MANGGHA I

FELIKS JASIENSKI
Leon Wyczolkowski: Portret Feliksa Jasienskiego, 1909
"Ksiazki sa nieme... Kiedy chca bronic jakiejs tezy rozwijaja ja, nie troszczac sie o swiat mysli, ktory sugeruja czytelnikowi: nie sluchaja jego sprzeciwow, nie rozwiewaja watpliwosci; zaostrzaja ciekawosc, nie zaspokajajac jej..." Autor Ciszy ma racje. Tak wiec, poniewaz od tysiecy lat zaden autor niczego nie dowiodl, a ciekawosc czytelnika nie zostala w pelni zaspokojona; poniewaz, co wielce prawdopodobne, bedzie tak zawsze, nie szukajmy w ksiazkach tego, czego nie mogly, nie moga i nie beda mogly nam dac.
Weszlismy wszyscy pozno w stary swiat. Juz wieki temu wszystko zostalo powiedziane: my, autorzy i czytelnicy, powtarzamy mysli innych, a genialnosc polega juz tylko na mowieniu czegos inaczej niz to zostalo powiedziane.
* * *
(Z Warszawy do Londynu przez Jerozolime - Jerozolima) Bezkrwisci Zydzi, wsrod nich starcy o wspanialych glowach prorokow i mlodzi o twarzach zbiedzonych, zbolalych, o smutnie zamyslonym spojrzeniu. Trzeba ich widziec, jak odziani w szaty z aksamitu czarnego, granatowego, fioletowego lub czerwonopomaranczowego, w lisich czapach, lamentuja w piatek wieczorem u stop gigantycznego muru, ktory - jedyna autentyczna pozostalosc na tej ziemi, ojczyznie balwochwalstwa, ktora stala sie dojna krowa dla szarlatanow wszelkich obrzadkow - wznosi sie w ciasnej, slepej uliczce, podtrzymujac to, co bylo zewnetrznym murem swiatyni Salomona. Trzeba ich widziec, jak sciskaja i caluja te niezniszczalne kamienie stwardniale w skale, jak wyplakuja sobie oczy i jecza nad zalosnym losem rozproszonego ludu i nieistniejacej Swiatyni. Te zale, ktore zwracaja ku Bogu, bez kaplana i obrzedu, majac serce rozdarte poteznym i szczerym bolem, sa chyba najpiekniejsza i najbardziej poruszajaca rzecza, jaka mozna zobaczyc.
Gustav Bauernfreind: Sciana Placzu w Jerozolimie, 1902
* * *
Jak dobrze rozumielismy pana Legrand, gdy wola: "Bez idei ojczyzny ludzkosc wrocilaby do stanu barbarzynstwa!" Oczywiscie: ludzkosc tworzaca jedna i ta sama rodzine odrzucilaby jeden z pretekstow, by sie wzajemnie wyrzynac, i to pretekst szlachetny. Gdyby ojczyzny przestaly istniec z poczatkiem tego wieku, czyzbysmy widzieli radosny widok zolnierzy z 1812, wyciagajacych z ognia na wpol spalone kawalki trupow i pozerajacych je? (Pamietniki sierzanta Bourgogne. Kampania rosyjska).
O, nie: nie wszystko jest piekne w epopei napoleonskiej. Wspolna cecha: to tchorze, i w chwili walki bledna jak plotno (sic). Zastanawia sie czlowiek, jakim sposobem Napoleon mogl przechadzac sie zwyciesko tam i siam z podobnymi ludzmi. Ale grabia za to na wyprzodki, martwych i rannych, opowiadajac o swoich "bohaterstwach". Cahujac wymienial swoje zdobycze, a Mariusz opisywal sile stu kirasjerow, ktorych zabil wlasnym mieczem (to bardzo francuskie); przesadne opowiesci rosna w najlepsze. Francuzi wchodza do pewnego miasteczka. Zadaja pieniedzy, przyniesiono im je nie dosc szybko: "Sklujcie dzieciarnie, krzyczy oficer, to otworzy sakiewki matek". Gromada zabitych dzieci spoczywa na szkolnych ksiazeczkach. Szabla rani drobne ramionka. Dwadziescia kobiet na kleczkach tloczy sie, bohaterscy Francuzi przybywaja. Poczerniale rece zrywaja chustki, rozrywaja sznurowki, rozdzieraja bielizne. Dwadziescia par pada na ziemie przy akompaniamencie dzwieku szabel, ordynarnych zartow, rzezenia, a oficer daje przyklad, spiewajac "Poswiecmy Wenus, moje dziatki, czarowny wstyd".
