
Martin Malia, wybitny amerykanski historyk i analityk Rosji (carskiej i sowieckiej) wydal w zeszlym roku [1999] ksiazke pod conradowskim tytulem Rosja w oczach Zachodu - od Jezdzca Miedzianego do Mauzoleum Lenina. Omowil ja, z pochwalami, ale nie bez akcentow polemicznych, Alain Besançon w dlugim eseju. Odpowiedzial krotko Malia. Dwuglos jest bogaty i niezmiernie wazny, ale w dzienniku moge go zapisac jedynie w sposob bardzo zwiezly i sumaryczny, rezygnujac z odcieni i subtelnosci, wlasciwych wielkim pojedynkom.
Besançon zaczyna od przypomnienia glosnej ksiazki Ryszarda Pipesa Russia under the Old Regime (przelozonej na polski, nie pamietam jednak polskiego tytulu), sugerujac blednie, ze ksiazka Malii jest reakcja na koncepcje rosyjskiego "patrymonializmu" wysunieta przez Pipesa. Malia prostuje pomylke z pomoca dat. O co naprawde chodzi w sporze, to o pytanie tytulowe eseju Besançona: Czy Rosja jest europejska? Besançon odpowiada: nie i wymienia trzy przeszkody na drodze (rowniez przyszlej) do europejskosci: stosunek rosyjskich rzadzacych i poddanych do panstwa (naturalnie pada zdanie Kliuczewskiego: "Piotr Wielki chcial, by niewolnik, pozostajac niewolnikiem, pracowal gorliwie i swobodnie"; w polemice pada takze slynne zdanie De Custine'a "Niewolnik na kleczkach sni o imperium swiatowym," ktore Malia nazywa ironicznie "stereotypem"); przeszkode druga (na dzis) stanowi odzywanie religii panstwowej prawoslawia; przeszkoda trzecia jest ow uporczywy "sen o imperium swiatowym." Malia zamiast o przeszkodach mowi o "opoznieniach" (historycznych), przypisujac cechy i role opoznienia siedemdziesieciu latom komunizmu. W ogole Malia, w przeciwienstwie do tak wytrawnego badacza teorii i praktyki komunizmu jak Besançon, przywiazuje nadmierna wage do ideologii sowieckiej (stad Mauzoleum Lenina w tytule jego ksiazki). I wydaje sie sklonny uwazac Rosje za taki sam kraj jak inne, tyle ze obciazony od momentu rewolucji garbem spolecznej utopii. Przy okazji polemiki Besançon, na dowod, ze doswiadczenie dominacji rosyjskiej jest zrodlem przekonania o "specyficznosci rosyjskiej" nie wylacznie ideologicznej, przytacza przyklady Polakow, Wegrow i Baltow oraz ksiazki Milosza, Czapskiego i moj Inny swiat.
Ale prawdziwa kontrowersja, jak wspomnialem, toczy sie wokol owej "europejskosci Rosji." Jestem w niej blizej Besançona, chociaz amerykanski historyk budzi we mnie od dawna podziw. "Ideologia komunistyczna" jako zbawcza i wymarzona utopia spoleczna umarla w ZSRR w polowie lat dwudziestych, w okresie opisywanym tak wybornie przez Platonowa. Pozniej, gdy Stalin stal sie przyszla mumia w mauzoleum Lenina, a za zycia pokazal, co potrafi (nawiasem mowiac, bogactwem obsypal i powszechna rewerencja kazal otoczyc Aleksieja Tolstoja za zestawienie go z Piotrem Wielkim), gore biora argumenty Besançona. A obecnie? Skorumpowana i zlodziejska wierchuszka kremlowska uprawia idolatrie panstwa, coraz nizej klania sie Cerkwi i masakra czeczenska stara sie zaspokoic rosyjski "sen imperialny." Putin jako rzecznik rosyjskiej "europejskosci"? Wolne zarty. Fakt, ze w podstarzalej z reguly hierarchii Kremla znaleziono tak szybko i latwo na szczycie miejsce dla mlokosa z aparatu bezpieczenstwa o czyms chyba swiadczy. Fakt, ze utorowal sobie droge do tego miejsca przede wszystkim po trupach Czeczencow, tez daje do myslenia. Po publicznym skompromitowaniu "ideologii," po orgii nomenklaturowego zlodziejstwa, pozostaje juz tylko rosyjska licytacja nacjonalistyczna w otoczeniu majakow imperialnych.
