Gustaw Herling-Grudzinski otrzymal Doktorat Honoris Causa Uniwersytetu Jagiellonskiego
"za przyczynienie sie do radykalnej zmiany swiatopogladu u wspolczesnego Polaka, za to, ze jako swiadek totalitarnych dramatow naszego stulecia uczynil je tematem swojego pisarstwa, za nieustanne wskazywanie intelektualistom XX wieku mozliwosci czystych wyborow etycznych."Jedyny wyklad doktorski wyglosil Gustaw Herling-Grudzinski.

Tematem mojej lekcji dziekczynnej, ktora nazwalem "podwojne zycie pisarza", bedzie problem tzw. zaangazowania pisarskiego.
Wybitny pisarz poludniowoamerykanski Mario Vargas Llosa opowiada we wstepie do rozmow czasopisma Paris Review z Borgesem w roku 1966: "Bylem raczej niestaly w moich mlodzienczych pasjach literackich. Dzis, kiedy zdarza mi sie czytac na nowo wielu pisarzy, ktorzy byli niegdys moimi wzorcami do nasladowania, odkrywam, ze mnie juz nie interesuja, nie wylaczajac Sartre'a. Lecz sekretna pasja, jaka zywilem do dziela Borgesa, nie opuscila mnie nigdy, i odczytywac go ciagle na nowo, jakby chodzilo o lekture obrzedowa, bylo i jest dla mnie zawsze zrodlem radosci".
Naturalnie Sartre, ktoremu nikt nie osmieli sie odmowic talentow literackich i filozoficznych, wystepuje tu jako papiez "zaangazowania pisarskiego", i to zaangazowania bardzo szczegolnego, bardzo jednostronnego i nietolerancyjnego. Pamietam, ze co wybitniejsi polscy pisarze komunistyczni, cierpiac od czasu do czasu na przelotne uklucia sumienia, pielgrzymowali do Sartre'a jak do papieza wlasnie po rozgrzeszenie. I otrzymywali je bez trudu, wracali do Warszawy pokrzepieni, gotowi do nowych grzechow.
Sartre byl papiezem "zaangazowania lewicowego, postepowego". Jak daleko mozna zajsc w tego rodzaju "zaangazowaniu", ujrzelismy w polemice Sartre'a z Camusem na temat sowieckich lagrow. "Nie ma w ZSSR zadnych lagrow", twierdzil z uporem Sartre. Ale przytloczony dowodami Camusa, wpadl na niezwykly pomysl, ktory stal sie niebawem czestym wybiegiem "zaangazowanych", nie pozbawionych sprytu i pewnej wrazliwosci. "Nawet jesli istnieja - zamknal swoja polemike z Camusem - nie nalezy o nich mowic i pisac, by nie odbierac robotnikom wiary w socjalizm, czyli wiary w Zwiazek Sowiecki i demokracje ludowe".
Ten typ "zaangazowania" mozna by nazwac warunkowym: pozwalamy wam na wiele, na jaskrawe naduzycia w budowie nowego ustroju, pod warunkiem, ze w zamian za to zbudujecie wreszcie ow lepszy ustroj postepu spolecznego i wyzwolenia czlowieka. Naturalnie jest to "zaangazowanie" w zlej wierze. Albowiem w zlej wierze zapewnia sie czytelnikow i sluchaczy, ze "promienna przyszlosc" jest tuz za weglem, ze zblizamy sie szybko ku komunistycznemu spoleczenstwu doskonalemu. Czyli oklamuje sie ich i oszukuje.
Wkrotce po rewolucji pazdziernikowej 1917 roku, w okresie miedzy dwiema wojnami, latwo bylo wskazac luminarzy kultury zachodniej, ktorzy to samo twierdzili w dobrej wierze. Entuzjastami komunizmu po krotkiej podrozy do Zwiazku Sowieckiego byli Bernard Shaw i Herbert Wells, malzonkowie Webb, tworcy Stowarzyszenia Fabianow, kolebki angielskiej Labour Party. Jeden tylko Bertrand Russell, spedziwszy w ZSSR szesc tygodni w roku 1920, napisal niewielka ksiazeczke krytyczna Teoria i praktyka bolszewizmu, ktora wznawia sie do dzisiaj bez skreslenia ani jednego slowa. No i André Gide, autor najpierw bardzo pochlebnej, a pozniej bardzo surowej oceny tzw. ojczyzny proletariatu swiatowego.
