STANISLAW BALINSKI






WIZJA GETTA


Dokadze mnie prowadzisz, tragiczny poeto,
Wzdluz murow, ktorych nie znam, chociaz miasto znane,
Dokadze mi otwierasz drzwi zakratowane
I w jakie wiedziesz swiaty? Cicho. Oto getto.

Duszny upal nas owial, noc gesta dotyka,
Jakis krzyk przerazenia zabrzmial w dali pieklem,
Ide przez sen za toba i ciemnosc przenikam,
By ujrzec ksztalt cierpienia, przed ktorym ucieklem.

Nic ma tu drzew i lisci, tylko mur i kamien,
Nie ma wiatru i wody, tylko studnia czarna,
Skad glod wychodzi boso, przystaje przy bramie
I rozsypuje smutnie tyfusowe ziarna.

Ide, nie wierzac jeszcze hanbie feudalnej,
Ktora przywiezli tutaj okrutni siepacze,
Wznoszac w naszej Warszawie, starej, liberalnej,
Na wieczna zalosc rzeczy - druga sciane placzu.

Cicho. Slyszysz, ktos placze... Jakies dziecko placze.
To tam, w tej suterynie. Chodzmy. Niech zobacze.
Na rozpalonym lozku, gdzie upal nie stygnie,
Dwoje dzieci majaczy w czerwonej malignie.

Nad nimi stoi matka i bezradnie slucha,
A za nia jakies krewne i babki w perukach,
O wyblaklych spojrzeniach i cerze woskowej,
Gdzie odbija sie trwoznie szept lampki naftowej.

Chlopiec otwiera oczy i lzy w nich zablysly,
Spieczone od goraczki, od popiolu bledsze:
- Mamo! - wola - juz, lato... juz widac brzeg Wisly,
I wode, co przeplywa, i nad nia powietrze.

Jakies wspomnienie szczescia muska go po twarzy
I niesie pocalunek kraju dalekiego,
A dziewczynka usmiecha sie sennie i marzy:
- Chcialabym miec galazke z Ogrodu Saskiego.

Chcialaby miec galazke z Ogrodu Saskiego,
Wyciaga do niej rece, jak moze, jak umie,
Krewne kiwaja tylko glowa: Cos takiego...
Skad ona moze wiedziec, ona nie rozumie.
Lecz matka sie zerwala. Wiatr porwal sie z ziemi.
Wybiegla na ulice. Wiatr biegnie wsrod cieni.

Dobiegla gdzies do muru pod opaska nieba
I w umowionym miejscu przez szczeline waska,
Nie o cukru kawalek, nie o skorke chleba,
Ale o zielen blaga, o jedna galazke.

Jakies zielone drzewa zaszumialy z lekka,
Ktos rzucil jej galazke i szepnal: "Uciekaj"...

....................................................................

Przez ulice upalne, gdzie nic nie dojrzewa,
Przez zaulki i scieki, w ktorych tyfus ziewa,
Przez czarne rzedy okien, bez dzwieku i ruchu,
Skad plynie swist oddechow, stloczonych w zaduchu,
Przez okrucienstwo ludzkie i przez ponizenie,
Ktore poniza slabych, a wywyzsza mocnych,
- Biegnie matka widmowa srodkiem godzin nocnych,
A noc zamienia echo jej krokow w kamienie.

Biegnie przez cale getto, przez zycie i przez sen,
Tak samo kochajaca, tak samo bolesna,
Biegnie naprzeciw krzywdzie, w poprzek nienawisci,
I niesie swoim dzieciom pek zielonych lisci,
Ktore w ostatniej chwili, jak tchnienie laskawsze,
Polozy im na oczach, na ustach, na zawsze.

....................................................................

I te liscie zielone juz nigdy nie zgina,
Wiele rzeczy przeminie, lecz one nie mina,
Kiedy mury pogardy jak proch sie rozpadna,
A wolny wiatr zawieje nad rozbitym glazem,
Zakwitna znowu wiosna i cicho opadna,
Liscie - w ktorych sie splota smierc i milosc razem.


Londyn, Lipiec 1942








Copyright © 1997-2000 Zwoje