
|
Dokądże mnie prowadzisz, tragiczny poeto, Wzdłuż murów, których nie znam, chociaż miasto znane, Dokądże mi otwierasz drzwi zakratowane I w jakie wiedziesz światy? Cicho. Oto getto. Duszny upał nas owiał, noc gęsta dotyka, Jakiś krzyk przerażenia zabrzmiał w dali piekłem, Idę przez sen za tobą i ciemność przenikam, By ujrzeć kształt cierpienia, przed którym uciekłem. Nic ma tu drzew i liści, tylko mur i kamień, Nie ma wiatru i wody, tylko studnia czarna, Skąd głód wychodzi boso, przystaje przy bramie I rozsypuje smutnie tyfusowe ziarna. Idę, nie wierząc jeszcze hańbie feudalnej, Którą przywieźli tutaj okrutni siepacze, Wznosząc w naszej Warszawie, starej, liberalnej, Na wieczną żałość rzeczy - drugą ścianę płaczu. Cicho. Słyszysz, ktoś płacze... Jakieś dziecko płacze. To tam, w tej suterynie. Chodźmy. Niech zobaczę. Na rozpalonym łóżku, gdzie upał nie stygnie, Dwoje dzieci majaczy w czerwonej malignie. Nad nimi stoi matka i bezradnie słucha, A za nią jakieś krewne i babki w perukach, O wyblakłych spojrzeniach i cerze woskowej, Gdzie odbija się trwożnie szept lampki naftowej. Chłopiec otwiera oczy i łzy w nich zabłysły, Spieczone od gorączki, od popiołu bledsze: - Mamo! - woła - już, lato... już widać brzeg Wisły, I wodę, co przepływa, i nad nią powietrze. Jakieś wspomnienie szczęścia muska go po twarzy I niesie pocałunek kraju dalekiego, A dziewczynka uśmiecha się sennie i marzy: - Chciałabym mieć gałązkę z Ogrodu Saskiego. Chciałaby mieć gałązkę z Ogrodu Saskiego, Wyciąga do niej ręce, jak może, jak umie, Krewne kiwają tylko głową: Coś takiego... Skąd ona może wiedzieć, ona nie rozumie. Lecz matka się zerwała. Wiatr porwał się z ziemi. Wybiegła na ulicę. Wiatr biegnie wśród cieni. Dobiegła gdzieś do muru pod opaską nieba I w umówionym miejscu przez szczelinę wąską, Nie o cukru kawałek, nie o skórkę chleba, Ale o zieleń błaga, o jedną gałązkę. Jakieś zielone drzewa zaszumiały z lekka, Ktoś rzucił jej gałązkę i szepnął: "Uciekaj"... .................................................................... Przez ulice upalne, gdzie nic nie dojrzewa, Przez zaułki i ścieki, w których tyfus ziewa, Przez czarne rzędy okien, bez dźwięku i ruchu, Skąd płynie świst oddechów, stłoczonych w zaduchu, Przez okrucieństwo ludzkie i przez poniżenie, Które poniża słabych, a wywyższa mocnych, - Biegnie matka widmowa środkiem godzin nocnych, A noc zamienia echo jej kroków w kamienie. Biegnie przez całe getto, przez życie i przez sen, Tak samo kochająca, tak samo bolesna, Biegnie naprzeciw krzywdzie, w poprzek nienawiści, I niesie swoim dzieciom pęk zielonych liści, Które w ostatniej chwili, jak tchnienie łaskawsze, Położy im na oczach, na ustach, na zawsze. .................................................................... I te liście zielone już nigdy nie zginą, Wiele rzeczy przeminie, lecz one nie miną, Kiedy mury pogardy jak proch się rozpadną, A wolny wiatr zawieje nad rozbitym głazem, Zakwitną znowu wiosną i cicho opadną, Liście - w których się splotą śmierć i miłość razem. Londyn, Lipiec 1942 |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||