W maju 2000 w Krakowie odbyły się uroczystości sześćsetlecia odnowienia Uniwersytetu Jagiellońskiego z zapisu Królowej Jadwigi.

Autor poniższego eseju, teatrolog, Profesor Dr Emil Orzechowski jest Dziekanem Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

5 kwietnia 2000 na University of Alberta, Edmonton, Alberta, Canada, w ramach Tygodnia Kultury Polskiej wygłosił on wykład oparty na poniższym eseju. Dziękujemy Profesorowi Orzechowskiemu za przysłanie z Krakowa tego tekstu dla Zwojów. (AMK)  




HISTORIA UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

- SYNTEZĄ DZIEJÓW EUROPY WSCHODNIEJ





EMIL ORZECHOWSKI



Podobno na początku wieku mawiano w Wiedniu, że "wszyscy, tak czy inaczej, pochodzimy z Galicji." Powiedzenie to można trawestować na formułę: wszystko, co związane z polską nauką i nauczaniem akademickim wywodzi się z Almae Mater Jagiellonica. Zaś z kolei wszystko, co związane z naszą - wschodnią częścią Europy - dotyczy, tak czy inaczej, Polski i Polaków. Zanim to uzasadnię, wypada wcześniej przywołać ogólniejsze tło.

Zacznijmy od tego, że niezwykle trafnie nazwał autor najpoczytniejszej historii Polski - Norman Davies, swoją książkę ?God's Playground" - ?Boże igrzysko". Zaiste, ziemie polskie były przez wieki terenem gladiatorskich zapasów, najczęściej zresztą prowadzonych w konwencji nie fair. Igrzysko ma to do siebie, że role się w nim odmieniają: raz się wygrywa, raz przegrywa. Uczestnik tej gry - Polska - doświadczył owej zmienności losu w sposób szczególny. Pytanie tylko - kto o tym pamięta, oraz - jak się o tym pamięta. Przy czym nie chodzi tu o megalomańskie, polonofilskie patrzenie na dzieje, ale o fakty spełniające się w naszej części Europy. Inna była sytuacja wielkiego narodu ukraińskiego, który dopiero ostatnio wybił się na niepodległość, inna sytuacja Litwinów wchodzących poprzez Polskę we wspólnotę cywilizacji zachodnioeuropejskiej, chrześcijańskiej, jeszcze inna jest - do dziś - sytuacja Białorusinów.

Czesław Miłosz pisał prawie pół wieku temu w Waszyngtonie, że "poeta pamięta." Po co poeta pamięta? Odpowiadał autor, że po to, by "czyny i słowa były policzone." Gdzie indziej powiedziano "Pamięć jest naszą siłą." Jaka pamięć, o czym, po co pamiętać? O Holocauście - tak, o Katyniu, o nazizmie, o Stalinie i o komunizmie - tak: ku przestrodze. I o czym jeszcze? W dzisiejszej Polsce, od 10 lat kraju demokratycznym, o nowej ekonomii z wolnym rynkiem, mamy sytuację jakby zaprojektowaną przez Miłosza - słowa i czyny pragnie się policzyć. Tyle tylko, że jest to na inny użytek niż przewidywał poeta, bo inne są czasy i sytuacje. I tak, mamy do czynienia z bardzo trudną próbą rozliczenia się z przeszłością i oderwania się od niej. Oderwania się od rządów monopartyjnych, od centralizmu w gospodarce i w administracji. Mamy do czynienia z próbą rozliczenia winnych wielu bolesnych krzywd i zwykłych nieprawości. To bardzo trudny proces i musi on potrwać jeszcze przez jakiś czas.

Dlaczego w ogóle o tym mówię? Po prostu dlatego, by może nieco nieudolnie powiedzieć, iż takie procesy - uzdrawiania kraju i społeczeństwa, zmiany psychiki ludzkiej trwają latami. I że takiej szansy jak teraz - dojścia do normalności - Polacy przez wiele pokoleń nie mieli. W sytuacji zniewolenia poeta musiał pamiętać i rozpamiętywać, musiał być ambasadorem swego narodu bez państwa, musiał pisać ?ku pokrzepieniu serc", musiał malować Grunwaldy i Hołdy pruskie, czy inne obrazy dawnej świetnej przeszłości, zamiast "piękne kobiety w niebieskich sukniach na zielonej trawie."

W sytuacji rozbiorów, zaborów, okupacji najpierw jednej, a zaraz potem drugiej, w szczególny sposób liczyło się trwanie fizyczne, trwanie pamięci i więzi budujących i podtrzymujących tożsamość narodową. W sytuacji opisanej specjalnie ważna była obecność w życiu społecznym tych instytucji, które były symbolem i wartością trwałą i ponadczasową.