* * *
Za trzy lub cztery miliony stuleci jakis profesor, oprowadzajacy licealistow po muzeum, zatrzyma sie przed witryna zawierajaca kapelusz bersagliera, kask kirasjera i inne, rownie szacowne zabytki, i wyglosi taka oto mniej wiecej mowe: ludzkosc wcale nie tworzyla zawsze jednej rodziny: w czasach odleglych, ale nie prehistorycznych, ludzie wkladali sobie na glowe okrycia, ktorych rozne probki tutaj widzicie, a pozniej, poniewaz byli roznie przyozdobieni, strzelali do siebie z armat, z karabinow i zadawali sobie ciosy szabla. Tysiace tysiecy pozostawaly na placu. Trudno w to uwierzyc, a jednak te slady przeszlosci poswiadczaja prawdomownosc historykow, ktorzy uwiecznili wspomnienie tych rzezi. Kiedy mowie: ludzie, popelniam prawdopodobnie blad. Bestie, o ktorych mowa, utrzymywaly, ze sa ludzmi pochodzacymi, jak to widzimy w ich pismach, od malp. Malpa, jak wiecie, juz nie istnieje, ale mozna twierdzic bez obawy popelnienia bledu, ze bylo to zwierze lagodne i madre, w wiekszosci zyjace wielkimi rodzinami, ktore nigdy nie wydawaly sobie bitew. Malpy poza tym dbaly o swoje male i nie opuszczaly ich, ani nie zarzynaly. Tak wiec bestie, ktore chwalily sie, ze pochodza od malp i ze je przewyzszaja, poniewaz maja prawa (podle lub smieszne, jak mozemy sie o tym przekonac, studiujac owczesne kodeksy) i trybunaly, byly w istocie nizsze nie tylko od malpy, ale od wszystkich zwierzat swiata; zwierzeta bowiem troszcza sie o swoje male na calej ziemi, podczas gdy te bestie, uwiodlszy samice, porzucaly je, a samice te, zwane samotnymi matkami, popadlszy w nedze i rozpacz - takze wskutek pozycji, jaka stwarzalo im spoleczenstwo - pozbawione byly praw, ktore zostaly tak ukartowane, by samce pozostawaly bezkarne, zarzynaly, palily badz topily swoje dzieci, jak o tym opowiadaja protokoly i sprawozdania z niezliczonych procesow, pochodzace z bajecznej epoki. Tak wiec czlowiek, wyszedlszy od malpy, stal sie prawdopodobnie malpa zdegenerowana, wkladajaca sobie na potylice piora koguta i konskie ogony, by wyrzynac bestie tego samego pokroju, nastepnie zas wzniosl sie ponownie i stal sie tym, czym jestesmy my: istota inteligentna, lagodna, szlachetna, tworzaca jedna rodzine, w co trudno uwierzyc, i czego nauka prawdopodobnie nigdy nie wyjasni. Jak nie byc przerazonym ta krwiozercza glupota? Pogratulujmy sobie, panowie, ze nie zylismy w czasach tak straszliwie barbarzynskich, i pogratulujmy rowniez zwierzetom posiadajacym ogon, ze zyja w epoce, w ktorej moga sie przechadzac zachowujac go nietknietym.
