Ta nowa powieść polskiego naukowca-fizjologa roślin z Nowej Zelandii, bibliofila, autora zbiorów ciekawostek i niezwykłości historycznych, obyczajowych i przyrodniczych, znanego w Internecie (http://homepages.ihug.co.nz/~antora/), m.in. z zamieszczenia tam kompletnych tekstów Pana Tadeusza i "Trylogii," opisuje okres powojenny w komunistycznej Polsce i ówczesną atmosferę "badań naukowych" w dziedzinie biologii roślin. Znakomicie napisana, z ogromną erudycją, piękną polszczyzną, w stylu autobiograficznej groteski lub satyry albo "realizmu magicznego" (których to konwencji Autor się wypiera), pełna zaskakujących skojarzeń (np. mord-samobójstwo z wykorzystaniem kodu genetycznego albo Ogród rozkoszy Boscha jako podręcznik sztuki miłości), ze wszech miar godna jest uważnego przeczytania.
Poniższy fragment, niereprezentatywny dla fabuły książki, szczególnie przypadł mi do gustu. (AMK)

No bo weźmy choćby sianie czy wysadzanie roślin i potem ich hodowanie w taki sposób, by dokładnie odpowiadały warunkom wymaganym dla prowadzenia doświadczeń potrzebnych na ćwiczenia ze studentami. Ot, na przykład chociażby otrzymanie roślin wyrównanych dla doświadczeń nad wzrostem korzeni. Nie tylko muszą to być nasiona genetycznie jednorodne, ale jeszcze trzeba je ułożyć w podłożu tak, by zarodki skierowane były w jedną stronę, nie tylko w stosunku góra dół, ale nawet północ ? południe! Takie mają wymagania!
Albo mycie szkła ? jeśli tylko umiesz patrzeć, zawsze coś ciekawego zobaczysz. A to dziwne grzybki na starym agarze, a to jakieś kręgi odczynników w przedziwny sposób przenikających się w żelatynie, a to jakieś tajemnicze, artystyczne prawie rozmazy. Zawsze też było miejsce na obmyślenie jakichś drobnych ulepszeń i poprawek, na wprzęgnięcie obserwacji do następnych doświadczeń.
Mimo nieopisanych braków w wyposażeniu wszystkich zakładów uniwersyteckich, my nie narzekaliśmy zbytnio. Do naszych aparatów, które sami konstruowaliśmy, wystarczało mieć aparaturowy złom, części dostępne na targu ze starocią, graty przynoszone z domu. Aparaturę do badań nietypowych można było w owych czasach robić ze wszystkiego - marka sprzętu nie liczyła się dla nas, a najważniejsze, że nie trzeba było skamleć o dewizy, których i tak się z reguły nie otrzymywało.
Siedzieliśmy nad aparaturą, najczęściej własnej konstrukcji, czasem dzień i noc wyskakując tylko na kawę czy jakąś kanapkę do stołówki studenckiej za dnia, a do jakiegoś baru w nocy. Jakie bezbarwne i pozbawione fantazji wydawały mi się teraz opisy roślin czy organizmów, biorobotów czy cyborgów z powieści fantastyczno-naukowych w porównaniu z tym, co można widzieć tu, na naszej planecie, bez rakiet i maszyn czasu, przy pomocy aparatu skonstruowanego ze starego mikroskopu, aparatu fotograficznego, części roweru, kilku budzików i dzwonków elektrycznych na bateryjki od lampki kieszonkowej.
Wszystkie udziwnione roślino-potwory, zwierzo-kryształy, mucho-ludzie i inne dziwadła, które zapełniają literaturę, wydawały mi się wręcz banalne w porównaniu z monstrualną gardzielą pływacza pospolitego, pól przylepnych liścia rosiczki czy zdradliwego lądowiska Dionaea, co to szpikulcami obłapuje nieostrożnego owada, trzyma jak w klatce i powolutku konsumuje.
W wyniku tego rodzaju studiów i obserwacji, wielogodzinnych dyskusji z Czosnaczkiem, szperaniu w bibliotecznych starociach i śledzeniu dostępnych nam bieżących czasopism naukowych, mój stosunek do roślin, mogę powiedzieć ? moja opinia o roślinach, stopniowo krystalizowała się.