W XIX i w XX wieku, czasach dla Polski i dla całej wschodniej Europy szczególnie burzliwych i tragicznych, były to, upraszczając, nade wszystko trzy instytucje: Kościół, teatr i Uniwersytet Jagielloński. (do roku 1818 najpierw Studium Generale, potem Akademia Krakowska, następnie Szkoła Główna Koronna). Sprowadzając ich znaczenie przede wszystkim do kategorii polskości sam jakbym zaprzeczał szerszemu wymiarowi zapowiedzianemu w tytule tego występu. Ale tak jest tylko pozornie. Bo polskość, jej obrona w XIX i w XX wieku, to była również obrona prawa Czechów, Słowaków, Litwinów, Ukraińców do podobnego myślenia i podobnego zachowania. To była również obrona zamieszkujących te ziemie Żydów, czy Romów, po prostu ich prawa do istnienia. Że nie działały te nacje wspólnie, że zaistniało pomiędzy nimi wiele konfliktów, to już dziedzictwo historii, a nade wszystko intrygi władz zaborczych. Dość powiedzieć, że cenzura rosyjska nie dopuszczała na scenę adaptacji dzieł, które mówiły o asymilacji Żydów, o przykładach dobrych polsko-żydowskich stosunków. Podobne jątrzenia były na styku polsko-ukraińskim, czy polsko-litewskim. Nie bez winy, rzecz jasna, były też i wymienione strony. Dziś warto o tym pamiętać, ale nie warto li tylko rozpamiętywać rachunków krzywd, bo - jak słusznie powiedział niedawno w Auli Uniwersytetu Jagiellońskiego znakomity polityk - Szymon Peres - czas dla nowych pokoleń budować wspólne szanse i perspektywy.

W takim kontekście, na takim tle, spójrzmy nieco głębiej w historię, próbując w niej dostrzec to, co łączy, a nie to co dzieli. Uniwersytet Jagielloński jest tu szczególnie wdzięcznym polem dla takiej refleksji. Ma on ponad 650 lat., a w roku bieżącym obchodzi wielki jubileusz odnowienia go przez króla Jagiełłę, który wypełnił skrupulatnie testament swej zmarłej małżonki - Jadwigi, dziś świętej kościoła katolickiego. I nie kryję, że to właśnie refleksja nad tą jubileuszową okazją sprawiła, że tak, a nie inaczej sformułowałem temat moich rozważań.


Akt odnowienia Uniwersytetu Jagiellońskiego z dnia 15 lipca 1400 roku.

"My Władysław, Król Polski, Najwyższe Książę Litewskie, widzimy, jak Paryż uczonym zgromadzeniem opromienia i uczcigodnia, jak Bolonia i Padwa wzmacnia i zdobi, jak Praga oświeca i wynosi, jak Oxford objaśnia i użyźnia. Dlatego zaiste dostąpiliśmy panowania i Królestwa Polskiego, otrzymaliśmy Koronę, abyśmy je blaskiem uczonych mężów oświecili, ich naukami cienie niedostatków usunęli
i z innymi krajami je zrównali..."



Chodzi przecież o fenomen niezwykły. Litwin wypełnia ostatnią wolę Węgierki ku pożytkowi polskiej instytucji. Litwin i Węgierka - wielcy polscy królowie. Ale czy istotnie chodziło o polską, i tylko polską instytucję? Pora na pewne fakty.

Gdy Kazimierz Wielki fundował w Krakowie, w roku 1364 Studium Generale, czynił to, arcymądry król, który rozsądzał spory europejskie, bo potrzeba mu było w państwie, jakie budował po okresie rozdrobnienia dzielnicowego, rozumnej administracji. Administracji zdolnej do stanowienia praw, do reprezentowania Polski wobec innych państw, zdolnej do przeprowadzenia reformy skarbu, zdolnej do wykształcenia liczących się w Europie ośrodków kultury. Charakterystyczne, że ustanowiono wtedy aż osiem katedr prawa, dwie medycyny i tylko jedną filozofii - wszystkie nieźle uposażone w nadane im dobra i przywileje, w tym przywilej autonomii, co będzie już na zawsze częścią tradycji akademickiej.

Jakie owa decyzja Kazimierza Wielkiego miała znaczenie dla Europy Wschodniej? A potem - dlaczego (późniejsza św.) Jadwiga i jej mąż Jagiełło zadbali o odnowienie i dalszy rozwój Akademii? Dlaczego wyposażyli ją w dalsze dobra i przywileje?