* * *
Chrzescijanstwo, czy raczej to, co z niego sie wywodzi, zbladzilo, nadajac ogromna wage aktowi cielesnemu. Nic nie wydaje sie tak upragnione, jak zakazany owoc. Otoczono tajemnica rzecz najzwyklejsza. W umyslach ascetow dzieja sie rzeczy potworne. Kobieta, ktora nie bylaby niebezpieczenstwem, o ktorej by nawet nie myslano, gdyby ja brac taka jaka jest, staje sie istota fantastyczna, diaboliczna par excellence, pociagajaca, fascynujaca, ktorej czlowiek sie obawia, ktora wzbudza swiete przerazenie i szalone pragnienia. Uczynic ze zwyklej, naturalnej rzeczy wstydliwa zbrodnie - coz za glupota i coz za przewrotnosc! Stworzyc grzech - dziwny pomysl. Oddychac, jesc, pic, spac to nie grzech. Dlaczego rozmnazanie sie mialoby byc grzechem? To te dziwaczne idee zrodzily nieuchronnie zgorszenie, bezwstyd i wszelka zgnilizne moralna. Nic wstretniejszego, jak wyobrazac sobie, dostrzegac rzeczy nieczyste w zwyklych, naturalnych aktach fizjologicznych. Wypaczajac nieustannie osad pokolen doprowadzono je do tego, czym sa obecnie, do zepsucia, dano im oblakancze idee, sprzeczne z natura. Katolicyzm popelnil przeogromny blad, wprowadzajac zamieszanie, niepokoj, bezlad, histerie w srodowisko swych wyznawcow. Zycie bylo niegdys o wiele prostsze, o wiele pogodniejsze; ludzie mniej grzeszyli, bo istnialo mniej grzechow. Istnieje grzech naturalny i grzech sztuczny. Jedynym grzechem jest czynic blizniemu to, czego nie chcielibysmy, by on nam uczynil.
* * *
Inny taniec, rownie pociagajacy, to taniec brzucha. Moze jest on interesujacy dla chirurgow. Scislej mowiac, nie jest to taniec: to specjalny sposob poruszania brzuchem, biodrami, tylkiem, przebierania w miejscu, obracania sie raz wolno, raz szybko. Tancerka pokazuje sie z boku, z przodu i inaczej. W tym ostatnim przypadku nic smieszniejszego, niz "tam i sam" miesistych czesci ciala: z gory na dol, z dolu do gory, z lewa na prawo, z prawa na lewo. Ale to brzuch odgrywa najwazniejsza rola, drga, zatacza kregi, trzesie sie, wybija rytm, napreza, czegoz on nie robi? I jest obecny, rozpostarty w calej swej wspanialosci czy raczej sromocie, okryty lekka gaza; przyzwoitosc przede wszystkim... tym bardziej, ze gaza niczego nie skrywa. Stworca, wyposazajac czlowieka w brzuch, nie pomyslal prawdopodobnie o tym, ze czlowiek wpadnie na znakomity pomysl, by kazac mu tanczyc. Co prawda, to kobieta dokonuje tego wyczynu... ale po to tylko, by spodobac sie mezczyznie. [...]
Jeden z zaprzyjaznionych bejow, ktory mieszkal w Europie przez dwadziescia lat, wyrzuca mi, ze zle mowie o tancu brzucha. - Wasz walc, taniec rzekomo przyzwoity i cywilizowany, jest niepomiernie bardziej godzien wzgardy, bardziej wyuzdany. Kobieta tanczaca walca jest na wpol naga, a mezczyzna sciska ja w ramionach, obmacuje i obwachuje. Zeby cala ta operacja mogla byc uznana za niewinna, trzeba tylko by odbywala sie wobec piecdziesieciu czy pieciuset osob. Nie wmowi mi pan, mimo calej mej dzikosci, te tanczycie tylko po to, by sie pocic we dwoje. To niecna hipokryzja, wyszukana rozpusta, wymyslona przez zainteresowanych i uswiecona przez nich, jako rzecz niewinna, blaha. Chciec obmacywac talie kobiety, gdy ta jest w toalecie wyjsciowej; coz za skandal! Obmacywac kobiete wydekoltowana (czesto az po pepek): nic bardziej stosownego.