Zaledwie w miesiac po ukazaniu sie w Warszawie mojej krotkiej powiesci Biala noc milosci zaczely naplywac propozycje i opcje przekladowe. Wsrod nich szczegolnie upragniona: moskiewska. Po moskiewskim wydaniu Innego swiata, po ogloszeniu moich trzech opowiadan w moskiewskim kwartalniku Inostrannaja Literatura, bylby to nowy krok w dobrym kierunku.
Bylby. Nie takie to dzisiaj proste. Henryk Chlystowski, redaktor naczelny "Czytelnika", studzi w telefonie moja radosc. "Przyjechala do Warszawy ewentualna tlumaczka, bardzo zapalona, ma na oku chetnego wydawce, ale trudnosc polega na tym...". "Na czym? - przerywam mu w pol slowa. Na tym, ze wydawcy moskiewscy unikaja teraz jak ognia literatury polskiej. Boja sie w obliczu wzmagajacych sie ciagle nastrojow antypolskich w Rosji".
Slucham Chlystowskiego w milczeniu. "No, zobaczymy", dorzucil tonem pocieszenia. "Jezeli tak stoja sprawy - pomyslalem - to moze byc tylko gorzej." Oszukana, zawiedziona, zdradzona (to nasza glowna "zbrodnia") Rosja zbiera sily do odwetu. Wroci pewnie wkrotce slownictwo Dostojewskiego: chitrij Polacziszka, Francuzik iz Bordo. I rozkolysze fale dawnego nacjonalizmu. Wiec kto ma racje: Besançon czy Malia? Uda sie te fale uspokoic? Drobny, ale niewiarygodny epizod. Kto w przeszlosci "nalezyta" narodowosc przekladanych pisarzy uwazal za nieodzowny warunek ich druku? Kto, jak Putin, wzruszal sie losem paryskich pieskow w liscie do Brigitte Bardot, deklarowal swoja milosc do muzyki, mordujac rownoczesnie czlonkow"zbuntowanego" narodu od dziesiatego roku wzwyz?
Puchnacy nacjonalizm rosyjski jest dzis problemem numer jeden. Moga go lekcewazyc ignoranci w tej dziedzinie Clinton, Chirac, Schröder, D'Alema, moga nawet udawac, ze go nie dostrzegaja, ale dla nas (i nam podobnych) to jest sprawa gardlowa.
Gdzie szukac sojusznikow, ktorych trzeba szukac? Dla mnie istnieja oni przede wszystkim, jesli nie wylacznie, w grupie "Memorial," pogardzanej i wysmiewanej przez wiekszosc Rosjan. Memorial zareagowal ostro na oficjalna rosyjska, lgarska interpretacje interwencji 17 wrzesnia 1939 r. Dlaczego pod tym uczciwym tekstem widnieje tylko jedno nazwisko, prezesa Zarzadu Stowarzyszenia, a nie dluga lista nazwisk ludzi, ktorzy niegdys byli naszymi sojusznikami? Gdzie, na przyklad, Solzenicyn - krytyk pogromu czeczenskiego przed laty, jego obecny chwalca? I on musi dac rosyjskiej opinii publicznej dowod, ze jest dobrym Rosjaninem? I on poczatkowa rozwage narodowa zamienil na patriotyczno-nacjonalistyczny blysk w oczach?
Jestesmy swiadkami kolosalnej mistyfikacji, wszedzie, gdzie mozna cos zaklamac. Kolakowski polemizuje z Besançonem na temat "blizniat totalitarnych," nazizmu i komunizmu, ale przemilcza Szalamowa, ktory Kolyme nazwal "bialym Oswiecimiem." Wloska partia komunistyczna (dzis jeszcze na krotko post-), nie tyle wspomagana, co utrzymywana przez Moskwe (jak widac z ksiazki Valerino Riva Oro da Mosca, "Zloto z Moskwy"), bije sie od czasu do czasu przelotnie w piersi (powolujac sie nawet na mnie), a historie "okrytego kiedys chwala Zwiazku Sowieckiego" przycina teraz wstydliwie do okresu lat dwudziestych, wydajac nieprawdziwa i pelna historie ZSRR, lecz ksiazke rusycystki turynskiej Giovanny Spendel La Mosca degli anni venti, sogni e utopie di una generazione. Czyli komunistyczny przedsionek do raju, ktory mial w dalszych (przemilczanych) dekadach okazac sie przedsionkiem do piekla.
