TOKOWANIA I LOWY WIOSNY





JULIAN EJSMOND
FRANCISZEK WYSLOUCH
JOZEF WEYSSENHOFF




GLUSZCZE


I


A wtem mistyczny dzwiek dolatuje mych uszu, dzwiek zaklety, tajemniczy, pod ktorego wplywem na dusze zapada jakies oczarowanie... Dzwiek inny od wszystkich glosow lesnych, tak, ze go nie mozna porownac z zadna piesnia skrzydlatych mieszkancow puszczy, a tak porywajacy i oszalamiajacy, iz ten kto go uslyszy - pamietac juz bedzie wiecznie... To gluszec tokowac zaczyna!

Nagle w kepie sosen na ostrowku rodzi sie piesn-czar, piesn-cud, otwierajaca szczesliwym lowcom bramy do najskrytszych tajnikow puszczy. Wola nas ku sobie, wzywa, kusi, plynie stukotliwa, metaliczna kaskada koscianych dzwiekow, zwrotka po zwrotce, dzwieczna a zgrzytliwa...

Piesn brzmi na nowo. Miedzy mna a ptakiem strzelisty pien sosny. Wychylam sie w takt gluchej zwrotki - widze go! Siedzi zwrocony do mnie piersia, znaczac sie czernia sylwety na bladym niebie. Rozkoszuje sie jego widokiem: nie mysle o strzale. Jeszcze jedna piesn uslyszec, jeszcze jedna. Pod magnetyzmem tej piesni, poeta zapomina we mnie, ze jest mysliwym... A ptak krolewski bije swe kosciane akordy; kastanietowe tony jak duchy lesne skacza nade mna...

Wtem gluszec poruszyl sie... Budzi sie we mnie mysliwy... Spiewa! Szybko mierze... Suchy trzask strzalu wstrzasa puszcza. Ptak z lomotem pada na ziemie, az bryzgi wodne rozpryskuja sie dokola...

Szczescie lowieckie uderza mi do glowy, serce skacze z dzikiej radosci jak oszalale, krew wali w skroniach triumfalna fanfare... [...]

Porywa sie wreszcie, zapada gdzies z hukiem skrzydel, podobnym do wystrzalu - i znow sie porywa... Kury kwokca dokola milosnie, siadaja na drzewach, wabia, przyzywaja, kusza. Las pelen jest namietnych nawolywan rozkochanych gluszyc, lopotow skrzydel, krektan, lecz zaden kogut nie spiewa.

I oto nagle z dalekiej sosny, jak cicha perlista kaskada, rozbrzmiewa pierwsza piesn gluszcowa. Stary kogut, piesniarz natchniony, w usmiechnietej godzinie poranku poczyna glosic pochwale milosci i wiosny lasom i mszarom. Dzwieczna kaskada powoli staje sie piesnia wyrazna, ktorej czesci odrozniac poczynam. [...]

Gluszyce poczynaja kwoktac i gdakac, i zalecac sie, i kokietowac trubadurow puszczy. Las pelen jest nawolywan milosnych, pokus lubieznych, namow goracych...

Lecz piesn zabrzmiala! Pierwsze jej akordy, podobne do srebrzystego tonu padajacych kropel, przechodza w miarowe, drewniane dzwieki... Gra!...


JULIAN EJSMOND







II


Z gluszcem gorsza sprawa niz z wilkiem lub dzikiem. Do gluszca trzeba "poskoczyc"; na tym polega polowanie i trudnosc. I wlasnie w tym sek, ze gluszce graly w naszej puszczy na mokrych i przepascistych mszarach. Nogi wiezly gleboko. W nocy stare galezie pod woda, kepy, platanina porostow, toz to pulapki na kazdego mysliwego i naturalni sprzymierzency "piewuna" naszych lasow. [...]

Pamietam jak mlodszy Reszotnik prowadzil mnie pod koguta. Nie slyszalem go, wiec ochotnik wzial mnie za reke. Dlon moja poczula sie jak w kleszczach w jego wielkiej, twardej i mocarnej rece. I raptem ta reka zadrzala i trzesla sie, nie mogac opanowac emocji mysliwskiej - kogut gral! [...]

Lamiacy sie lod obudzil gluszcza, slychac bylo jak lopotal, nie odlatywal jednak. Byl ostrozny, nie zapominal sie. Oni z Reszotnikiem skakali, i szlo bardzo dobrze, czasem nawet trzy kroki. W pewnym miejscu w wodzie miedzy kepami general o cos zawadzil, poslizgnal sie i upadl na kolana do wody. Bylo to na piesni, wiec nie sploszylo gluszca, ale wlasnie w tej chwili przerwal tok. General kleczal w wodzie i wstac nie mogl. Reszotnik mocno przycisnal go i unieruchomil. Trwalo to niezmiernie dlugo. Gluszec ucichl. General czul jak woda zamarza wokol niego. Czekali. Wreszcie uslyszal nad soba lomot skrzydel i loskot rozchodzacy sie po mszarze. [...]