Staralem sie jak moglem, by wyjasnic bejowi ogromna roznice, jaka istnieje w obydwu przypadkach: wszystko to, co przyjete, jest moralne; to, co nieprzyjete, niemoralne. Przyjete jest, ze mieszkancy polnocnej Szkocji przechadzaja sie wszedzie z golymi nogami. Najwstydliwsza miss wpatruje sie w nagie kolana takiego zucha bez sladu rumienca na twarzy. Prosze sprobowac, powiadam bejowi, wystawic tu, badz w Londynie, chocby jedna ze swych nagich lydek, lub pol kolana, a natychmiast zatrzymaja pana posrod kobiet lezacych w omdleniu (z przerazenia) i skaza na dozywotnie roboty, jesli nie powiesza - za obraze obyczajow. A wiec jestescie szalencami? - powiada bej. Nie, odpowiadam, jestesmy cywilizowani, co gorsza... - Chwileczke, powiada bej: zatrzymaja mnie i powiesza, jesli wyjde w meloniku, marynarce, spodniach i pokaze centymetr kwadratowy skory zakasawszy spodnie. Doskonale: ale jesli, zamiast melonika, wloze beret z dwiema slicznymi wstazeczkami, spodniczka w kratke i wcale nie wloze spodni, wystawiajac gole nogi, gole lydki i kolana, pozwola mi przechadzac sie w spokoju ile zechce. - Z pewnoscia. - A wiec? - A wiec, drogi przyjacielu, cala znajomosc moralnosci polega na tym: umiec wlozyc wlasciwe nakrycie do rodz aju dzialan, jakim czlowiek ma sie zamiar oddac.
* * *
Obcowanie z kobietami jest dla subtelnych natur o wiele bardziej atrakcyjne od obcowania z mezczyznami. Kobieta chwyta w pol slowa i w pol spojrzenia, jesli wolno imi sie tak wyrazic. Kobieta odgaduje to, czego nie wie, i czuje to, czego nie pojmuje. Azeby mezczyzna cos zrozumial, trzeba mu to klasc lopata do glowy, i najczesciej czlowiek nie jest w stanie osiagnac zadowalajacych wynikow, nie liczac przypadkow, gdy metody tej nie da sie zastosowac. Najciekawsze, najsubtelniejsze rozmowy nigdy nie skladaja sie ze slow: pewien rodzaj wymownej ciszy, w ktorej krzyzuja sie spojrzenia i usmiechy, wystarczy. Dwie subtelne istoty beda drzaly unisono, zrozumieja sie i powiedza sobie wiele nie otwierajac ust.
To, ze zakonczenie naszych dawnych milosci nie odstrasza nas od rozpoczynania nastepnych, dowodzi, ze doswiadczenie niczego nie uczy. (To calkiem proste: nie zalezy od nas czy kochamy, czy tez nie. Czyz mozna byc pewnym, ze sie nie zachoruje dlatego, ze juz sie bylo chorym? Milosc jest rodzajem choroby, ktora nas atakuje bez naszej wiedzy.)
Ten, kto przeklina kobiety, gdyz jedna z nich wyrzadzila mu zlo, podobny jest podroznemu, ktory przeklina las, gdyz przechodzac przezen dostal w leb sucha galezia.
Pewni mezczyzni najbardziej nie moga przebaczyc kobiecie, ze pociesza sie po tym, jak ja zdradzili. (Ta mysl ma, jak sadze, godna zachwytu glebie i slusznosc.)