Dla dopelnienia obrazu pobiezny szkic w rogu, przedstawiajacy dysydentow rosyjskich.
Zawsze podkreslalem, ze ruch dysydencki narodzil sie w Rosji, pozostale w krajach "bloku" byly jego swiadomym lub nieswiadomym nasladownictwem. Takie nazwiska jak Sacharow, Solzenicyn, Bukowski, Siniawski, Maksimow, Niekrasow, Gorbaniewska nadaly mu ilosciowo skromny, lecz jakosciowo wielki ciezar gatunkowy. Jak wygladaly, w dziesiec lat po krachu ZSRR, pozostale przy zyciu resztki rosyjskiej opozycji? Odegraly przynajmniej role podobna do roli opozycji polskiej, czeskiej, wegierskiej? Przezyly krotki bodaj moment zwycieskiej euforii na gruzach samozlikwidowanego ustroju? Pomostem do "nowej epoki" byl madry Sacharow, z pomoca zony Eleny Bonner. Jego wychowanek Kowaliow odgrywal przez jakis czas znaczaca role. Na chwile zablysly gwiazdy tepionych przez dawny rezim pisarzy (najwieksza gwiazda, Solzenicyn, zdumiewajaco szybko przygasla po powrocie z wygnania do ojczyzny). Dzieki drugorzednemu dysydentowi, dzis obywatelowi dunskiemu, wiemy cos niecos o losach grupy dysydentow po roku 1989.
Wladimir Pimonow wyjechal wtedy do Danii. Przeprowadziwszy (instynkt urodzonego dziennikarza) najpierw w Rosji rozmowy z kilkunastoma dysydenckimi tuzami. W Danii otrzymal obywatelstwo i wyrobil sobie nazwisko jako dziennikarz. Z tymi samymi tuzami powtorzyl rozmowy obecnie (oczywiscie z wyjatkiem zmarlych w ciagu dziesieciolecia) i oglosil je przed rokiem w Moskwie w ksiazeczce Mowia ci szczegolnie niebezpieczni. Smetna ksiazeczka. Nie tylko dawni dysydenci nie zostali w taki czy inny sposob dopuszczeni do rejonow nowej wladzy, ale w wiekszosci zadaja sobie pytania: "Warto bylo? Warto bylo narazac siebie i rodziny, pognic dluzej czy krocej w wiezieniach i lagrach, aby wrocic na stary margines? I aby patrzec, jak kraj jest rozkradany, aby sledzic dzialania nowych mafii kryminalnych?". Sytuacja calkowicie odmienna od sytuacji w "demokracjach ludowych." Nowa Rosja jest inna od sowieckiej, ale dla bylych dysydentow odrazajaca. Dwa zdania Eleny Bonner, wdowy po Sacharowie: "Oskarzam o falsz tak zwanych mlodych reformatorow. Bylam zawsze zdania, ze klamstwo jest najciezsza zbrodnia przeciw spoleczenstwu." I jeszcze: "Nie mozna mnie z pewnoscia podejrzewac o sympatie do komunizmu, ale w kazdym razie nie uwazam, by polityka liberalow i antykomunistow musiala sie opierac na zlodziejstwie i oszustwie."
Martin Malia moglby sie sporo nauczyc z ksiazeczki Pimonowa. Jelcyn pedzacy po dymisji do Jerozolimy, placzacy w Betlejem ("poczulem sie takze swietym"), Putin prowadzacy pod reke w procesji patriarche moskiewskiego, sa materialem do smiechu dla Besançona, materialem do przypisow petitem w nowym wydaniu ksiazki Pipesa i materialem do refleksji dla Malii.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||