A oto fakty. Już za czasów kazimierzowskich spora część studentów pochodziła z oddzielonych od Polski dzielnic, w tym Śląska i Pomorza. Losy tych ziem zależały w dużym stopniu od tego, w którą stronę orientować się będzie ich elita. A oto dane statystyczne za wiek XV i XVI. Aż 44 % ówczesnych studentów Akademii rekrutowało się z zagranicy: najwięcej z Węgier, Chorwacji, Litwy, ale także z Niemiec, Włoch, nawet Szwajcarii. To procent wręcz niewiarygodny. Z kolei los Akademii, gdy podupadła, mocno związał się z Uniwersytetem w Pradze. Aż trzy fale profesorów powróciły stamtąd do Krakowa, gdy Jagiełło uczelnię odnowił. A zatem swoje przetrwanie Kraków zawdzięcza Pradze, dając jej z kolei, jak i wielu innym ośrodkom naukowym, wielu swoich profesorów, o czym jeszcze będzie mowa. W okresie odnowy otwarto w Krakowie Bursę Hungarorum i Bursę Germanorum; Litwini nie musieli też już jeździć na studia do Pragi czy jeszcze dalej.

Taki zasięg działania Akademii jasno ilustruje jej funkcję, dziś powiedzielibyśmy - misję. Trzeba było dostarczyć wielu mądrych, dobrze wykształconych ludzi, obeznanych z językami i systemem prawa europejskiego. Takie były potrzeby Rzeczypospolitej Obojga Narodów, na Litwie dodatkowo związane z koniecznością tworzenia sieci szkół. Tylko tacy ludzie mogli Rzeczpospolitą reprezentować w Europie.




Wiązało się to w wcześniejszym przygotowaniem uniwersyteckim. I znów interesujące fakty. Do roku 1500 w Bolonii była tak wielka liczba studentów wywodzących się z Krakowa, że z ich grona aż dwanaście razy obierany był studenckim rektorem Polak, między nimi Jan Zamoyski, późniejszy wielki Kanclerz. Ciekawostką jest to, że Polacy (w tym jeden późniejszy arcybiskup) stali na czele studenckich buntów w Bolonii. W tym samym uniwersytecie, jednym z najlepszych w Europie, aż siedmiu Polaków obejmowało katedrę matematyki. W tym kontekście nie dziwią kolejne miejsca studiów Kochanowskiego, czy Kopernika. Ale ich początek był w Krakowie.

Podobnie, jak Polacy uczyli zagranicą, tak Włosi, Niemcy bywali profesorami Akademii Krakowskiej, dzięki czemu np. renesans dotarł nad Wisłę stosunkowo wcześnie.

I wreszcie kwestia bodaj najważniejsza - to udział profesorów i wychowanków Akademii Krakowskiej w najistotniejszych debatach ówczesnego parlamentu europejskiego, czyli w soborach: w Pizie (1409), w Konstancji (1414-1418), w Bazylei (1431-1449). Tam rozstrzygały się kwestie najważniejsze dla państw i narodów. Polacy zaś reprezentowali na nich interes nie tylko polski, ale i litewski, i wszystkich narodów i grup etnicznych wchodzących w skład Rzeczpospolitej Obojga (a de facto wielu) Narodów. Przypomnijmy, że wkładem tych uczonych mężów były głęboko uargumentowane, wielokrotnie przedrukowywane w całej Europie traktaty: O wojnach sprawiedliwych, O prawach narodów, O tolerancji wyznaniowej. Ich znaczenie trudno przecenić, nie mówiąc już o tym, że w wielu wypadkach wyprzedzały one znacznie decyzje przyjęte później w świecie.

O dalszych latach i wiekach całych, znacznie trudniejszych, a nawet ciemnych, nie będę mówił, poza przywołaniem paru przykładów. Jednym z nich jest fakt zwycięskiego oporu Akademii przeciwko zakusom jezuitów dążących do przejęcia szkolnictwa wyższego w swoje ręce; w wielu krajach to im się udało, w Krakowie nie. Z końcem XVIII wieku wielką reformę edukacji, w tym Akademii, zaplanował Kołłątaj. Przyszły jednak czasy rozbiorów i próby intensywnej germanizacji uniwersytetu. I stała się rzecz zdumiewająca. Nasyłani przez Wiedeń profesorowie często polonizowali się, ba - z nich wzięły się wielkie rody uczonych: Estreicherów, Zollów.