Przestały być dla mnie stworzeniami niższymi czy mniej inteligentnymi od zwierząt czy ludzi. Wprost przeciwnie. No bo i co z tego, że rośliny nie mają systemu nerwowego czy mózgu, jakim szczycą się zwierzęta? Co jest istotniejsze ? posiadanie mózgu, czy umiejętne posługiwanie się nim? Z mózgiem, jak z komputerem ? możesz posiadać nie wiem jak kosztowny i sprawny komputer, a jeśli nie umiesz lub nie chcesz się nim posługiwać, będzie stał bezużyteczny, aż mu wszystkie pola pamięci rozmagnesują się, wyblakną i wypłowieją. Jeśli natomiast potrafisz korzystać z centrum komputerowego choćby przez telefon, masz wszystko, co ci komputerowa technika zaoferować może ? i nieograniczoną pamięć i bibliografię, rozkład jazdy pociągów w Peru i terminy lotów na Karaibach czy kalendarz przypływów w Nowej Zelandii.
Dostęp do mózgu, nieistotne czyjego, możliwość korzystania z usług systemu nerwowego i mózgu o wysokim standardzie (podobnie jak w przypadku komputera czy biblioteki) są istotniejsze niż jego fizyczne posiadanie. Nie jest to tylko sofistyka czy puste rozważania. Jeśli zgodzić się z powyższym rozumowaniem, że nie posiadanie mózgu, a jego używanie jest miarą inteligencji, to zupełnie inaczej trzeba popatrzeć na cały świat roślin.
Weźmy choćby taką pszenicę. Ta mała niepozorna trawka potrafiła zaprzęgnąć na swoje usługi wszystkie ludzkie rasy i plemiona, niezależnie od koloru skóry, wiary, narodowości czy politycznych przekonań, dla spełnienia swojego pszenicocentrycznego celu ? ni mniej ni więcej tylko opanowania świata. Jej punkt widzenia jest w takim samym stopniu tritico-centryczny jak nasz jest antropocentryczny. Tylko że pszenica ma ku temu znacznie więcej racji. Człowiek dał się usidlić przez pszenicę kilkadziesiąt tysięcy lat temu, gdzieś na stepach Azji i wiernie pozostaje na jej usługach do czasów najnowszych. To samo zrobiła kukurydza równie dawno, niezależnie od pszenicy, gdzieś w dalekich Andach, a ryż w innym końcu świata.
Kiedy tylko człowiek cokolwiek wymyślił dzięki działalności swojego mózgu, jakąkolwiek sztuczkę techniczną opanował, natychmiast pszenica i kukurydza robiły z tego użytek. Człowiek wynalazł koło? Pszenica natychmiast wyszła na swoim, bo koło zaprzęgnięto do przewożenie od osady do osady worów z pszenicą i zapewnienia jej w ten sposób nowych terenów ekspansji. Kto przede wszystkim dobrze na tym wychodził? Oczywiście, że przede wszystkim pszenica. Człowiek zdychał z głodu, jeśli transport ziarna nie dotarł na czas, a nasiona pszenicy kiełkowały wesoło przy drodze, podczas kiedy niefortunnego woźnicę już dawno robaki żarły. I tak ze wszystkim, z samochodem, koleją żelazną, samolotami, satelitami.
Ale nie tylko człowiek został zaprzęgnięty do prostego roznoszenia gatunku po całym świecie. Mózg, w ogólności system nerwowy zwierząt, wspaniale został wykorzystany przez rośliny do spraw seksu.
Kiedy naturze i ewolucji jeszcze się o człowieku nie śniło, rośliny zaprzęgły największe intelekty owych czasów ? owady, do swoich spraw intymnych. To one zajęły się poszukiwaniem dla pozornie biernych roślin partnera seksualnego oddalonego czasem o dziesiątki kilometrów, ukrytego w poszyciu leśnym między miliardami innych stworzeń, produkującego gamety w tak ograniczonej ilości, że szanse znalezienia partnera "na własną rękę" równały się zeru. Do wyszukania właśnie tego jedynego, najlepszego partnera seksualnego ukrytego gdzieś pod kępą trawy na dnie puszczy, przemyślne rośliny wykorzystały owady o niezwykle sprawnych zmysłach.