Bylo to w puszczy Holubickiej. Gluszca sam zasadzilem na wysokiej sosnie, tuz kolo piaszczystej wydmy, ktora ciagnela sie kilkusetmetrowa grzeda wzdluz puszczy. Z wieczora zamarkowalem mchem drzewa, dojscie wygodne i ciche, zbladzic nie mozna, gluszec pewny. Swit zastal mnie juz pod gluszcem, gral wspaniale. W miare jak niebo rozjasnialo sie, widzialem go coraz wyrazniej. Wspanialy kogut. Gral bez przerwy jakby chcial wyspiewac cala radosc swego wolnego istnienia przed smiercia z mojej reki. W las, miedzy wierzcholki dorodnych sosen, szla piesn po piesni, zapatrzylem sie i zasluchalem. Pod piesn dokladnie wzialem go na muszke ale nie strzelilem - sluchalem jeszcze. W gorze bylo coraz widniej, korony drzew juz sie srebrzyly, blaski szly gora, choc w dole, gdzie stalem pod mokrym swierkiem, jeszcze trzymaly sie cien i zimno. Oczy moje nie odrywaly sie od gluszca. Czy mi go bylo zal? Czy chcialem mu darowac zycie? Chyba nie mialem takich mysli, po prostu tylko czekalem, bo rzadko zdarza sie takiej sluchac piesni i w takich warunkach.

Wtem tuz kolo moich nog cos zatrzepotalo i zapiszczalo. Oderwalem oczy od gluszca i zobaczylem dwa jarzabki, bily sie i wodzily, klocily o cos zawziecie. Wogole nie przyszlo im na mysl ze czlowiek i niebezpieczenstwo bylo o dwa kroki od nich. Zapatrzylem sie w nie, a one podnosily coraz wiekszy gwalt i coraz zawzieciej tarmosily sie na listowiu.

Raptem lopot skrzydel poderwal moj wzrok do gluszca. Majestatycznie odplywal w jasnosci poranka. Poszedl bez strzalu. Uprzytomnilem sobie ze i on musial uslyszec czubienie sie jarzabkow, spojrzal, dojrzal mnie i wyzyskal moja nieuwage. Moze i dobrze, tak pieknie, po krolewsku gral. "Slawnyj piewun" - mowia o takim gluszcu puszczanscy mysliwi.

FRANCISZEK WYSLOUCH







CIETRZEWIE


I


Dzien wiekuiscie mocny poczynal wracac do porzuconej w ciemnosci ziemi i ziemia jela stroic sie w swe wdzieki. Dostrzegli mysliwi, ze siedza na malym wzniesieniu, zaslonieci od polany cieniem drzew, rozpadajacym sie powoli na wysmukle kolumny pni, obwisle palmy jodel i kaprysne bukiety lisci; ze nad oparzeliskiem polany mgla coraz srebrniejsza podnosi sie leniwie z leza i ciagnie pochylo ku lasowi, jak strozycha przepasci, przed dniem uciekajaca. Wysoko, nad czubami jodel, niebo nasiaklo jasnoscia rowna, wyraznie juz odcieta od kirow lasu. [...]




Zadzwonilo po lesie gluchym dzwonkiem, niby zdlawionym smiechem, potem wybuchnal szum, jak wystrzelony gdzies daleko szmermel. Czarny kogut podjezdzal, chrzeszczac w piora, do romasowo gruchajacej cieciorki. Zagralo powtornie blizej w brzezinie, ale zanim pyszny szmermel zakonczyl milosny kurant, wybuch strzalu potrzasnal lasem, odbil sie pare razy o niewidzialne zreby pagorkow i rozplynal. W harmonii powstajacego dnia, wsrod milosnej uczty wielkich ptakow, smiertelny przemysl ludzki zazgrzytal falszem. [...]

Tymczasem las rozbudzony byl juz, pelen cieplej slodyczy. Nie straszyly juz gaszcze, teraz koronkowo przejrzyste, nie grozily przepastne miejsca polany, latwe w dzien do obejscia, znaczone rdzawym kozuchem, okolone jaskrawym chlopskim haftem, zolto-bialo-rozowym na zielonej osnowie. Nie wybuchaly juz po lesie nagle, namietne wolania i trzepoty; po ukojonej lisciastej i szpilkowej powodzi plynal koncert surdyna, niby melodyjny wiatr, zlozony z weselen drobnych ptaszat, nieponetnych dla mysliwego, wiec bezpiecznych; do starych pni przywarte prostopadle, bebnily takt dziecioly. I rumienily sie juz czuby drzew, nad nimi blekit srebrzysty wolal w nieskonczenie swieza i radosna przestrzen.