W latach trzydziestych sowiecka Wielka Czystka, krwawa kolektywizacja Stalina i procesy moskiewskie sklonily niewielu intelektualistow komunistycznych na Zachodzie do ujrzenia "swietlanej przyszlosci" w ciemnych barwach. Bylo troche aktow zerwania, ale na ogol utrzymala sie zla wiara, wyrazona przez komunistow polskich w formulce "gdzie drzewo rabia, tam drwa leca". Narodzil sie, rosl i krzepl europejski wiek totalitarny, ktorego ZSSR stal sie w rzeczywistosci czescia skladowa, mimo komedii antykomunizmu w Rzymie i w Berlinie, a antyfaszyzmu w Moskwie. Zobaczylismy znowu zjawisko niezwykle: fascynacje albo przynajmniej daleko posunieta ustepliwosc w znacznym odlamie tych, ktorych przywyklismy uwazac za elite umyslowa i duchowa. Slawi sie postawe Tomasza Manna, a przeciez wiemy - miedzy innymi od jego dzieci - jaki byl ostrozny wobec Trzeciej Rzeszy przed definitywnym wyborem emigracji. Zaproszony po wojnie na Zjazd Pisarzy w Moskwie, odpowiedzial na zaproszenie prawie kokieteryjnym listem, ktory czyta sie z zazenowaniem. A pisarze wloscy pod panowaniem faszyzmu? Mialem sposobnosc przejrzenia w rekopisie antologii wypowiedzi pisarzy wloskich w latach faszyzmu, tych samych pisarzy, ktorzy po upadku faszyzmu przedzierzgneli sie blyskawicznie w komunistow, lub w kazdym razie w zacieklych antyfaszystow. To rowniez czyta sie z zazenowaniem, wiecej nawet, z uczuciem wstydu, ze znani i kiedys szanowani pisarze godza sie tak upodlic swoje piora w sytuacji - dodajmy - znacznie mniejszego nacisku niz w Trzeciej Rzeszy i w ZSSR, gdyz faszyzm wloski byl bez porownania mniej opresywny od swoich ideologicznych krewniakow, nazizmu i komunizmu. Nie wspomne tu o pisarzach sowieckich, po krotkim zlotym okresie lat dwudziestych, bo ich plody z lat dojrzalego stalinizmu znane sa bylym obywatelom PRL w przekladach i oryginalach z epoki "przyjazni polsko-radzieckiej".
Nasuwaja sie oczywiscie pytania: co sie stalo z intelektualistami, ktorych autorytet byl kiedys punktem oparcia, ktorzy nierzadko byli przewodnikami umyslowymi i duchowymi w swoich krajach rodzinnych i nie tylko; i ktorzy potem bez oporu narazali swoj kredyt spoleczny i moralny, zaplatani w sieci wieku ideologii? Innymi slowy, jak doszlo do zniewolenia nieprzecietnych umyslow? Odpowied na te pytania bylaby i skomplikowana, i hipotetyczna, dajmy im wiec spokoj. Natomiast diagnoza jest bezsporna, sformulowal ja, wedlug mnie, najlepiej wielki pisarz wloski Ignazio Silone w roku 1947 na kongresie Pen Clubow w Bazylei: "Intelektualisci, jako klasa, ani nie maja powodu uwazac, ze zachowywali sie w ciagu ostatnich paru dziesiecioleci w sposob wzorowy, ani tez nie ma zadnych podstaw, by uznac za uzasadnione ich pretensje do odgrywania jakiejs przodujacej roli w kierowaniu opinia publiczna. Jest rzecza bez watpienia niebezpieczna i trudna mowic o istnieniu elity moralnej w jakimkolwiek kraju; ale wyjatkowego juz ryzyka wymagaloby utozsamianie jej z elita intelektualna".
Ten smutny biegun mial jednak swoj przeciwbiegun, ktory stopniowo, w wolnym tempie, zaczal wzbogacac krajobraz po drugiej wojnie swiatowej, po upadku dwoch totalitaryzmow, lecz dalej w posepnym cieniu trzeciego.