Oczywiście człowiek i inne zwierzęta nie zostały zmuszone do świadczenia tych usług za nic. Wprost przeciwnie, wszystko jest wspaniale opłacane. Bierz, mądralo z mózgiem, za swoje usługi intelektualne jakie tylko chcesz surowce - węglowodany, białka, zbieraj i jedz nasiona do woli. I tak produkujemy ich nadmiar. Pomagasz, robaczku boży, przy zapylaniu - masz oto w zamian stół suto zastawiony miodem czy nektarem, masz ciałka białkowe, zabierz i swoim dzieciaczkom jedzonka. Nabierz pyłku, którego i tak jesteśmy w stanie wyprodukować ile tylko chcemy ? napełń nim swoje kieszenie i karm nim dzieci. Za parę tygodni one będą nam świadczyły te same usługi z jeszcze lepszym skutkiem!
Podobnymi sposobami przemądre rośliny zaprzęgły mózgowców do opanowywania nowych przestrzeni. Owoce jako takie roślinom są przecież niepotrzebne. To tylko przynęta, a czasem pułapka dla mózgowców - kolorowe, by informować o istnieniu i wabić, smaczne, dobrane do gustów umózgowionych sług do granic nieprawdopodobieństwa, są daniną, jaką roślina płaci za spełniane dla niej funkcje. Tania to cena za nieograniczone możliwości korzystania z nóg, mięśni, skrzydeł, płetw i czego tam jeszcze dla rozsyłania swego potomstwa w najdalsze zakątki świata. Zwierzaki napychają się nie mając nawet pojęcia, że służą wyłącznie za środek transportu przemyślnej roślinie.
Niektóre rośliny poszły dalej ? uciekły się do perfidii. Wzięły człowieka ciupasem w niewolę i tak wyszła ta cała heca z alkoholizmem i narkotykami. Tak długo dopasowywały skład swoich soków i zawartość nasion, tak długo studiowały słabości ludzkiej i zwierzęcej psychiki, że tylko liźniesz, tylko raz posmakujesz, a już będziesz chciał tego zawsze, staniesz się prawdziwym niewolnikiem tak niewinnej z pozoru rośliny jak kawa, mak, koka i zrobisz wszystko, by miała ona właściwe warunki rozwoju, zniszczysz dżungle, pola uprawne pszenicy, przymorzysz głodem pół narodu, a narkotyk musisz mieć. A z punktu widzenia roślin taniej produkować kilka miligramów narkotyku niż kilogramy cukru lub białka!
Oczywiście niechlujny lub niedbały sługa musi być ukarany. Rośliny robią to doskonale. Kiedy nie ma innego wyjścia, człowiek czy zwierzak, z dobrze traktowanego sługi staje się okrutnie karanym niewolnikiem. Jeśli w jakiś zasadniczy sposób pogwałci umowę o usługach wzajemnych ? nie dostarczy wody na czas, nie zapewni pożywienia (a pszenica na przykład musiała z tego powodu ograniczać swoją populację) ? spotyka go głód i wynikające stąd konsekwencje społeczne i polityczne.
Jest jednak pewna strona życia roślin, moim zdaniem, szokująca i nieco niepokojąca. Otóż w kwiecie lilii, symbolu niewinności, czy setkach tysięcy kwiatów, jakimi zwykła pokrywać się wiosną np. czereśnia, odbywa się proces, który trzeba nazwać bratożerstwem. Proces ten wskazuje równocześnie, jak inny jest to świat, jak bardzo dla nas dziwny i odległy. Odleglejszy chyba niż najdziwniejsze obyczaje owadów czy ryb.
Każdemu poczęciu osobnika roślinnego towarzyszy równocześnie poczęcie jego pierwszej ofiary, poczęcie brata, który z góry jest skazany na pożarcie przez swoje bardziej fortunne rodzeństwo. Rośliny wyższe produkują z reguły bliźniaki. Jeden bliźniak, specjalnie skonstruowany genetycznie tak, że jest to właściwie półtora bliźniaka (jest półtorakiem!), skazany jest na bycie pokarmem dla swojego brata bliźniaka. Takie półtorakożerstwo jest w świecie roślin wyższych normą. Odkrywcą tej roślinnej makabreski był Polak pracujący w Bonn, Edward Strassburger.
Ja nie starałem się świata roślin oceniać. Zdumiewałem się tylko jak odmienny to świat. A każdy dzień mojej pracy na uczelni przynosił nowe przyjemności i nowy rodzaj konwersacji z roślinami, prowadzony przy pomocy prostych, dobrze obmyślanych przyrządów. I kiedy przychodził dzień wypłaty, kiedy szliśmy z doktorem Czosnaczkiem (byliśmy już na ty) do kwestury po pensję, miałem wyrzuty sumienia. Jak to jest, że nic nie robię, a dostaję pieniądze, za samą radochę?
