
GŁUSZCZE

Pieśń brzmi na nowo. Między mną a ptakiem strzelisty pień sosny. Wychylam się w takt głuchej zwrotki - widzę go! Siedzi zwrócony do mnie piersią, znacząc się czernią sylwety na bladym niebie. Rozkoszuję się jego widokiem: nie myślę o strzale. Jeszcze jedną pieśń usłyszeć, jeszcze jedną. Pod magnetyzmem tej pieśni, poeta zapomina we mnie, że jest myśliwym... A ptak królewski bije swe kościane akordy; kastanietowe tony jak duchy leśne skaczą nade mną...
Wtem głuszec poruszył się... Budzi się we mnie myśliwy... Śpiewa! Szybko mierzę... Suchy trzask strzału wstrząsa puszczą. Ptak z łomotem pada na ziemię, aż bryzgi wodne rozpryskują się dokoła...
Szczęście łowieckie uderza mi do głowy, serce skacze z dzikiej radości jak oszalałe, krew wali w skroniach triumfalną fanfarę... [...]
Porywa się wreszcie, zapada gdzieś z hukiem skrzydeł, podobnym do wystrzału - i znów się porywa... Kury kwokcą dokoła miłośnie, siadają na drzewach, wabią, przyzywają, kuszą. Las pełen jest namiętnych nawoływań rozkochanych głuszyc, łopotów skrzydeł, krektań, lecz żaden kogut nie śpiewa.
I oto nagle z dalekiej sosny, jak cicha perlista kaskada, rozbrzmiewa pierwsza pieśń głuszcowa. Stary kogut, pieśniarz natchniony, w uśmiechniętej godzinie poranku poczyna głosić pochwałę miłości i wiosny lasom i mszarom. Dźwięczna kaskada powoli staje się pieśnią wyraźna, której części odróżniać poczynam. [...]
Głuszyce poczynają kwoktać i gdakać, i zalecać się, i kokietować trubadurów puszczy. Las pełen jest nawoływań miłosnych, pokus lubieżnych, namów gorących...
Lecz pieśń zabrzmiała! Pierwsze jej akordy, podobne do srebrzystego tonu padających kropel, przechodzą w miarowe, drewniane dźwięki... Gra!...
JULIAN EJSMOND

Pamiętam jak młodszy Reszotnik prowadził mnie pod koguta. Nie słyszałem go, więc ochotnik wziął mnie za rękę. Dłoń moja poczuła się jak w kleszczach w jego wielkiej, twardej i mocarnej ręce. I raptem ta ręka zadrżała i trzęsła się, nie mogąc opanować emocji myśliwskiej - kogut grał! [...]
Łamiący się lód obudził głuszca, słychać było jak łopotał, nie odlatywał jednak. Był ostrożny, nie zapominał się. Oni z Reszotnikiem skakali, i szło bardzo dobrze, czasem nawet trzy kroki. W pewnym miejscu w wodzie między kępami generał o coś zawadził, poślizgnął się i upadł na kolana do wody. Było to na pieśni, więc nie spłoszyło głuszca, ale właśnie w tej chwili przerwał tok. Generał klęczał w wodzie i wstać nie mógł. Reszotnik mocno przycisnął go i unieruchomił. Trwało to niezmiernie długo. Głuszec ucichł. Generał czuł jak woda zamarza wokół niego. Czekali. Wreszcie usłyszał nad sobą łomot skrzydeł i łoskot rozchodzący się po mszarze. [...]
Było to w puszczy Hołubickiej. Głuszca sam zasadziłem na wysokiej sośnie, tuż koło piaszczystej wydmy, która ciągnęła się kilkusetmetrową grzędą wzdłuż puszczy. Z wieczora zamarkowałem mchem drzewa, dojście wygodne i ciche, zbłądzić nie można, głuszec pewny. Świt zastał mnie już pod głuszcem, grał wspaniale. W miarę jak niebo rozjaśniało się, widziałem go coraz wyraźniej. Wspaniały kogut. Grał bez przerwy jakby chciał wyśpiewać całą radość swego wolnego istnienia przed śmiercią z mojej ręki. W las, między wierzchołki dorodnych sosen, szła pieśń po pieśni, zapatrzyłem się i zasłuchałem. Pod pieśń dokładnie wziąłem go na muszkę ale nie strzelilem - słuchałem jeszcze. W górze było coraz widniej, korony drzew już się srebrzyły, blaski szły górą, choć w dole, gdzie stałem pod mokrym świerkiem, jeszcze trzymały się cień i zimno. Oczy moje nie odrywały się od głuszca. Czy mi go było żal? Czy chciałem mu darować życie? Chyba nie miałem takich myśli, po prostu tylko czekałem, bo rzadko zdarza się takiej słuchać pieśni i w takich warunkach.
Wtem tuż koło moich nóg coś zatrzepotało i zapiszczało. Oderwałem oczy od głuszca i zobaczyłem dwa jarząbki, biły się i wodziły, kłóciły o coś zawzięcie. W ogóle nie przyszło im na myśl że człowiek i niebezpieczeństwo było o dwa kroki od nich. Zapatrzyłem się w nie, a one podnosiły coraz większy gwałt i coraz zawzięciej tarmosiły się na listowiu.
Raptem łopot skrzydeł poderwał mój wzrok do głuszca. Majestatycznie odpływał w jasności poranka. Poszedł bez strzału. Uprzytomniłem sobie że i on musiał usłyszeć czubienie się jarząbków, spojrzał, dojrzał mnie i wyzyskał moja nieuwagę. Może i dobrze, tak pięknie, po królewsku grał. "Sławnyj piewun" - mówią o takim głuszcu puszczańscy myśliwi.
FRANCISZEK WYSŁOUCH