Ograniczone rozmiary mojej wypowiedzi zmuszaja mnie do uzywania przykladow. W roku 1946, troche wczesniej od bazylejskiej mowy Silonego, ukazal sie krotki tekst Orwella, jednego z najbardziej znaczacych pisarzy naszego stulecia "Why I Write" (Dlaczego pisze). W pewnym sensie wolno go uznac za manifest "zaangazowania pisarskiego" w dobrej wierze. "Wojna domowa w Hiszpanii - powiada Orwell - i inne wypadki lat 1936-37 uprzytomnily mi, gdzie znajduje sie jako pisarz. Kazda linijka napisana przeze mnie od roku 1936 skierowana byla bezposrednio lub posrednio przeciw totalitaryzmowi i za demokratycznym socjalizmem, tak jak go pojmuje". I wtedy wlasnie, dzieki Orwellowi przede wszystkim, ale nie tylko, narodzilo sie to, co w tytule mojej wypowiedzi nazwalem "podwojnym zyciem pisarza". Autor Folwarku zwierzecego i Roku 1984 umial czasem wtopic swoja walke przeciw totalitaryzmowi w proze wysokiej proby, dwie jego wymienione przeze mnie ksiazki sa, moim zdaniem, arcydzielami literatury czystej krwi; czasem zas zdawal sobie sprawe, ze jego polityczne przeslanie, z ktorego, poczawszy od roku 1936, nie zamierzal zrezygnowac nigdy, nieodparta potrzeba pisania prawdy w dobrej wierze, nie przerodzi sie w literature czystej krwi, zahaczy o publicystyke, odwola sie do dokumentu; wowczas, swiadomie uprawiajac swoje "podwojne zycie pisarza", pisal albo ksiazki takie jak W holdzie Katalonii, albo po prostu felietony czy eseje polityczne. I nigdy nie zaniedbywal swojego "podwojnego zycia pisarza", chocby (jak napomyka) krytycy ceniacy jego pioro zaklinali go, by wybral jedno tylko zycie pisarskie - zycie narratora.
To samo da sie powiedziec o dorobku pisarskim Artura Koestlera. No i, rzecz jasna, o tym, co pozostawil po sobie, umierajac tak mlodo w wypadku samochodowym, Albert Camus: piekne powiesci, opowiadania i dramaty, ale takze dluga liste tekstow czysto politycznych na wszystkie tematy, ktore wedlug niego domagaly sie zabrania glosu - w imie prawdy. To Camus, autor artykulow wstepnych w Combat w latach ruchu oporu i po wojnie, Camus bezlitosnie demaskujacy klamstwa totalitaryzmow wszelkich masci i wreszcie Camus nie cofajacy sie przed pisaniem ryzykownej niekiedy prawdy o swojej rodzinnej Algierii.
A u mnie, jak to wszystko odbylo sie u mnie? Pominawszy pierwociny literackie z lat moich studiow polonistycznych w Warszawie, skresliwszy drobiazgi rozproszone w prasie II Korpusu, pisane pod namiotami obozow wojskowych na pustyni w Iraku lub na froncie w trakcie kampanii wloskiej, jako pisarz na serio narodzilem sie w lagrze sowieckim, a zaczalem sie realizowac po wojnie. Wkrotce po wojnie zaszly dwa najwazniejsze dla mnie otwarcia w glab literatury. Zalozylem Kulture w Rzymie wraz z Jerzym Giedroyciem. Po czym zabralem sie do szybkiej pracy w Anglii nad Innym swiatem, obmyslanym dlugo - ba, pisanym w myslach - od wyjscia z Rosji do demobilizacji.
O Innym swiecie powiem jedno: udalo mi sie polaczyc w nim akt oskarzenia totalitarnej przemocy z literatura; czyli udalo mi sie gatunkowo to, co przyniosly nam dwa arcydziela Orwella. Nie bylo potrzeby przywolywania i praktykowania "podwojnego zycia pisarza".