Kochanka, ktora nas opuszcza wowczas, gdy ja najbardziej kochamy, oszczedza nam miesiecy i lat rozczarowan. Mezczyzna nie bywa wdzieczny za te przysluge, podobnie jak za inne
Jest sie naprawde wyleczonym z kobiety dopiero wowczas, gdy nie jest sie juz nawet ciekawym tego, z kim o nas zapomina (zdumiewajaco sluszne).
Kobiety nigdy lepiej nie trzymaja nas przy sobie niz wowczas, gdy nie robia niczego, o co je prosimy.
Jedyny przypadek, w ktorym mezczyzna absolutnie niczego nie ryzykuje obcujac z kobieta to wowczas, gdy jest ona malowana - olejem na plotnie, rzecz jasna. A i to...
* * *
Chartres-la-Morte. Stara przepiekna katedra o wspanialych bocznych portalach wznosi sie nad malym sennym miasteczkiem, otoczonym, w miejsce dawnych murow spokojnymi bulwarami, na ktorych pachna stuletnie lipy. Jaka rozkoszna i malownicza rzeczulka jest Eure! A te zyzne laki, na ktorych rosna wierzby i topole, parki, laski, ten zapach zzetego siana! Kanaly, pokryte gesta, ciemna zielenia; spiace w starych fosach wody; kamienne mostki, przezarte mchem; walace sie rudery, zanurzone w rzece; ciemne i waskie uliczki; nieoczekiwane widoki na zyzna, szmaragdowozielona Beauce, lub na katedre otoczona opadajacymi ku Eure domami i ogrodami, ktorej przepiekne wieze rysuja sie o tej porze dnia smialymi i czystymi sylwetkami na pomaranczowym niebie...
Notre-Dame de Chartres! Jeden z najpiekniejszych kosciolow swiata. Wnetrze tonie juz w polcieniu gasnacego dnia, czarujacym, intensywnym i tajemniczym. W gorze blyszcza jedynie szkielka wspanialych witrazy, pochodzacych z XIII wieku.
Rozkoszne dni, spedzone na badaniu katedry z zewnatrz i wewnatrz, na radowaniu sie roznymi obliczami, jakie ukazuje w zaleznosci od wczesniejszej lub pozniejszej pory, lepszej lub gorszej pogody. Piekna katedra jest jak piekny poemat, w ktorym odkrywa sie ciagle nowe pieknosci, i ktorego czytaniem czlowiek nigdy sie nie nuzy.
* * *
Najpiekniejsza z dziewczat... prawdziwa poezja, nie moze istniec we Francji, gdyz ludy romanskie nie maja poezji we krwi. Jest tylko jeden wyjatek od tej reguly: Dante. Baudelaire powiedzial, sam nie wiedzac, jak dalece ma racje: "Francja nie jest krajem urodzonych artystow". Niestety! Francja nie jest bynajmniej tez krajem poetow. Czuje wrecz, prawde rzeklszy, kongenialny wstret do poezji. Na Krymie jest wino, ale co to za wino. We Francji jest poezja, ale co to za poezja. Miedzy poeta a tym, o ktorym mozna powiedziec: to poeta, roznica jest niezmierna. Aby czlowiek wiedzial, co to jest wino, musi urodzic sie znawca i skosztowac wina francuskiego, ktore jest rzeczywiscie winem.
* * *
- U Petita szescdziesiat plocien Claude Moneta. Obrazy o tematyce morskiej, kilka widoczkow z Norwegii, widoki jednej z odnog Sekwany, namalowane o roznych porach dnia i przy roznej pogodzie, wreszcie siedem wiekow katedry w Rouen o roznych porach dnia. Zwlaszcza ta ostatnia seria jest cudowna. Dobitny dowod grubianstwa bogaczy to to, ze nie porwano tej serii od pierwszej chwili. Co wiec robia z pieniedzmi ludzie bogaci? Wielcy artysci, godni tego miana, a zatem oryginalni, w 99 procentach zdychaja z glodu. Biedni i tem. Zapomnialem o restauracjach i kokotach. Oto gdzie ida pieniadze. Gdyby Claude Monet, zamiast malowac zachwycajaca Sekwane, zalozyl kawiarnie i wynalazl wspanialy sposob podawania smazeniny z Sekwany, specialité de la maison, od dwudziestu lat bylby milionerem. Bogaci odpowiedza na pewno: czy dobrze usmazony kielb nie jest wart wiecej niz siedem widokow katedry? Widoki te sa w oleju, gdybyz przynajmniej byly na masle...
