. Byłem kierownikiem GOPR-u, i fotografikiem. Zostałem nawet członkiem ZPAF-u. O pierwszym zawodzie związanym ze studiami [inżynier elektryk] prędko zapomniałem. Wszystko kręciło się wokół gór. I zawsze trzeba było nieźle kręcić głową, żeby zdobyć forsę na wyprawy.

HP: Paliłeś. Piłeś, i dziś zdarza ci się wypić. A mimo to trzymasz się krzepko i wciąż chodzisz w góry. Niedawno atakowałeś Mount Robson [w Canadian Rockies].

RS: Paliłem. Najwyżej paliłem na wysokości 7,000 metrów. Nie smakowało. Wódkę "Polonez", wypiłem na wysokości ponad 5,000 metrów. Smakowała.

HP: Teraz już wiemy, skąd ten Yeti... A ściślej para Yetich. W pewnych stanach wszystko jawi się parami...

RS: Przecież pokazywałem wam zdjęcia śladów 30 i 40 - centymetrowych. Niby mogły być to ślady zostawione przez Szerpów pragnących podtrzymać himalajską legendę, ale prowadziły w takie rozpadliny lodowca Khumbu, że w końcu, nas, wytrawnych himalaistów, zdjął strach i daliśmy sobie spokój. Przy okazji natrafiliśmy na zwłoki czterech Szerpów i Francuza z jednej z wypraw poprzedniej jesieni.

HP: Co się dzieje z uczestnikami pierwszej zimowej wyprawy na Everest?

RS: Krzysztof Wielicki w 1997 roku wszedł na swój ostatni ośmiotysięcznik i jest piątym człowiekiem na świecie, który zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników. Leszek Cichy, po zawodowym przekwalifikowaniu się, jest od niedawna dyrektorem Banku Inwestycyjnego w Warszawie, ale nadal się wspina. Andrzej Zawada, jak zwykle, organizuje wyprawy i podobno jest producentem śpiworów. [Andrzej Zawada zmarł w Warszawie 21 sierpnia 2000, w wieku 72 lat. (amk)]. Krzysztof Żurek mieszka w Vancouver. Andrzej Heinrich został na zawsze w Himalajach. Zginął z Eugeniuszem Chrobakiem w lawinie na zachodnim grzbiecie Everestu w 1989 roku. Podobnie na zawsze pozostali w Himalajach "wiosenni" zdobywcy Everestu - Jerzy Kukuczka (3) i Andrzej Czok (4)




HP: A Ciebie - "poszukiwacza przygód i awanturnika" -przygnało do Kanady.

RS: Ano przygnało i trochę się zasiedziałem.

HP: Rysiek, życzymy ci, żebyś raz jeszcze - przynajmniej raz - pojechał w Himalaje.


Makalu
fot. Ryszard Szafirski

RS: Dzięki wam, panowie. Póki co, wybieram się do Zakopanego, na trzy miesiące. Co wam przywieźć?

HP: Jak to co? Ciupagę.

Rozmowę zakończono l9 października, 1998.

High Park, 25/1998, Jesień 1998, Toronto-Calgary







Kilka uzupełnień z rozmowy Andrzeja Kobosa z Ryszardem Szafirskim
1 czerwca 2000 w Calgary.


AMK: Ryśku, nadal wspominasz Kunyang Kish, po tylu latach...

RS: Wspominam, bo jest co wspominać. Wówczas, to była druga najwyższa niezdobyta góra świata. Nieznana, i bardzo trudna technicznie. To była droga alpejska, być może pierwsza w Himalajach. Wejścia na Kunyang nie powtórzono przez następne 17 lat, od 1971 do 1988. A każdy rok w himalaizmie, to jak 20 lat kalendarzowych, czyli to tak, jakby czegoś nie powtórzono od XVII wieku! To nie jest żart! Andrzej, zobacz zresztą tutaj: Kunyang, nasze wejście, jest w tej wspaniałej książce-albumie Himalaya Alpine Style, nawet jest tu jedno ze zdjęć, które kiedyś zrobiłem w Himalajach. [Andy Fanshawe and Stephen Venables, Himalaya Alpine Style, The Mountaneers, 1996.]

I został pod Kunyangiem Jaś Franczuk; tuż przed wpięciem się w linę asekuracyjną, pomiędzy Stryczyńskim a Chrobakiem, 10 metrów od namiotu obozu III, zawalił się pod nim most śnieżny, po którym właśnie przeszedł Stryczyński. Odkopali go szybko, był zmiażdżony blokami lodu. Myślałem o nim na szczycie Kunyanga.

AMK: Mówisz o ogromnych skokach w czasie w himalaizmie. O co tu chodzi?

RS: Głównie o przełamywanie barier psychicznych, ale i wzrost technicznych możliwości, lepszy sprzęt, lepsze rozpoznanie, przygotowanie. Ale przede wszystkim o bariery. Były ogromne psychiczne bariery jak to zrobić. Teraz już tych barier nie ma.


W drodze do obozu II, zimowa wyprawa na Mount Everest, 1980
fot. Ryszard Szafirski

AMK: Kogo jeszcze szczególnie wspominasz?

RS: Andrzeja Heinricha, Krzysztofa Wielickiego, kochałem ich jako wspinaczy. Jurek Kukuczka był świetnym chłopakiem, ale nie byłem razem z nim na żadnej wyprawie. Ale przede wszystkim wspominam Wojtka Kurtykę. To jest genialny wspinacz, najlepszy, Master.

AMK: Byłeś wtedy w zimie 1980 na Przełęczy Południowej. Próbowałeś wyżej?