JOZEF WEYSSENHOFF







II


Z lopotem i trzepotem skrzydel zapada pierwszy ptak. W nocnej ciszy to pierwsze zapadniecie ptaka kolo budki wstrzasa. Nie sposob opanowac wewnetrznego drzenia, nie sposob opisac tej chwili, na ktora czekalo sie z niepokojem.

Pierwszym kogutem ktory zapada na tokowisko jest tzw. "tokowik." Jest to doswiadczony i stary kogut, cos w rodzaju przewodnika stada. On zwoluje na tokowisko towarzyszy i on daje haslo do zapasow. Mysliwy musi uwazac, by nie strzelic do tokowika, pod grozba zlikwidowania tokowiska na przyszlosc. Tokowik wybral miejsce na gody wiosenne i nie bedzie zmieniac tokowiska; podlega on umownej ochronie.

Po zapadnieciu ptaka nastepuje smiertelna cisza, mysliwy rowniez musi zamrzec w bezruchu, kazde drgniecie moze byc fatalne. Stary kogut obserwuje teren tokow, rozglada sie dokola, bada czy cos sie nie zmienilo od wczorajszego poranka. Jesli nic nie zauwazy, da haslo innym kogutom i wyzwie je na poranna walke, jezeli cos podejrzewa - odleci lub odskoczy dalej, nieraz poza donioslosc strzalu. Mysliwy przezywa gleboko te chwile niepewnosci.

I naraz cietrzew zatokowal! Wibrujace, przeszywajace, metaliczne "czuszykanie" rozdarlo nocna cisze i oczekiwanie. Glos poteguje sie niecierpliwoscia i jakby nakazem dla zawodnikow. Juz sa! Nowe zapady tu i tam w poblizu zwiastuja ze usluchano wezwania, odzywaja sie nowe czuczykania, wlaczaja sie do wezwania przewodnika, ktory teraz wola raz po raz. Glosow jest wiecej niz zapadow, bo podbiegly koguty, ktore nocowaly w poblizu tokowiska. Spoznione, dolaczaja sie do towarzyszy - graja wszystkie niecierpliwie i przyspieszaja tempo spiewu. Niektore zacichaja, jakby w skupieniu, by potem tym mocniej oglosic swoja obecnosc i przyjecie wezwania do zapasow. Juz slychac podrywy kogutow i lomotanie skrzydel, koguty zwarly sie ze soba i zaczynaja walke. Poswiata poranka splywa na bagno, i widac juz w niej podskoki ptakow, biel i czern kogutow. Walka idzie ostra i niecierpliwa. Lomot skrzydel zawodnikow wstrzasa powietrzem.

Dzien robi sie coraz wiekszy, ze wschodu splywa rozowa poswiata na zroszona lake, swietlistymi pasami przeskakuje przez wzniesienia terenu, widac coraz dokladniej. I nagle do odglosu walki dolacza sie nowy glos - belkot cietrzewi. Sklada sie on ni to z belkotu, ni z gruchania, ale o bardzo wysokiej tonacji; miedzy zawolaniami nastepuja krotkie przerwy, jakby dla nabrania oddechu. Belkot nie jest tak mocny jak czuczykanie, ale o znacznie wyzszej tonacji, wiec rozchodzi sie daleko, jakby przetaczajac sie po bagnie. Slyszy sie go z duzych odleglosci, z bliska jest mniej wyrazny, co czesto myli mysliwych, podchodzacych w krzakach tokujace koguty. Ten nowy akord na tokowisku oznacza, ze koguty przerywaja walke, siedza spokojnie skulone na ziemi i wyspiewuja chwale zycia i wiosny, niejako radosc z zapasow i pewnosc siebie. Przeganianie i wodzenie ustaje - wszystkie koguty koncentruja sie w swojej piesni.

Dzien narasta, zaraz i slonce wychynie zza widnokregu, mgielki po zapadlinach barwia sie rozowym fioletem, wzniesienia wraz z kogutami juz sie czerwienia i zaczynaja iskrzyc na rosie. Bagno jeszcze gra pelna melodia i zyciem, glos cietrzewi dominuje w koncercie, ale slychac i inne ptactwo, chrap slonki i kaczorow splywa z gory, slychac i rechot zab gdzies w zapadlinach, daleko z lasu odzywaja sie chichotem piekielnym padrwy, coraz to ucho lapie nowy glos miedzy najblizszym gwarem cietrzewi. Raptem zapada zupelna cisza, nagle i niespodziewanie. Wszystko ucicha. To "molczalik"; natura wita skupieniem wschod slonca. Slonce odrywa sie od widnokregu, wznosi sie w swa droge, a ptaki wciaz milcza. W bialym oparze widac wyrazne zarysy czarnych kogutow pograzonych w bezruchu kontemplacji - w tej chwili nie ma juz wspolzawodnikow, nie ma walki i ruchu, jest natomiast cos wyzszego, czego nie da sie ani okreslic ani objasnic. Teraz cale bagno drga miliardami diamentow na rosie. wszystko iskrzy sie od blaskow, wyzsze miejsca muskane promieniami nabieraja koloru intensywnej czerwieni, ktora odcina sie od fioletow mgiel w zapadlinach. Dzien wzeszedl w calej krasie radosci poranka. Tak w ciszy mija pol godziny.