Claude Monet: Katedra w Rouen w sloncu, 1892
(Louvre, Paris)
* * *
- (Na Wolyniu). Jest polowa maja. Powoli nadchodzi wieczor; jablonie, grusze tworza ogromne kepy, a slowiki zdzieraja sobie gardla. Krety Horyn wije sie posrod bladozielonych wierzb; w lagodnym i pachnacym powietrzu okolicznych lak rozlega siE kolyszaca symfonia zab. Platki sniegiem pokrywaja trawe i aleje, a na bladoniebieskim niebie lsni podobny do waskiego sierpa polksiezyc.
* * *
Spotkalem sie przed laty - w warszawskiej Zachecie (dziwna nazwa!) z Pania Dulska przed impresjonistycznie namalowanym obrazem Podkowinskiego. Pani Dulska, obdarzona wybornym wzrokiem, stala tuz przed obrazem i ... wsciekala sie. To jest lajdactwo, krzyczala, to sa kpiny, to sa plamny, a nie obraz! Zaproponowalem niesmialo: niechaj sie pani dobrodziejka oddali od obrazu, a wtedy plamy zmieszaja sie na oku pani dobrodziejki i wszystko bedzie w porzadku. Pani Dulska spiorunowala mie wzrokiem, i zaczerpnawszy powietrza jak hipopotam, ktory zamierza pol godziny spedzic pod woda, ryknela: sliczny porzadek! ja za moje pietnascie kopiejek mam prawo stawac przed obrazem tak, jak mnie sie podoba! Przyzwoita kobieta nie moze dopuscic, by ja ktos odpychal i mieszal jakies plamy na oku, ktore sie wlasnie nigdy nie splamilo patrzeniem na jakakolwiek plame!
W tej odpowiedzi tkwi cala filozofia stosunku pomiedzy artysta a naszym spoleczenstwem. Spoleczenstwo daje pietnascie kopiejek tylko takiemu artyscie, ktory gra i tanczy, jak ono mu grac i tanczyc kaze. Biada artyscie, ktory nabierze pania Dulska i - za 15 kopiejek - gra i tanczy, jak jemu sie podoba. - Zdychajciez sobie z glodu. No i coz artysci maja robic? Zdychaja, jezeli sa rzeczywiscie artystami. Bo prawdziwy artysta moze uprawiac tylko sztuke dla sztuki, to jest wyspiewywac - w taki czy inny sposob to, co mu w duszy spiewa, bez ogladania sie na postulaty panow i pan Dulskich.
Przypatrzmy sie rzekomemu potworowi (mowa o sztuce dla sztuki). Poniewaz artysta jest czlowiekiem, ktorego wydaje jakas rasa, jakas epoka, jakies srodowisko, poniewaz zwiazany jest, tym sposobem, z rasa, z epoka, ze srodowiskiem, poniewaz zyje, cierpi, kocha, nienawidzi i umiera jak inni ludzie, poniewaz odczuwa tak, jak inni, ale stokroc intensywniej i umie, czego inni nie potrafia, zaklac swiat przeczuc, odczuc i wrazen, swiat cierpien, marzen i uniesien, w slowo, dzwiek, ksztalt, barwe, poniewaz nic, co jest ludzkiego nic moze mu byc obcym, trzeba bezdennej bezmyslnosci, by prawic o sztuce, ktora jakoby nie powinna byc dla sztuki, gdyz w takim razie jest czyms stojacym poza swiatem, poza ludzkoscia. Najbardziej, chociazby, od swiata oderwana sztuka musi byc z tego swiata i znajda sie zawsze tacy, do ktorych przemowi.