Jakby symbolicznym zaznaczeniem faktu, że krakowska uczelnia wcale nie ciążyła ku Wiedniowi, było nadanie jej nazwy Uniwersytet Jagielloński. Zabawna sytuacja miała miejsce, gdy z okazji wizyty Najjaśniejszego Pana mieli profesorowie krakowscy wystąpić w służbowych austriackich uniformach. Przypomniano sobie wówczas o togach - i tak to już pozostało po dziś dzień. W okresie zaborów w Krakowie studiowało wielu późniejszych znakomitych tłumaczy polskiej literatury z różnych krajów słowiańskich; rozwinęły się tu studia historyczne i slawistyczne - taka była potrzeba całej Słowiańszczyzny dla obrony przed germanizacją i rusyfikacją w azjatyckim stylu.

W latach międzywojennych Uniwersytet Jagielloński uległ znacznemu osłabieniu, a to dlatego, że z jego profesorów złożona była kadra nowych polskich uniwersytetów: w Wilnie, we Lwowie, w dużej części także i w Warszawie.

Podczas II wojny światowej Uniwersytet doświadczył wszelkich okrucieństw, jakim były poddane wszystkie niegermańskie narody. 6 listopada 1939 roku Niemcy podstępnie aresztowali blisko 200 profesorów UJ i Akademii Górniczo-Hutniczej; wielu z nich zmarło w obozach w Sachsenchausen i Dachau.

Po wojnie Uniwersytet znów musiał dzielić los wszystkich instytucji w krajach podległych sowieckiemu imperium i urządzanych na nowo według moskiewskich wzorów. Zanim jednak został zreorganizowany na model radziecki, najpierw oddał część swoich profesorów dla nowych uniwersytetów: np. we Wrocławiu, wiele lat później w Katowicach, jeszcze później w Opolu, Białymstoku, i innych. Dla władz był on jednak stale instytucją nazbyt potężną i nazbyt autonomiczną. Został zatem podzielony na szereg osobnych uczelni o równorzędnym statusie akademickim. Do dziś jest to problem, z którym nie bardzo wiadomo jak sobie poradzić.

Oddzielono medycynę, nauki rolne, handlowe, wreszcie teologię, której obecność w strukturach uniwersytetu drażniła władze najbardziej. Dlaczego o tym mówię, choć to pozornie problem nawet nie polski, a czysto uniwersytecki? Mówię o tym dlatego, że los Uniwersytetu Jagiellońskiego był losem wspólnym dla wszystkich uczelni wyższych Europy Wschodniej. Być może uderzenie w UJ było najmocniejsze, bo też UJ i Kraków uznawane były przez władze za ostoję konserwatyzmu, a to naprawdę oznaczało tylko obronę tradycji i wolności nauki. W najgorszych latach okupacji niemieckiej trwało tu tajne nauczanie, w ponurych latach najsurowszej kontroli cenzury, gdy nie wolno było wymieniać nawet w przypisach niektórych nazwisk, w Uniwersytecie Jagiellońskim czytano i analizowano np. twórczość Miłosza, w Bibliotece Jagiellońskiej zawsze jakoś można było dotrzeć do Kultury paryskiej i innych zakazanych druków. Jest to fakt o ogromnym znaczeniu - doniosły odtworzeniem elit intelektualnych po zbrodniach hitlerowskich i stalinowskich, procentujący po latach, i nie tylko w Polsce.

I wreszcie jeden przykład, za to najwymowniejszy, najpotężniejszy. Studentem i profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego na jego wydziale Teologicznym zdążył być Karol Wojtyła. Przez jego postać, jego naukę, doniosłość jego inicjatyw dla całego świata, a nie tylko Kościoła, wracamy jakby do punktu wyjścia: do działalności Ostrorogów, Włodkowiców, Frycza Modrzewskiego. upominających się na soborach i w swoich publikacjach o poszanowanie praw narodów, o tolerancję. Dziwnie się wypowiada te słowa po niedawnej wizycie Papieża w Ziemi Świętej i po tym, gdy poznaliśmy przesłanie tej Jego wizyty, reakcje na nią, tak Żydów, jak i Palestyńczyków, choć jeszcze nie jej owoce. Nie boję się powiedzieć, że w Jego dziele, że w Jego nauce jest jakaś cząstka przywołanej tu tradycji. A już i wcześniej niewątpliwie cząstka tej tradycji była w przesłaniu i wielkich skutkach wizyty Papieża w Polsce, gdy swoją obecnością, słowem niezależnym, umacniał ducha "Solidarności." Jakie to miało znaczenie dla całej Europy Wschodniej - nie trzeba przypominać.