I wtedy cisze wstrzasa silny glos cietrzewia, podchwytuja go dziesiatki i setki innych, i bagno nagle ozywia sie w gwaltowny i niecierpliwy sposob. Gotuje sie na lace, zrywy, trzepot, przeloty i wodzenie sie ptakow staje sie powszechne. Ani jeden kogut nie siedzi spokojnie, wszystkie biora udzial w zapasach. Moze ten moment tokow poddal ludowi okreslenie: "Zacietrzewienie"? Rzeczywiscie, ptaki na nic nie zwracaja uwagi, przestaja widziec otoczenie. Mozna wreszcie zapalic fajke bez obawy sploszenia ptakow. Strzal przechodzi nie zauwazony, moze umilkna na moment te najblizsze, ale po chwili tym intensywniej skocza do siebie, jakby zalujac straconego czasu. Zdarza sie, ze podbiegaja do zabitego koguta, zaczepiaja go i zachecaja do walki - nie rozumieja jego spokoju. Strzal po strzale wybiera ofiary, ale przechodzi bez wrazenia. Wlasnie wtedy dopiero dobry mysliwy strzela.

Gdy juz slonce wzbije sie wysoko, a mgielki poranne rozplyna sie, zwykle jeden z cietrzewi wzlatuje z tokowiska i plynie w kierunku brzoz, ktorych paki sa w tym czasie przysmakiem dla ptakow. Podrywa sie ich coraz wiecej i tokowisko pustoszeje. Bywa, ze na tokowisku zjawiaja sie samice cietrzewi, wtedy one skracaja tok, odciagajac za soba swych rycerzy. Ale czasem, po odlocie wiekszosci, na lace pozostaja pojedyncze koguty, prawdopodobnie jednoroczne, i jeszcze tokuja na pobojowisku do pozna. Wlasnie one powoduja, ze mysliwy, wychodzac z budki, slyszy tok nieprzerwany, bo ze wszystkich stron dochodzi do niego belkot cietrzewi.

Mozna wyjsc z budki, rozprostowac kosci i skierowac sie do swego nocnego obozowiska. Ta chwila jest bardzo przyjemna. Mysliwy spedzil szereg godzin w niewygodnej pozycji na mokrej ziemi, przemokl i zdretwial, a czasem, gdy przed switem zlapal przymrozek to i nogi zamarzly w wodzie bagniska. Na dobrym tokowisku, na otwartym, wygoda mysliwego musi ustapic grozbie zepsucia toku, a wiec budka musi byc niska, by nie odrozniac sie zbytnio od terenu. Staralismy sie stawiac budki obudowujac je wokol brzezinki na bagnie o ile byly drzewka na tokowisku, ale najczesciej laka byla bezdrzewna. Brzozka dawala oparcie, co juz bylo wygoda, a przyniesiony ze soba worek slomy dla izolacji od mokrej ziemi byl luksusem. Trzeba pamietac, ze mysliwy zajmuje budke o pierwszej w nocy, a opuszcza ja okolo szostej rano.

Tok skonczony, mysliwy spieszy do pozostawionych pod popiolem wegli, by odnowic ognisko, osuszyc sie i, glownie, ugotowac herbate. Woda jest brunatna, bagienna, czesto o zelazistym smaku, ale herbata jest goraca, a to najwazniejsze.

Lubilem polowania na cietrzewie na tokach, ale polowalem w swoisty sposob. Przyjezdzalem na miejsce, najpozniej o zmroku. Po przyjezdzie, zebranie posuszu na ogien, zabezpieczenie sie od ewentualnego deszczu czy sniegu, ugotowanie jedzenia, zabieralo sporo czasu, ale gdy noc zapadala, oparty wygodnie o pien sosny, cieszylem sie ogniem, odpoczynkiem i nadzieja na jutrzejsze przezycia na bagnie. Niezapomniane byly to chwile.


FRANCISZEK WYSLOUCH




Powyzsze fragmenty pochodza z ksiazek:





Copyright © 1997-2000 Zwoje