* * *
Mrok zapada. Nad Krakowem, tonacym w blocie, ciazy ponure, olowiane niebo. Ide do Wyspianskiego, uwiezionego, dzieki okolicznosciom i chorobie, we wstretnej kamienicy (ostatnia na prawo, narozna przy torze kolejowym), przy wstretnej ulicy - Krowoderskiej, na drugim pietrze. Artyste zastaje, jak zwykle, siedzacego przy stole, umieszczonym na srodku pokoju naroznego o trzech oknach, z widokiem na tor kolejowy i Kopiec Kosciuszki, pokoju pomalowanego bardzo przykrym - dla mnie - kolorem zjadliwie blekitnym.
Wyspianski chmurny, malomowny, cierpiacy. Orzel, zamkniety w kojcu dla kur... Wielki talent dekoracyjny, ktoremu potrzeba kosciolow, palacow, gmachow publicznych, by sie mogl wypowiedziec... Przestrzeni! Wielki talent dekoracyjny, skazany, po skrepowaniu mu skrzydel, na malowanie... "glowek"...
Tu, w tym pokoju, dzikie plemie udajace kulturalny narod dokonuje mordu na duszy wielkiego artysty. Stokroc lepiej zabic cialo jednym zamachem, anizeli, nieublaganie, przez szereg lat, mordowac dusze.
Czuc w sobie moznosc tworzenia rzeczy wielkich i nie byc dopuszczonym do wypowiedzenia sie - czyz moze byc meczarnia wieksza, tragedia bardziej wstrzasajaca?
Wysypuje worek wiadomosci, ktore opatruje komentarzami. Wyspianski slucha mego sobaczenia, a od czasu do czasu, przy dosadniejszych wyrazeniach, bolesny usmiech, ledwie dostrzegalny, zarysowuje sie w kacikach ust...
- Jakze z malowaniem?
- Nie maluje... coz malowac? jeszcze glowki?
- A gdyby sie zabrac do krajobrazu?
- Nie jestem pejzazysta i doktor zabronil mi nawet wyjezdzac.
Istnieja juz trzy serie "Kopcow", ktorych nazwany zostalem przez tworce "ojcem chrzestnym". Pokazalo sie, ze Wyspianski jest pejzazysta. Ostatnia seria, najtezsza, sklada sie z dwudziestu pasteli, najwiekszego formatu na wysokosc. Dwie poprzednie, formatu mniejszego na szerokosc, skladaja sie - lacznie - z dwudziestu mniej wiecej pasteli. Wszystkie te dziela powedrowaly pojedynczo w swiat, albowiem u nas ci, ktorzy by mogli, nie chca, ci, ktorzy by chcieli - nie moga. W moim posiadaniu znajduje sie pierwszy pastel z pierwszej serii, jeden z drugiej i trzy z trzeciej. Wyspianski i ja porownywalismy pastele tej trzeciej serii i dyskutowalismy bardzo dlugo, by wybrac dziela najtezsze i najbardziej sie nastrojem rozniace. A wiec: dzien szary, cichy; dzien sloneczny, mrozny; zadymka. Nie ogladaj tej "zadymki" szanowna publicznosci: kopca, toru kolejowego - ani sladu; papier, poplamiony pastelem. Wielkie nic...
Stanislaw Wyspianski: Widok z okna pracowni na Kopiec Kosciuszki, 1904
(Muzeum Narodowe, Krakow)
Wyspianski mial w duszy dla "szanownej" publicznosci najglebsza pogarde; ale bywal, zwykle, dla niej uprzedzajaco grzeczny w stosunkach osobistych; ta grzecznosc kryla duza doze impertynencji, rzecz prosta, dla "szanownej" publicznosci niedostrzegalnej. Jako artysta nie znizyl sie nigdy do zadnego z nikim kompromisu. Pisal i malowal tak, jak mu sumienie artystyczne pisac i malowac kazalo.