RS: Wyszliśmy z Andrzejem Zawadą na Przełęcz, zanieśliśmy tam tlen, założyliśmy obóz, namiot. Andrzej padł, leżał jak ryba wyciągnięta z wody. Ja następnego dnia poszedłem wyżej, z tlenem. Uszedłem może 150 metrów do góry, to już nie jest technicznie trudna droga. Ale nie mogłem podnosić nóg, wyciągać ich ze śniegu. Pomyślałem sobie, że jeszcze chcę żyć. Ja nie byłem Mallorym. To była kwestia aklimatyzacji. Zostawiliśmy butle z tlenem. Zawady i moje wejście na Przełęcz to była jakby prowokacja dla młodszych. I na Everest weszli wtedy Cichy i Wielicki.




AMK: Tu właściwie powinniśmy skończyć, to może było Twoje pinnacle. Ale chodziłeś jeszcze w Andach i na Antarktydzie, o co nie wypytał cię Andrzej Żurek.

RS: Oh, byłem w Andach peruwiańskich, zawsze chciałem tam pojechać. We wczesnych latach 70. w Polsce nie pozwolili mi zorganizować pierwszej wyprawy. To miała być wyprawa "śląska," a ja jestem z Zagłębia. Sprawa polityczna, Henio Furmanik ugiął się pod presją, zginął w 1976 roku na Alasce, w lawinie pod Denali. Ale ja w końcu i tak zorganizowałem wyprawę do Peru. Wspaniałe góry, Kordyliery.

AMK: Czy byłeś w Patagonii? Na Fitzroy?

RS: Nie, tam jest bardzo trudno się dostać, zupełne odludzie, wichry.

AMK: A Antarktyda?

RS: W roku 1976 byłem przez 52 dni na King George Island na South Shetlands. Budowałem tam polską stację antarktyczną imienia Bogdana Arctowskiego. Potem chciałem zorganizować wyprawę w góry na wyspie South Georgia, ale Anglicy odmówili mi zezwolenia.








AMK: Canadian Rockies?

RS: Chodzę tu i tam, ale nie wyczynowo. To jest też kwestia braku partnerów. W góry trzeba jechać nie wtedy, kiedy się chce, ale wtedy, kiedy góry cię zapraszają. Niewielu to rozumie. Andrzej, to jest już inna sprawa, problem całej filozofii wspinania się.

AMK: Porozmawiamy kiedyś o tym Ryśku. Motywacje, pasja, magia gór...



Serdecznie dziękuję Ryszardowi Szafirskiemu i Andrzejowi Żurkowi za zgodę na zamieszczenie w Zwojach ich rozmowy drukowanej w High Park. Ryśkowi Szafirskiemu, z którym po czterdziestu latach odnowiłem przyjaźń z młodości, najserdeczniej dziękuję za rozmowę i udostępnienie mi całego Jego fotograficznego archiwum. Andrzejowi "Maharadży" Skupińskiemu, mojemu i Zwojów przyjacielowi, dziękuję za współpracę w tym "himalajskim" przedsięwzięciu. Wybór ilustracji w tym tekście jest mój. (AMK)




Przypisy (AMK)


  1. Wojtek Kurtyka, zdobywca sześciu ośmiotysięczników, 'za najlepsze uważa swoje przejścia błyszczących, skalistych ścian niższych szczytów' (Voytek Kurtyka: "The Polish Syndrom", Mountain Review, 5/1993):
    • Changgabang, 6864 mm; pierwsze wejście południowym urwiskiem; (Wojtek Kurtyka, Krzysztof Żurek, Alex McIntyre, John Porter; 1978)
    • Trango Tower (z Ehrhardem Loretanem, nowa droga przez południowy filar "Eternal Flame" - "Wieczny Płomień")
    • Gasherbrum 4, 7925 m; pierwsze wejście zachodnią ścianą (Wojtek Kurtyka, Robert Schauer, 1985; ośmiodniowa wspinaczka alpejska)

  2. Voytek Kurtyka: "The Polish Syndrom", Mountain Reviev, 5/1993, pp. 37-47.

  3. "Polska Wyprawa Himalajska" w maju 1939 roku, w składzie Adam Karpiński, Stefan Bernadzikiewicz, Jakub Bujak i Janusz Klarner. 2 lipca 1939 Bujak i Klarner weszli na Nanda Devi East, 7434 m, wówczas szósty najwyższy zdobyty szczyt. 18/19 lipca 1939 Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz zginęli w lawinie na lodowcu Tirsuli. Wyprawa ta była pomyślana jako treningowa przed planowaną polską wyprawą na K2/Chogori, 8611 m. (J.K. Dorawki, Człowiek zdobywa Himalaje). Nanda Devi, jedna z najświętszych gór Himalajów (7775 m.), zdobyta przez H.W. Tilman'a i Noela Odel'a w roku 1936, była aż do lat 50. najwyższą górą, na którą wszedł człowiek.

  4. Wanda Rutkiewicz zaginęła 12/13 maja 1992 pod szczytem Kangchenjunga w samotnej próbie wejścia na swój dziewiąty ośmiotysięcznik. Ostatni raz widział ją Carlos Carsolio przygotowującą się do biwaku na wysokości 8200-8300 przed atakiem szczytowym następnego dnia.

  5. Jerzy Kukuczka, drugi w historii zdobywca wszystkich czternastu ośmiotysięczników zginął 24 października 1989 na południowej ścianie Lhotse. Wspinając się w skale na wysokości 8200 m, odpadł od ściany - lina została przecięta na ostrych głazach - i spadł ponad tysiąc metrów.

  6. Andrzej Czok zmarł na obrzęk płuc na wysokości 7400 m pod szczytem Kangchenjunga w zimie 1986.
    Podczas tej wyprawy Jerzy Kukuczka i Krzysztof Wielicki dokonali pierwszego zimowego wejścia na Kangchenjunga.







Copyright © 1997-2007 Zwoje