"Podwojne zycie pisarza" wymusil na swoich wspolpracownikach redaktor Kultury. Wszystkich: tych, ktorzy kladli z nim na emigracji fundamenty pod egzystencje miesiecznika, i tych, ktorzy szlusowali po drodze z kraju badz otwarcie, uciekajac za granice, badz z ukrycia w kraju, ktorego nie chcieli opuscic. Powiedzialem wyzej "wszystkich": tak, wszystkich, nie wylaczajac Gombrowicza, rowniez wciaganego w jakims stopniu w "podwojne zycie pisarza", co nie zawsze jest dosc jasne dla badaczy jego tworczosci.
W moim wypadku oznaczalo to stworzenie niekonwencjonalnej formy Dziennika pisanego noca, ktory w siedmiu dotad tomach miesza eseje i opowiadania z zapisami politycznymi, czesto, jesli nie przewaznie, podejmujacymi problematyke polska. Traktowalem ten wynalazek i jako akceptacje "podwojnego zycia pisarza", i jako forme sluzby publicznej w obliczu zniewolenia mojego kraju rodzinnego. Poniewaz polityki nie lubie, a nawet wiecej niz nie lubie, obiecywalem sobie, ze w momencie upadku komunizmu i odzyskania niepodleglosci przez Polske (w co, wbrew polskim czarnowidzom, gleboko, bez zadnych wahan, wierzylem), ze w tym momencie poczuje sie zwolniony ze sluzby publicznej i upowazniony do pelnego zajecia sie prywatnymi obowiazkami literatury. Gdy ten moment zaczal sie z nadzwyczajna, nieoczekiwana predkoscia zblizac, ujawnilem moje zamiary w wywiadzie drukowanym w jednym z pism emigracyjnych. Po przeczytaniu wywiadu Giedroyc zatelefonowal do mnie do Neapolu: "Widze, ze zamierzasz wyprowadzic sie z polityki". Czulem w tym zdaniu nute wymowki. Kto wie, gdyby uznal moj zamiar za usprawiedliwiony, a ja za nieodwolalny, nie doszloby moze pozniej do naszego bolesnego dla mnie konfliktu i rozstania. A moze jednak lepiej, ze doszlo: w jakis sposob wzbogacilismy, po tylu latach wyposzczenia pluralistycznego w Polsce, wachlarz polityczny Trzeciej Rzeczypospolitej.
Czasy PRL w Polsce, czasy nieszczesnej przygody socrealistycznej, czasy rozmaitych kontrowersyjnych pomyslow w stylu "zniewolonego umyslu", przyczynily sie do czegos dotychczas w Polsce nieznanego: do rosnacego rozziewu miedzy polskimi pisarzami i polskim spoleczenstwem, do podwazenia zaufania polskich czytelnikow do polskich autorow. Jak ten rozziew powoli zmniejszyc, skoro nie da go sie tak latwo zlikwidowac? W murach uniwersytetu, ktory u progu trzeciego tysiaclecia obchodzi dzis szescsetlecie odnowienia swego istnienia, ja, pisarz, zaszczycony jego doktoratem honorowym, zwracam sie ze skromnym apelem do wszystkich zajmujacych sie - jak mawial Jerzy Stempowski - uporczywym "czernieniem papieru": Polska, odzyskawszy niepodleglosc, idzie dobra droga naprzod, ale niech pieknoduchowskie pokusy odwrocenia sie, po zlych doswiadczeniach przeszlosci, calkowicie od polityki nie maja dostepu do waszych umyslow pisarzy polskich, skazanych - powtarzam "skazanych" - na "podwojne zycie", jak skazani byli na nie wasi najlepsi poprzednicy.
Pewna pisarka polska, zreszta sympatyczna i utalentowana, miala jakoby o mnie powiedziec: "Ostatni pisarz polski dziewietnastego stulecia". Jestem pewien, ze, kto czytal moje ksiazki, powie o tym okresleniu: nonsens. Mimo to, okreslenie owej pisarki sprawia mi pewna przyjemnosc. Widocznie czuje sie w moich ksiazkach podejscie do powolania pisarza - do powolania, a nie do problematyki i tematyki pisarskiej - podobne do staroswieckich zasad i wierzen XIX stulecia. Co uwazam za komplement.
Pierwodruk: Rzeczpospolita - Plus Minus, Warszawa, 13 maja 2000

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||