CIETRZEWIE

Tymczasem las rozbudzony był już, pełen ciepłej słodyczy. Nie straszyły już gąszcze, teraz koronkowo przejrzyste, nie groziły przepastne miejsca polany, łatwe w dzień do obejścia, znaczone rdzawym kożuchem, okolone jaskrawym chłopskim haftem, żółto-biało-różowym na zielonej osnowie. Nie wybuchały już po lesie nagłe, namiętne wołania i trzepoty; po ukojonej liściastej i szpilkowej powodzi płynął koncert surdyna, niby melodyjny wiatr, złożony z weseleń drobnych ptasząt, nieponętnych dla myśliwego, więc bezpiecznych; do starych pni przywarte prostopadle, bębniły takt dzięcioły. I rumieniły się już czuby drzew, nad nimi błękit srebrzysty wołał w nieskończenie świeżą i radosną przestrzeń.
JÓZEF WEYSSENHOFF

Pierwszym kogutem który zapada na tokowisko jest tzw. "tokowik." Jest to doświadczony i stary kogut, coś w rodzaju przewodnika stada. On zwołuje na tokowisko towarzyszy i on daje hasło do zapasów. Myśliwy musi uważać, by nie strzelić do tokowika, pod groźbą zlikwidowania tokowiska na przyszłość. Tokowik wybrał miejsce na gody wiosenne i nie będzie zmieniać tokowiska; podlega on umownej ochronie.
Po zapadnięciu ptaka następuje śmiertelna cisza, myśliwy również musi zamrzeć w bezruchu, każde drgnięcie może być fatalne. Stary kogut obserwuje teren toków, rozgląda się dokoła, bada czy coś się nie zmieniło od wczorajszego poranka. Jeśli nic nie zauważy, da hasło innym kogutom i wyzwie je na poranną walkę, jeżeli coś podejrzewa - odleci lub odskoczy dalej, nieraz poza doniosłość strzału. Myśliwy przeżywa głęboko te chwile niepewności.
I naraz cietrzew zatokował! Wibrujące, przeszywające, metaliczne "czuszykanie" rozdarło nocną ciszę i oczekiwanie. Głos potęguje się niecierpliwością i jakby nakazem dla zawodników. Już są! Nowe zapady tu i tam w pobliżu zwiastują że usłuchano wezwania, odzywają się nowe czuczykania, włączają się do wezwania przewodnika, który teraz woła raz po raz. Głosów jest więcej niż zapadów, bo podbiegły koguty, które nocowały w pobliżu tokowiska. Spóźnione, dołączają się do towarzyszy - grają wszystkie niecierpliwie i przyśpieszają tempo śpiewu. Niektóre zacichają, jakby w skupieniu, by potem tym mocniej ogłosić swoją obecność i przyjęcie wezwania do zapasów. Już słychać podrywy kogutów i łomotanie skrzydeł, koguty zwarły się ze sobą i zaczynają walkę. Poświata poranka spływa na bagno, i widać już w niej podskoki ptaków, biel i czerń kogutów. Walka idzie ostra i niecierpliwa. Łomot skrzydeł zawodników wstrząsa powietrzem.
Dzień robi się coraz większy, ze wschodu spływa różowa poświata na zroszoną łąkę, świetlistymi pasami przeskakuje przez wzniesienia terenu, widać coraz dokładniej. I nagle do odgłosu walki dołącza się nowy głos - bełkot cietrzewi. Składa się on ni to z bełkotu, ni z gruchania, ale o bardzo wysokiej tonacji; między zawołaniami następują krótkie przerwy, jakby dla nabrania oddechu. Bełkot nie jest tak mocny jak czuczykanie, ale o znacznie wyższej tonacji, więc rozchodzi się daleko, jakby przetaczając się po bagnie. Słyszy się go z dużych odległości, z bliska jest mniej wyraźny, co często myli myśliwych, podchodzących w krzakach tokujące koguty. Ten nowy akord na tokowisku oznacza, że koguty przerywają walkę, siedzą spokojnie skulone na ziemi i wyśpiewują chwałę życia i wiosny, niejako radość z zapasów i pewność siebie. Przeganianie i wodzenie ustaje - wszystkie koguty koncentrują się w swojej pieśni.
Dzień narasta, zaraz i słońce wychynie zza widnokręgu, mgiełki po zapadlinach barwią się różowym fioletem, wzniesienia wraz z kogutami już się czerwienią i zaczynają iskrzyć na rosie. Bagno jeszcze gra pełną melodią i życiem, głos cietrzewi dominuje w koncercie, ale słychać i inne ptactwo, chrap słonki i kaczorów spływa z góry, słychać i rechot żab gdzieś w zapadlinach, daleko z lasu odzywają się chichotem piekielnym
pardwy, coraz to ucho łapie nowy głos między najbliższym gwarem cietrzewi. Raptem zapada zupełna cisza, nagle i niespodziewanie. Wszystko ucicha. To "mołczalik"; natura wita skupieniem wschód słońca. Słońce odrywa się od widnokręgu, wznosi się w swą drogę, a ptaki wciąż milczą. W białym oparze widać wyraźne zarysy czarnych kogutów pogrążonych w bezruchu kontemplacji - w tej chwili nie ma już współzawodników, nie ma walki i ruchu, jest natomiast coś wyższego, czego nie da się ani określić ani objaśnić. Teraz całe bagno drga miliardami diamentów na rosie. wszystko iskrzy się od blasków, wyższe miejsca muskane promieniami nabierają koloru intensywnej czerwieni, która odcina się od fioletów mgieł w zapadlinach. Dzień wzeszedł w całej krasie radości poranka. Tak w ciszy mija pół godziny.