Doktor Czosnaczek przygotowywał pracę habilitacyjną. Nazywano to teraz pracą dyplomową na stopień doktora nauk. Trzeba mu przyznać, że nie był uczonym, który gromadzi publikacje na kilogramy czy aparaturę dla samego prestiżu. Prowadził badania przede wszystkim dla wewnętrznej satysfakcji, dla chęci zajrzenia Panu Bogu za kołnierz. Nie trzymał wyników i metod w tajemnicy, dzielił się obserwacjami i nie dbał, jeśli jego pomysły lub aparaturę kopiowali czy używali inni.
Tak się jednak zwykle składało, że w innych rękach nasze zestawy aparaturowe przestawały działać jak zaczarowane, rośliny zachowywały się w nierozsądny sposób, stawały dęba, wykazywały niesubordynację. Coraz bardziej nabierałem przekonania, że aby naprawdę poznać prawdziwe zachowanie się roślin, motywy ich zachowania czy prawdę o ich życiu, trzeba mieć sposób na nawiązanie z nimi kontaktu osobistego, powiedziałbym nawet, kontaktu intymnego. Tak samo, jak z moimi pantofelkami. Trzeba je znać po imieniu, wczuwać się we wszystkie ich potrzeby i zachcianki. Rozumieć, co chcą powiedzieć, jeśli uciekają z pola widzenia, w jaki sposób dają znać, że chcą pić, albo że brak im powietrza czy dwutlenku węgla.
Nie można czekać, aż zaczną więdnąć. To już jest przejaw ich niemocy, desperacji, rozpaczy i bólu. Badaczowi czy opiekunowi, który do tego dopuści przez nieuwagę lub niechlujstwo, nigdy tego nie wybaczą, nie poddadzą się mu więcej z pełnym zaufaniem, będą uparte, toporne, niekomunikatywne, czasem wręcz złośliwe. Spostrzegliśmy też, że nasze rośliny doświadczalne rozpoznawały nas niezawodnie. Jeśli tylko w naszej obecności do pokoju pomiarów bioelektrycznych wchodziła podstarzała laborantka Janina, rośliny dosłownie stawały dęba. Wiedziałem dlaczego. Sam widziałem jak w przystępie złości przypalała zapałką listki mimozy. Trzymała zapałkę najpierw nie zapaloną z sadystycznym wyrazem twarzy, potem zapalała i powoli zbliżała do rośliny. Pewnie wyobrażała sobie, że przypala genitalia swojego niewiernego męża. Rośliny nigdy jej tego nie wybaczyły.
Co innego, jeśli wyczuły, że muszą nieco pocierpieć dla dobra doświadczenia ? wtedy nie było sprawy. Z miłości do eksperymentatora potrafiły wiele przecierpieć, ale najpierw musiał być nawiązany odpowiedni kontakt, zaufanie zdobyte i utwierdzone. Nie ma mowy o przyjaźni z opiekunem, którego trzeba krzykiem i płaczem powiadamiać o podstawowych potrzebach.
Tak więc powoli, dzięki nieskończonej cierpliwości i życzliwym radom doktora Czosnaczka opanowałem trudną sztukę nawiązywania kontaktu intymnego z roślinami, które pomagały nam i były partnerami w naszej pracy. Czasami odnosiłem wrażenie, że i one cieszyły się z udanego eksperymentu czy z elegancko przeprowadzonego doświadczenia. Do dobrych doświadczeń trzeba je indywidualnie oswoić, jak by powiedział Mały Książę.
Odnosiłem też wrażenie, że rozumiały i czuły nasze problemy. Wyraźna atmosfera radości panowała, kiedy Czosnaczek wracał po nocy spędzonej z nową dziewczyną. Kiedyś nawet zauważyłem, że cały łan mimozy zadrgał życzliwie, kiedy pewna śliczna studentka ? ostatnia miłość Czosnaczka ? weszła do naszego pokoju pomiarowego. Przedtem na jej obecność nie reagowały, teraz uważały ją za swoją. Roślinna telepatia, telerecepcja, percepcja pozazmysłowa czy ESP, jak to się mądrze nazywa. [...]

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||