Za niewiele dni wiele znakomitych osobistości odbierze w Uniwersytecie Jagiellońskim dyplomy doktora h.c. Jest wśród nich przyjaciel Polaków, wielka postać dla Litwinów - Tomasz Venclova, jest Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak-Jeziorański, Gustaw Herling-Grudziński i inni, którzy dla wyzwolenia Europy Wschodniej z systemu totalitarnego zrobili wiele, bardzo wiele. A dziś napominają Polaków i sąsiednie narody, by pozbyły się resztek ksenofobii, by sąsiedzi byli dla nich partnerami, a nie młodszymi, czy starszymi braćmi. Honorując Ich właśnie, Uniwersytet Jagielloński powraca tym samym do swej najwcześniejszej misji - chce być Uniwersytetem, której pracownie, sale, biblioteki i archiwa są otwarte dla wszystkich, a już szczególnie dla najbliższych sąsiadów.

To nie są tylko słowa, to są już fakty. Bardzo bliskie więzy znów łączą Uniwersytet Jagielloński z uniwersytetami w Wilnie i w Kijowie, w Krakowie tworzy się naturalne zaplecze, przygotowujące dla Ukrainy programy niezbędne dla wprowadzenia tam reform na wzór polskich. Jest też jedna jeszcze inicjatywa, być może najdonioślejsza. Jest to ostatnio utworzony w Uniwersytecie Jagiellońskim z inicjatywy jej Rektora - Fundusz Stypendialny im. św. Królowej Jadwigi. Składają się nań wpłaty samego Uniwersytetu, Prezydenta III RP, Ministra Spraw Zagranicznych i wielu innych partnerów. Fundusz ma służyć wyłącznie dla udzielania stypendiów dla doktorantów i pracowników nauki z krajów dawnego ZSRR, którzy swe studia i badania chcą prowadzić w Polsce. Sądzę, że jest to inicjatywa nie tylko ważna, ale jakby naturalna. Wszak w Uniwersytecie Jagiellońskim wszyscy pamiętamy z wdzięcznością, czym był dla nas kontakt ze światem dzięki stypendiom z krajów bogatszych od nas, w tym od instytucji polonijnych. Dziś przyzwoitość nakazuje odwdzięczyć się tym samym wobec innych.

I na zakończenie jeszcze jedna refleksja, znów nawracająca do początków. To wielka radość z powodu dostępności dla wielu naszych studentów różnych międzynarodowych programów. Dzięki temu udziałowi możemy jakby powrócić do czasów Kopernika: kilka lat studiowania w Krakowie, kilka we Włoszech, albo gdziekolwiek indziej - to ubogaca. Jest i drugi sens tej radości. To obecność w Uniwersytecie Jagiellońskim kilkuset studentów, np. medycyny, z krajów skandynawskich, z USA i z Kanady. To już nie kursy, a regularne studia - na znakomitym poziomie, w dodatku znacznie tańsze niż na Zachodzie. Myślę, że wolno zakończyć stwierdzeniem, że wzięta z antyku dewiza Uniwersytetu Jagiellońskiego sprawdza się dzisiaj i warta jest upowszechniania. A brzmi ona: ?Plus ratio quam vis". Potwierdza ją mądrość wieków.

I ostatni już pakiet informacji - rodzaj symboli, ściśle związanych w tytułem tego rozważań. Kilka miesięcy temu rektorem Uniwersytetu w Sofii został absolwent polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z kolei najmłodszy Wydział UJ - Zarządzania i Komunikacji Społecznej, nawiązuje swoją misją do samych prapoczątków Almae Mater - podjął kształcenie kadr dla potrzeb nowej administracji reformowanego państwa. Czyni to na różne sposoby, m.in. poprzez współkreowaniu w Goerlitz, na pograniczu polsko-niemieckim, szkoły, w której wspólnie studiują Czesi, Węgrzy, Niemcy, Polacy, Łotysze. Studenci Wydziału, podobnie jak ich poprzednicy w wiekach XV czy XVI, po kilku latach studiów w Krakowie, wyruszają w świat, by u najlepszych dopełnić swoje wykształcenie; w Krakowie zaś uczą się wspólnie z kolegami z Kazachstanu, z Ukrainy, Jugosławii, Litwy, etc. etc., przyjmują całe grupy studentów z Niemiec, z Francji, Szwecji, Norwegii i wielu innych krajów. Podobnie jest na innych Wydziałach UJ i w całym akademickim środowisku. I tak oto historia akademicka sprzęgła się (tym razem optymistycznie) z dziejami wschodniej części Europy i dziejami świata. I właśnie to najbardziej pozwala patrzeć optymistycznie w przyszłość.


Kraków, kwiecień 2000








Copyright © 1997-2007 Zwoje