Gdy już słońce wzbije się wysoko, a mgiełki poranne rozpłyną się, zwykle jeden z cietrzewi wzlatuje z tokowiska i płynie w kierunku brzóz, których pąki są w tym czasie przysmakiem dla ptaków. Podrywa się ich coraz więcej i tokowisko pustoszeje. Bywa, że na tokowisku zjawiają się samice cietrzewi, wtedy one skracają tok, odciągając za sobą swych rycerzy. Ale czasem, po odlocie większości, na łące pozostają pojedyncze koguty, prawdopodobnie jednoroczne, i jeszcze tokują na pobojowisku do późna. Właśnie one powodują, że myśliwy, wychodząc z budki, słyszy tok nieprzerwany, bo ze wszystkich stron dochodzi do niego bełkot cietrzewi.
Można wyjść z budki, rozprostować kości i skierować się do swego nocnego obozowiska. Ta chwila jest bardzo przyjemna. Myśliwy spędził szereg godzin w niewygodnej pozycji na mokrej ziemi, przemókł i zdrętwiał, a czasem, gdy przed świtem złapał przymrozek to i nogi zamarzły w wodzie bagniska. Na dobrym tokowisku, na otwartym, wygoda myśliwego musi ustąpić groźbie zepsucia toku, a więc budka musi być niska, by nie odróżniać się zbytnio od terenu. Staraliśmy się stawiać budki obudowując je wokół brzezinki na bagnie o ile były drzewka na tokowisku, ale najczęściej łąka była bezdrzewna. Brzózka dawała oparcie, co już było wygodą, a przyniesiony ze sobą worek słomy dla izolacji od mokrej ziemi był luksusem. Trzeba pamiętać, że myśliwy zajmuje budkę o pierwszej w nocy, a opuszcza ją około szóstej rano.
Tok skończony, myśliwy śpieszy do pozostawionych pod popiołem węgli, by odnowić ognisko, osuszyć się i, głównie, ugotować herbatę. Woda jest brunatna, bagienna, często o żelazistym smaku, ale herbata jest gorąca, a to najważniejsze.
Lubiłem polowania na cietrzewie na tokach, ale polowałem w swoisty sposób. Przyjeżdżałem na miejsce, najpóźniej o zmroku. Po przyjeździe, zebranie posuszu na ogień, zabezpieczenie się od ewentualnego deszczu czy śniegu, ugotowanie jedzenia, zabierało sporo czasu, ale gdy noc zapadała, oparty wygodnie o pień sosny, cieszyłem się ogniem, odpoczynkiem i nadzieją na jutrzejsze przeżycia na bagnie. Niezapomniane były to chwile.
FRANCISZEK WYSŁOUCH

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||