Bieda gniotla artyste. zyczliwi wydrapali od jakiegos koltuna kilkadziesiat renskich, wmowili w niego, iz powinien sie portretowac u Wyspianskiego, zaniesli malarzowi pieniadze i zapowiedzieli przybycie koltuna. Wyspianski chowa pieniadze do szuflady stolika, sciaga pasek kamizelki i czeka. Zjawia sie koltun. Wyspianski oglada koltuna od stop do glowy i milczy. Koltun siada. Wyspianski obchodzi koltuna dookolusienka i milczy. Koltun, zdziwiony, zaniepokojony, otwiera buzie: wiec jakze z tym portretem? Wyspianski wyjmuje mamone z szuflady, wtyka do garsci koltunowi i nareszcie przemawia: nic widze powodu, dla ktorego by sie pan mial kiedykolwiek, u kogokolwiek, portretowac... Tableau!
* * *
Wyspianski umarl, stal sie wielkim, "bo nam z oczu zszedl". [...]
Wyspianski umarl. "Szanowna" publicznosc martwi sie... genialny, przedwczesnie zgasly... niechaj sie troche pomartwi: bedzie miala lepszy apetyt.[...]
W dziennikach plyna potoki wody o Wyspianskim pisarzu. Zapomniano, ze ten pisarz byl - przede wszystkim malarzem. Ta literatura jego, to obrazy malowane slowami. Narod zwiazal malarzowi rece; nie pozwolil mu sie wypowiedziec tam, gdzie jedynie mogl sie wypowiedziec. Kosciol franciszkanski - to proba. Dom lekarski - to proba. Najpiekniejsza rzecz, swieta Salomee, jedyny obraz rzeczywiscie religijny w sztuce europejskiej od paruset lat, osmielono sie wyrzucic, zastapic bezecnym fabrykatem niemieckim. Narod mogl zamordowac malarza i tej uciechy sobie nie poskapil. Bo u nas jest, po prostu, jak powiedzial kiedys Wyspianski, nienawisc do sztuki. Ale narod nie mogl wydrzec pisarzowi piora z reki, a na papier i atrament stac nawet czlowieka bardzo ubogiego. Wiec Wyspianski pisal. Ale, wedlug mnie, malarz bylby przewyzszyl pisarza. [...]
* * *
Polnoc bije: z wiezy mariackiej plynie melodia hejnalu; smutne miasto ulozylo sie do snu.
Przed niespelna godzina, tam w teatrze, na setnym przedstawieniu Wesela, kurtyna skryla obracajace sie senne pary... Skoro swit zaczna wstawac kolejno aktorzy polskiej szopki: lalki zywe.
I tanczyc beda lalki, automatycznie, w takt muzyki Chocholow, bo Chocholy tego graja...
Beda tanczyc caly rok, lata cale, zycie cale... w kolko, sennie... I nie uslysza rozpaczliwego wolania Jaska - Skargi, Kalinki, Wyspianskiego... wolania przebrzmialy bez echa... Ale wolanie takie rozlegac sie nie bedzie: dzisiaj - male czasy - mali ludzie. Ongi lotry w wielkim stylu, zdradzajace ojczyzne za wielkie pieniadze, wielkie zaszczyty, marzace o koronie; dzisiaj - rzezimieszki polityczne, falszujace legitymacje wyborcze; gra idzie o fotel poselski lub burmistrzowski; szczytem marzen - tytul radcy, kameriunkra, emerytura ministerialna i... co najsmutniejsze - plaszczenie sie - dla plaszczenia sie, za ktore wrog placi li tylko pogarda...
Sursum Corda!
Feliks Jasienski
Jacek Malczewski: Portret Feliksa Jasienskiego, 1903

Copyright © 1997-2000
Zwoje